Ryan Gosling: Niepokorny

fot. BewPhoto

Musicalowi „La La Land” krytycy wróżą Oscara. I faktycznie szansę na statuetkę ma spore. Nie mniejsze niż grający w nim główną rolę Ryan Gosling. Świadomy, dobrze kierujący swoją karierą aktor, któremu nie wystarcza etykietka jednego z największych przystojniaków Hollywood. To prawda, że ma w sobie coś elektryzującego, ale chodzi też o życiową postawę. Sukcesy nie usypiają jego czujności, porażki tylko dopingują do działania.

(wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 1/2017)

Wszyscy zachwycają się, że nauczyłeś się tak dobrze śpiewać, tańczyć, nawet grać na pianinie. Ja uważam, że trudno o bardziej pasującą do ciebie rolę. W końcu z muzyką jesteś związany od najmłodszych lat. I nie mówię tylko o disnejowskim „Klubie Myszki Miki”.

Masz na myśli moją karierę muzyka ślubnego? Tak, to prawda. Jako młody chłopak śpiewałem na ślubach. Płacili mi 20 dolców za występ, wtedy to był solidny zastrzyk finansowy dla mojej kieszeni. Z perspektywy czasu może się to wydawać zabawne.

Tylko trochę.

Musisz wiedzieć, że to poniekąd rodzinna tradycja. Weźmy mojego wujka. Kiedy byłem małym chłopcem, on zarabiał, naśladując Elvisa. Był w tym naprawdę dobry.

To on cię zainspirował? Dzięki wujkowi Elvisowi postanowiłeś, że zostaniesz aktorem?

Pochodzę z niewielkiego miasta na wschodzie Kanady [w Cornwall w Ontario żyje zaledwie 45 tys. ludzi – przyp. red.]. Większość mężczyzn z mojej rodziny, w ogóle większość mieszkańców, pracowała w papierni. Zawsze wydawało mi się to bardzo nudne. Aż któregoś dnia wróciłem do domu i okazało się, że mamy nowego członka rodziny. Wyobraź sobie – wprowadził się do nas człowiek, którego służbowym uniformem była biała kamizelka z kryształkami i cekinami układającymi się na plecach w wielkiego orła. Wuj ćwiczył, chodząc po domu, mówiąc jak Elvis, po prostu się nim stawał. To było na pewno moje pierwsze doświadczenie z metodą Stanisławskiego. Nie wiem, gdzie bym dzisiaj był, gdyby nie tamte wydarzenia.

Pamiętasz, co najbardziej pociągało cię w jego występach?

Miałem okazję oglądać, jak cała moja rodzina dołączała do show. Ciotki i wujowie, których nie widziałem dotąd na oczy, stawali się częścią tego przedstawienia. Wujek występował głównie w centrach handlowych. Kobiety traciły głowę podczas jego koncertów. Zachowywały się tak, jakby to prawdziwy Elvis odwiedził ich małe miasteczko. Patrzyłem na to z mieszaniną podziwu i fascynacji. A potem pewnego dnia wuj zniknął. Po sześciu miesiącach wspólnego życia po prostu nas opuścił. To było tak, jakby z miasteczka wyjechał cyrk.

Musieliście za nim tęsknić.

Moja siostra i ja natychmiast zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie moglibyśmy robić czegoś podobnego. I faktycznie znaleźliśmy sposób na kontynuację rodzinnej tradycji, trzymając siostrzano-braterską sztamę. Zaczęliśmy wspólnie występować – śpiewać na ślubach, pokazach mody, pogrzebach. Pokazywaliśmy się wszędzie, gdzie nas chcieli. Moja siostra zwalała publiczność z nóg autorską wersją piosenki z disnejowskiej „Małej syrenki”, ja wykonywałem na przykład „When a Man Loves a Woman” Michaela Boltona. Tak wyglądały mniej więcej początki mojej kariery wokalnej.

Dalszy ciąg znają wszyscy twoi fani. Kariera w „Klubie Myszki Miki”, a potem pierwsza doceniona na świecie rola w „Fanatyku”. Przeżyłeś szok, kiedy z Kanady trafiłeś do Hollywood?

To było przerażające, ale bardzo, bardzo wyczekiwane wydarzenie. Wcześniej widziałem Los Angeles w wielu filmach i od dawna narastała we mnie pewność, że muszę tu przyjechać. Oczywiście, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ogromne jest to miasto i jak ciężko jest się w nim odnaleźć, jeśli nikogo się nie zna. Zajęło mi sporo czasu, aby je poznać, myślę, że przynajmniej pięć lat. Ale na tym też polega piękno Los Angeles. To miasto o tysiącu twarzy, którego nigdy nie przestajesz odkrywać. Mieszkam tu od 16. roku życia i stale trafiam na miejsca, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia.

Tak się składa, że także w filmach, w których grasz, Los Angeles często się pojawia i, tak jak powiedziałeś, ma różne oblicza.

Samotność towarzysząca mi podczas nocnej przejażdżki w sunącym przez szerokie ulice samochodzie – to uczucie staraliśmy się jak najwierniej oddać w filmie „Drive”. „La La Land” to z kolei romantyczna historia dwójki marzycieli, którzy w Los Angeles zobaczyli swoją szansę.

W jednej z filmowych piosenek w „La La Land” powtarza się sformułowanie, że to miasto złamanych serc i nadziei.

Dla mnie to raczej mekka marzycieli. Sęk w tym, że tylko nieliczni mają szczęście i udaje im się je spełnić. Na pewno to miasto złamało niezliczenie wiele serc.

Na początku naszej rozmowy oczywiście trochę żartowałam, a ty, jako człowiek niezwykle skromny, mnie nie poprawiłeś. Śpiewanie na weselach to jedno, ale masz przecież zespół. Razem z twoim przyjacielem Zachem Shieldsem tworzycie Dead Man’s Bones, nagraliście nawet dobrze przyjętą płytę. To doświadczenie przydało ci się w pierwszym na twoim aktorskim koncie musicalu?

Nie wiem, czy mogę porównywać te dwie rzeczy, bo „La La Land” to przygoda jedyna w swoim rodzaju. Szczęście nowicjusza – moja ekranowa partnerka Emma Stone i reżyser Damien Chazelle to ludzie młodzi, niesamowicie utalentowani i ambitni. Patrzyłem na Damiena, który ma za sobą wielki sukces swojego debiutanckiego filmu „Whiplash”, i zastanawiałem się, ile doświadczonych, utytułowanych reżyserów nawet nie próbuje sięgać tak daleko jak on. Zwyczajnie boją się ryzyka. A Damien nie zgorzkniał, nie wpadł w sidła pragmatyzmu i biznesowego myślenia. Wciąż ma zapał i wykorzystał to na 100 procent, robiąc coś, czym nikt się właściwie obecnie nie zajmuje – autorski musical. Większość scen zrealizowano nie w studio, a w autentycznych miejscach w Los Angeles. Sceny, kiedy tańczymy czy śpiewamy, powstawały bez żadnych oszustw, są uczciwie zagrane od początku do końca. Mało ujęć, niewiele cięć.

Z tańczeniem też chyba nie miałeś problemu, zważywszy, że myślałeś kiedyś o karierze tancerza?

Uważałem, że poradzę sobie bez trudu, jako że mając 12 lat, opanowałem ruch „na biegacza”. To wystarczyło, żeby oczarować wszystkie moje ciotki. A tu niespodzianka – pierwsza lekcja tańca przed rozpoczęciem zdjęć do „La La Land” była jak kubeł zimnej wody. Kojarzysz film „Na ostrzu” z początku lat 90.? Opowiadał o hokeiście, który próbował jeździć figurowo na lodzie. Niby też łyżwiarstwo, ale jednak inny świat. Można powiedzieć, że ze mną było podobnie.

Na szczęście Damien zorganizował pokazy dla całej obsady, m.in. „Deszczowej piosenki”, „Amerykanina w Paryżu”, „Lekkoducha”. Dzięki niemu mieliśmy też szansę spotkać się przed zdjęciami z wdową po Genie Kellym, którego podziwiam od lat. Dała nam swoje błogosławieństwo, pokazała parę jego kostiumów oraz część jego starych scenariuszy, wszystkie oprawione w skórę. W skrypcie do „Deszczowej piosenki” Kelly umieścił odręczną notatkę: „Pod koniec sceny tańca w deszczu – przekazać parasolkę policjantowi”. Zobaczyć to na własne oczy – to było coś!

W którym mięśniu miałeś największe zakwasy, kiedy przygotowywałeś się do roli?

Najsilniej nadwyrężyłem ego.

Jak myślisz, dlaczego czas ogromnej popularności musicali minął?

Zmiana nastąpiła w latach 70. Dla kina był to punkt zwrotny, zaczął wygrywać realizm. Rewolucje zawsze mają to do siebie, że wylewa się dziecko z kąpielą. Ja jednak wierzę, że te dwa nurty mogą współistnieć. Że da się robić niegłupie musicale, jednocześnie proponując realistyczne kino spod znaku Cassavetesa [uznawanego za jednego z pierwszych twórców kina niezależnego – przyp. red.]. „La La Land” nagrany jest współcześnie, ale kolorystyka, scenografia i stroje wyraźnie nawiązują do złotej epoki musicali, wielkich produkcji studia Metro-Goldwyn-Meyer. Z tą różnicą, że w naszym filmie raz na jakiś czas przez kadr przejedzie toyota prius albo komuś zadzwoni komórka. Bawimy się musicalową konwencją, jednocześnie okazując jej ogromny szacunek.

Jesteś kinomanem, świadomie potrafisz żonglować konwencjami. Widać to w twoim reżyserskim debiucie – „Lost River”. A jednak po premierze w Cannes nastąpił wysyp złośliwych recenzji, krytycy naprawdę się nad tobą pastwili. Zniechęcili cię do dalszych prób?

Myślę, że te reakcje bardziej wynikały z faktu, że to ja go zrobiłem, a nie z jakości samego filmu. Jak wspominałem, według mnie rolą filmowca jest podejmowanie ryzyka. Mnie krytyka nie zniechęca, wręcz przeciwnie. Reaguję jak w filmie „Wściekły byk” Martina Scorsese. No wiesz: „Nigdy mnie nie pokonaliście!” [śmiech]. Czuję, że krytycy już wylali z siebie to, co najgorsze, a ja to wytrzymałem. Czuję się bardziej zdeterminowany niż pokonany.

Trudno było potem wrócić na drugą stronę kamery?

Oj, trudno. Tworzenie filmów to najlepsza praca, jaką można mieć. Nie ogranicza cię scenariusz ani czyjaś wizja. Reżyser doświadcza spektrum filmowych emocji, to daje spełnienie. Dlatego w tej chwili przygotowuję się do dwóch własnych filmów, muszę tylko zdecydować, od którego zacznę. I wiesz co? Jeden z nich to musical. Od dłuższego czasu myślę o sfilmowaniu losów Busby’ego Berkeleya [reżyser i choreograf filmów muzycznych, znany z układów tanecznych, wymagających zaangażowania wielu tancerek i rekwizytów – przyp. red.] i pierwotnie miałem ten projekt zrealizować jeszcze przed „La La Land”. Jednym z powodów, dla których podjąłem się gry w tym filmie, było to, że chciałem zdobyć doświadczenie, które potem przyda mi się we własnej produkcji.

W paru ostatnich filmach, zwłaszcza w „Big Short”, ale i w „Nice Guys. Równi goście”, odważnie bawisz się swoim wizerunkiem.

„Big Short”, mimo że nie był to przecież film eksperymentalny, miał w sobie wiele niezwykle odważnych elementów, co dla mnie było naprawdę ekscytujące. Z kolei „Równi goście” dali mi szansę zagrać komediowo. I to z jakim rozmachem! Niewiele jest we współczesnym kinie okazji, żeby tak się wyżyć. To samo mogę powiedzieć o tańczeniu i śpiewaniu na planie.

A w domowym zaciszu co ostatnio nucisz najczęściej?

Nie wiedzieć czemu – głównie piosenki z „Ulicy Sezamkowej”. Najczęściej głosem Elmo.

RYAN GOSLING rocznik 1980. Wśród jego najgłośniejszych ról znalazły się te w filmach: „Fanatyk”, „Miłość Larsa”, „Idy marcowe”, „Blue Valentine”, „Drive”, „Big Short”. Aktor ma na koncie jedną nominację do Oscara i trzy do Złotych Globów.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »