Reni Jusis: BANG bang

fot. SONY MUSIC.

Stąd pomysł na wyprowadzkę ze stolicy?

W Warszawie nie znaliśmy swoich sąsiadów, nie wiedzieliśmy, jak mają na imię. Moje dzieci nauczyły mnie tego, że kontakt z drugim człowiekiem to jest coś nieocenionego. Kiedyś byłam zdeklarowaną introwertyczką. Po koncercie miałam ochotę iść do domu, nie chciało mi się imprezować ani z zespołem, ani z publicznością. Dozowałam sobie kontakt z ludźmi. Mało mówiłam, obserwowałam. I uciekałam myślami. Zresztą myślę, że kto wspomina mnie z okresu studiów czy liceum, pamięta mnie zawsze nieobecną, zamyśloną, skupioną na sobie, nieufną. Długo dojrzewaliśmy do decyzji o przeprowadzce. Najpierw chcieliśmy uciec z tych betonowych osiedli, gdzie twoje życie polega na tym, że wsiadasz do auta, wracasz na parking, jedziesz windą, nikogo nie widzisz, wchodzisz do domu. Nawet nie chodzisz po ziemi, tylko poruszasz się ruchomymi schodami. I wszystko, o czym marzy twoje dziecko, to wyjść do piaskownicy wśród betonu. Najpierw jeździliśmy do teściów na wakacje, na święta. Później na miesiąc, na całe wakacje. Jak mieliśmy tutaj wracać, pojawiał się taki ból brzucha jak wtedy, gdy wakacje się kończą, gdy czujesz zapach sierpnia. Ja nie lubię zapachu sierpnia, bo wtedy wraca wspomnienie szkoły. I zaczęliśmy podskórnie czuć, że może to jednak nie musi być Warszawa. Zaczęliśmy szukać miejsca gdzieś w Trójmieście. Dom znaleźliśmy przypadkowo, na spacerze. Zakochaliśmy się w nim od razu. Mimo że to była totalna ruina, remont trwał bardzo długo, ale dziś, gdy o tym myślę, wspominam to z uśmiechem.

No dobrze, ale dlaczego aż siedem lat? Dlaczego tak długo wracałaś do muzyki?

W czasie kiedy milczałam, naprawdę miałam wrażenie, że bycie jednocześnie artystką i matką jest niemożliwe. Że – przynajmniej w moim przypadku – to jest nie do pogodzenia. Dzisiaj dochodzę do wniosku, że na wszystko jest czas i być może właśnie to był ten czas, kiedy dzieci mnie najbardziej potrzebowały i kiedy ja czułam, że jestem im potrzebna. Po czym one zaczęły wyfruwać spod moich skrzydeł i poczułam, że powoli wraca do mnie moja przestrzeń. Oczywiście, czułam też presję. Kiedy wreszcie wrócisz do pracy? Wszyscy dziwili się, że mam ochotę celebrować życie rodzinne. Nie miałam niani, nie chciałam, by omijało mnie to, co najlepsze. Nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności, tak do tego podchodziłam.

„Przyjemność”, „to, co najlepsze” – brzmi sielankowo.

Jasne, że czasem potrzebowałam tygodni, by usłyszeć własne myśli. Najczęściej wtedy wyjeżdżałam, zostawiałam mojego partnera i mówiłam: „Przepraszam cię, ale ja muszę gdzieś wyjechać”. Pozwalam też na to Tomkowi, który regularnie jedzie na Kaszuby, wynajmuje tam chatę i po prostu siedzi tydzień w ciszy. Bardzo tej ciszy potrzebujemy, a jeśli ma się dzieci, trudno o spokój. Nawet jeśli oddasz je już do przedszkola, trudno na siłę wyciszyć się na osiem godzin. Dzisiaj sama się temu dziwię, że w pierwszych latach, gdy dzieci kładły się spać, pisałam w nocy bloga, napisałam też książkę z koleżanką, więc kreatywność we mnie ciągle była, ale inaczej ukierunkowana.

Nie boisz się tego powrotu? Koncertów, recenzji, oceniania.

Nie muszę się już przeglądać w niczyich oczach. Recenzje mnie dziś nie ranią. Swoim dzieciom najbardziej na świecie dziękuję właśnie za to, że dzięki nim przestałam być przewrażliwiona na swoim punkcie. Wstaję rano po nocy, kiedy coś im się śniło. Padam na twarz, po czym widzę ich uśmiech i zmęczenie przestaje być ważne. Tak zmieniła mi się perspektywa. Życie, które wcześniej prowadziłam, zmierzało donikąd. Co mogłam jeszcze zrobić? Jeszcze lepszą płytę, z jeszcze fajniejszymi pomysłami? Pamiętam taką rozmowę z moim menedżerem, rozważał koncert w Szczecinie. Powiedziałam mu wtedy: „To za daleko, jestem już zmęczona”. A dziś? Czekam, kiedy Szczecin do mnie zadzwoni!

Czujesz przepaść pokoleniową? Widzisz, jak inni są dziś młodzi ludzie?

Urodziłam się w takich czasach, kiedy wszystkiego brakowało. Wszystko wyrywaliśmy innym z gardeł. Moi rodzice stali w kolejce po pianino wiele miesięcy, podpisywali listy. I dzisiaj widzę dzieciaki, które mają niesamowite możliwości. Mają niesamowity komfort, dla nich naprawdę „limitem jest tylko niebo”. Dużo mnie ominęło, ale za to nie narzekałam na deficyt czasu spędzonego z rodzicami. Wracali do domu o 15.00, więc popołudnia spędzałam z nimi: nudząc się, rozmawiając, oglądając telewizję.

W tej mądrości przychodzącej z wiekiem wciąż jest miejsce na szaleństwo?

Jasne. Zawsze, jak słyszę, że czegoś nie wypada, można być pewnym, że za chwilę właśnie to zrobię. Może i w domu lubię posiedzieć w kapciach, ale na koncertach budzi się we mnie zwierzę. Scenicznej adrenaliny nie sposób opisać. Można, ale i tak nikt do końca w to nie uwierzy. Mam taki plan, że wedrę się kiedyś na koncert Tame Impala, zdejmę stanik i założę go na głowę perkusiście.

No co ty? Aż tak ich lubisz?

Jestem ich psychofanką. Mogłabym im nawet przygotowywać catering.

 

Reni Jusis rocznik 1974; polska wokalistka, autorka tekstów, muzyki i producentka nagrań. Zadebiutowała w 1998 roku płytą „Zakręcona”. Dziś ma na koncie siedem studyjnych albumów. Najnowszy „Bang” ukazał się w połowie kwietnia.