Julia Roberts: To uśmiech czyni Cię atrakcyjną

Za każdym razem, kiedy ktoś określa ją „piękną”, ktoś inny jednocześnie mówi: „Ona?! Z tą końską twarzą i wielkimi stopami?!”. Wprawdzie uroda rzecz względna, jednak w dzisiejszym świecie, skupionym na dążeniu do perfekcyjnego wyglądu, nie wystarczy już ignorować krytykę. Trzeba sprzeciwiać się obsesji piękna! Julia Roberts robi to od lat.

Wierzę, że to, czy jesteś zadowolona ze swojego życia, ostatecznie zapisuje się na twojej twarzy” – powiedziała kiedyś w wywiadzie. I tego stanowiska trzyma się za każdym razem, kiedy jest pytana o swoją urodę i to, jak do niej się odnosi. A dzieje się to – trzeba przyznać – dosyć często. Tak jakby jej pierwszy i największy kasowy hit „Pretty Woman”, czyli „Piękna kobieta”, uczynił ją nie tylko ikoną, ale i rzeczniczką piękna.

Dwanaście razy trafiała na listę najpiękniejszych kobiet magazynu „People”, w tym aż pięć razy została uznana za najpiękniejszą. Jak się z tym czuje? Mówi, że dziwnie, że jej to czasem schlebia, ale nie należy zbytnio przywiązywać się do tego typu tytułów. „Wspomnę o tym w bożonarodzeniowej kartce do Clooneyów” – zażartowała, kiedy została najpiękniejszą kobietą 2017 roku. Zapytana niedługo potem przez Ellen DeGeneres, gospodynię „Ellen DeGeneres Show”, jaki jest jej przepis na zachowanie urody, jej „beauty tips”, najpierw lekko się skrzywiła, a potem odpowiedziała: „To kombinacja dobrych genów i bycia otoczonym przez ludzi, którzy są pozytywnie nastawieni do świata i którzy cię kochają. Chodzi o to, by jak najczęściej okazywać sobie miłość i być dobrym dla siebie”. Trudno się z tym nie zgodzić, choć pewnie trudno w to uwierzyć, kiedy mówi to osoba związana z show-biznesem. A jednak Julia Roberts niejeden raz udowodniła, że nakręcana przez media i celebrytów obsesja piękna jest jej obca.

Skromnisia, buntowniczka, abnegatka

Nigdy nie wystąpiła nago w filmie. „Po prostu nie chciałabym, by mój nauczyciel matematyki dowiedział się, jak dokładnie wygląda moja pupa” – mówiła. „Poza tym ludzie naprawdę nie chcą oglądać mnie w scenach seksu. Ja jestem królową pocałunków i gry wstępnej” – tłumaczyła w „Marie Claire”. Kiedy Oprah Winfrey na łamach swojego magazynu zapytała ją, czy kiedyś się rozbierze przed kamerą, odpowiedziała: „Nie, to nie wchodzi w grę”. „Nawet gdyby rola tego wymagała i musiałabyś to zrobić?” – drążyła Oprah. „Ale ja niczego nie muszę, naprawdę. I nigdy nie czułam presji w tej kwestii” – zripostowała. „Kiedy w filmie mam na sobie ubranie, to rzeczywiście możemy mówić, że się w kogoś wcielam, gdybym była bez ubrania, to byłby to już film dokumentalny” – zauważyła kiedy indziej. I rzeczywiście nie rozebrała się nawet do roli „Pretty Woman”, w końcu jakby nie było prostytutki, a na plakacie reklamującym film do ciała jej dublerki „doklejono” głowę aktorki.

Szczupła, wysoka wysportowana – nigdy nie czuła się źle w swoim ciele, ale też nigdy nie chciała nim epatować ani zabiegać o popularność. Zawsze miała swój styl, trochę męski, obfitujący w kamizelki i marynarki. Na łamach „Elle” wspominała niedawno: „Pamiętam, jak poszłam na rozdanie Złotych Globów w garniturze i krawacie od Armaniego. Nie wiedziałam, jak należy się ubrać, a były to jeszcze stare dobre czasy, gdy wybierało się samemu coś fajnego. Chciałam czuć się bezpiecznie, a garnitur ma dla mnie coś ze zbroi. Daje poczucie, że cokolwiek by się działo, poradzę sobie, z kolei w sukni czy sukience czuję się bardziej podatna na ciosy. Lubię męskie ubrania. Wtedy byłam za to krytykowana, na szczęście dziś się to podoba”.

Raz spróbowała botoksu. „Byłam permanentnie zdziwiona przez kilka miesięcy i nie był to dla mnie przyjemny widok” – mówiła w wywiadzie dla „Access Hollywood”. – „Mam trójkę dzieci i sądzę, że powinny widzieć, co czuję. Ale nie chcę nikogo oceniać, niech każdy robi to, co dla niego jest dobre. Jeśli chcesz mieć policzek podniesiony aż do czoła, jeśli to sprawi, że będziesz się czuła lepiej, proszę bardzo” – dodała. Sama jednak nie chce tego powtórzyć. „Twoja twarz opowiada historię i nie jest to powód, aby wybierać się do chirurga. Niestety, żyjemy w społeczeństwie, w którym kobiety nawet nie chcą zobaczyć siebie jako starszej osoby” – mówiła w innym wywiadzie.

Nigdy nie miała problemu z tym, by oprócz efektownych lub uroczych, grać też bohaterki ze skomplikowaną przeszłością i nieoczywistą urodą. Jej Jess z filmu „Sekret w ich oczach” jest szara, zmęczona życiem, bez makijażu. W wywiadzie dla „Zwierciadła” tak mówiła o tym doświadczeniu: „Pytasz, czy to wyzwalające nie czuć tej presji piękna, będąc na planie zdjęciowym? Na pewno było to ekscytujące. Moim obowiązkiem jako aktorki jest być autentyczną w każdym możliwym aspekcie mojej pracy. Swoją drogą prawda jest taka, że wystarczy, że znana osoba ma nieuczesane włosy i zdawkowy makijaż, a już traktuje się ją jak nieatrakcyjną wersję samej siebie”.

Dwa razy udało jej się zszokować publiczność, pierwszy raz w 1999 roku na premierze „Notting Hill” w Londynie. Przyszła na uroczystość w czerwonej, błyszczącej sukience z rękawami, ale kiedy podniosła rękę, oczom fotoreporterów i gapiów ukazała się jej nieogolona pacha. Nawet dzisiaj wywołałoby to oburzenie, co dopiero wtedy. Zaskoczona reakcją mediów, mówiła „Na co dzień nie poświęcam moim pachom aż tyle uwagi”. Ponad dekadę później paparazzi zrobili jej zdjęcia na plaży na Hawajach, kiedy wychodzi z morza w kostiumie kąpielowym i, o zgrozo, znów ma nieogolone pachy. Tak jak poprzednim razem media nie wiedziały, jak to skomentować. Jako abnegację? Bunt? Manifestację? A może po prostu jako najnormalniejszy na świecie dowód na to, że to ona decyduje o tym, jak chce wyglądać, zamiast kierować się narzuconymi odgórnie normami.

Drugi szok – tym razem już zdecydowanie pozytywny – zafundowała mediom i organizatorom 69. Festiwalu Filmowego w Cannes w 2016 roku. Jak pisał o tym wydarzeniu portal Tvn24.pl, „aktorka, która po raz pierwszy pojawiła się na czerwonym dywanie najważniejszego festiwalu filmowego świata, zaszokowała wszystkich swoim wyglądem, a konkretnie… brakiem obuwia. Gdy Roberts wchodziła po schodach i rozchyliła dół sukni Armani Privé, wszystkim ukazały się jej bose stopy, wzbudzając konsternację i zachwyt jednocześnie”. To była jej reakcja na tzw. aferę obcasową, kiedy to rok wcześniej nie wpuszczono na pokaz filmu „Carol” około 50 kobiet tylko dlatego, że miały płaskie buty, które organizatorzy festiwalu uznali za nie dość eleganckie. W oświadczeniu napisano, że „obuwie na wysokim obcasie jest obowiązkowe dla wszystkich kobiet podczas pokazów z czerwonym dywanem”. Gest aktorki, będący sprzeciwem wobec wpychania kobiet w ramy jedynie słusznego wyglądu, media uznały za bohaterski. „Julia Roberts zdeptała regulamin i wyrzuciła go przez okno” – podsumowywał zachwycony serwis Mirror.co.uk. „I miała gdzieś, czy to wypada”.

Jest jedną z największych gwiazd współczesnego kina, pierwszą kobietą, której zaproponowano niebotyczną jak na tamte czasy stawkę 20 milionów dolarów za rolę w oscarowej „Erin Brockovich”, a jednak odkąd skończyła 50 lat, jest pytana głównie o to, jak znosi upływ czasu i jak radzi sobie z procesem starzenia. I to też jej się nie podoba. W wywiadzie dla „Elle” mówiła: „Podtrzymuje się stereotyp, że męskie starzenie się ma w sobie wdzięk, a kobiece – nie. Nie zgadzam się z tym. Nie tyle istotny jest wiek, ile to, kim się jest. Wrzucanie wszystkich kobiet do jednego worka pt. »borykają się z wiekiem« jest trochę głupie. I zawsze wypływa to w wywiadach, choćby nawet chodziło o rodzaj kremu, jakiego się używa. Nie sądzę, by George’a Clooneya pytano, czym się nawilża!”.

Jak ona to robi?

No więc, czym się nawilża Julia Roberts? Mimo że aktorka za każdym razem ucina pytania o to, jak dba o urodę lub zbywa je zabawnymi odpowiedziami w stylu tej, że przed wielkim wyjściem zawsze maluje się, leżąc na plecach, bo nie tylko ją to relaksuje, ale wygląda wtedy naprawdę gładko – dziennikarze nie ustają w dociekaniu, co takiego robi Julia Roberts, że w wieku 50 lat wygląda na 30. Oto, co udało im się ustalić:

Julia Roberts je węglowodany. W „The Independent” wyznała, że nie jest w stanie przejść na dietę bezwęglowodanową, bo za bardzo lubi chleb. Podobno uwielbia awokado i jak podaje E!Online dodaje je do wszystkich posiłków. Na deser je zawsze ciastko. „Jeszcze nie trafiłam na ciastko, którego bym nie polubiła” – mówiła w „Vanity Fair”.

To samo „Vanity Fair” ustaliło też, że na rancho w Nowym Meksyku aktorka nie ma ani służby, ani niani, ani kucharki. Wszystkie posiłki przygotowuje sama, a nawet robi zakupy na lokalnym targu. Gotuje dla siebie, męża i trójki dzieci – bliźniaków Phinnaeusa i Hazel oraz najmłodszego Henry’ego. Dzieci uczy, by jadły uważnie i zdrowo, „musicie jeść dobre rzeczy, by spotykały was dobre rzeczy” – powtarza im.

Trenuje cztery razy w tygodniu przez godzinę. Najchętniej jogę, pilates i ćwiczenia w basenie, ale podobno lubi też trening pliometryczny, polegający na dynamicznym wykonywaniu określonej liczy ćwiczeń przez określony czas i wzmacniający mięśnie. Jak sama wyznała w wywiadzie dla „The Independent”, nie przepada za ćwiczeniami, ale lubi to, jak się po nich czuje. „Siła, radość, przypływ energii, satysfakcja, jasność umysłu – właśnie to daję sobie poprzez trening i szukam tego we wszystkim, co robię”.

Zęby szczotkuje sodą oczyszczoną, tak jak robił jej dziadek, który dzięki temu sekretowi miał tylko jeden ubytek przez całe życie. W kwestii kosmetyków stawia na minimalizm. „Jestem szczęśliwa, jeśli uda mi się wklepać w twarz krem nawilżający (a jednak!) i położyć pomadkę ochronną na usta” – mówiła w wywiadzie dla „In Style”. „Jeśli rano musisz ogarnąć jeszcze trzy inne osoby, na coś zawsze nie starczy ci czasu”. W „Vivie” wspominała jeszcze o kremie ochronnym przed słońcem. W „Vogue” o oliwce na bazie oliwy z pierwszego tłoczenia, którą wmasowuje w ciało.

Podobno lubi wspinaczkę i robienie na drutach (zawsze ma w torebce włóczkę i druty), ostatnio pokochała grę w madżonga. „Wszyscy domownicy umieją w nią grać, jest przenośna, mieści się w małej walizeczce, zabieramy ją na wyjazdy. Gram w nią co tydzień z przyjaciółkami” – zapewniała w „Elle”. Lubi o sobie mówić „mama” i „gospodyni domowa”. „Nie miałabym śmiałości dawać komukolwiek rad, jak robi to Gwyneth Paltrow na swojej stronie poświęconej prowadzeniu domu. Ale sztuki domowe to moja specjalność. Jestem boginią ogniska domowego” – mówiła w jednym z wywiadów. „Na pewno jest wiele cudownych rzeczy, jakie udało mi się osiągnąć w życiu zawodowym i chętnie osiągnęłabym jeszcze więcej, oczywiście po to, by zaimponować dzieciom i mężowi, ale wiecie co, życie już mnie wystarczająco rozpieściło” – wyznała na łamach „Vanity Fair”.

Choć dość późno spotkała tego jedynego – Daniela Modera, operatora filmowego, to są razem już 16 lat i jak twierdzi, jest bardzo szczęśliwa. Choć dzieci też urodziła stosunkowo późno, bo bliźnięta przyszły na świat, gdy miała 37 lat, twierdzi, że dopiero odkąd została mamą, zrozumiała sens swojego istnienia. Na kilka lat zupełnie wycofała się z życia zawodowego, do dziś gra dość rzadko i strzeże prywatności dzieci. Wystąpiła z petycją do Baracka Obamy o prawny zakaz robienia zdjęć dzieciom sławnych ludzi. „Wściekłam się, kiedy pewnego wieczoru zobaczyłam w Internecie zdjęcie bliźniaków, którego sama nigdy nie widziałam. Potem przeczytałam komentarze w stylu: »O, to jest całkiem ładne, ale tamto potwornie brzydkie«. Jak można tak mówić o dzieciach? A przecież nam z Dannym i tak udaje się chronić nasze dzieci przed mediami i żyć niemal normalnym życiem” – tłumaczyła.

Rok temu zapytana przez „In Style”, jaki jest jej przepis na szczęście, odpowiedziała: „Poślubić właściwą osobę, urodzić rudzielca i mieć cudowne przyjaciółki”. Rudzielec to jej starszy syn, Phinnaeus, a właściwa osoba… „Małżeństwo z moim mężem nie niesie wielu wyzwań. Uważam go za superczłowieka. Łatwo go kochać, jest dowcipny, świetnie się razem bawimy. Cieszę się za każdym razem, kiedy staje w drzwiach. To szalenie istotne”, mówiła w „Elle”. Na pytanie dziennikarki: „Wierzysz, że można znaleźć kogoś na całe życie?”, odpowiedziała: „Tak. Może kiedyś nie dałabym sobie za to obciąć ręki, ale teraz owszem, jestem za”.

Tajemnica uśmiechu

Niejako podsumowując to wszystko, w edytorialu zeszłorocznego wydania magazynu „People”, w którym tradycyjnie redakcja ogłasza subiektywną listę najpiękniejszych ludzi na świecie, redaktor wydania Jess Cagle, napisał, że piękno Julii Roberts nie bierze się tylko z dobrego wyglądu, ale z pewności siebie, inteligencji i poczucia humoru. Że potrafi dojrzewać, nie tracąc swojego dawnego uroku. A wcielając się w kolejne postaci i opowiadając nowe historie, zabiera nas w rejony, w jakich nigdy nie byliśmy. Pomimo pokus wynikających z jej uprzywilejowanej pozycji w świecie i mimo statusu gwiazdy stawia na pierwszym miejscu rodzinę. „Nic nie rozpala skuteczniej jej słynnego uśmiechu niż wieczór gier z dziećmi” – zakończył.

No właśnie, uśmiech Julii Roberts. Choć jest przeciwieństwem tajemniczego, delikatnego uśmiechu Mony Lizy, ma podobnie magnetyczną siłę przyciągania. Szacuje się, że to właśnie dzięki niemu filmy z jej udziałem zarobiły do tej pory ponad 3 miliardy dolarów. Sama właścicielka podobno ubezpieczyła go na sumę 30 milionów dolarów. Jest w nim radość, spontaniczność, odrobina romantyzmu i nieposkromiona żywotność. I tak, jest w nim piękno. Nie na darmo w 2004 roku archeolodzy nadali nazwę „Julia Roberts” wykopanemu w Bułgarii szkieletowi kobiety liczącemu sobie 9 tysięcy lat. Miał idealnie zachowane zęby. Jak twierdzili naukowcy, jest wielce prawdopodobne, że kobieta miała równie perfekcyjny uśmiech jak aktorka.

Nie ma też wielkiej przesady w twierdzeniu, że to uśmiech czyni ją zarówno atrakcyjną, jak i lubianą przez widzów. Badania potwierdzają bowiem, że patrzenie na uśmiechnięte osoby uruchamia w naszym mózgu ośrodek związany z nagrodą. W eksperymencie z 2014 roku udowodniono, że uśmiechnięte twarze są uznawane za o wiele bardziej atrakcyjne niż te o idealnych proporcjach, ale mniej wesołe.

Prawdziwe piękno

Jest w tej historii jednak mały zgrzyt. W 2012 roku Urząd ds. Standardów w Reklamie Wielkiej Brytanii (Advertising Standards Authority – ASA) zakazał publikowania reklamy podkładu marki Lancôme z aktorką, dlatego, że jej zdjęcie było poddane zbyt daleko idącemu retuszowi komputerowemu. W ocenie pracowników ASA reklama wprowadzała konsumentki w błąd. Jak pisał „The Guardian”, ASA nie mógł ocenić, w jakim stopniu przekształcono zdjęcia, bo umowa z Roberts zakazuje udostępniania oryginalnej wersji fotografii nawet instytucjom nadzorującym rynek reklamy. ASA zakazał też publikacji reklamy kremu L’Oréal z aktorką Rachel Weisz oraz reklamy z modelką Christy Turlington, która promuje kosmetyki Maybelline. Wszystko na skutek petycji brytyjskiej parlamentarzystki Jo Swinson, której fragmenty zacytowało BBC: „Zmanipulowane zdjęcia mogą mieć wpływ na to, jak postrzega siebie jednostka. W reklamie nie wolno oszukiwać. We współczesnym świecie już połowa kobiet między 16. a 21. rokiem życia jest przekonana do chirurgii plastycznej. Wciąż obserwujemy nowe przypadki zaburzeń odżywiania. Dziś to wielki problem. Nadmierny retusz stał się wszechobecny w naszym społeczeństwie i przyczynia się do powstawania tych problemów”.
Swinson dodała, że Christy Turlington i Julia Roberts są pięknymi kobietami, które nie potrzebują tak silnego retuszu. „Nastolatki, patrząc na podobne zdjęcia, wyrastają w przekonaniu, że tylko idealne ciało może się podobać. Musimy pomóc chronić dzieci przed tą presją i powinniśmy zacząć zabraniać przeróbek graficznych w reklamach skierowanych do nich” – mówiła. „Nikt tak naprawdę nie ma idealnej skóry, włosów czy figury, ale kobiety i młode dziewczęta coraz częściej czują, że piękne jest tylko to, co szczupłe i bez skazy”.

I choć aktorka nigdy nie skomentowała zamieszania, trzy lata później na Instagramie zamieściła swoje zdjęcie bez makijażu z adekwatnym komentarzem. „Perfekcjonizm wyglądu zewnętrznego stał się chorobą ludzkości. Kobiety nakładają na twarze tony makijażu, by ukryć niedoskonałości. Pozwalamy sobie wstrzykiwać botoks, głodujemy, by osiągnąć idealne kształty. Za wszelką cenę chcemy siebie naprawić, ale nie da się naprawić czegoś, czego nie widać. To nasze dusze potrzebują pomocy. Nadszedł czas, by sobie to uświadomić. Jak możemy oczekiwać, że ktoś nas pokocha, jeśli same siebie nie kochamy? (…) Publikuję dziś swoje zdjęcie bez makijażu. Wiem, jak wyglądam, wiem, że mam zmarszczki, ale dzisiaj chcę popatrzeć głębiej. Chcę zajrzeć w swoją duszę, zauważyć swoje prawdziwe Ja, to, kim jestem naprawdę. Chciałabym, byście i wy dostrzegły i uszanowały swoją najgłębszą i najprawdziwszą istotę, pokochały siebie takimi, jakimi jesteście”.

Piękne podsumowanie całego tego zamieszania wokół piękna.