Oprah Winfrey: Nieśmiertelna

Fot. Bewphoto

Żywa legenda amerykańskiej telewizji. Bywa aktorką. Pamiętacie ją w „Kolorze purpury”? Sporo było w tym filmie jej własnych doświadczeń. Podobnie jest z najnowszą rolą Oprah.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 08/2017)

Nie masz wrażenia, że historia zatacza koło? Wydawałoby się, że nie musimy już walczyć o podstawowe prawa człowieka, a jednak rasizm wciąż jest na porządku dziennym.

To problem, z którymi akurat w głównej mierze musi zmierzyć się Ameryka, ale każdy z nas, mieszkańców planety Ziemi, niezależnie od progu tolerancji czy akceptacji odmienności zwraca uwagę na różnice. Jako gatunek uwielbiamy podziały. Jeśli nie rasa, znajdzie się co innego, na przykład klasy społeczne.

Nie złości cię ten stan rzeczy?

Staram się skupić na tym, co jest wartościowe i pozytywne. I tak, zgadzam się, że przed nami jeszcze wiele małych przełomów, ale zwróć uwagę na sytuację, w której właśnie uczestniczymy. Ja, czarnoskóra aktorka, rozmawiam z międzynarodową prasą, promując taki serial jak „Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks”. Historię nikomu nieznanej Afroamerykanki, która zmieniła oblicze współczesnej medycyny. Dla mnie to już brzmi jak zwycięstwo. Jeżeli to nie postęp, to w takim razie co nim jest?

Wasz film stał się komentarzem do obecnej sytuacji w USA pod rządami Donalda Trumpa?

Moim zdaniem historia Henrietty Lacks ma ogromne znaczenie niezależnie od tego, czy mamy rok 1961, 1991, czy też obecny, jakże trudny dla całego świata 2017. Sam fakt, że nikt nie miał zielonego pojęcia o udziale tej czarnoskórej kobiety w rozwoju współczesnej medycyny aż do wydania siedem lat temu książki o tym samym co nasz film tytule, jest dla mnie szokujący. Ja też nie wiedziałam nic na temat tej historii. Mimo że całe życie studiowałam historię i kulturę czarnoskórej społeczności USA. Mimo że sama jestem córką i wnuczką pokolenia sprzątaczek, pomocy domowych oraz prawnuczką niewolników. A jakby tego było mało, w czasie kiedy rozgrywała się walka o sprawiedliwość dla rodziny Lacksów na ulicach Baltimore, rozpoczynałam pracę jako dziennikarka w ich rodzinnym mieście. Byłam w tych samych dzielnicach, gdzie mieszkali potomkowie Henrietty, chodziłam do jej kościoła, przebywałam wśród jej sąsiadów, wiele razy byłam w szpitalu Hopkinsa i nigdy nie usłyszałam jej nazwiska ani nazwy komórek HeLa. Nikt o tym nie mówił.

Grasz córkę tytułowej postaci, która w imieniu matki domaga się sprawiedliwości od amerykańskiego departamentu zdrowia.

Tak. Henrietta Lacks była chorującą na nowotwór szyjki macicy mieszkanką Baltimore, od której, bez jej wiedzy, pobrano komórki rakowe. Materiał do testów został przekazany Geor­ge’owi Geyowi, ówczesnemu dyrektorowi centrum badań nad kulturami tkankowymi na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa. A komórki, nazwane od pierwszych sylab jej imienia HeLa, uważane są za nieśmiertelne z powodu ich zdolności do nieskończonych podziałów mitotycznych. Ich istnienie zrewolucjonizowało ówczesną medycynę. Niestety, w tym samym czasie, czyli w 1951 roku, Henrietta Lacks przegrała walkę z chorobą nowotworową. Miała zaledwie 31 lat. Znaczenia komórek HeLa dla rozwoju współczesnej medycyny nie da się przecenić. Tyle że przez lata dyskredytowano udział Henrietty w tym naukowym osiągnięciu. Do czasu, kiedy to jej córka Deborah Lacks, którą miałam zaszczyt zagrać, postanawia dotrzeć do prawdy i uzyskać zasłużone uznanie dla matki.

Dlaczego ta historia jest dla ciebie tak ważna?

Wydaje mi się, że każdy z nas ma potrzebę odkrycia tego, skąd pochodzi i przez kogo lub też z czego jest stworzony. W tym kontekście materiał genetyczny i komórki ludzkie nabierają głębszego znaczenia. Ja sama w wieku 14 lat zostałam matką chłopca, który, niestety, zmarł tuż po porodzie. Mój synek był wcześniakiem i kto wie, być może istniała znikoma szansa, żeby go uratować. Nie ma dnia, żebym nie myślała o tym, jakie medyczne ograniczenia spowodowały, że mój chłopiec nie przeżył.

Ten osobisty stosunek do tematu widać na ekranie. Prawdę mówiąc, bardzo żałuję, że tak rzadko mogę cię oglądać w filmach. Masz na koncie nominację do Oscara, ale trudno określić cię jako aktorkę na pełen etat.

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się bałam. Moją największą rolę zagrałam przecież 30 lat temu… W porównaniu z młodszymi o połowę aktorkami z planu, które mają na koncie dziesiątki ról, czułam się wyjątkowo nie na miejscu. Zwyczajnie bałam się, że zrobię z siebie kretynkę. Całe szczęście reżyser George C. Wolfe oświadczył, że muszę zachowywać się profesjonalnie, mam mu zaufać i poddać się jego sugestiom.

Chcę w tym miejscu wyjaśnić, że to świętej pamięci Deborah Lacks pragnęła, żebym właśnie ja ją zagrała. Było to na długo przed sukcesem samej książki, kiedy jeszcze nikt nie planował filmowej ekranizacji.

Masz za sobą wiele trudnych doświadczeń. Jako dziecko byłaś bita przez babcię i molestowana przez członka rodziny. A kiedy już zaczęłaś pracę w mediach, musiałaś zmagać się z dyskryminacją na tle rasowym i z seksizmem. Przeszłość nadal ci ciąży?

Pochodzę z bardzo toksycznego i przepełnionego agresją domu rodzinnego. Ale dziś jako dorosła kobieta mogę z dumą powiedzieć, że jestem wyleczona. To bardzo ważne, ponieważ długo musiałam pracować na ten stan, chciałam wciąż pozostać sobą – pogodną, otwartą na innych osobą. Nie mam już w sobie żalu ani gniewu do osób, które wyrządziły mi krzywdę. Co najważniejsze, nie mam też żalu do świata za to, co mi się przytrafiło, ponieważ los się do mnie uśmiechnął i życie przerosło moje marzenia. Zacięcie walczyłam o to z uśmiechem na twarzy i miłością w sercu. I tak, jestem pogodzona z moją przeszłością.

W jakim stopniu te osobiste doświadczenia wykorzystałaś, budując role w „Kolorze purpury” i w „Nieśmiertelnym życiu Henrietty Lacks”?

Osoby bite i niekochane nie kochają siebie. Tak było w moim przypadku i w przypadku mojej bohaterki Deborah Lacks. Ale to nie jest największy problem. Największym problemem jest ten niewyobrażalny gniew, żal i agresja, które niosą ze sobą ofiary przemocy. Ta rozpacz i poczucie niesprawiedliwości potrafią zalać wszystkie inne emocje. Ale świat należy zmieniać, zaczynając od siebie. Dlatego medytuję każdego ranka, od dzieciństwa prowadzę dziennik, zapisując w nim codziennie własne przemyślenia, i pielęgnuję miłość do osób mi najbliższych. Trzeba znać swoje priorytety i kochać siebie.

Czym na co dzień zajmuje się emerytowana Oprah Winfrey?

Podobno większość kobiet ma obsesję na punkcie butów. Ja mam obsesję na punkcie książek. Pochłaniam dwie dziennie.

A jak dziś – po 25 latach w telewizji i ponad 30 latach aktywności publicznej – oceniasz swoje dokonania? Jak duży wpływ miałaś na świat?

Spędziłam dekady na słuchaniu historii innych ludzi. Taka była moja rola w programie. Dawałam głos osobom i ich historiom, które inspirowały miliony osób. Nieważne, jak bardzo wykolejony lub też zawodowo spełniony był mój potencjalny gość. W ten sposób dotarło do mnie coś bardzo istotnego. To jedna z moich najważniejszych życiowych lekcji i to właśnie na niej opierał się sukces programu „Oprah Winfrey Show”. Absolutnie nie ma życia, które nie niosłoby ze sobą ważnego przesłania, ani jednego człowieka, którego opowieść nie byłaby wartościowa. Trzeba ją tylko przekazać innym.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »