Ewa Farna: Ewuśko, pilnuj się!

Piszę się o niej „polsko-czeska piosenkarka”. Albo odwrotnie. No to jak w końcu z nią jest? Gdzie się urodziła i dorastała? I jak to jej dorastanie wyglądało?

Skąd jestem? Kim jestem? Nigdy nie miałam kryzysu tożsamości. Od kiedy pamiętam, słyszałam: „To są Czesi” i „my, Polacy”. Ale Polacy z Zaolzia. My mamy swoją mentalność, jesteśmy „tu z tela”, czyli „stąd”, a między sobą rozmawiamy „po naszymu”, czyli w gwarze cieszyńskiej. Kto zna historię Zaolzia, wie, że chociaż my i nasi przodkowie mieszkamy wciąż na tych samych ziemiach i nigdzie się stamtąd nie ruszamy, ruszają się granice. Moja babcia miała paszport austro-węgierski, tata czechosłowacki, a ja mam czeski. A po drodze była tu Polska.

W Internecie piszą raz, że jestem Trzyńca, a raz – że z Wędryni. Sprawa jest prosta. Urodziłam się w Trzyńcu, bo tam jest szpital, ale od urodzenia mieszkałam w Wędryni, tam się wychowałam i stamtąd jestem. Cztery tysiące mieszkańców. 20 minut pociągiem do Cieszyna.

TO TYLKO NAPIS

Czuję dumę, że jestem z pogranicza. Ale jak to na pograniczu, są u nas napięcia. Pamiętam na przykład taką historię – jedziemy sobie z moją przyjaciółką autobusem i rozmawiamy tą swoją gwarą, a za nami stoi ośmioletni chłopak. I ten chłopak w pewnym momencie ciągnie mnie za bluzkę: „Nemluvte polsky, jste v Cechach”.

I ja wiem, że to nie wina tego ośmioletniego dzieciaka, bo on nie ma szans wiedzieć, o co chodzi, tylko słyszy takie rzeczy w domu. Oczywiście, bywa i odwrotnie. Nikt tu nie jest święty, są różne tarcia, a ja czuję, że moja rola polega również na tym, żeby próbować je trochę łagodzić.

Polaków na Zaolziu jest około 30 tysięcy. Na tyle dużo, że nazwy miejscowości są podwójne. Tylko że polskie tablice są często zamalowywane graffiti. Cały czas trzeba je wymieniać na nowe. Dałam raz wywiad do lokalnej gazety i powiedziałam, co myślę: „Słuchajcie, to jest tylko napis, on nikogo w żaden sposób nie ogranicza. A tak poza tym, kochani, wszyscy przecież mamy wspólny budżet i pieniądze na nowe napisy i tak idą z naszej wspólnej kasy”.

ANO, NE, NEVIM

Wiem, że ktoś z zewnątrz może się w tym pogubić. No bo tak: chodziłam do polskiej podstawówki, w której wszystkie przedmioty wykładano po polsku. W domu czy w sklepie mówiłam gwarą. Znałam z dzieciństwa wierszyki Tuwima, ale też tata, ze swoim fiołem na punkcie historii i lokalnych legend, czytał mi do snu „Godki śląskie”. Potem, jak byłam starsza, kupowałam i czytałam „Bravo” po czesku, ale już „Harry’ego Pottera” (bo ja jestem tym pokoleniem, które dorastało z Harrym Potterem, i jak usłyszałam, że będzie film, nie mogłam przestać piszczeć) po polsku. Czeski znałam z radia, telewizji, z ulicy. W szkole też mieliśmy obowiązkowe lekcje czeskiego. No, ale ile można się nagadać, ile praktycznie słów użyjemy na lekcji, gdy zostaniemy od czasu do czasu wywołani do tablicy?

To, że nie najlepiej mówię po czesku, okazało się, kiedy miałam 12 czy 13 lat. Jeden z pierwszych wywiadów w czeskiej telewizji. Przeprowadzał go Leoš Mareš, jeden z najsłynniejszych, jeśli nie najsłynniejszy prezenter radiowy i telewizyjny. Pytał o różne rzeczy, a ja odpowiadałam tylko: „tak”, „nie” i „nie wiem”. W kółko: „Ano”, „ne”, „nevím”. Bałam się mówić, bo cokolwiek powiedziałam, od razu była wtopa. Mareš pokazuje mi sople lodu na obrazku, pyta, co to jest, a ja na to: „Snopel”, czyli „koza z nosa”. Albo użyłam sformułowania: „Do zadku”. U nas w gwarze znaczy to „do tyłu”, ale po czesku powinno się powiedzieć: „Do zadu”. Bo „zadek” to – jak się łatwo domyślić – po czesku „dupa”. I ja to powiedziałam na żywo w telewizji! Mareš nie mógł przestać się śmiać, ja wstydziłam się potwornie. Byłam czerwona jak burak. Na szczęście dość szybko ułożyło mi się w głowie, wystarczyła seria wywiadów i już z moim czeskim było lepiej.

BĘDZIESZ ŻAŁOWAĆ

U nas w domu zawsze stało pianino. Rodzice z wykształcenia są inżynierami. Prowadzą własną firmę, zajmują się finansami. Ale mama jest po szkole muzycznej, a tata założył zespół ludowy

Kamraci. Jak go zapytać, mówi, że nie potrafi na niczym grać. A prawda jest taka, że odtworzy z pamięci wszystko. Na pianinie, na gitarze, na flecie. Kiedyś poszedł na jakiś koncert i podpatrzył kontrabasistę. Wrócił, powiedział, że przecież to się da ogarnąć, i sam nauczył się grać na kontrabasie.

Tak czy inaczej bardzo chciałam iść do szkoły muzycznej. Tak bardzo, że przyjęli mnie rok wcześniej, w wieku siedmiu, a nie ośmiu lat. Zaczęłam grać na pianinie, a później mój młodszy o dwa i pół roku brat zaczął grać na skrzypcach. Tylko że u mnie z tym pianinem po pięciu latach zaczęło być krucho. Męczyłam się, potrafiłam się rozpłakać podczas prób. Z moją nauczycielką nie było nam po drodze. Kilka razy usłyszałam, że jestem jej najgorszą uczennicą. Zdarzało się, że na moje lekcje zapraszała swojego najlepszego ucznia. Oni pili herbatę i rozmawiali, ja w tym czasie ćwiczyłam. Wreszcie zrezygnowałam. Mama powiedziała, że będę żałować. Oczywiście, miała rację, bo gdybym się jeszcze trochę więcej nauczyła, łatwiej byłoby mi tworzyć piosenki, akompaniować sobie na koncertach. Tak jak to robi na przykład Sylwia Grzeszczak. Zazdroszczę jej tego.

SKI BESKYD VEĽKÁ RAČA

W szkole muzycznej wytrzymałam sześć lat, ale po drodze zaczęłam jeszcze trenować jazdę na nartach. Jak jesteś ze Śląska Cieszyńskiego, to jesteś albo „górol”, albo „dolan”. Ze mną nie jest tak łatwo, bo Wędrynia jest dokładnie na granicy – ostatnia wioska przed Bystrzycą, gdzie są już góry. Na osiemnastkę dostałam strój cieszyński, czyli niby jesteśmy „dolanami”. Ale już moja babcia to góralka, pochodzi z Jabłonkowa. Oni tam mają proste „kiyrpce” [kierpce] i strój piękny, ale zwyczajniejszy. Cieszyński to odświętny, górolski to taki, w którym chodziło się wypasać owieczki na łąkę.

Porządne stoki, na granicy ze Słowacją i na Słowacji, są w zasięgu 30-40 minut od nas. Od jakiejś piątej klasy jeździłam więc z tatą i moim bratem codziennie na treningi. Należeliśmy do klubu Ski Beskyd Vel’ka Raca. Pobudka piąta rano, przed szóstą wyjazd, o wpół do siódmej trening. Treningi zaczynały się wcześnie rano, kiedy stoki były jeszcze puste i można było swobodnie jeździć.

Dla rodziców to było naturalne. Narty, spływy. Do dziś są w formie. Jak przyjeżdżam do domu parę kilo cięższa, mama od razu mówi:

„Ewuśko, pilnuj się. Powiedz swojej menadżerce, ona je tako piekno, żeby cię wzięła ze sobom na jaksiom siłownie”.

Nie nadawałam się na zawodową narciarkę. Mój młodszy brat był zawsze ode mnie lepszy. Ja bałam się szybkości. Kiedy traciłam kontrolę, kiedy czułam, że jest zbyt niebezpiecznie, od razu hamowałam, oby tylko bezpiecznie dojechać do celu. Tak to chyba ze mną jest. Na wielu polach jestem odważna, ale generalnie jednak ostrożna. Zawsze zapewniam sobie jakiś backup, poduszkę bezpieczeństwa.

UŚMIECH

Starsza o rok przyjaciółka wciągnęła mnie do chóru. Nazywaliśmy się Uśmiech. Tam nie miałam problemu ze śpiewaniem, ale przed rodzicami nie występowałam nigdy.

Któregoś dnia przyszła do nas pani od chóru i powiedziała, że w Wędryni będzie koncert Maryli Rodowicz. I że wcześniej będzie konkurs – kto najlepiej zaśpiewa piosenkę z repertuaru Rodowicz, wystąpi z nią wieczorem na koncercie. Przedział wiekowy: żaden. Startował każdy, kto chciał, starsi, młodsi. Powiedziałam rodzicom, że ja też bardzo chciałabym spróbować. Tata się zapalił: „Super, to wybierzemy ci piosenkę”. Tylko że nie tak łatwo znaleźć piosenkę dla dziesięciolatki. Taką, w której nie ma niczego o rozstaniu, pożądaniu, bólu. Tata szukał po tekstach, wreszcie wybrał piosenkę mało znaną – „Chcę do Bodzia”. Wybrał, ale ani razu nie ćwiczyłam tego przed rodzicami ani w szkole. Dzień przed występem tata z mamą mnie proszą: „Ewulko, zaśpiewaj nam to chociaż raz, żebyśmy wiedzieli, z czym ty wystąpisz na tej scenie. Może ci coś doradzimy”. „Nie, ja się wstydzę”. „Ale tam będzie mnóstwo ludzi, a ty przed nami się wstydzisz?” „Inni są spoko, nie przeszkadzają mi”.

Jeszcze przed samym konkursem poprosiłam ich, żeby stali na widowni tam, gdzie nie będę ich widziała ze sceny. Zaśpiewałam, wygrałam konkurs i już wiadomo było, że wystąpię z panią Marylą na scenie. A zaraz po konkursie mama do mnie podeszła z oczami wielkimi jak spodki: „Córuniu, ty śpiewasz! Śpiewasz! Ty masz głos!”.

Na koncercie już wiedziałam, że nie stresuje mnie tłum. Za to do tej pory jak jest impreza rodzinna, siedzi kilka, kilkanaście bliskich mi osób i ja mam coś przed nimi śpiewać… Oni na mnie tak patrzą… dumni, że mi się udało. Jak to widzę, za bardzo się przejmuję.

Miałam przyjaciółki, które przepisywały dla mnie lekcje, żebym mogła nadrobić. I nauczycieli, którzy mi ufali. Wiedzieli, że jak mówię, że nie mogę być na jakimś sprawdzianie, to się nie wykręcam.

Od kiedy zaczęłam występować, miałam indywidualny tok nauczania. Także w gimnazjum.

Poszłam do gimnazjum polskiego, u nas mówi się na nie Gimpel. Jedyna polska szkoła średnia na Zaolziu. W Cieszynie. Tylko że w klasie maturalnej nie można mieć indywidualnego toku nauczania. Przez ostatnie pół roku szkoły nie miałam żadnych koncertów, żadnych wywiadów, żadnych aktywności pozaszkolnych. Skupiłam się tylko na nauce, tak obiecałam rodzicom.

FARNA NIE JEST JUŻ DZIECKIEM

Jak się jest dziecięcą gwiazdą, trudno wydorośleć. Chodzi mi o to, jak odbierają cię inni. To jest czasem pułapka, artyści sami nie potrafią się pogodzić z taką zmianą. Mnie się udało.

W Czechach zaczęli mnie traktować jak kobietę, kiedy znalazłam się w jury czeskiego „Idola”, czyli „Česko Slovenská SuperStar”. Przez jakiś czas trochę mnie nie było, przez tę maturę i przygotowania do niej. A potem pojawia się dziewczyna – ma już cycek, biodra i własne zdanie, które wypowiada na żywo w telewizji. Zaczęli pisać o mnie inaczej. Dziennikarze, ale też fani w komentarzach.

Myślę, że tak naprawdę ja sama zaczęłam czuć się dorosła, kiedy założyłam własną firmę. I zrozumiałam, że to nie jest tylko hobby, ale i praca. Że jestem odpowiedzialna za innych, za swoją ekipę. Że to, czy zgodzę się i zagram koncert, ma wpływ także na nich. Firmę założyłam, kiedy miałam 18 lat, ale tak naprawdę wzięłam sprawy w swoje ręce trzy lata temu. Rodzice w pewnym momencie zupełnie mi zaufali. Wcześniej tata spisywał mi swoje uwagi. Siedział przy dźwiękowcu na koncertach i notował. Potem to omawialiśmy. Teraz są spokojni, że mam pracę, męża, że wiem, co robię.

TU I TAM

To nie jest tak, że tylko tłumaczę teksty z czeskiego na polski i gotowe. Piosenka, która staje się singlem i hitem tu w Polsce, nie przyjmuje się w Czechach, i odwrotnie. Wymagania rynku są inne, gust muzyczny, poczucie humoru, a ja staram się w tym całym rozdwojeniu zostać sobą. Cały czas walczę, ale też uważam, że ta podwójność to dar. Śmieję się, że jak mnie mają dosyć w Polsce – uciekam do Czech. A jak w Czechach – do Polski.

PIĘKNE

Ludzie widzą upływ czasu po swoich dzieciach, a ja po swojej publiczności. O, na przykład jeden mój fan, którego znam od dziecka, jest w moim wieku; pamiętam, że przyjaźnił się z jedną dziewczyną z fanklubu. I właśnie w zeszłym tygodniu wzięli ślub. Dziewczyny, które pamiętam jako 15-latki, teraz na koncerty przychodzą w ciąży. I co? Czy to nie jest piękne?