Karolina Gruszka: Aktorka, podróżniczka, poszukiwaczka

fot. Marta Wojtal

Co w niej widzisz z siebie?

Widzę ją raczej jako niezależną osobę, ze sposobem myślenia, jaki nie jest ani mój, ani Iwana.

Zaskakuje cię?

Codziennie. To takie zdania, które wszyscy rodzice powtarzają, ale to ogromne szczęście, że jest. Nie wyobrażam sobie naszej rodziny bez niej. Wnosi do naszego życia tyle radości, ciepła, dyscyplinuje nas, zmusza do pracy nad sobą. Bardzo się zmieniliśmy dzięki niej.

Dobrze się czuje w Warszawie?

Dobrze, ale tęskni do Moskwy.

Jak w „Trzech siostrach”.

Dokładnie. Śmieję się, że mamy w domu Czechowa. W Warszawie mówi, że tęskni do Moskwy, a w Moskwie, że do Warszawy. Ale widzę, że dobrze się czuje w Warszawie. Tu ma dziadków, przedszkole, które bardzo lubi. Mówi po polsku i po rosyjsku, ale język polski jest dla niej tym pierwszym, choć trzy pierwsze lata mieszkała w Moskwie. Oboje z Wanią czujemy, że przede wszystkim jest Polką. Ale Rosjanką też jest. Mówi o sobie, że jest pół Polką, pół Rosjanką. Bardzo się cieszę, że ma możliwość czerpania z dwóch kultur.

Ma już marzenia?

Żeby tort bananowy był codziennie.

A ty jakie miałaś w jej wieku?

Tych wczesnych nie pamiętam. Ale kiedy chodziłam do podstawówki, moim największym marzeniem było zostać Indianką. Czytałam o Winnetou. To motyw obecny w moim życiu. Lubię jeździć do Ameryki Południowej. Tylko, proszę, nie dawaj tytułu: „Jestem Indianką” [śmieje się].

Nie chciałaś być Modrzejewską?

Pewnie, że oglądałam serial z Krystyną Jandą i chciałam.

Jak z tymi ideałami odnajdujesz się w filmie?

Wania pyta mnie przy każdym moim filmie, za co tak lubię film, po co mi on. Lubię atmosferę planu zdjęciowego, zaspokaja potrzeby mojego wewnętrznego dziecka, ale rzeczywiście wśród filmów, jakie zrobiłam, nie ma wielu, które byłyby dla mnie tak mocnym doświadczeniem jak spektakle teatralne. Kilka ich jednak było. Pierwszy to chyba „Kochankowie z Marony” Izabelli Cywińskiej. I pewnie dlatego, że się zdarzyły, ciągle do kina wracam, poszukując tego czegoś. Zaczęłam grać w dzieciństwie, mam przepiękne wspomnienia z „Bożej podszewki”.

Rosłaś w tym serialu.

I to jest miłe wspomnienie. Dla mnie, dziecka, był bogatym źródłem doświadczeń. Kiedy myślę o filmach, które miały na mnie wpływ, myślę raczej o procesie niż efekcie. Takim doświadczeniem była teraz rola Skłodowskiej w międzynarodowej produkcji „Marie Curie” w reżyserii Marie Noëlle.

Skłodowska nie jest postacią zabitą już przez własną legendę?

Że kojarzy się z portretem na banknocie? I że mamy wyobrażenie, jak przez całą dobę siedzi w laboratorium, mieszając kijem wywary? [śmieje się]. Na szczęście zachowało się wiele jej listów, biografia jej męża, którą sama pisała, dziennik, który pisała po jego śmierci, bardzo intymny. Zachowała się korespondencja z jej kochankiem, fizykiem Paulem Langevinem. Dzięki tym materiałom mogłam do niej podejść dosyć blisko.

Jak ją zobaczyłaś?

Jako osobę pełną pasji, żyjącą w przekonaniu o słuszności i jasności własnej drogi. To cenne dzisiaj, kiedy rozdrabniamy się, mamy tysiące ról. Żyła w czasach, w których musiała jako kobieta przecierać szlaki sobie i innym. Została pierwszą wykładowczynią na Sorbonie, jako pierwsza kobieta dostała Nagrodę Nobla, i to dwukrotnie. Do tego była świetną matką, chociaż nietypową. Może nie mistrzynią w okazywaniu uczuć, ale wydaje się, że w stosunku do swoich córek była bardzo uważna. Pozostawały z nią blisko i wyrosły na wspaniałe osoby. Poza tym widzę jej kobiecość. Może była zapięta pod szyję, a w laboratorium zakładała fartuch, ale potrafiła kochać. Jej relacje z mężczyznami przepełniała namiętność. Skłodowska potrafiła walczyć o swoją miłość. Jej małżeństwo z Piotrem to związek dusz. Partnerstwo w pracy i w życiu. Później weszła w romans z Paulem Langevinem, miał czwórkę dzieci. Ścigali ją paparazzi, bo jego żona zaniosła ich listy miłosne do ówczesnych tabloidów i zostały wydrukowane. We Francji ludzie wyzywali ją na ulicy od polskich i żydowskich dziwek, była tą, która rozbiła francuską rodzinę. Miała przed domem tłum paparazzich. Dzisiaj ściga się gwiazdy popkultury, wówczas ścigało się gwiazdy nauki.

Mówisz o niej z pasją. Lubisz ją?

W wielu sferach bardzo mi imponuje. W filmie nie próbowaliśmy jej wybielać. Bardzo chciałam zagrać tę rolę. Pojechałam na casting do Paryża, a potem czekałam na odpowiedź. Jak mało kiedy miałam poczucie, że powinnam zagrać. Zależało mi. Najczęściej, kiedy dostaję propozycję filmową, myślę, że to nie dla mnie. Decyzja została podjęta dwa dni po castingu, ale reżyserka miała źle zapisany numer i nie mogła się do mnie dodzwonić.

Czego oczekujesz po tym filmie?

Nie oczekuję. To, że się zdarzył, że był taką ciekawą przygodą, jest wartością samą w sobie. Z biegiem lat coraz mniej skupiam się na rezultacie, czyli na przykład na premierze, raczej na procesie, na każdej próbie, dniu zdjęciowym. Nie czuję już tak wielkich napięć, kiedy coś nie wychodzi. Przyglądam się, dlaczego nie wychodzi. Jest we mnie dużo spokoju i bardzo dużo radości.

 

Karolina Gruszka aktorka. Pracowała w Teatrze Narodowym. Wspólnie z mężem Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr. Zagrała w filmach Izabelli Cywińskiej, Jana Jakuba Kolskiego, Filipa Bajona, Marka Koterskiego, Davida Lyncha, Jacka Koprowicza, Krzysztofa Łukaszewicza, a także Iwana Wyrypajewa („Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”).

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »