Joanna Brodzik: Oto jestem

Fot. Marlena Bielinska/Move Picture

Nie istnieją żadne brylanty, torebki Chanel i luksusowe hotele, które byłyby równe poczuciu radości, że twoje życie należy do ciebie – uważa JOANNA BRODZIK. I ma rację.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 12/2017)

Mniej cię było ostatnio widać na ekranie. Co się z tobą działo?

Grałam w spektaklu „Di, Viv i Rose”, dzięki któremu po 12 latach wróciłam na teatralne deski. A przygotowując się do roli homoseksualnej sportsmenki Di, nie tylko na nowo odkryłam przyjemność obcowania z widzem na żywo, ale też – co wydawało mi się niemożliwe – znów postawiłam na kondycję fizyczną i zaczęłam regularnie trenować. Poza tym? Ponownie, po dekadzie, zostałam ambasadorem marki Garnier. I założyłam Fundację „Opiekun Serca”. To wszystko i jeszcze troszkę zmieściłam w trzech latach przerwy pomiędzy sezonami serialu „Nad rozlewiskiem”. Nie sądziłam, że dane mi będzie jeszcze tam powrócić po tym, gdy odeszła Małgosia Braunek… Dalsze odcinki serialu jednak powstały już bez Małgosi, ale z silnym odczuwaniem jej obecności, co okazało się dla mnie i całej ekipy bardzo ważnym przeżyciem emocjonalnym.

Czego człowiek dowiaduje się w takich chwilach?

Dziś śniło mi się, że idę rynkiem mojego rodzinnego miasteczka. Jest Wigilia i ten moment, gdy wszystko powinno być już gotowe. Spojrzałam na jakąś cukiernię, zamknięta. No, pięknie… Najpierw mocno zaklęłam, że my przecież nie mamy dosłownie nic – ani gołąbków, ani makowca. I wtedy nagle przyszła do mnie taka myśl: „OK, ważne jest przecież, żebyśmy spędzili ten czas razem”. I tak właśnie myślę też na jawie: że najważniejsze jest to życie, które toczy się pomiędzy tymi gołąbkami a makowcem. To „pomiędzy” czułam, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Taki na przykład moment, gdy masz niewielką gorączkę, niezbyt duży katar i dostajesz sygnał, że wolno ci nie iść do szkoły, domowe szaleństwo się wycisza, bo domownicy wypadają w świat. A ty? Zostajesz w domu i czujesz rozpływającą się po ciele słodkość, przyjemną niewiadomą, ogromną ekscytację, choć prawdopodobnie nie wydarzy się tego dnia nic spektakularnego poza tym danym ci bezmiarem czasu, który masz przed sobą. I ty to wiesz.

A potem rośniesz, biegniesz w to życie, zatracasz się w nim, zapominasz ten stan „pomiędzy”?

Możesz go łapać, ale on wymaga treningu, najtrudniejszego na świecie, bo chodzi o to, żeby się nie spinać, tylko wręcz przeciwnie – szukać rozluźnienia, czyli wypadania z ram galopującej rzeczywistości. Można to przetrenować na przestrzeni 15 metrów – od zaparkowania samochodu do rozmowy z tobą dostrzec, że liście spadają, że dzieje się życie. I to jest, jak się okazuje, kwintesencją uważności, co wiem teraz z mądrych książek [śmiech].

Czy taki trening zaowocował też tym, że przyszła do ciebie myśl, by z tworzywa stać się twórcą?

Taka myśl dotarła do mnie, gdy zakończyłam swój wewnętrzny urlop macierzyński, czyli delegowanie energii do tego, by być ze swoimi synkami ze świadomością, że nie tracę ani chwili. Poczułam, że są już w miarę gotowi, że zaczyna po nich sięgać świat, oni idą do niego, łapiąc samodzielność, a moje zadanie polega już przede wszystkim na tym, by ich wspierać. Wtedy przypomniałam sobie, że ta radosna energia, która we mnie jest, może nabrać trochę innego kierunku. I co teraz? Odcinać kupony od tego, co udało mi się wspólnie z rzeczywistością ogarnąć do czasu przyjścia na świat dzieci? Nie chcę być tylko kimś trochę podobnym do kogoś, kto był kiedyś popularny [śmiech]. Więc co?

No, powiedz już, nie trzymaj w napięciu.

Zauważyłam, że nie jestem już dziewczynką… A więc oto jestem kobietą z przyzwoleniem na to, by przeżywać kolejne otwarcia na dojrzałość, na przemijanie, na to, że największym plusem pojawiających się zmarszczek jest rozbudzająca się jednocześnie świadomość. I mam przekonanie graniczące z pewnością, że jestem gotowa na to, by wejść w przestrzeń świadomej kobiecości również zawodowo. Polki są gatunkiem endemicznym, fantastyczną silną grupą stworzoną przez wyjątkowe okoliczności historyczne. Stały się mocniejsze od mężczyzn, bo w ciągu ostatnich niemal 300 lat naszych najfajniejszych chłopaków trzebiła nam historia. A my? W obliczu tych wichrów mogłyśmy robić tylko jedno – umacniać się. Mówię tu nie o polityce, ale o wewnętrznej kobiecej mocy, która paradoksalnie doprowadziła także do tego, że za mało się nawzajem wspieramy…

Historia z jednej strony więc nas wzmacniała, ale z drugiej – zabierała nam czas na rozwijanie własnej świadomości?

Tak, bo trzeba było ogarniać domy, dzieci, opatrywać rany i pracować na siedem etatów w imieniu nieobecnych mężczyzn. Po krótkim przeglądzie, który wykonałam, a jestem długodystansowcem i twórcą trzech moich bohaterek: niefrasobliwej i „oczadziałej nową Polską” Kasi z serialu „Kasia i Tomek”; walczącej o swoje marzenia w stolicy Magdy z „Magdy M.” i doświadczającej dojrzałej kobiecości Małgosi z „Nad rozlewiskiem”, i po dodaniu do tego własnych wniosków uważnego obserwatora planów serialowych stawiam swój pierwszy autorski projekt, projekt dedykowany kobietom. Serial oparty na sześciu archetypach kobiecości wywodzących się z baśni.

W jaki sposób chcesz nim kobietom pomóc?

Przede wszystkim chcę stworzyć fajny, wartościowy produkt. Moim celem jest pokazanie naszej kobiecej sfery mroku, z którą i my same, i nasi mężczyźni często nie chcemy się konfrontować. Scenariusz pisze Katarzyna Sarnowska i będzie to serial z kobietami w roli głównej, które jak postaci z „Królowej Śniegu”, „Dziewczynki z zapałkami” czy „Czerwonych bucików” przeżywają swoje życie w potrzasku. Gwałtowne wydarzenia zbliżają je do siebie i podczas szalonej ucieczki odkrywają swoją siłę w tym właśnie, co dotąd uważały za słabość… To będzie mocne kobiece kino dla mocnych ludzi.

Kiedy można się go spodziewać?

Ponieważ marzenia warto zamieniać w cele, chciałabym zobaczyć te kobiety w akcji na planie latem.

Czyli będziesz producentem?

Tworzę projekt na poziomie kreatywnym i zamierzam wykorzystać swój potencjał, żeby doprowadzić do jego realizacji. Jest taki facet, którego wielbiłam za wygląd surfera, a teraz podziwiam za zawodową drogę – Matthew McConaughey, obecnie producent kreatywny. Jego tropem idę. Są dziewczyny z „Wielkich kłamstewek” [m.in. Reese Witherspoon i Nicole Kidman – przyp. red.], które również wyskoczyły ze stereotypów na własny temat i stały się współtwórczyniami serialu. Zależy mi, by tym projektem trafić nie tylko do kobiet z dużych miast. Chciałabym, żeby każda Polka, która myśli, że nie wolno jej czuć, albo nie wie, jak sobie poradzić z tym, co w sobie nosi, znalazła w tym projekcie wytrych, dzięki któremu spotka się z sobą i uświadomi sobie, kim tak naprawdę chce być… Jestem podekscytowana i dumna, że przyszedł mi do głowy pomysł, który może stać się moją nową przygodą zawodową, tym bardziej że na tym etapie życia kobiety dokonują naprawdę różnych wyborów.

Na jakim etapie?

40 plus. Widzę dookoła sporo strachu przed utratą pozornej stabilności, dużo ulegania modom, wbijania się na siłę w powszechnie funkcjonujące schematy, lęku przed konfrontacją ze sprawami w ich prawdziwej postaci. Dla mnie nie tędy droga, choć mam pełną świadomość, że robiąc to, co robię, ryzykuję.

Co cię tak naprawdę ciągnie do tego ryzyka? Przekorna natura, misja, bunt przeciw stereotypom?

Jeśli chodzi o stereotypy, to zawsze miałam z nimi kłopot. Równie mocno nie zgadzałam się z nimi, gdy byłam w wieku 20 plus i większość społeczeństwa ze względu na obwód mojej klatki piersiowej odmawiała mi prawa do głębszej refleksji. Wychodzi więc na to, że na różnych etapach życia przychodzi mi stawać w poprzek stereotypom i oby mi tak zostało do dziewięćdziesiątki [śmiech].

Ile kosztuje sprzeciw? No, chyba że zawsze byłaś tak silna, by buntować się z podniesionym czołem?

Dziś, z perspektywy czasu, wciąż się o coś potykając, biorąc głęboki oddech po bezdechu, mogę powiedzieć z absolutną pewnością, że nie ma sposobu na to, by docierać do celów, nie tracąc przy tym czasem rezonu, pewności siebie, a nawet godności. Nie ma takiej możliwości, bo tylko ten, kto nic nie robi, może pozostać nietknięty. A jeśli wychodzisz z „bezpiecznego nic”? Istnieje ogromne ryzyko, że zza rogu wyskoczy bestia, z którą będzie się trzeba rozprawić. Stoczyć walkę.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »