Marilyn Monroe: Z tęsknoty za miłością

fot. BewPhoto

Choć wydaje się, że o Marilyn Monroe wiemy już wszystko, co chwila ktoś odkrywa jej nową twarz, kolejne dno historii jej życia. My również – z pomocą Elizabeth Winder, autorki nowej biografii aktorki, oraz psychoterapeutki Katarzyny Miller – pokusiliśmy się o stworzenie psychoportretu Marilyn. I zobaczyliśmy w niej całkiem współczesną kobietę, spełnioną w życiu zawodowym. Obarczoną bagażem trudnego dzieciństwa, ale próbującą stworzyć udany związek i dom. Wciąż szukającą siebie. Niestety, bardziej w oczach innych niż własnych. Mimo to nie jest to smutny obraz.

„I wanna be loved by you, just you, and nobody else but you” – śpiewa w jednej ze scen filmu „Pół żartem, pół serio”, ubrana w suknię, którą dziś styliści pewnie nazwaliby „naked dress” (sprawia wrażenie, jakby ubrana w nią kobieta była naga). Marilyn Monroe, kobieta o głosie dziecka i ciele bogini, wyznająca, że chce być kochana tylko przez tego jednego jedynego. Taka właśnie zapisała się w pamięci widzów i historii kinematografii. Tekst tej piosenki można jednak przetłumaczyć inaczej – „you” może bowiem oznaczać równie dobrze „ty”, jak i „wy”. Czy Marilyn ustami swojej bohaterki wyraża tęsknotę za romantyczną miłością i udanym związkiem czy śpiewa po prostu: „kochajcie mnie”? Jeśli przyjmiemy drugą interpretację, to być może jej historia nie będzie miała tak tragicznego wymiaru, mimo tragicznego końca. Marilyn Monroe – tak jak chciała – była kochana przez rzesze widzów, co więcej, kolejne pokolenia nadal się w niej zakochują. A autorzy coraz to nowszych książek na jej temat, odkrywają jej nieznane oblicze: kobiety świadomej swojej siły, zainteresowanej rozwojem, oczytanej i potrafiącej o siebie zawalczyć. Taki obraz aktorki znajdujemy właśnie w książce „Marilyn na Manhattanie” Elizabeth Winder. Takiej Marilyn tym bardziej nie sposób nie pokochać.

ROK SZCZĘŚCIA

Winder opisuje rok z życia Marilyn, spędzony w Nowym Jorku, na Manhattanie, po tym gdy – jako Zelda Zonk – pod koniec listopada 1954 roku uciekła samolotem z Los Angeles. Ten rok był dla niej czasem odkrywania siebie. Okresem, który pozwolił jej odzyskać kontrolę nad swoim życiem i wyznaczyć dalszy kierunek kariery. Chodziła na lekcje aktorstwa do słynnego Lee Strasberga w Actors Studio, zaczęła też poddawać się psychoanalizie (co było obowiązkowym elementem pracy według jego tzw. Metody), rozwijała swój gust literacki i artystyczny i nawiązywała przyjaźnie, m.in. z Trumanem Capote’em oraz przyszłym mężem Arthurem Millerem. „W przeciwieństwie do typowego wizerunku aktorki postrzeganej przez pryzmat trudnego dzieciństwa i nawracających stanów depresyjnych ta Marilyn nie jest ofiarą” – pisze Winder. „Nie jest też hollywoodzką gwiazdą, którą tak dobrze znamy”. Jest za to…

…PREKURSORKĄ

„Ponieważ Marilyn została zredukowana do roli maskotki arcykobiecych lat 50., mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak postępowa była w istocie. Żadna ze współczesnych jej gwiazd nie zgodziłaby się, żeby sfotografowano ją nieumalowaną, żartującą z krawcową, śpiącą w makijażu czy też po prostu wśród bałaganu w hotelowym pokoju” – czytamy w książce Winder. „Walczyła o swoje, zanim zaczął to robić ruch kobiecy. Udało jej się wyrwać ze szponów hollywoodzkiej wytwórni. Stawiła czoło komisji McCarthy’ego. Była dzielną, odważną kobietą” – to z kolei słowa Susie, zaprzyjaźnionej z aktorką córki Lee Strasberga.

…FANKĄ ROZWOJU

„Tak jak wielu innych nieśmiałych, obdarzonych bujną wyobraźnią odmieńców Marilyn uciekała w świat książek. (…) Zyskawszy status gwiazdy, karmiła swój umysł najlepiej jak umiała. Brała lekcje jogi u Indry Devi, jako wolna słuchaczka na Uniwersytecie Kalifornijskim uczęszczała na zajęcia z literatury starożytnej i sztuki renesansu” – pisze Elizabeth Winder. Jednemu ze znajomych Marilyn wyznała: „Wciąż się uczę. Wciąż szukam. Wierzę, że natura ludzka jest dynamiczna i człowiek nigdy nie powinien przestać się rozwijać i zmieniać. Wierzę w wolność i niezależność. Czytam i studiuję, ile mogę, bo chcę dojrzeć jako osoba”.

…WOJOWNICZKĄ

„Marilyn, najpopularniejsza aktorka na świecie, była osobliwie ubezwłasnowolniona. Ukochana seksbomba Ameryki stanowiła własność Twentieth Century Fox, a w owym czasie, czyli na początku lat 50., wytwórnia decydowała o wszystkim: z którym reżyserem będziesz pracować, jak często możesz iść do toalety, a czasami nawet, za kogo wyjdziesz za mąż lub z kim się ożenisz”– tłumaczy Winder. Marilyn nienawidziła, gdy zmuszano ją, by grała lalunie. „Najbardziej zaś nienawidziła Darryla Zanucka (stojącego na czele studia filmowego Fox – przyp. red.), który za plecami nazywał ją Strawhead (w wolnym tłumaczeniu: pustak – przyp. red.), a potem szybko inkasował kasę za filmy z jej udziałem, żeby utrzymać Foxa na powierzchni. (…) Marzyła o czymś bardziej treściwym, o roli Heddy Gabler albo Gruszeńki z Braci Karamazow” – czytamy dalej. Dlatego po tym gdy odmówiła wzięcia udziału w kolejnym filmie ukazującym ją jako głupiutką blondynkę, uciekła do Nowego Jorku, gdzie razem z przyjacielem fotografem Miltonem Greene’em założyła firmę Marilyn Monroe Productions, która miała produkować filmy z jej udziałem. To wystarczyło, by szefowie wytwórni się zaniepokoili. 1 czerwca 1955 roku – w urodziny Marilyn – premierę miał „Słomiany wdowiec” z jej udziałem, który wkrótce potem okazał się jednym z najbardziej kasowych filmów w historii. Szefowie Marylin się ugięli. Gazety pisały: „Marilyn wygrała walkę z wytwórnią. Studio godzi się na wszystkie żądania”. „Bitwa skończona: Marilyn Monroe, metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i pięćdziesiąt trzy ponętnie rozmieszczone kilogramy, rzuciła 20th Century Fox na kolana”. I to był prawdziwy początek wielkiej kariery…

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »