1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Nie mówmy o starzeniu się, mówmy o dorastaniu do nowych wyzwań” – namawia Urszula Dudziak

„Nie mówmy o starzeniu się, mówmy o dorastaniu do nowych wyzwań” – namawia Urszula Dudziak

Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska)
Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska)
Powiedzieć o niej „wokalistka jazzowa” to nic nie powiedzieć. Bo Urszula Dudziak to kobieta orkiestra. Wulkan energii. Twierdzi, że wszystko, co najważniejsze, osiągnęła po siedemdziesiątce. W październiku tego roku skończyła 82 lata i nie zwalnia. Zaprasza mnie do swojego domu na wsi w przededniu wylotu na Expo do Japonii. Dookoła las, cisza, pachnie lawenda. To jej królestwo, choć, jak podkreśla, jej dom jest wszędzie tam, gdzie ona.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 11/2025.

Alina Gutek: Powtarzasz, że im jesteś starsza, tym szczęśliwsza. Czy to znaczy, że podpisałabyś się pod wyznaniem Kasi Miller – które jest jednocześnie tytułem cyklu jej felietonów – „kocham się starzeć”? (Felietony Kasi Miller znajdziesz TUTAJ, przyp. red)

Urszula Dudziak: No oczywiście! Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym mieć teraz 30 czy 40 lat, to odpowiedziałabym: „Nigdy w życiu!”. Bo dopiero teraz zbieram frukty ze wszystkich moich doświadczeń.

Uważam, że najlepszy wiek dla kobiety to ten między pięćdziesiątką a setką, a potem to zobaczymy [śmiech]. Bo do pięćdziesiątki jesteśmy zarobione –wychowujemy dzieci, zajmujemy się domem, rodziną, mężem. Po pięćdziesiątce zaczyna być coraz swobodniej, lżej, pojawia się coraz więcej przestrzeni dla siebie. Ale – proponuję to na koncertach i wykładach – nie mówmy o starzeniu się, bo takie mówienie ciągnie nas w dół, w piach.

Tylko?

Mówmy o dorastaniu do nowych wyzwań: zawodów, pasji, przygód, związków. Wtedy ciągniemy się w górę, wzrastamy. W języku też jest moc. Ale moc jest przede wszystkim w doświadczeniach. To, co przeżyłyśmy, cudownie nas wyposażyło więc możemy teraz robić dużo pięknych rzeczy, odnaleźć swoje twórcze potencjały. Ostatnio pewna dziewczyna po pięćdziesiątce powiedziała mi: „Kurczę, odnalazłam nowy talent, jeszcze mi tego brakowało!”. Okazało się, że miała ten talent gdzieś ukryty.

Ale dlaczego nie ucieszyła się z jego odkrycia?

Pewnie nikt jej tego wcześniej nie nauczył. Bo cieszenia się, optymizmu można nauczyć się jak obcego języka. No i można nauczyć się pozbywania się złych nawyków, które trzymają nas w szachu. Czytam właśnie genialną książkę „Atomowe nawyki” Jamesa Cleara, którą każdy powinien przeczytać. Bo większość z nas ma złe nawyki i tkwi w nich po uszy.

Jak tobie udało się ich pozbyć?

Nauczyłam się – myślę, że dzięki mojej inteligencji, uważności – dostrzegać to, co mi służy, a co nie. Na przestrzeni lat przejrzałam na oczy i zobaczyłam, co sprawia mi radość, a oddaliłam to, co mi przeszkadza – poczucie winy, niepewność, lęki. Bo wcześniej byłam zalękniona, niepewna siebie. Kiedy wychodziłam na scenę w Nowym Jorku, myślałam: „Co ja tu robię? Piosenkarka musi być atrakcyjna, mieć charyzmę, a ja nie mam nic, jestem brzydka, nieatrakcyjna”. Ale kiedy zaczynałam śpiewać, czułam, że jestem piękna, niezwykła, wolna, szczęśliwa, jakbym unosiła ludzi i razem z nimi wędrowała w niezwykły świat. Wtedy jeszcze nie doszłam do wniosku, który odkryłam dużo później, a mianowicie, że chcę się czuć tak poza sceną. Wtedy wydawało mi się, że to są dwa odrębne światy. Myślałam: „Poza sceną to już taka jestem, tak mam, takie są moje geny, już za późno, nie wypada”. Nie ma nic gorszego, niż tak myśleć! Te hasła trzeba raz na zawsze wyrzucić ze swojego życia. Przez wiele lat siedziałam w kącie i po cichu coś sobie komponowałam. Zastanawiałam się, czy to ma sens. A teraz odkrywam w szufladzie fantastyczne kawałki z tamtego okresu!

Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska) Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska)

Dlaczego siedziałaś w kącie? Bo – jak wiele kobiet – słyszałaś od męża, że jesteś do niczego?

Michał Urbaniak to najważniejsza figura w moim rozwoju. Dobry człowiek, muzyczny geniusz, ale bardzo niecierpliwy. Dam ci przykład. Jedziemy autem, on prowadzi, ja trzymam mapę na kolanach (wtedy nie było GPS-u!), on pyta: „Uluś, gdzie jesteśmy?”. Patrzę na mapę i nic nie widzę. A on zza kierownicy zerka i mówi: „O, już wiem”. Wszystko robił szybciej, sprawniej, inteligentniej. Nie to, że chciał mi pokazać, że jest lepszy ode mnie, on robił to naturalnie.

Chwalił cię czasem, mówił coś miłego?

Nie, nigdy. Byliśmy nie tak dawno zaproszeni do programu telewizyjnego. Pytam go na wizji: „Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, że jestem atrakcyjna?”. On: „No jak to, przecież byłaś moją żoną, atrakcyjną kobietą, zdolną, nietuzinkową”. Usłyszałam to 50 lat później! Ale muszę oddać mu to, co mu się należy: przy nim nauczyłam się wielu niezwykłych rzeczy. Taki przykład: Michał komponuje, ja sprzątam, ale słyszę, co gra. I potem, gdy mnie zapytał: „Ula, pamiętasz ten utwór, jak on szedł?”, zaśpiewałam z pamięci. Widziałam, że zrobiło to na nim wrażenie, ale nie powiedział, że super. Ale to Michał wyciągnął mnie z Polski do Ameryki. Trzymałam się jego spodni jak dziecko spódnicy matki. Wtedy bym sama nie wyjechała.

W jakiej teraz jesteście relacji?

Michał jest dla mnie jak brat. Wszystko mu wybaczyłam. Gdy przeczytał moją książkę „Wyśpiewam wam wszystko”, powiedział: „Ale mi dowaliłaś! I słusznie. Z jednym się tylko nie zgadzam: z tym, że podkładałaś się w tenisa!”. Kiedy mieszkaliśmy w Nowym Jorku, mieliśmy okres, że graliśmy ze sobą godzinami, też w debla.

Pamiętam, jak mama Michała powiedziała zdegustowana: „Boże, wy gracie ciągle w te debile! Wojtek Fibak (mieszkał wtedy u nas) przynajmniej zarabia pieniądze. A wy? Z torbami pójdziecie”. Była zawiedziona, że zamiast ćwiczyć muzykę, gramy w tenisa.

Czytaj także: Bogna Sworowska: „Na twoje życie nigdy nie jest za późno”

Jak doprowadziłaś do tego, że poczułaś się w życiu jak na scenie – szczęśliwa?

To była długa droga. Zostałam sama z dwójką dzieci, ja – wokalistka jazzowa z Polski, bez pieniędzy. Opowiadałam potem mojej córce Kasi, która walczy o prawa kobiet, ma swoją akademię wspierającą kobiety, że kiedy się rozwodziliśmy, to ja zamiast walczyć o alimenty, zwracałam uwagę adwokatowi, że Michał nie ma pieniędzy, więc powinien płacić mniej. Adwokat patrzył na mnie jak na idiotkę. Kasia przywołuje tę historię jako przykład wychowania w stereotypach.

Że kobieta powinna zawsze o wszystkich się troszczyć?

No tak. Płakałam razem z Michałem, kiedy odeszła od niego Liliana Głąbczyńska. Wyobrażasz sobie coś takiego? Liliana była piękna, mówiła świetnie po angielsku, grała w kultowym serialu amerykańskim. Patrzyłam na nią i myślałam: Michał miał rację, że mnie zostawił.

Paradoksalnie dzięki tej stracie dużo jednak zyskałaś.

O tak, zdecydowanie. Dwa lata temu na festiwalu filmowym w Gdyni pokazano film dokumentalny o mnie pod tytułem „Ula”, w którym opowiadałam tę historię. Po pokazie odbywa się spotkanie z widzami, nagle wstaje dziewczyna w czapce z daszkiem, bierze do ręki mikrofon i mówi: „Proszę państwa, to ja jestem Liliana Głąbczyńska, która rozbiła małżeństwo Urszuli Dudziak. I teraz w obecności wszystkich chciałabym prosić ją o wybaczenie”. Tak jak nie boję się wywiadów i zawsze wiem, co powiedzieć, tak wtedy mnie zmroziło. Ludzie też zamarli, pewnie zastanawiali się, co będzie, czy wstanę i czymś w nią rzucę. A ja po chwili powiedziałam: „Liliana, ten moment, kiedy zostałam sama, był jednym z najgorszych momentów w moim życiu, przeżyłam go w sposób dramatyczny, strasznie się bałam, że sobie nie poradzę. Ale popatrz, jak teraz się czuję, co osiągnęłam. I wiesz co? To dzięki tobie. Oczywiście przebaczam ci i dziękuję, że pojawiłaś się w naszym życiu z Michałem”. Cała sala biła brawo. Bo powiedziałam prawdę. Gdyby Liliana się nie pojawiła, nie dowiedziałabym się, kim jestem. Ten dramat totalnie mnie zmienił. Nagle zaczęłam rozkwitać.

Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska) Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska)

Wcześniej poza sceną nie miałaś momentów wiary w siebie?

Był jeden taki bardzo ważny moment. Jeździliśmy z Michałem co roku do mojego brata do Szwecji, tam brałam swoje instrumenty i komponowałam. Pewnego razu, rok czy dwa lata przed naszym rozstaniem, zamknęłam się na poddaszu, nie chciałam zejść, donosili mi jedzenie. I w ciągu tygodnia skomponowałam chyba z 10 utworów na wiele głosów. Byłam w szoku. Skomponowałam? Przecież nie umiem komponować. Wszystkie głosy pamiętam? To niemożliwe, mam dziurawą pamięć. Wszystko zaaranżowane? Niewiarygodne, bo jaka ze mnie aranżerka?

Tak ze sobą dialogowałaś?

Tak, choć skomponowałam utwory gotowe na płytę. Pomyślałam: „K…a, jeśli to możliwe, to może nie jestem taka beznadziejna, głupia!”. Więc były momenty, które dawały mi dużo do myślenia.

To były jednak wrzutki, przebłyski, a nie trwałe przekonanie?

Tak, ale to były niesamowite chwile. Bo jak się zakręciłam na punkcie muzyki, to zapominałam o moich problemach, wadach, kompleksach, uwarunkowaniach. Byłam jak dziecko, które nic nie wie, ale wszystko czuje. Zrozumiałam, że to jestem ja. I chciałam wracać do tej Uli.

Jak to się stało, że się odbiłaś, że dałaś sobie radę? Przecież miałaś małe dzieci.

Gdyby wtedy ktoś mi powiedział – była druga połowa lat 80. – że będę miała kiedykolwiek własne mieszkanie, to parsknęłabym śmiechem: „Nigdy w życiu!”. A ja kupiłam w Polsce mieszkanie, teraz dom na wsi. Co prawda, 40 lat później, ale kupiłam!

Doszłam do wniosku, że wszystko jest w głowie. Można robić rzeczy niezwykłe, tylko trzeba pilnować własnych myśli. Czyli myśleć do przodu, a nie rozpamiętywać to, co było. Dotrzeć do własnych talentów, do własnego skarbca. I otworzyć ten skarbiec, gdzie są piękne klejnoty.

Trzeba też chyba pilnować, żeby wypowiedziane pod naszym adresem cudze myśli nie zagnieździły się w głowie.To strasznie ważne. W mojej głowie, oczywiście, cudze opinie się zagnieździły. Mój starszy brat Leszek mawiał do mnie i mojej siostry Danusi: „Piosenkarki? Porąbało was, dziewczyny?”. Miał własny zespół, ale nie zaangażował Danusi, która chciała w nim śpiewać, tylko inną dziewczynę. Leszek nigdy mnie nie pochwalił, choć innym mówił, że jestem rewelacyjna.

Tata też cię nie chwalił? A mama?

Ojciec mnie chwalił, był dumny ze mnie. Rodzice byli ze sobą 55 lat, zmarli w wieku 82 lat, dwa miesiące po sobie. Bardzo się kochali. W domu rządziła mama, także kasą. Tatuś był agronomem, lekkoduchem, bardzo pozytywną osobą. Nasz dom był pełen ludzi, rodzice zapraszali na kolacyjki znajomych lekarzy, adwokatów, grali w brydża, najlepiej z nich grała mama. Było dużo muzyki, tatuś grał na gitarze, były tańce. Mama miała piękny głos, ale była pozbawiona słuchu, więc tatuś mówił do niej: „Ciszej, Gołąbeczku” – tak się do niej zwracał.

Jak byłaś wychowywana? Twardą ręką?

Skąd! Choć pamiętam, że raz dostałam lanie od mamy, miałam wtedy chyba 13 lat. Zdałam do szkoły muzycznej, ale nie byłam na czele listy, mama jednak jakoś załatwiła, że mnie przyjęli. W szkole byłam jednak nieszczęśliwa, bo od nauki nut wolałam w przerwach boogie-woogie. Szkoła kosztowała 30 złotych miesięcznie. Mama dawała mi te pieniądze, a ja zamiast zapłacić, kupowałam cukierki i rozdawałam je dzieciom w ogródku jordanowskim, i tak przez dwa miesiące. Pewnego dnia nauczyciel, spotkawszy mamę, zapytał, dlaczego córka nie chodzi do szkoły muzycznej (bo chodziłam też do normalnej). Mama zdziwiona: „Jak to, przecież chodzi”. I wtedy dostałam lanie, raz w życiu, nie bardzo bolało, ale zapamiętałam. W końcu, nie pamiętam dokładnie dlaczego, wyrzucili mnie ze szkoły za coś w rodzaju niesubordynacji i za zły wpływ na dzieci. Natomiast jedyną reprymendą, jakiej udzielał mi tatuś, było patrzenie na mnie takim wzrokiem, że mógł nim zabić. Pamiętam, jak raz przed maturą wróciłam późno od koleżanki i zastałam zamknięte drzwi. Wyrwałam kawałek płotu, zrobiłam wytrych, weszłam do domu i – buch! – do łóżka. Tatuś wchodzi, zapala światło, siada na brzegu łóżka, a ja pochrapuję, gram na całego. Od tego momentu uwierzyłam, że mam zdolności aktorskie [śmiech].

Mój dom to mocny fundament na całe życie. Pamiętam, jak pewnego razu ojciec podpisał jakieś weksle i do domu przyszedł komornik zabrać pianino. Zbliża się do pianina z tym wekslem w ręku, miał go na nim nakleić, a ja zaczęłam tak strasznie płakać, gdzie tam płakać, wyć! On się przestraszył i uciekł. Pianino ocalało! Przydało się, bo jak wyrzucili mnie ze szkoły, to na nim grałam. Mama zorganizowała mi prywatne lekcje. Pamiętam, że strasznie mi się podobała „Etiuda rewolucyjna” Chopina, jeden z najtrudniejszych utworów.

Czyli dobrze na tym wyszłaś, że cię wyrzucili z tej szkoły.

Tak. Mama powtarzała mi, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska) Urszula Dudziak (Fot. Zuza Krajewska)

Jak radzisz sobie w trudnych momentach? Czego się chwytasz?

Myślę, że zawsze, zwłaszcza w trudnych momentach, trzeba słuchać organizmu, który ma swoją mądrość. I jak mu przeszkadzamy, to on walczy, żebyśmy zrozumieli, na czym to wszystko polega. Dlatego uważnie słucham swojego organizmu. I jak zjem coś, co mi nie służy, to więcej tego nie ruszam. Najważniejsze więc dla mnie jest to, żeby – o czym już mówiłam – pilnować myśli i słuchać sygnałów ze swojego ciała. A także doceniać siebie. Bardzo często mówimy: „Udało mi się”. Otóż nie „udało się”! Właśnie fantastycznie coś zrobiłaś – ugotowałaś, napisałaś, uszyłaś. Przypnij się do tego, podziękuj sobie i zakochaj się w tym! Bo to, na czym się skupiasz, rośnie i rozlewa się na inne aspekty życia. W tym chyba tkwi cała tajemnica mojego szczęścia. Przeżywam w sumie tylko trzy stany: ekstazę, dobrostan i refleksję.

Nie martwisz się? Na przykład z powodu córek?

Nie wolno się martwić. Wytłumaczę ci, dlaczego. Taki przykład: dzwoni do mnie Mika i mówi, że się źle czuje. Co robię? Natychmiast koncentruję się na tym, jak jej pomóc. Bo jeżeli zaczęłabym się martwić, to po pierwsze zafundowałabym sobie stres, a po drugie i najważniejsze – wysłałabym do niej moje zmartwienie. I zamiast jej pomóc, jeszcze bardziej bym ją pogrążyła. Moja mama mówiła, że wszystko można przeżyć, ale najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć człowiekowi, to wojna. I teraz na świecie znów są wojny. Jeżeli jednak będziemy się zamartwiać albo bać, to koniec. Chciałabym zaapelować do wszystkich: tylko dobrą energią możemy coś zdziałać. Pomaganiem sobie nawzajem, robieniem tego, na co mamy wpływ, ale nie lękami.

Popracujmy nad tym, żeby nie poddawać się tym destrukcyjnym stanom, które nie tylko źle działają na nas, ale i na innych, bo je na innych projektujemy. Zmieniajmy nawyki, złe myśli.

Czytaj także: Mika Urbaniak: „Powiedzieć, że sobie nie radzę? W Polsce łatwiej się przyznać do alkoholizmu niż do choroby dwubiegunowej”

Łatwo powiedzieć…

Wszystko to kwestia treningu! Mamy na przykład nawyk oglądania komórki przed snem? Stop! Odkładamy ją co najmniej pięć metrów od łóżka. Proste? Proste.

Dużo koncertujesz, bierzesz udział w warsztatach, spotkaniach. Czyli non stop dajesz. A gdzie się doładowujesz, w jaki sposób?

Po prostu robię to, na co mam ochotę. Mam ochotę pośpiewać, to śpiewam, mam ochotę zagrać w tenisa, to rzucam wszystko i gram. Jestem zakręcona na punkcie tenisa, oglądam wszystkie turnieje wielkoszlemowe. Czuję, że kosmiczna energia przelatuje przeze mnie bez żadnych hamulców. I chyba przez to wszystko mi się udaje, samo przychodzi! Śpieszę się? Zapala się zielone światło. Zastanawiam się, jak oglądać US Open, kiedy będę w Osace? Spotykam cudownego chłopaka, który mówi mi, jak to zrobić. Doceniam takie małe radości, a wtedy one we mnie rosną.

Czytaj także: Mika Urbaniak: „Nie potrafiłam rozmawiać o emocjach, nikt mnie tego nie nauczył”

Otwierasz drzwi – te mentalne – i wszystko, co dobre, przez nie wchodzi?

Tak, mam takie uczucie, że jak idę ulicą, to tak, jakbym frunęła. Czuję się jak taki kolorowy ptak. Nie idę ze spuszczoną głową. Wielu ludzi tak chodzi, jakby czytali coś na chodniku, oczywiście mają różne problemy, ale przez takie chodzenie ich nie rozwiążą! A ja cały czas z głową do góry! I frunę.

Jak tu frunąć, gdy nadchodzą ciężkie chmury? Nigdy nie wpadasz w panikę?

Czasami wpadam w panikę, ale na krótko. Zaczynam wtedy kombinować, czy mogę coś w tej materii zrobić. W trudnej sytuacji trzeba wziąć oddech i odwołać się do swojej mądrości. Kiedyś wierzyło się w to, że jak się nie wykorzystuje swojego potencjału, to się choruje. A ja sobie wyobrażam, że dostajemy twórczą energię i kiedy nie znajduje ona ujścia, to robi różne dziwne rzeczy, na przykład wywołuje choroby. Natomiast pasja daje ujście twórczej energii i prowadzi do życiowej równowagi. Muszę jednak trochę pilnować siebie, żeby tej energii ekstazy nie było za dużo, choć ją kocham.

Czytaj także: „Żyję na pełnej mocy – dojrzałość to mój atut” – mówi Ania Oka, dziennikarka, autorka profilu @ania.oka_w.pewnym.wieku

Wydaje mi się, że nadmiar nie jest dla ciebie groźny, bo umiesz się dzielić.

Podaję energię dalej, w ten sposób też się regeneruję, bo dostaję z powrotem to, co daję na koncertach.

Umiesz powiedzieć sobie: „stop” w pracy?

Umiem. Znam swój organizm. I jak on mi mówi: „Wyhamuj”, to wyhamowuję.

A jak jeszcze się regeneruję?

Robię sobie różne ćwiczenia umysłowe, na przykład zapamiętuję numer konta bankowego, rozwiązuję krzyżówki, sudoku. Sama wymyśliłam na przykład takie hasło do krzyżówki: skłonności na kółkach. Czyli pociąg.

Myślę, że pomaga ci też dystans do siebie, poczucie humoru.

Oczywiście, mam do siebie dystans, często się śmieję, także z siebie. A z czego bierze się dystans do siebie? Z poczucia własnej wartości. Ono przyszło do mnie z wiekiem i doświadczeniami. Mówię na koncertach do kobiet, że po pięćdziesiątce przekwitamy, żeby rozkwitnąć na nowo. Ja po siedemdziesiątce zaczęłam pisać książki, znalazłam sobie chłopaka, młodszego, wybudowałam swój pierwszy dom. Pytam kobiety: „Chcecie być takie same? No to mnie słuchajcie. Rozumiem, że macie problemy, choroby, ale ja miałam raka piersi, jestem po mastektomii”. Mnie uratowała wtedy Kasia, która zmieniła moje myślenie o chorobie. Kiedy postawiono mi diagnozę, studiowała w Syczuanie chińską medycynę. Przyjechała z dwiema walizkami suplementów i książek i powiedziała: „Musisz o tej chorobie wiedzieć wszystko”. Dwa tygodnie po jej powrocie z Syczuanu było tam trzęsienie ziemi; po zakonie, w którym Kasia mieszkała, nie został ślad, wszyscy zginęli. Ona uratowała mi życie, a ja jej.

Podkreślasz, że masz z córkami superrelację. Czyli jaką?

Myślę, że między nami świetnie się układa, bo uzyskałyśmy piękną równowagę. Wielu rzeczy się od nich uczę, one się też ode mnie uczą. Ale nie reżyseruję im życia, chociaż nie wszystko mi się podoba. Na przykład nie podoba mi się to, że Mika od 16. roku życia pali papierosy, pali do dzisiaj. Raz powiedziałam jej, że dobrze by było, żeby nie paliła, a Mika na to: „Mamo, to moja sprawa, jestem dorosła, jak będę gotowa, to sobie z tym poradzę”. I od tego czasu, a było to lata temu, nie ma na ten temat mowy. Ale stawiam granice – w moim domu się nie pali. Na tym polega nasza relacja. Na wzajemnym uszanowaniu się.

Po rozwodzie zakochałaś się w Jerzym Kosińskim, świetnym pisarzu, charyzmatycznym człowieku. Teraz jesteś w związku z Bogdanem, emerytowanym kapitanem żeglugi wielkiej. Mężczyźni są ważni w twoim życiu?

Oczywiście, że są ważni. Ale apeluję do kobiet, żebyśmy przestały godzić się na bycie obiektami męskiego pożądania. Jesteśmy skażone takim myśleniem, a także tym, że z wiekiem stajemy się przezroczyste, bo – tak mówi stereotyp – faceci oglądają się za młodymi. Trzeba takie myślenie odrzucić. To wykwit mizoginizmu! Możemy być zawsze atrakcyjne, w każdym wieku.

Co teraz w relacji męsko-damskiej robisz inaczej, niż robiłaś kiedyś?

Teraz rządzę, rozstawiam po kątach, wychodzi ze mnie wiedźma [śmiech]. A mówiąc poważnie – nie jestem idealna. Gdy na początku byłam zakochana bez pamięci w Bogusiu, wielu rzeczy nie widziałam. Natomiast z czasem zaczęłam dostrzegać, że gdy robił coś nie tak, jakbym chciała, to z punktu widzenia kobiety praktycznej mówiłam: „Nie rób tak, tylko siak”. Poprawiałam go. Tak reaguje większość kobiet. A kiedy zaczynamy poprawiać facetów albo robimy coś za nich, bo uważamy, że zrobimy to lepiej, to oni się wycofują. A jeszcze gorsze, że patrzymy wtedy na nich jak na nieudaczników. I co się dzieje? Kiedy taki facet, który bez przerwy jest poprawiany, nagle spotyka kobietę, obojętnie, młodszą, starszą, która patrzy na niego z zachwytem – „O jak ty pięknie wrzucasz ten makaron do zimnej wody, rewelacja!” – to on nagle czuje się męski. Mężczyźni ubóstwiają sprawiać kobietom przyjemność, a jeszcze bardziej dostawać od nich pochwały. Co robi mężczyzna, który nie dostaje tego od żony? Idzie do innej, przy której może się wykazać.

Zjeździłaś świat, śpiewałaś z wybitnymi muzykami, poznałaś wielu wspaniałych ludzi, osiągnęłaś sukces. Czy jest coś – marzenie, zadanie, cel – które chciałabyś jeszcze zrealizować, na które nie jest jeszcze za późno?

A wiesz, że nie? Jestem szczęśliwa, nic mi nie brakuje. Nie mam marzeń, mam tylko projekty. Wymyśliłyśmy z moją wspaniałą menedżerką, że za rok zrobimy wielkie show pokazujące moją muzyczną drogę – od piosenki „Jamajka” po moje eksperymenty głosowe – i objadę z nim całą Polskę. Wydam płytę i album ze zdjęciami i kodami QR, pod którymi można będzie odsłuchać moje piosenki. Na poddaszu mam jeszcze dużo muzycznych skarbów, chodzę tam jak do świątyni i znajduję swoje dawne, piękne utwory. Na przykład muzykę do wierszy Agnieszki Osieckiej. Teraz, po 40 latach, pokazuję te kompozycje moim młodym muzykom, a oni mówią, że są piękne. Po co mi marzenia? Mówię i mam [śmiech].

W październiku skończyłaś 82 lata. Jakie życzenia chciałaś usłyszeć?

Chwilo, trwaj! Niech będzie tak, jak jest. Trzymam się kurczowo tego, że cieszę się z każdej minuty, sekundy mojego życia.

Gdzie czujesz się najlepiej? W Nowym Jorku, Warszawie czy tu, w cudownie klimatycznym domu na wsi?

Wszędzie czuję się cudownie, bo mam dom w sobie, bo jestem szczęśliwa ze sobą. Dawno temu, w 1996 roku, poszłam do świetnego astrologa, który powiedział mi, że najlepsze dla mnie miejsce do życia to południowa Francja, mieszkałam wtedy w Nowym Jorku. Mija kilka miesięcy, jesteśmy z zespołem Walk Away na festiwalu muzycznym w Prowansji, mieszkamy w willi szefa festiwalu. Naokoło cisza, cykady, pachnie lawenda. Po latach przyjeżdżam tu, na swoją wieś, Boguś posadził mi lawendę, dokoła las, kwiaty, cisza. Siedzę na tarasie i się tym wszystkim upajam. Okazuje się, że południowa Francja może być też na Podlasiu.

Urszula Dudziak, wokalistka jazzowa, kompozytorka, dyrektorka Ladies Jazz Festival w Gdyni, autorka książek i tekstów piosenek, gościni wielu konferencji, warsztatów rozwojowych i podcastów, youtuberka, mentorka. Mama Katarzyny i Miki. Jej najnowsza płyta „UlaNova” ukazała się w październiku.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE