Daphne Guinnes: jestem kometą

Podobno po czterdziestce stajemy się transparentni, inni nas nie zauważają. Daphne Guinness ta zasada jakoś oszczędza.

Cześć, mam na imię Daphne i wcale nie próbuję być supercool, samo mi tak wychodzi. Spójrz tylko na moje buty, odrywają stopy dziesięć centymetrów od ziemi. A gdzie są obcasy? Tadam! Żadnych obcasów nie ma! To żaden trik, te buty to po prostu poezja, to rzeźba, stworzył je Noritaka Tatehana, japoński artysta, jak ja. To znaczy tylko on jest japoński, ja jestem brytyjska, i to tak cholernie, że bardziej już nie można. Nawet Maggie

fot. Getty Images

Smith nie potrafi. Ani Judi Dench. Ani nawet Elżbieta II.

Przepraszam, że tak bez uprzedzenia wszedłem w rolę Daphne Guinness, ale nie potrafię się powstrzymać. Daphne od dawna działa mi, niech będzie, że na wyobraźnię, 12. rok z rzędu usiłuję rozgryźć jej fenomen, odpowiedzieć na pytanie: Jak to możliwe, że wiem, kim jest? Żadna odpowiedź nie jest w pełni satysfakcjonująca ani w stu procentach poprawna, tacy ludzie jak Daphne to dar, pojawiają się na tym świecie, by pospolici błądzili, potykali się na równej nawierzchni, chociaż chodzą w trampkach.

 

Skunks na głowie

Pierwsze, co widać, gdy się na nią patrzy, to ubrania. Albo haute couture, albo szyte na miarę, wyjątkowe pod każdym względem, zwłaszcza ceny. Następnie dostrzega się buty dziwadła, po nich biżuterię lub włosy, w tym samym stopniu dekoracyjne, aczkolwiek ja od diamentowych broszek wolę platynowe pasma blond posplatane z tymi czarnymi jak myśli pesymisty, jest to fryzura na skunksa. Nie trzeba mieć w oczach rentgena, żeby pod tymi wszystkimi warstwami tkanin, dzianin, cekinów i kamieni szlachetnych dostrzec pieniądze. Absurdalne oraz stare, przekazywane z pokolenia na pokolenie – Daphne jest dziedziczką fortuny, której jej przodkowie dorobili się na piwie. Ma też tytuł szlachecki, bo tak od wieków działa Zjednoczone Królestwo – gdy ktoś dorobi się fortuny, natychmiast zostaje nobilitowany, żeby ta prawdziwsza arystokracja nie miała dylematów w rodzaju: wżenić się w te pieniądze od razu czy zaczekać, aż przestaną być pospolite, tak ordynarnie zarobione. Człowiek od urodzenia bogaty bardzo, ale to bardzo, w dorosłe życie często wchodzi jak wbijany pod kątem prostym w skroń skalpel – czuje ból, nieznośny, dla przeciętniaków kompletnie niezrozumiały. Na ten ból jest wiele skutecznych środków, na przykład praca, najlepiej nad samym sobą.

Jednym z poważniejszych problemów, z jakimi boryka się Daphne, jest bezdomność. „Mam tyle mieszkań, że nie potrafię powiedzieć, gdzie jest mój dom” – wyznaje w wywiadzie dla „New Yorkera”. Temat jest zbyt interesujący, żeby go spalić jednym zdaniem, wyposażoną w kamerę ekipę tygodnika Daphne zaprasza do spenetrowania wnętrza, nie tylko mieszkania. Do przejścia mamy około 400 mkw., wycenionych przez fachowców od nieruchomości na minimum 15,5 miliona dolarów. Żeby się nie zgubić, jeden koniec apartamentu z drugim połączono wąskim korytarzem, ściany i sufit są z luster, jak w filmie Kubricka, tak samo wygląda też łazienka. Daphne uwielbiała brać długie kąpiele, ale musiała się tego oduczyć. Regularnie zalewała sąsiada z dołu, a ten okazał się kmiotkiem, narobił Daphne siary, zaciągnął przed sąd, gdzie zażądał miliona dolarów odszkodowania. Bezczelność ludzka nie zna granic, pazerność też. Ktoś rozsądny poradził Daphne, żeby, jeżeli tylko nie jest to konieczne, nie rozmawiała z prasą. W telewizji wszystko, co powie, zostanie zapomniane jeszcze przed końcem programu, tymczasem druk konserwuje, druk zachęca, żeby wypowiedź przeanalizować, przy jej skłonnościach do metafor będzie kwas. Mimo wszystko Daphne zabiera reporterkę „New Yorkera” na spacer po Manhattanie, pokazuje swoje rewiry. Wchodzą do ulubionej hurtowni projektantów mody po materiał na nowe woalki, to jeden z filarów stylu Daphne, bardzo lubi być omotana czymś transparentnym. W kluczowym momencie akcji otwiera torebkę Hermès, dobywa z niej portfel ze skóry aligatora, który następnie przekazuje swojej asystentce, aby ta sfinalizowała uwłaczającą godności damy transakcję. O wysokość rachunku pytać nie wypada, Daphne raczyła nie zauważyć, że wydała sześć tysięcy dolarów. „Byłaś kiedyś bez grosza?” – pyta ta żmija dziennikarka. „Nieraz, kochana, nieraz – odpowiada arystokratka. – Zdarza mi się wyjść z domu bez portfela. Pech! No ale cóż, jakoś trzeba sobie radzić. Zazwyczaj wracam wtedy do domu. Bywa, że na piechotę”.

Możliwość wyspy

Zanim Daphne została tym, kim jest, była: dziedziczką, dziewczyną z wyższych sfer, dobrą partią, przyzwoitym materiałem na kokotę lub wariatkę, aż w 1987 roku została żoną. Wybrała nieźle, choć mogła lepiej, startował do niej autentyczny markiz, przy czym z arystokratami lepiej uważać, bywa, że groszem nie śmierdzą, a takich niespodzianek w noc poślubną lub 24 godziny po nie lubi nikt. Spyros Niarchos, syn greckiego miliardera, ofiarował 19-letniej Daphne niezbędne do funkcjonowania poczucie, że nie o pieniądze mu chodzi, oraz bilet pierwszej klasy na trasie Londyn – Nowy Jork – Sankt Moritz – Spetsopoula, to ostatnie to prywatna wyspa teścia. Zrobiła, co do niej należy, urodziła troje dzieci, zadbała, by trafiły do odpowiednich szkół z internatem, a następnie na prestiżowe uczelnie, czasu dla samej siebie miała w sam raz tyle, by nie przegapić paryskich pokazów haute couture Chanel i Valentino. W 2000 roku wystąpiła z wnioskiem o rozwód. Nie mogła dłużej żyć w takich warunkach, mąż blokował rozwój jej ducha, tłamsił jej potencjał. W pewnym momencie Daphne zapragnęła podszkolić swój głos pod kierunkiem kogoś, kto się na talencie zna, by docelowo śpiewać w operze. Spyros spytał krótko: „Po co ci to? Masz męża, masz dzieci, masz pieniądze, nie wygłupiaj się, idź i wydawaj”. No to szła, ale nie ukrywa, że w wydawanie nie wkładała serca, jeszcze nie wtedy.

fot. GettyImages

Ekscentryzm ekstremalny

Na początku nowego tysiąclecia madame Guinness osiadła w Londynie, najpierw z dziećmi, wkrótce potem bez, odesłała je do ojca, żeby poczuć, czym jest tęsknota, okropne uczucie. Żeby zapomnieć, że tęskni, rzuciła się w życie towarzyskie, tak intensywne, że bez pomocy dwóch asystentek trudno podjąć trafną decyzję, gdzie się pokazać, a komu za zaproszenie podziękować. Bal w snobistycznym hotelu Claridge’s to jedna z tych imprez, na które warto się wystroić i pofatygować, nawet królowa tam wpada. Oczywiście, w takich miejscach i w takim towarzystwie obowiązują zasady, panowie przychodzą we frakach, panie na głowę zakładają diademy. Diademu akurat Daphne nie miała, szybko zmajstrowała go sobie sama, z ptasich piór i szyfonu. Od razu wpadł w oko Isabelli Blow, stylistce surrealistycznej, promotorce brytyjskiej mody. Blow znała w Londynie wszystkich, których stać na ekstrawagancję i luksus, kierowała ich do pracowni swoich protegowanych, Alexandra McQueena i szalonego kapelusznika Philipa Treacy’ego. Szybko okazało się, że Daphne i Isabella są sobie dość bliskie, pradziadek Guinness miał romans z babcią Blow, chyba nawet były z tego dzieci i jakiś sezonowy skandal. Przyszywanej krewnej Blow poradziła przytulić się do McQueena, stać ją, może będzie z tego tylko przyjaźń, a może pomysł na życie. Nigdy się już pewnie nie dowiemy, czy była świadoma, że dokonuje szatańskiego dzieła, wykreowała wtedy monstrum mody, ekscentryczkę ekstremalną. Daphne od razu zasmakowała w strojach, które powstawały z myślą wyłącznie o pokazie, nie nadawały się do noszenia. Kupowała właśnie je, zakładała i szła od drzwi limuzyny do wnętrza jakieś elitarnej placówki, po drodze nie nawiązując z nikim kontaktu wzrokowego, taka jest nieśmiała. „Moje ubrania to zbroja
– mówi – to pancerz, pod którym przemycam prawdziwe ja”. Ten pancerz był tematem wystawy w nowojorskim FIT (Fashion Institute of Technology), pokazano na niej najciekawsze egzemplarze z garderoby Daphne. Czego ona tam nie ma: suknia z kilometrowym trenem McQueena, skórzane skafandry Ricka Owensa, garnitur z jagnięcej wełny, wysadzany od spodu cieniutkimi gwoździkami, projekt Garetha Pugha. Gdy Daphne poprosiła go o egzemplarz dla siebie, projektant dopytywał, czy dolne partie ciała aby na pewno też chce mieć najeżone gwoźdźmi. Odpowiedziała mu nie pełnym zdaniem, nawet nie monosylabami, a jedynie powłóczystym spojrzeniem w stylu zmęczonego upałem węża boa.

Przed wystawą w FIT policzono i opisano każdy egzemplarz z kolekcji mody Daphne: 25 tysięcy sztuk ubrań, 450 par butów, 200 torebek, 70 kapeluszy… Wszystko to są rzeczy osobiste, po samobójczej śmierci Isabelli Blow w 2007 roku Daphne wykupiła całą jej garderobę, żeby mieć, ocalić przed nekrofilami, nosić nie zamierza. Od tego się zaczęło, potem posypały się propozycje robienia z siebie dziwoląga: zagraj w filmie biedaczkę i zapłać za jego produkcję, zostań trupem w performansie, do balu w Metropolitan Museum of Art przygotuj się w witrynie domu towarowego Barneys New York, zaprojektuj rajstopy, zrób perfumy, zrób kolekcję kosmetyków do makijażu M.A.C. Podobno Daphne marzy się sukienka niewidka, zakładasz i znikasz ludziom z oczu. Jeżeli naprawdę o niej myśli, to nie aż tak intensywnie, żeby nie prowadzić konta na Instagramie, śledzi ją tam ponad
80 tysięcy fanów. W komentarzach nieliczni sugerują, że jest próżna – „tona stylu, a w środku pustka”, większość widzi w niej reinkarnację dawnych dam, które strojem sugerowały, że mogą o wiele więcej, niż pozwala im się powiedzieć słowami. Od czterech lat madame Guinness nie ukrywa, że los dał jej głos, spełnia swoje marzenia o śpiewaniu, wydała drugą płytę. Stara się brzmieć jak osoba wychowana na Beatlesach, Bowiem i Kate Bush, a co najmniej jeden z jej tekstów brzmi autobiograficznie:

Spędziłam wieczór w kosmosie, stary,

Czuję się jak obcy,

Odcięta od ekstazy, wyrwana z rzeczywistości.

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link