Naomi Watts: Kobieta z zasadami

fot. BewPhoto

Czy to informacja o rozstaniu Angeliny Jolie i Brada Pitta przyćmiła tę o separacji Naomi Watts z Lievem Schreiberem? A może oni sami, uważani za jedną z tych zgodnych par Hollywood, mają sposoby, żeby uniknąć sensacji. Na festiwalu w Wenecji, gdzie promowali wspólny film, Watts była opanowana i pogodna.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 12/2016)

Lubisz skoki adrenaliny? Ostatnio coraz częściej grywasz w horrorach i thrillerach.

Może faktycznie coś w tym jest? I to mimo że w codziennym życiu jestem bardzo spokojną osobą, brzydzę się przemocą. Wstręt do fizycznej agresji noszę w sobie od dzieciństwa.

Nie biłaś się z dzieciakami na podwórku?

Wystarczyło mi, że obserwowałam, jak regularny łomot dostaje mój starszy brat, który przez pewien czas wyczynowo trenował kick-boxing. Kiedy oglądałam go na ringu, bardzo to wszystko przeżywałam, w ogóle nie pomagało mi powtarzanie, że to tylko sport. Dla tak wrażliwej dziewczyny jak ja nie było gorszej rzeczy niż świadomość, że bliskiej osobie dzieje się krzywda, a ja nie mogę jej pomóc.

A jednak dopiero co zagrałaś żonę boksera. Wróciły dawne wspomnienia?

Na szczęście w filmie „The Bleeder” [zagrali w nim wspólnie z Lievem Schreiberem
– przyp. red.] nie ma ani jednej sceny, w której muszę przyglądać się walkom. A nawet gdyby było inaczej, pewnie zacisnęłabym zęby i przyjęła rolę mimo wszystko. Bardzo wzruszyła mnie historia głównego bohatera – faceta, który stracił kontrolę nad swoją sławą.

Rola w tym akurat filmie była dla ciebie nietypowa o tyle, że do tej pory rzadko miewałaś okazję wcielania się w autentyczne postacie.

Na początku rzeczywiście miałam dużą tremę. Wszystkie moje wątpliwości znikły w momencie, gdy poznałam pierwowzór mojej bohaterki, Lindę Wepner [żonę Charlesa „Chucka” Wepnera, wielkiej niespełnionej nadziei amerykańskiego boksu. Wepner nigdy nie osiągnął sukcesu, mimo spektakularnych walk m.in. z Muhammadem Alim – przyp. red.]. Linda ujęła mnie połączeniem anielskiej wręcz niewinności i niepodrabialnego, rubasznego poczucia humoru. Polubiłyśmy się też dlatego, że obie fascynujemy się sportowcami. Dla mnie biografie wielu z nich, z całym swoim dramatyzmem i zwrotami akcji, przypominają trochę losy mitologicznych herosów.

Którzy sportowcy to twoi idole?

Jako nastolatka wzdychałam do Johna McEnroe [amerykański tenisista]. Nie miałam pojęcia o tenisie, a jednak namiętnie oglądałam jego mecze. Lubiłam sposób, w jaki okazywał wolę walki i zaangażowanie. Podejrzewam, że to miało jakiś związek z tym, jak postrzegam męskość. Jako nastolatka, kiedy rozstawałam się z chłopakiem, to zwykle dlatego, że niedostatecznie przypominał Johna McEnroe [śmiech].

Branża filmowa ma coś wspólnego ze światem sportu?

I w jednym, i w drugim przypadku cenna jest umiejętność znoszenia porażek. Gdybym jej nie miała, dziś nie prowadzilibyśmy tej rozmowy, dawno zmieniłabym pracę. Nie żartuję, bo chociaż debiutowałam jako nastolatka, smak sławy poznałam przecież dopiero po trzydziestce.

Nawet jeśli długo to trwało, chyba jednak opłacało się czekać na rolę taką jak ta w „Mulholland Drive” Davida Lyncha?

Nie wiem, czy Davida obchodzą takie rzeczy, ale kiedy niedawno amerykańscy krytycy ogłosili „Mulholland Drive” najlepszym filmem dekady, byłam wniebowzięta. Mój sentyment do tego projektu bierze się również stąd, że na planie naprawdę zżyłam się z Lynchem. Bez cienia przesady mogę powiedzieć, że jesteśmy dziś dobrymi przyjaciółmi. Pracujemy zresztą razem nad nową wersją „Miasteczka Twin Peaks”, ale nie mogę powiedzieć o tym ani słowa więcej. Gdybym się wygadała, w kontrakcie mam zapisaną tak dużą karę za ujawnienie tajemnicy, że poszłabym z torbami.

Zastanawiałaś się, co by było, gdyby sukces przyszedł do ciebie dużo wcześniej?

Jasne. Gdybym stała się rozpoznawalna jako 20-latka, miałabym przecież całą dekadę więcej na pracę ze znakomitymi reżyserami. Z drugiej strony, kto wie, może zbyt wczesna sława uderzyłaby mi do głowy i koncertowo zmarnowałabym cały swój talent? Lynchowski „Mulholland Drive” z pewnością odmienił moje życie. Dzięki sukcesowi filmu nigdy więcej nie musiałam już biegać na castingi. Wystarczyło, że dany reżyser obejrzał „Mulholland Drive” i już doskonale wiedział, jakie są moje aktorskie możliwości. To wszystko jednak kwestie czysto zawodowe. Bo ja sama w głębi serca jestem tą samą osobą co kiedyś. Nie zmieniłam nawyków, wstydzę się tych samych wad, których wstydziłam się kiedyś.

Na przykład?

Własnej naiwności. Słyszę jakąś historię, przyjmuję ją na wiarę, przejmuję się, a potem widzę, jak znajomi patrzą na mnie z politowaniem: „No coś ty, Naomi, to był tylko żart”.

Tej naiwności absolutnie nie widać w twoim życiu zawodowym. Wiele aktorek zazdrości ci znakomitej intuicji w doborze ról.

Zawsze kieruję się prostą zasadą: o pieniądzach rozmawiamy na samym końcu. W ten sposób zyskuję pewność, że nie ulegnę pokusie zagrania w kiepskim filmie tylko dlatego, że zaślepi mnie wysokość gaży. To zresztą kolejna zaleta późno zdobytej sławy: kiedy byłam młodsza, stawki dla topowych aktorek były większe niż dziś i z pewnością łatwiej mogły mi zawrócić w głowie. Nie chodzi o to, że jestem z definicji przeciwna projektom komercyjnym. Przeciwnie, chętnie przyjmuję również takie propozycje, pod warunkiem jednak że widać w nich pasję, że mają jakiś swój wdzięk. Taki, który można było dostrzec chociażby w „King Kongu”.

Nie chcę też powiedzieć, że rezygnowanie z innych wielkich kasowych produkcji przychodzi mi z łatwością. Nie przychodzi. Powtarzam wtedy sobie starą zasadę: „Jesteś tak dobra jak twój ostatni film”.

W Hollywood zbyt wiele było już przypadków aktorek, które przyjęły jakąś rolę dla pieniędzy, a potem znalazły się w szufladce, z której nie potrafiły wyjść. Bardzo boję się ugrzęźnięcia w schematach. Właśnie dlatego odrzucam od razu wszystkie role, które przywołują we mnie choć najmniejsze skojarzenia z „Mulholland Drive” czy innym filmem, w którym już zagrałam.

Twoje surowe zasady nigdy cię nie zawiodły?

Nie, choć byłam o włos od wielkiego błędu. Chodzi mi o „The Ring” [film Gore’a Verbinskiego, amerykańska wersja słynnego japońskiego „Kręgu” – przyp. red.]. Kiedy dostałam tę propozycję, nie chciałam o niej słyszeć, byłam świeżo po występie u Lyncha i sądziłam, że przyjęcie roli w jakimś tam horrorze byłoby rozmienianiem się na drobne. Mój agent naciskał jednak tak bardzo, że w końcu zgodziłam się na spotkanie z reżyserem, który ostatecznie przekonał mnie do udziału w tym projekcie. W efekcie powstał całkiem przyzwoity film i kasowy hit. Do dziś zaczepiają mnie na ulicach ludzie, którzy może nie są kinomanami i nie znają reszty mojego dorobku, za to mówią, że nigdy w życiu nie bali się tak bardzo jak w kinie, oglądając „The Ring”.

Nie masz czasem ochoty na nagły zwrot akcji? Na filmowe wyzwanie, które zaskoczyłoby wszystkich?

Liev [Schreiber – przyp. red.] powtarza, że mam niezwykły talent komediowy. Może czas przekonać się, czy ma rację? Nie będzie to łatwe, bo twórcy amerykańskich komedii piszą głównie role dla słodkich i uroczych 20-latek. Ne rozumiem tego. Życie po czterdziestce również potrafi być zabawne.

Z twojej perspektywy fakt, że dwoje tworzących związek ludzi pracuje w tej samej branży, ułatwia czy utrudnia wspólne życie?

Cóż, wyjścia są dwa. Albo kończy się to zaciętą rywalizacją, albo rodzi się między nimi głębokie zrozumienie. Nam z Lievem lata zajęło wypracowywanie tego drugiego. Musieliśmy ustalać – jakżeby inaczej – zasady, takie jak ta, że prawie nigdy nie pracujemy jednocześnie. Przy dwójce dzieci, siedmio- i dziewięcioletnim, kiedy jedno z rodziców kręci film, drugie musi być przy nich stale obecne.

Twoje dzieci oczywiście wiedzą, że nie pracujesz w biurze czy w banku. Ale czy do końca zdają sobie sprawę, na czym polega twoja praca?

Przełomowy moment pod tym względem nastąpił chyba parę lat temu, gdy kręciłam w Tajlandii thriller „Niemożliwe”. Kiedy dzieciaki przyjechały do mnie na plan, zobaczyły na plaży ekipę eksperymentujących z czerwoną farbą charakteryzatorów i uznały, że mamusia pracuje właściwie na wielkim placu zabaw. Od tego czasu uwielbiają mnie odwiedzać. Niedawno na planie „The Glass Castle” [ekranizacja „Szklanego zamku”, autobiograficznej powieści amerykańskiej dziennikarki Jeannette Walls, będzie miała swoją premierę w 2017 roku – przyp. red.] spodobało im się do tego stopnia, że po powrocie oznajmiły z powagą: „Mamo, tato, chcemy zostać aktorami!”.

NAOMI WATTS rocznik 1968. Do jej najbardziej cenionych ról należą te w „Mulholland Drive” Davida Lyncha, „21 gramów” i „Birdmanie” Alejandra Gonzáleza Iñárritu. Zagrała też m.in. księżnę Dianę w filmie Olivera Hirschbiegela.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »