fbpx

Wojciech Smarzowski: Szukam dobra, wierzysz mi?

Wojciech Smarzowski: Szukam dobra, wierzysz mi?
fot. BewPhoto

Twórca mocnego autorskiego kina. Z najnowszym „Wołyniem” nie jest inaczej. Historia masowych zbrodni, których dokonano na terytorium dzisiejszej Ukrainy, jeszcze przed realizacją wzbudzała skrajne emocje nie tylko w Polsce, ale i za granicą. W trakcie pracy nad filmem Wojciech Smarzowski musiał przerwać zdjęcia z powodu braku pieniędzy, ale dzięki wsparciu widzów ruszył dalej z produkcją. O naiwności, którą utracił, nadziei, którą w sobie pielęgnował, i wydarzeniach, które ostatecznie go zmieniły, mówi Wojciech Smarzowski.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru Zwierciadła 10/2016

Za każdym razem, kiedy robisz film, mówisz, że to ten najważniejszy. Tak jest i tym razem.

Kwestia charakteru. I tego, jak traktuję swoją pracę. Nie wartościuję ani nie oceniam swoich filmów. Liczy się ten, który robię teraz, a jak go skończę, najważniejszy będzie następny.

Jak mocno musiałeś się zaangażować w temat, by móc swobodnie opowiadać o tragedii, która się wydarzyła na Wołyniu?

U podstaw powstania tego filmu leżą dwie kwestie: pierwsza to reakcja widzów po obejrzeniu „Róży”. Miałem kilka tak emocjonalnych odbiorów po projekcjach tamtego filmu, że w moim życiu zawodowym pojawił się kolor więcej. Poczułem, że dla dużej grupy odbiorców ważne jest kino historyczne, zwłaszcza takie, które opowiada o historii przemilczanej. Druga jest taka, że robienie filmów traktuję jako misję. Nie mam nic przeciwko kinu rozrywkowemu, ale w pracy szkoda mi czasu na rzeczy błahe. Plan nakręcenia „Wołynia” powstał w 2012 roku, czyli jeszcze przed wydarzeniami na Majdanie w Kijowie. Wtedy wpadły mi w ręce relacje ludzi, którzy przeżyli rzeź. Pochodzę z Podkarpacia, więc swoje wiedziałem, niemniej było to dla mnie porażające. Szukałem głębiej, czytałem coraz więcej książek. Tak trafiłem na zbiór opowiadań „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego. Zacząłem układać pierwszy plan scenariusza. Chciałem jak najszerzej i najuczciwiej opowiedzieć o rzezi na kresach. Ale wtedy byłem jeszcze dość naiwny.

Dlaczego tak mówisz?

Myślałem na przykład, że zrobię jedynie połowę filmu, ewentualnie jego pierwszą część. Drugą miał zrealizować jakiś reżyser z Ukrainy. Zakładałem dwugłos, ale szybko okazało się, że nie ma u nich reżysera, którego filmy by mi się podobały, oraz że Ukraińcy nie są po prostu na taki temat gotowi.

Zdałeś sobie sprawę, że musisz opowiedzieć o Wołyniu sam.

Najbliżej mi było do paru motywów z opowiadań Srokowskiego. Zaczęliśmy rozmawiać. Przygotowania do tego filmu były jak studia, a Stanisław Srokowski został moim pierwszym wykładowcą. Dopytywał o wszystko, wytłumaczył mi na przykład kluczową różnicę pomiędzy ogólnie powtarzanym terminem „rzeź wołyńska” a określeniem „rzeź na kresach”. „Rzeź wołyńska” to jest zawężenie tematu. Na Wołyniu zamordowano 60 tys. Polaków, w pozostałych województwach kresowych dużo więcej.

W 2013 roku napisałeś pierwszą wersję scenariusza.

I nastąpił szereg konsultacji: historycznych, etnograficznych, językowych. Powstawanie tego filmu to była praca przez lata na wielu etapach. I ona dopiero teraz się finalizuje, gdy robimy ten wywiad, film jest już prawie skończony.

W trakcie zdjęć zabrakło pieniędzy. Trudne doświadczenie dla filmowca?

Tak. Musieliśmy przerwać zdjęcia. Wiesz, reżyser jest od pracy z aktorem, nie od zbierania funduszy, a nagle się okazało, że muszę wystąpić z apelem i poprosić o wsparcie. Nie żałuję, nie narzekam, ale to było mało komfortowe. Z drugiej strony – reakcja ludzi była fantastyczna i krzepiąca. Nastąpiła narodowa zrzutka. Ludzie wpłacali różne sumy, małe i duże. Pamiętam, że któregoś dnia na adres producenta przyszła koperta, w środku było 20 zł. I żadnej wiadomości, nic, tylko ten jeden wysłużony banknot. Jeśli mogę, to za pośrednictwem „Zwierciadła” chcę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do powstania „Wołynia”.

Zdjęcia z przerwami trwały niemal rok. Ludzie z ekipy mówią dziś: „Smarzol? Najlepszy reżyser świata, ale mam dość, muszę odpocząć”. Czujesz, że wyeksploatowałeś współpracowników, czy może zrobił to temat?

Pierwsza sprawa to temat, bo ile można babrać się trupach. Trzeba wyzerować głowę. Po drugie, zdjęcia były męczące. A po trzecie, ludzie muszą żyć, płacić rachunki, nie martwić się o byt, a nasze zdjęcia były porozbijane na pory roku i trudno było „pomiędzy” znaleźć inną pracę.

Ty też wnosiłeś temat za próg domu?

Ważny jest dystans. Trzeba mieć coś więcej niż kino, musi być coś po drugiej stronie. U mnie przebudzenie następuje zaraz po tym, jak wejdę do domu. Wracam i rozdeptuję dzieci.

Dosłownie?!

Jest taki zwyczaj na planie – nie rozumiem tego – ale jak idzie reżyser, to ludzie robią mu miejsce. Myślą pewnie, że ma coś ważnego do powiedzenia albo do załatwienia. W moim przypadku raczej błędne rozumowanie, po prostu lubię chodzić. Ale wszyscy „robią mi drogę”, ja się do tego przyzwyczajam, działa pamięć mięśniowa, więc kiedy wracam do domu po zdjęciach, pierwsze, co robię, to właśnie rozdeptuję moich synów. Bo oni nie schodzą mi z drogi. Widocznie uważają, że nie mam nic mądrego do powiedzenia ani do załatwienia. No dobra, chciałbym, żeby to było takie proste. Nie jest. Siedzę w filmie „Wołyń” już cztery lata, mimo starań nie zawsze się da oddzielić pracę od życia. Bywa, że ciało jest już w domu, a głowa wciąż na kresach.

Słyszałam, że „Wołyń” to film o miłości.

Bo to akurat prawda. Akcja rozgrywa się między 1939 a 1943 rokiem na południu województwa wołyńskiego. Bohaterką filmu jest polska dziewczyna – Zosia Głowacka – którą poznajemy, kiedy ma 17 lat. Przez cztery lata widzimy ją w relacjach z trzema mężczyznami: gdy przeżywa pierwszą miłość do Ukraińca Petra Hapyny, w zakontraktowanym małżeństwie z wdowcem Maciejem Skibą oraz w dojrzałej, partnerskiej relacji z AK-owcem Antkiem Wilkiem.

Główną rolę kobiecą powierzyłeś debiutantce Michalinie Łabacz.

Tak i mam dla Michaliny wielki szacunek, wykonała ogromną pracę. Życzę jej, żeby miała szczęście do scenariuszy i do ról, bo talent i potencjał ma wielki. Warto wiedzieć, że na Zosi zbudowaliśmy całą obsadę. Choć pisząc konkretne role, miałem w pamięci różnych aktorów, to z ostatecznym obsadzeniem większości z nich czekałem do chwili, aż będziemy pewni, że mamy wybraną Zosię. Potem poszło już łatwo… oczywiście, na tyle, na ile mogło pójść. Razem z Magdą Szwarcbart, reżyserem castingu, przyjęliśmy zasadę, że Ukraińców będą grali Ukraińcy, Polaków Polacy, a Niemców Niemcy. To chyba wszystko dobrze zapracowało na film i na wiarygodność świata przedstawionego.

A co było najtrudniejsze?

Przeprowadzenie grających dzieci przez zło, którego w filmie nie brakuje. Mieliśmy psychologa, rodziców na planie, z każdym dzieckiem trzeba było rozmawiać inaczej w zależności od wieku, świadomości, wiedzy, wrażliwości.

Twoi synowie, jeśli spojrzą w przyszłości w twój dorobek, na filmy, które realizowałeś w pewnej określonej kolejności, czy to wszystko ułoży im się w jakąś mapę, kompozycję? Te filmy to twoja osobista kronika?

W mojej pracy najlepsze dla mnie jest to, że każdy film to nurkowanie w innym świecie. Na pierwszy rzut oka te światy się różnią, jednak wydaje mi się, że wszystkie te wyprawy łączy wspólny mianownik. Jaki, nie powiem. Czy moje dzieci go rozklepią? Nie myślę o tym.

Opowiadając historię o ludobójstwie, szuka się w ludziach zła czy może jednak dobra?

Znasz moje filmy. Jak ci powiem, że szukam dobra, to mi uwierzysz?

Poczekam na wyjaśnienie.

Widzę w „Wołyniu” nadzieję. To film o miłości ponad podziałami. To most, a nie mur.

Jak myślisz, jaka będzie reakcja widzów tu, w Polsce?

Wierzyłem i wierzę, że „Wołyń” nie podburzy nikogo przeciwko Ukraińcom. Bo to nie jest kino wymierzone przeciwko Ukraińcom. To film, który opowiada o tym, do czego może doprowadzić nas skrajny nacjonalizm. Być może ktoś po obejrzeniu „Wołynia” wróci do domu i przestanie chrzanić o tym, że żyje w ciężkich czasach. Wróci i pierwsze, co zrobi, to przytuli swoje dzieci. A potem włączy telewizor albo wyjdzie na balkon, spojrzy na demonstrację i przypomni mu się film.

Bo film, choć opowiada o przeszłości, stoi blisko rzeczywistości. Nie tak daleko od nas, w Kijowie, nacjonalistyczny przywódca Stepan Bandera otrzymuje w hołdzie ulice.

Autorom zbrodni stawia się pomniki, są czczeni, na bazie ich historii Ukraińcy budują tożsamość narodową. Przez lata udawaliśmy, że tych zbrodni nie było, w imię wyższych wartości politycznych czy ekonomicznych. W imię pojednania. Ja należę do tej większości, która uważa, że historia nierozliczona jest niebezpieczna. Że zatajanie prawdy o zbrodniach to prosta droga do nowych zbrodni.

Jak powinno to w takim razie wyglądać?

Kiedyś myślałem, że idealna byłaby taka droga: Polacy i Ukraińcy delegują po dziesięciu historyków. Politycy nie wtrącają się, pozwalają działać specjalistom. Zakładałem, że będą oni odpowiadać przed jakąś niezależną komisją, w której nie ma zainteresowanych stron typu Rosjanie albo Niemcy. Historycy dostają pięć lub dziesięć lat na to, by zbadać, wyjaśnić i zweryfikować przebieg zdarzeń na kresach. Przedkładają komisji efekt swoich prac, komisja wydaje komunikat. Oczywiście, następują odwołania, kolejne weryfikacje, wreszcie po latach jest konkret, który zostaje zassany do podręczników szkolnych. Wszyscy poznają prawdę, a świat jest odrobinę lepszy.

I?

Bez dobrej woli po obu stronach będzie ciężko. Poza tym dzisiaj chyba już nie wierzę, żeby ludzie mogli przepracować ten temat bez emocji, a właśnie brak emocji wydaje mi się kluczowy. No i żeby nie wtrącali się w to politycy… Ale kilka lat temu, gdy odkładałem pierwszą przez siebie przeczytaną relację z Wołynia, wierzyłem, że być może jest na to szansa. Bo pojednanie nie ma nic wspólnego z zapominaniem. Pojednanie ma polegać na tym, by właśnie móc pamiętać.

Wojciech Smarzowski ur. w 1963 roku; reżyser i scenarzysta, autor wielokrotnie nagradzanych filmów m.in.: „Wesela”, „Domu złego”, „Drogówki” , „Róży”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>