Janusz Gajos : wyrastanie z siebie

fot. BewPhoto

Część wczesnego dzieciństwa spędziłem na Śląsku. Chodziłem do szkoły podstawowej w Zabrzu. Mówiłem wtedy dość biegle gwarą, co teraz wspominam z pewnym rozrzewnieniem. Pierwsze próby zrozumienia świata i ciągłego zadawania pytań „dlaczego?”. Próby zrozumienia tego, co wydawało się nielogiczne. Według specjalistów dzieją się wtedy w życiu człowieka rzeczy najważniejsze. Przy pomocy najbliższych uczymy się poruszać w niezrozumiałym do końca świecie.

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 2/2017)

Niedawno zrobiłem zdjęcie swojej wnuczce. Raczkowała po całym pokoju. W pewnej chwili zatrzymała się przed oszklonym wyjściem na taras z wyrazem głębokiej zadumy godnym wszystkich mędrców tego świata. Dużo bym dał za to, żeby się dowiedzieć, co też było powodem tej zadumy okraszonej szczyptą zaciekawienia. Bardzo piękny moment.

Lęk pierwotny

To nie było żadne przywidzenie, choć można by w to wątpić, zważywszy na fakt, że leżałem wtedy jeszcze w wózku. To pierwsze moje wspomnienie. Leżałem, bałem się potwornie i strasznie się darłem. Pamiętam to, daję słowo: po wewnętrznej stronie budki łaziło tam i z powrotem jakieś „coś”, straszny, okropny potwór. Prawdopodobnie jakiś żuk czy skorek. Skąd mały człowiek wie, że trzeba się tego bać? Przecież żaden żuk mi nigdy w życiu nic nie zrobił. To było najprawdopodobniej nasze pierwsze spotkanie. Skąd więc taki lęk? Potem ze wszystkimi możliwymi żukami wybaczyliśmy sobie tamtą pierwszą chwilę: one – że tak w obecności jednego z nich hałasowałem; ja – że ich kolega mnie straszył. Ale do dziś za owadami nie przepadam. Jeśli w domu pojawia się pająk, którego zabić nie można – bo pająk to szczęście – zadanie schwytania go i obdarowania wolnością za oknem należy do mojej żony. Jakiś respekt do tego, co takie małe i tak się dziwnie porusza, mi pozostał. Nigdy nie wiadomo przecież, dokąd to coś pójdzie i gdzie znajdzie sobie miejsce, nie daj Boże, w bucie albo w kieszeni. Połknięcie muchy czy innego latającego owada podczas jazdy rowerem też już mam za sobą, więc wiem, że szczególnie w lesie lepiej trzymać gębę na kłódkę.

Na karuzeli

W Zabrzu mieszkaliśmy przy placu Kazimierza Wielkiego, na którym wiosną stawały karuzele. Widziałem je z drugiego piętra naszego mieszkania. Korzystanie ze wszystkich tych diabelskich młynów, huśtawek, kręcących się w szalonym pędzie krzesełek na łańcuchach było dla mnie najwspanialszym sposobem spędzania wolnego czasu. Zamęczałem rodziców prośbami o apanaże na spełnienie tych szaleństw, bez których jutro nie miało żadnego sensu. Dokładnie pamiętam moment, kiedy dotarła do mnie przerażająca myśl. Moi rodzice nie uczestniczyli w tym cudownym, kręcącym się świecie, więc widocznie przyjdzie taki czas, kiedy ja będę w ich wieku i stracę na to wszystko ochotę. „Cóż za okropne życie będę wówczas prowadził”, pomyślałem. Potem, jak każda niegroźna choroba, karuzela wywietrzała mi z głowy i zaczęło się czytanie Karola Maya, kapiszonowe pistolety z odpustu, łuki i tropienie wrogów po pobliskim parku. Ale gdy wiele lat później przyglądaliśmy się z żoną naszym dzieciom, które szalały na karuzeli, zrobiło mi się rzewnie. Rzewnie i dziwnie.
To już się jednak nie pokręcę?

Nie wiadomo, jak to nazwać

Jak to w okresie dojrzewania bywa, nagle zauważyłem, że na świecie istnieją kobiety. Że są inne, że jest w tym coś uroczego, podniecającego, nie wiadomo, jak to nazwać, ale to coś jest. I miłe jest. Pamiętam wygląd będzińskiego tramwaju, którym jeździłem do szkoły. Był to dosyć dostojny pojazd z mosiężnymi klamkami, balustradami i pomostem. Tramwaje były przeważnie zatłoczone. Często jeździło się na stopniach. Pewnego dnia, stojąc na zatłoczonym pomoście, zobaczyłem dziewczynę. Bardzo ładną. W tym tłoku widziałem ją od pasa w górę. Oczywiście, wgapiałem się w nią bezczelnie, co wówczas uchodziło za szczyt nietaktu. Próbowałem zwrócić na siebie jej uwagę i w końcu osiągnąłem sukces. Spojrzała na mnie i nawet się uśmiechnęła. Postanowiłem pójść za ciosem, ale ona wysiadła na wcześniejszym przystanku, a ja musiałem jechać dalej. Wysiadła i wtedy zobaczyłem, że ma problem z chodzeniem. Szła dziwnym krokiem, jakby się lekko zataczając. Prawdopodobnie przeszła chorobę Heinego-Medina. Nie potrafię do dziś opisać uczucia, które mną wtedy owładnęło. Wstyd, żal, niezgoda na to, co zobaczyłem. Weszła w tłum, a ja nie mogłem uwolnić się od myśli, że zrobiłem coś niewybaczalnego. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że mogłaby mi powiedzieć: „No, i co teraz zrobisz, dzielny rycerzu? Spróbujesz walczyć o damę swego serca?”.

Mam psa czy nie mam psa

Z wiekiem miewam coraz większą tremę i jest to proste do wyjaśnienia – z biegiem czasu wzrasta świadomość tego, co robię. A wraz z nią z kolei częściej niż kiedyś pojawia się podszept niepewności: „A może nie zrobiłeś wszystkiego, co do ciebie należało?”. Myślę, że poczucie odpowiedzialności pomaga mi utrzymać się w ryzach i nie popaść w jakieś fałszywe wyobrażenie o sobie i mojej pracy. Żeby być dobrze zrozumianym, myślę, że od początku szkoły – a wcześniej jeszcze po trzech nieudanych próbach, by się do niej dostać – dwuletni pobyt w Teatrze Lalek, wojsko sprawiły, że nauczyłem się stronić od przesady. Oczywiście, można też łatwo próbować temu zaprzeczyć, bo przecież jeszcze będąc w szkole, doznałem czegoś, na co ludzie w moim zawodzie czekają czasem latami. Popularność po roli czołgisty z psem była istotnie ogromna, ale jednak jedno­wymiarowa i odwrotnie proporcjonalna do tzw. własnej satysfakcji, ponieważ inaczej to sobie wyobrażałem. Wtedy mój sen o tym, że wraz z popularnością przychodzi do człowieka coś szlachetnego i niezwykle poważnego, rozsypał się w mak. Nie wiedziałem wówczas co prawda także tego, że to, o czym marzyłem, osiąga się ewentualnie z wiekiem, bo na uważne spojrzenie ludzi trzeba sobie po prostu zapracować, no, ale… To prawda, że stać mnie było na zakup dziesięcioletniego garbusa, ale i tak na przemian śmieszył mnie i męczył fakt, że konferansjerzy zapowiadali mnie. „A teraz przed państwem ulubieniec wszystkich, znany i kochany… Jonasz Gojas”. Albo że każdy chciał wiedzieć, czy mam psa, czy nie mam psa.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »