fbpx

Roma Gąsiorowska: SAMICA ALFA

Roma Gąsiorowska: SAMICA ALFA
fot. Rafał Masłow

Fizjonomia i spokojny sposób bycia lekko zdekoncentrowanego aniołka, a w środku – żelazny generał sił lądowych, powietrznych i morskich w jednym. Fuzja niezachwianej wiary w swoją intuicję z racjonalizmem. Roma Gąsiorowska – aktorka ciągle odmiennych ról i kobieta biorąca na siebie coraz to nowe funkcje. Za chwilę znów będzie o tym głośno.

Kto ty jesteś?

Europejczyk mały…

Nie taki mały w porównaniu z tym, jaką cię zapamiętałam sprzed sześciu lat.

Tamtej pani nie znam, tej sprzed ślubu chyba jeszcze. Przez ten czas tyle się zmieniło. I kim ja teraz jestem? Człowiekiem w nieustającym procesie rozwoju, stale poszukującym, na pewno od dawna nie zamykam się w jednej dziedzinie i ciągle wyznaczam sobie nowe cele, do których konsekwentnie dążę.

Aktorka, performerka, wideoartystka , projektantka mody, coach i założycielka szkoły aktorskiej, piszesz scenariusze…

Ta moja wielozadaniowość wzięła się z fascynacji takimi artystami, jak Tadeusz Kantor, Jan Lenica, Pipilotti Rist, Marina Abramović czy Andy Warhol. Zawsze widziałam w sobie artystkę, już jako dziecko tak siebie nazywałam, nigdy nie myślałam o sobie „aktorka”. Jestem aktorką i kocham to robić, ale to, co mi w duszy gra, to o wiele więcej. A do tego mam przy tym całym artystycznym multipleksie umysł również ścisły, zawsze kochałam matematykę, poza tym jestem dobrą organizatorką, dlatego od kilku lat zaczęłam poważnie rozwijać biznes, który działał na różnych polach sztuki, aż doprowadziłam do momentu, gdy zebrałam to wszystko w mój wymarzony autorski koncept. Otwieram W-arte! Open Art Space, nowe miejsce w Warszawie na Mińskiej w Soho Factory, które w jednym zdaniu można nazwać interdyscyplinarną platformą artystyczno-edukacyjną. Znajdzie się tam zarówno moja szkoła, jak i arthouse, czyli różnego rodzaju warsztaty twórcze i biznesowe, będzie klubokawiarnia ze sceną i concept store. Czyli wszystko, co kocham.

Dawniej deklarowałaś, że wolisz kierować z tylnego siedzenia.

Zawsze byłam samicą alfa, musiałam jednak dojrzeć, nabrać doświadczenia i odwagi, żeby poprowadzić jako kapitan tak ogromny statek. Przez kilka lat budowałam swoją psychikę, eliminując lęki oraz budując zdrową samoocenę. Mam teraz dobry czas.

Co na to mąż?

Mój mąż bardzo mi kibicuje, ale nie jest to dla niego proste. Ja bardzo wysoko stawiam poprzeczkę, ale myślę , że dobrze mu z tym, to też go fascynuje. Michał również jest bardzo silną indywidualnością, ładnie to kiedyś określił, mówiąc, że w domu panuje dwuwładza. Oboje jesteśmy uparci, temperamentni, apodyktyczni, ale też bardzo empatyczni i przede wszystkim oboje chcemy pracować nad sobą, i to jest klucz. Mamy swoje terytoria i dopracowujemy sztukę mediacji. Ale mówiąc poważnie, właśnie małżeństwo, a zwłaszcza to, że zostałam mamą, co złączyło mnie z tym kosmicznym źródłem energii, to właśnie dało mi trzon, pion, siłę, zaufanie do siebie i intuicję. To wzmocnienie promieniuje na wszystko. Teraz moja doba trwa 48 godzin i da się z tego czerpać radość.

Jesteś zapracowaną mamą.

Mama zapracowana owszem, ale przede wszystkim mama. Mam teraz wielką kumulację bo jednocześnie robię film (dla dzieci zresztą), Teatr Telewizji, produkuję koncert performatywny, ogarniam festiwal otwarcia i, oczywiście, tworzę wszystko od podstaw, buduję sieć kontaktów, to zajmuje mnóstwo czasu i wymaga ogromnej determinacji i organizacji. Nauczyłam się tak organizować czas i swoje życie, że w tym wszystkim zdążę jeszcze iść na basen, staram się działać bez presji, bez napinki, niepotrzebnych nerwów. Słucham intuicji i jestem bardzo racjonalna. Staram się budować mocne filary dla W-arte! To jest moja inwestycja w przyszłość. Zawsze miałam ogromną potrzebę bycia niezależną, a zawód aktorki jest tego zaprzeczeniem. Przez ostatnie sześć lat tworzyłam więc podwaliny dla mojego nowego miejsca. Udało się.

Szczerze mówiąc, mylą mi się już nazwy tworów powołanych przez ciebie do życia.

Tak, wiem, trzeba to jakoś uporządkować w Internecie. Ale z drugiej strony – właściwie się cieszę, że jest gdzieś ślad wcześniejszych moich działań i widać, jaką odbyłam drogę, żeby chcieć teraz na jednym terenie połączyć te elementy układanki w całość. Nie wymyśliłam tak szerokiego projektu wczoraj, to efekt procesu, rezultat tego, że już dobrych kilka lat temu zaczęłam działać interdyscyplinarnie. Już dziesięć lat temu wraz z przyjaciółmi stworzyliśmy Stowarzyszenie Twórców Sztuk Wszelkich. Pracownię, w której wymienialiśmy się warsztatem i odkrywaliśmy siebie w innych dziedzinach sztuki niż te, którymi się trudniliśmy na co dzień. Kiedy jako aktorka osiągałam kolejne etapy wtajemniczenia i pięłam się na szczyt, równocześnie badałam różne rynki: modowy, wideo, galeryjny, edukacyjny, teraz mam doświadczenie, które pozwoli mi zarządzać ogromnym przedsięwzięciem, gdzie wszystkie te dziedziny połączymy. Przykładem moda – tu nie będzie mojej kolekcji, ja działam w kolaboracjach. Moje projekty można będzie na jesień znaleźć w butiku PLNY LaLa, natomiast w W-arte! concept store będą unikatowe limitowane serie, dedykowane temu miejscu, oraz warsztaty, wydarzenia związane ze światem mody. Ja jestem tu lokomotywą, która ciągnie za sobą kolejne wagoniki, inspiruje i dogląda, i leci dalej tworzyć kolejny projekt.

Mówisz jak zasłużony weteran.

Jestem w zawodzie od 12 lat, a mam 35. To czas kolosalnych i być może największych zmian i rozwoju w moim życiu, ale też w moim zawodzie. Do tego dochodzi rosnąca pozycja mojego aktoRstudio. Mamy naprawdę świetny odzew, skoro słyszymy, że to jedyna szkoła, która uczy praktyki, i to z pierwszej ręki. Bo ludzie, którzy u nas wykładają, sami jednocześnie spędzają 300 dni w roku na planie. Zajęcia poprowadzą m.in.: Małgosia Buczkowska, Aleksandra Popławska, Marysia Seweryn, Lena Skrzypczak, Marta Ścisłowicz, Piotrek Adamczyk, Przemek Bluszcz, Maciej Dejczer, Piotrek Głowacki, Dawid Ogrodnik, Rafał Mohr, Michał Żurawski.

A Eliza Rycembel jest waszą wychowanką. I już o niej słychać. Co ludzi do was przyciąga oprócz tego, że może się zgłosić każdy?

Główne założenie tej szkoły jest takie, że najważniejsze jest bycie w zgodzie ze sobą, niezbaczanie w jakieś ślepe uliczki, nietkwienie w fikcji. Czasami studenci dostają od nas o sobie nawet bolesną prawdę, ale tak podaną, żeby była mobilizująca. To się rzadko zdarza w dzisiejszym świecie. Najczęściej coś komuś nie pasuje i mówi: „cześć”, a ty nie wiesz, o co chodzi. Skończyłam szkołę teatralną w Krakowie, którą bardzo szanuję, ale tam wielu ludzi bardzo studentów krzywdzi. Sama tego doświadczyłam, kiedy usłyszałam uwagę: „Musisz chyba po 4 kg ziemniaków na czwarte piętro wnosić, żeby coś z tym głosem zrobić ”. Taka uwaga i zrób z nią, co chcesz. To tylko delikatny przykład. Niektórzy słyszeli np. „Życzę ci, żeby ci matka umarła, żebyś zaczął coś czuć”. A to są rzeczy, które młodego człowieka zamykają. Na lata. Czasem śmiejemy się z moimi kolegami po fachu, opowiadając sobie absurdalne sytuacje ze szkoły. Każdy z nas to przeżył i każdy musiał się długo z tego podnosić, a zawód jest trudny i nie pomaga. Rzeczywistość show-biznesu nie pomaga. To w skrócie. Dlatego powstała moja szkoła. Metody, jakimi pracujemy, są wręcz jak terapia. I są skuteczne. Potrafimy z każdego zrobić dobrego aktora, jeśli tylko ma w sobie potencjał.

Opiekujecie się swoimi absolwentami.

Tak, przygotowujemy ich do konkretnych castingów, również językowo, gdy w grę wchodzi film zagraniczny. Współpracujemy z Gdyńską Szkołą Filmową, to daje ogromną praktykę, nasi podopieczni są zapraszani na castingi, dostają role w filmach, w serialach, mają bezpośredni kontakt z rynkiem.

Nazwą szkoły nawiązujecie do Actors Studio Lee Strasberga On twierdził, że powinno się wchodzić w rolę emocjonalnie.

Bierzemy dużo z metod Lee Strasberga, ale więcej od Stelli Adler, która już odchodziła od Stanisławskiego, a więcej pracowała z wyobraźnią. Kiedy startowałam w zawodzie, wtedy było akurat pożądane spruwanie się emocjonalne. Ale to się na przestrzeni lat zmienia, teraz bardziej stawia się na minimalizm, na obraz, na historię, aktorzy grają z większym dystansem. W szkole uczono nas historii kina i analizowaliśmy środki używane przez aktorów, stary styl artystów, lecz teraz są już inne standardy zawodowstwa. Będąc na bieżąco, w znacznym stopniu wytyczamy te trendy. W książce o polskim filmie ostatniej dekady są wymienione cztery ważne z moim udziałem. Czuję się tym zaszczycona. A jednocześnie na podstawie choćby tych moich kilkudziesięciu filmów, które zrobiłam, widać bardzo wyraźnie różnice zachodzące w kinie.

Inaczej się gra?

Nawet nie o to chodzi, że gra jest inna, ale na przykład praca kamery, praca światłem. Weszła elektronika, Internet. Ja pamiętam jeszcze taśmy, a wprowadzenie kamer cyfrowych pozwoliło na kręcenie wielu dubli bez ograniczeń, co daje szansę osiągnąć inny poziom, więcej eksperymentować , kamera jest dynamiczna, przy twarzy bohatera, co sprawia, że język emocji jest inny. Ale też skoro zmienia się światło, więc również makijaże, więc i cały look. Te przemiany galopują, maszyna pędzi. Mam poczucie, że żyję w ciekawych czasach. Pootwierały się możliwości szkolenia w Nowym Jorku, Londynie. A u nas rocznie powstaje tyle filmów, że ja nie mam czasu ich wszystkich obejrzeć. Tytuł wchodzi do kin na dwa, trzy tygodnie i następny. Do tego jest telewizja, Internet, teledyski… Teraz granie w filmach stało się elitarne, a sukcesem jest również bycie aktorem serialowym czy reklamowym. Tu moi absolwenci mają duże szanse i jak widzę, idzie im to, ludzie są w stanie z tego żyć. Tylko jeszcze producenci z tego high topu miewają pozamykane głowy, ale próbujemy ich pomału przekonać.

W jakim sensie?

Wiesz, bardzo złożony jest proces przechodzenia aktora przez kolejne bramki prowadzące do udziału w filmie. Możesz być po castingu, zdjęciach próbnych, po słowie, a na końcu producent powie: „Nie, za dużo jej ostatnio, teraz potrzebujemy brunetki”. Zmieniły się też realia, jeśli chodzi o finansowanie produkcji. Bywa więc tak, że do momentu zamknięcia finansowego angażuje się kogoś, kto zachęci inwestorów, a potem bierze się celebrytę dla podniesienia kasowości filmu. Zdarza się, że aktorzy są zdejmowani z planu pomimo podpisanych umów, bo jednak nie spełniają oczekiwań po kilku dniach zdjęciowych. Wieczna niewiadoma i ocena. Mam do tego dystans i nie narzekam, ale tak jest.

Lubisz pracować z przyjaciółmi.

Bardzo, lubię mieć porozumienie, a nie pakować się w sytuacje, gdzie nie czuję się dobrze w relacji artystycznej jakiegoś współuzależnienia twórczego typu kat – ofiara, mistrz – uczeń. Nie o to chodzi. To trudny zawód, więc nie może sprawiać niepotrzebnego cierpienia. Mamy mieć przyjemność i pasję wspólnego tworzenia. Chcę być nieskrępowana, kiedy rysuję sobie postać. Zakładam, że lepiej się w pracy zaprzyjaźnić i pracować w miłej twórczej atmosferze, ale te przyjaźnie zwykle trwają tyle co projekt, taki już jest ten świat. Ludzie są bardzo zajęci. Ciężko spotkać się gdzieś poza pracą.

Jak rysujesz postaci? Dedukcja?

Pracuję z wyobraźnią i często improwizuję, jeśli reżyser chce w ten sposób pracować. Ja lubię, ale nie muszę. Umiem też pracować w sztywnych ramach tekstu i sytuacji. To kwestia projektu i wspólnego porozumienia co do metody pracy.

Wtedy czujesz się podwykonawcą?

Nigdy nie czuję się podwykonawcą, bo zawsze wkładam całą siebie. Zdarzyło się, że uratowałam kilka sytuacji, w których reżyser nie był zbyt zdecydowany, pomagam chętnie. Szczególnie debiutantom. Najlepiej jednak, gdy reżyser wie, czego chce, ciekawie jest wtedy posłuchać, jakie ktoś może mieć wyobrażenie o tobie w postaci, i temu sprostać. A jak się zbierze superekipę i można pójść w improwizację, świeżość i prawdę tej energii na planie, często potem na premierze widzę, że na ekranie jest ktoś inny niż ja. Inny głos, inne reakcje. Do takich chwil dążę.

Zostałaś ambasadorką francuskiej firmy kosmetycznej L’Occitane, znanej z naturalnych produktów, z naturalnych składników. Bardziej kojarzysz mi się z szałem niż szałwią, a tu taki klimat skąpanej w ciepłym słońcu Prowansji.

Super, że o tym mówisz. Taki obrazek tego ciepła, słońca to moje wnętrze i moja przyszłość. Najbliższych dziesięć lat chcę budować filary mojej działalności, żeby potem mieć komfort, podróże, ciepło, spokój. Ja nie mam wiele wspólnego z szałem. Może to powidok zagranych przeze mnie postaci, ale to już się zmienia. Ja już nie jestem zbuntowaną nastolatką, ale kobietą. Świadomą siebie i tego, czego chcę i co lubię. Dbającą o jakość życia. To dlatego utożsamiam się z ideą L’Occitane, jak już wspomniałam, nie robię w życiu niczego, co nie jest w zgodzie z moją naturą. Jestem spełniona, lecz nie zostało to okupione wyssaniem energii, spokoju czy zdrowia, jak w przypadku wielu dzisiejszych karier. A nie stało się tak, ponieważ idę ostrożnie: kilka kroków, zabujam jak boja na jeziorze, sprawdzę, czy mam grunt, zanim pójdę dalej. Jestem alergikiem, wiele kosmetyków mnie uczula, dlatego dbam o to, żeby to, czego używam, było naturalne. Podoba mi się też, że to nie jest jakaś wielka korporacja, ale firma malutka, nieekspansywna, niepchająca się nachalnie na tym ogromnym rynku koncernów kosmetycznych. A ludzie, których poznałam i którzy współtworzą tę markę, robią to naprawdę z pasji.

Są Offowi.

Ale na wysokim poziomie, więc elitarni.

Zdarzyło się, że coś ci się nie udało?

Oczywiście, nadal tak jest i pewnie zawsze tak będzie, ale wychodzę z założenia, że każda porażka to dobra dla mnie lekcja. I idę do przodu.

 

ROMA GĄSIOROWSKA rocznik 1981. Już w trakcie studiów dostała propozycję angażu w Starym Teatrze i Teatrze Rozmaitości. Wybrała ten drugi. Popularność zdobyła w „Londyńczykach”, „Wojnie polsko-ruskiej”, „Listach do M”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze