Shirley Manson: Zostawcie „Titanica”

Shirley Manson: Zostawcie „Titanica”
fot. Joseph Cultice/mat. prasowe

Patrząc na nią, trudno uwierzyć, że w tym roku świętuje 50. urodziny. Z tego ponad 20 spędziła z Garbage. Zespół właśnie wydał nową płytę, a jego wokalistka Shirley Manson niezwykle szczerze opowiada o swojej karierze, cenie, jaką przyszło jej za nią zapłacić, o momentach zwątpienia, ale i o błogosławieństwie, jakim jest dla kobiety upływ czasu i dojrzałość.

Rozmawiamy w Londynie, w miejscu, w którym zaczęła się twoja życiowa przygoda.

To było dokładnie 21 lat temu w kwietniu. Przedziwny słodko-gorzki dzień. Po raz pierwszy miałam spotkać się z amerykańskimi muzykami, którzy chcieli założyć ze mną zespół. Zobaczyli mnie w MTV i pomyśleli, że to właśnie ta dziwna dziewczyna ze Szkocji jest kimś, kogo szukali. Nie wierzyłam nawet przez chwilę, że coś z tego będzie. Myślałam, że to tylko przygoda, rozrywka na najbliższe miesiące. Moja kariera stała wtedy w miejscu, znajomi zakładali rodziny, zarabiali pieniądze, budowali domy, a ja czekałam nie wiadomo na co. Tamto spotkanie było jak koło ratunkowe rzucone w moją stronę, choć jeszcze o tym nie wiedziałam. Pamiętam bardzo dobrze, że właśnie wtedy przyszła wiadomość o samobójstwie Kurta Cobaina. Szok. Patrzyłam na Butcha Viga, który pracował z Kurtem, i zastanawiałam się, co musi teraz czuć, skoro ja byłam zdruzgotana.

 

Kiedy zakładaliście Garbage, miałaś 28 lat. Dość późno jak na sukces w branży muzycznej. A może to dobrze? Może uchroniło cię to przed pułapkami rockandrollowego życia?

O tak! Ale to nie dotyczy tylko muzyki, chociaż z pewnością byłam wtedy dojrzałą debiutantką. W ubiegłym roku świętowaliśmy 20-lecie debiutanckiej płyty, wróciłam do zdjęć i wywiadów z tamtych czasów. Zdumiało mnie, że wydawałam się taka silna, pewna siebie, podczas gdy w rzeczywistości byłam krucha. Byłam wielkim znakiem zapytania, do tego dość zagniewanym i butnym.

 

A dziś?

Dziś żyję w zgodzie ze sobą. Wierzę w mądrość, która przychodzi z wiekiem. I jestem strasznie wkurzona na kobiece magazyny, a może po prostu na media, które odrzucają wszystko, co dotyczy starzenia się. Kobiety chcą być postrzegane jako młode, zaprzeczając tym samym wszystkiemu, co zdobyły, co osiągnęły. W imię współczesnego ideału. Wydaje mi się to oburzające i już jakiś czas temu, gdy pojawiły się pytania w stylu: „Shirley, jak znosisz czterdziestkę?”; „Shirley, co znaczy dla ciebie pięćdziesiątka na horyzoncie”, postanowiłam, że nie będę siedzieć cicho. Jest tyle korzyści z bycia dojrzałą kobietą, o których nikt nie mówi. Jest tyle frajdy w byciu dorosłym!

 

To znaczy, że kiedy w latach 90. sprzedawałaś miliony płyt z Garbage, byłaś na okładkach gazet, ba, byłaś nawet gwiazdą kampanii reklamowej dużego domu mody, borykałaś się z kompleksami zatruwającymi radość z tego, co osiągnęłaś?

Pamiętam taki moment, siedziałam z moją przyjaciółką, przeglądałyśmy gazety. To był czas wielkiej popularności Garbage, byliśmy na pierwszych miejscach list przebojów, pewnie nawet byłam w tych gazetach. W pewnym momencie zobaczyłam zdjęcie modelek na plaży, jakieś fotki zrobione przez wścibskich paparazzich. I wiesz co? Załamałam się zupełnie, że nie wyglądam tak jak one. Zaczęłam płakać. Moja przyjaciółka patrzyła na mnie zszokowana, zdumiona. Taka jest presja urody i wizerunku, coś niewiarygodnego. Dziś, 20 lat później, jestem w innym miejscu. Bardziej niż piękno pociąga mnie prawda. Nie interesuje mnie kłamstwo i nie chcę się dokładać do kłamstw innych ludzi. Dziś uważam, że największą siłą człowieka jest szczerość i przyjęcie wszystkiego, co przynosi życie. Z otwartością i godnością.

 

Kiedy w wywiadach mówisz: „Nigdy nie byłam pięknością, a jednak zrobiłam karierę”, nie ma w tym kokieterii?

Nie, mówię to jako kobieta, która porównywała się ze zdjęciami innych kobiet w kolorowych magazynach! I która wiedziała, że nie ma z nimi szans. Za mną 20 lat sukcesów opartych nie na moim wyglądzie, bo wyróżnia mnie pracowitość, nie uroda, ludzie lubią Garbage za muzykę, a nie za ładną wokalistkę. Właśnie to dało mi mnóstwo wolności. Dziś to rozumiem i doceniam.

 

Pamiętasz moment, kiedy poczułaś się naprawdę dorosła?

To było po śmierci mamy. Kiedy bardzo chorowała i trzeba było spodziewać się najgorszego, miałam najczarniejsze myśli, że kiedy ona umrze, umrę i ja. Że nie przeżyję takiej straty. Miałyśmy wspaniały, mocny związek. Mama była moją największą fanką, ale również kimś, kto w swój cudowny, delikatny i pełen troski sposób zwracał mi uwagę. Zawsze myślałam, że ona jest generałem, a ja sierżantem, i toczymy tę wojnę z całym światem razem. Gdy straciłam mojego generała, poczułam się zupełnie zagubiona. Ale kiedy minął pierwszy szok, kiedy otrząsnęłam się z tego strasznego bólu, dostrzegłam, że wciąż jestem w jednym kawałku. Przetrwałam. Pojawiła się świadomość, że stoję samodzielnie na dwóch nogach, oddycham. Że jeśli śmierć mamy mnie nie zabiła, na razie nic tego nie zrobi. Z tą myślą przyszła dorosłość.

 

Czy to właśnie mama wychowała cię na tak silną, odważną kobietę? Kiedy kilka lat temu pracowałaś nad debiutancką solową płytą, zerwałaś kontrakt, bo wytwórnia chciała z ciebie zrobić plastikową gwiazdkę. Album nigdy się nie ukazał.

To nie była odwaga, ja po prostu nie umiałam się tak tanio sprzedać. Ale tak, to mama zawsze mi powtarzała, jak bardzo wartościową jestem jednostką. I jak wysoko należy tę wartość cenić. Nauczyła mnie, że kiedy coś nie jest zgodne ze mną, należy odejść. Że jeśli ktoś chce mnie zmienić, trzeba tę osobę zostawić.

 

Czy tak rozpadło się twoje pierwsze małżeństwo?

Największą moją porażką było to, że dałam odejść miłości, nie byłam gotowa o nią walczyć i ją zatrzymać. Związki nie miały szans z szaleńczą karierą Garbage w latach 90. Miałam wrażenie, że ciągle jesteśmy w drodze, daleko od najbliższych. My zostawiliśmy ich, a w końcu oni nas. Rozumiem każde załamanie nerwowe młodego artysty, to wyzwanie przystosować się do takiego życia. Zajęło mi wiele lat, by znów się zakochać. Dziś jestem żoną wspaniałego mężczyzny [inżyniera dźwięku Billy’ego Busha – przyp. red.]. Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, życie ma inną, lepszą, wartość, odkąd on w nim jest.

 

Po rozwodzie radykalnie zmieniłaś wizerunek, obcięłaś włosy i ufarbowałaś je na blond. Wydawaliście wtedy z Garbage nową płytę, która przepadła na rynku. Domyślam się, że był to jeden z najgorszych momentów twojego życia.

Nie dość, że miałam kłopoty osobiste, to premierę naszej trzeciej płyty zaplanowano na wrzesień 2001 roku. Ten straszny, naznaczony terrorem wrzesień. Zamachy zmieniły wszystko, ludzie chcieli słuchać innej muzyki, radio grało inną muzykę i nagle my, gwiazdy lat 90., zostaliśmy na uboczu, ze świeżo wydaną płytą. Był to czas po prostu koszmarny, czułam, że wpadłam w sidła i że nie ma już wyjścia. Z tego stresu straciłam głos, potrzebna była operacja.

 

A jednak znalazłaś wyjście, wyleczyłaś się, miałaś siłę, żeby nadal próbować. Show must go on.

Jest kilka rockandrollowych kobiet silniejszych niż wszystko, co przynosi im życie – m.in. Patti Smith, Debbie Harry. Zawsze chciałam być jedną z nich. Mam też potrzebę komunikowania się z ludźmi przez moje piosenki, to nigdy się nie zmieniło i zawsze dawało mi wielką siłę. No i szczerze mówiąc, nic innego nie potrafię robić.

 

Trzymajmy się chronologii zdarzeń – z kolejną płytą „Bleed Like Me” wszystko wróciło do normy. Sukcesy, przeboje.

Tak, ale najpierw było koszmarnie. Wcześniejsza klęska pogrzebała nas w wytwórni. Byli przekonani, że Garbage się skończyło, że nikt nie chce tego słuchać. A kiedy tak myśli twoja wytwórnia, możesz być pewny, że palcem nie kiwnie, żeby ci w czymkolwiek pomóc. Spirala zaczęła się nakręcać, niewiele brakowało, a zespół by się rozpadł. Byliśmy sfrustrowani, rozładowywaliśmy napięcia na sobie. Cierpiały na tym nasze związki. To była kompletna porażka w sensie ludzkim, bo w rezultacie nowa płyta została przyjęta bardzo ciepło, ale my ledwo mogliśmy na siebie patrzeć. Wiedzieliśmy, że po „Bleed Like Me” musimy odpocząć od wszystkiego, także od siebie. W rezultacie mieliśmy siedem lat przerwy. Po drodze zagrałam w serialu [„Terminator: Kroniki Sary Connor” – przyp. red.], zwiedziłam świat. Nie jako gwiazda muzyki grająca koncerty, tylko jako głodna wiedzy turystka, odnowiłam wszystkie przyjaźnie, wiele razy mówiłam: „Przepraszam, zawaliłam, nie było mnie, gdy byłam potrzebna”.

Mieszkasz teraz w Los Angeles. Ty, na wskroś europejska, rudowłosa, z jasną karnacją. Dlaczego się przeprowadziłaś?

Tam po prostu lepiej się żyje. Nie jestem typem plażowiczki, nie opalałam się nigdy w życiu. Do pomysłu zamieszkania w takim klimacie początkowo podchodziłam dość sceptycznie, ale muszę przyznać, że słońce powoduje w ciele dobre reakcje. Do jeżdżenia samochodem też musiałam się przemóc. To najbardziej amerykańska rzecz, jaką robię!

 

Tylko że Stany, a zwłaszcza Los Angeles, to miejsce, gdzie karierę robi się zupełnie inaczej. Jak oceniasz czasy, w jakich przyszło ci żyć? Erę szalonej popularności Kim Kardashian?

To nie jest łatwe pytanie, bo wiem, że są osoby zakochane w tej postaci. Nie będę oceniać, jest mi obojętna. Ale nie podoba mi się stawianie na piedestale bogatych ludzi. A oni dlatego są słynni, bo są bogaci.

 

Masz swojego ulubionego Bonda?

Oczywiście! I nie, nie zastawisz na mnie tej pułapki. Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że mój ulubiony Bond to „Świat to za mało”. Ten, do którego nagraliśmy piosenkę tytułową. Takiego wzruszenia, takiego wyróżnienia i takich dreszczy w sali kinowej nie zapomina się nigdy.

 

Podobno jesteś kinomaniaczką. Naprawdę wyszłaś z kina tylko raz, na słynnym „Titanicu” Jamesa Camerona?

Tak. Ten film wydał mi się po prostu okropny.

 

Na koniec chciałam zapytać jeszcze o wasz najnowszy album „Strange Little Birds”. Skąd taki tytuł? Co to za „Dziwne ptaszki”?

To my, ludzie. Tak patrzymy na innych, oceniamy ich jako dziwnych, obcych, nigdy nie myślimy w ten sposób o sobie – taka mała ludzka przypadłość [śmiech]. Na okładce płyty przemyciłam lamparcie cętki, bo wielkie koty to moje zwierzęta totemiczne. Chodziło o symbol siły, chęci przetrwania. O tym też są piosenki. Zespół Garbage nadal istnieje, tym albumem świętujemy, że nam się udało.

 

Shirley Manson rocznik 1966; w roku 1982 wstąpiła do grupy Goodbye Mr. Mackenzie, gdzie grała na klawiszach i śpiewała w chórkach. Kiedy grupa się rozpadła, Shirley dołączyła do Angelfish (1993), tym razem jako wokalistka. W roku 1994 skontaktował się z nią perkusista i producent Butch Vig, proponując miejsce w zespole Garbage, który właśnie tworzył.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze