Nie wywalczyłaby olimpijskiego złota, gdyby nie odwaga, żeby przyznać, że ma problem i potrzebuje pomocy. Aleksandra Mirosław opowiada nam o stanach lękowych, pracy z psychologiem, swoich pasjach i… wojsku.
Wywiadu pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.
Magda Rosłaniec: Klasa. Odejść w dobrym momencie jako mistrzyni olimpijska” – skomentował jeden z twoich kibiców. Byłaś wyraźnie poruszona, kiedy ogłaszałaś decyzję o końcu kariery. Długo przygotowywałaś się do tego kroku?
Aleksandra Mirosław: To była dobrze przemyślana decyzja. Zapadła już dawno i podjęłam ją wspólnie z całym moim zespołem, przede wszystkim z Mateuszem, który jest moim trenerem, a prywatnie mężem.
Już na początku kariery wiedziałam, że chciałabym zejść z tej sceny, kiedy będę na szczycie, a nie zmuszona kontuzją, chorobą, brakiem pieniędzy czy czymkolwiek, co uniemożliwiałoby mi starty. Czuję się dobrze z tą decyzją, co nie oznacza, że łatwo było ją podjąć. Kiedy usiadłam przed kamerą i zaczęliśmy nagrywać moje oświadczenie, nagle dotarło do mnie, że this is it: uświadomiłam sobie, że zamykam kawał życia, że kończy się rozdział, który dużo mnie nauczył i ukształtował jako człowieka.
Poczułaś też ulgę, że już nie będzie presji?
Nie nazwałabym tego ulgą. To raczej zadowolenie, że odchodzę na moich warunkach, z pełną szczerością wobec siebie, kibiców, partnerów i sponsorów.
Dziś każdy już wie, że to mój ostatni sezon. I powiedziałam to właśnie po to, żeby zamknąć wszelkie spekulacje i tworzące się historie. Do tego sezonu przygotowuję się dokładnie tak samo, jak do każdego poprzedniego. Oczywiście sport nie daje żadnych gwarancji, ale ta decyzja nie wynika z formy, jest świadomym wyborem. Chciałam po prostu postawić kropkę i zrobić to na własnych zasadach.
Nie wyobrażałam sobie momentu, kiedy schodzę ze sceny w Krakowie w lipcu 2026 i mówię po wszystkim, że to był mój ostatni start w Pucharze Świata. Nie byłoby to w porządku wobec kibiców i partnerów i bardzo by mnie obciążało psychicznie. Nie potrafię kłamać, ukrywać czegoś, bardzo cenię w życiu szczerość.
Czytaj także: Ewa Pajor: „Jestem lepszą piłkarką dzięki błędom, które popełniam. Budują mnie też jako osobę”
Aleksandra Mirosław (Fot. Bartek Wieczorek/ Visual Crafters)
Masz pomysł na życie po życiu w wieku 32 lat?
Mam dużo planów. Myślę, że nie będę się nudzić na sportowej emeryturze. Już od wielu lat mój menedżer dba o to, żebym po skończonej karierze mogła rozwijać projekty, które są bliskie mojemu sercu. Chciałabym zająć się popularyzacją aktywności fizycznej wśród dzieci. Już działa w Lublinie moja Akademia 6.02 dla dzieci i jest duża szansa na to, że będziemy mieć filie w największych miastach. Fundamentem są zajęcia ogólnorozwojowe z elementami wspinaczki, stawiamy na to, żeby dzieci się po prostu ruszały, ćwiczyły, nie chodzi o profesjonalne trenowanie. Drugi projekt, również bliski mojemu sercu to 6.02Up! Games – zawody dla dzieci, które chcą spróbować swoich sił, zobaczyć, jak wygląda rywalizacja i dobrze się przy tym bawić.W ogóle uważam, że sport juniorski powinien być zabawą, na stres i presję przyjdzie czas.
Inwestuję również w start-up ReClimb, czyli interaktywne ścianki wspinaczkowe dla dzieci. W zeszłym roku zrobiliśmy na nich cykl zawodów Orlen Liga Wspinaczkowa – gdzie dzieci rywalizowały w drużynach, ucząc się współpracy, zaufania i budując relację.
Wszystkie te aktywności nie mają na celu znalezienia następczyni Oli Mirosław, chcemy raczej pokazać, że aktywność i ruch mogą być fajną zabawą. A jeśli po drodze trafi się wybitny talent, wtedy pomogę skierować go w odpowiednie ręce i do ludzi, którzy będą potrafili się nim zaopiekować.
Widzisz się tam w roli trenerki, mentorki?
Nie nadaję się na trenera, przede wszystkim nie mam odpowiedniej wiedzy. Zawsze byłam zawodniczką prowadzoną przez trenera, nigdy nie trenowałam sama, dostaję gotowy plan do wykonania i go realizuję. Natomiast w roli mentorki mogłabym się odnaleźć. Lubię mówić o tym, co przeżyłam. O doświadczeniach, które były łatwe, przyjemne, i o tych, które bolały. Właśnie one ukształtowały mnie najmocniej. Przez te wszystkie lata nauczyłam się jednego: że z każdej sytuacji można coś zabrać, nawet jeśli w danym momencie wydaje się to niemożliwe.
Czytaj także: Jak uczyć młodych ludzi radzić sobie z porażką? Pytamy Darię Abramowicz, psycholożkę Igi Świątek
Co było tą najcięższą lekcją?
Najtrudniejszym momentem były dla mnie Mistrzostwa Świata w Bernie w 2023 roku. To tam po raz pierwszy doświadczyłam stanu lękowego. Miało to miejsce po półfinale, gdzie po raz pierwszy od bardzo wielu lat odpadłam od ściany. W jednej chwili przekreśliło to moje szanse na kwalifikację olimpijską do Paryża na tej imprezie.
Aleksandra Mirosław (Fot. Bartek Wieczorek/ Visual Crafters)
Jak rozpoznałaś, że był to stan lękowy?
Wtedy nie potrafiłam tego rozpoznać. Dopiero później, dzięki rozmowom z psycholożką Darią Abramowicz, z którą pracuję od grudnia 2023 roku, zrozumiałam, czym było to, czego doświadczyłam. Tło tamtego czasu było takie, że od 2018 roku wygrywałam praktycznie wszystko – biegi, zawody, mistrzostwa, pobiłam wielokrotnie rekord świata. Przez pięć lat każdy kolejny start był pewniakiem, bardziej do odhaczenia niż przeżycia. Atmosfera w środowisku była taka, że zawodnicy, trenerzy, dziennikarze jeszcze przed zawodami wieszali mi złoto na szyi. Mówiło się, że z dwóch miejsc do zdobycia na igrzyska w sumie jest tylko jedno, bo to drugie „na pewno bierze Mirosław”. Presja była ogromna. A ja kompletnie nie byłam świadoma tego, co dzieje się ze mną w środku.
Bardzo dobrze pamiętam moment, kiedy odpadłam od ściany. Poszłam do Mateusza i strasznie chciałam coś czuć: złość, smutek, rozpacz, rozczarowanie, cokolwiek, a nie czułam nic. Żadnych emocji, jakby dusza opuściła ciało. Zamarłam. Byłam w totalnym zamrożeniu. Mateusz spojrzał mi wtedy w oczy i zobaczył pustkę. Po pewnym czasie przyznał, że był wtedy przerażony moim stanem.
Potem przyszło poczucie winy. Tyle poświęciliśmy na przygotowania i nie udało się. Czułam, że zawiodłam, bo nie zdobyłam biletu do Paryża. Do następnego startu kwalifikacyjnego w Rzymie zostały cztery tygodnie. To był najmroczniejszy okres w mojej karierze. Fizycznie było wszystko dobrze, miałam formę, ale podchodziłam do ściany ze łzami w oczach, nie mogłam złapać oddechu przed biegiem i po nim. Rano wstawałam z myślą, że nie chcę trenować. Często płakałam. Towarzyszyły mi bezsilność, smutek, pustka. Chciałam po prostu zniknąć. Funkcjonowałam wtedy tylko dzięki Mateuszowi, to on przez te cztery tygodnie sprawiał, że wstawałam z łóżka, szłam na trening, trzymałam dietę i pilnowałam suplementacji. To był trudny czas i dla niego, i dla mnie. Zwłaszcza że nie wiedzieliśmy jeszcze, co się ze mną dzieje.
Czytaj także: Nie przełamuj lęku, przejmij nad nim kontrolę – radzi psychiatra i psychoterapeuta dr hab. Sławomir Murawiec
I w takim stanie pojechaliście do Rzymu na kwalifikacje olimpijskie.
Dzień przed finałami siedziałam na łóżku i znów wpadłam w rozpacz. Miałam w głowie tylko jedno pytanie: „Co będzie, jeżeli teraz mi się nie uda, nie wywalczę kwalifikacji na igrzyska?”. Nie potrafiłam się uspokoić. Im bardziej próbowałam zatrzymać myśli, tym mocniej narastał we mnie lęk. Dziś już wiem, że w momencie silnego lęku i reakcji na stres najważniejsze jest wyjść z głowy. Oderwać uwagę od myśli, które się nakręcają.
Brzmi prosto, ale w rzeczywistości takie nie jest. Pomaga oddech. Pomaga skupienie się na czymś konkretnym, na przykład na tym, co trzymamy w dłoni, gdzie patrzymy, co widzimy tu i teraz.
Czytaj także: Najpierw człowiek, potem tenis. Rozmowa z Sandrą Zaniewską, trenerką czołowych tenisistek świata
Mnie wtedy wyrwał z tych galopujących myśli obraz na ścianie, który paradoksalnie przedstawiał Wieżę Eiffla. To był moment, kiedy wyszłam z głowy. Przyszła ogromna ulga, emocje puściły, a napięcie znalazło ujście. Następnego dnia, tuż przed startem, było bardzo podobnie. Byłam już w strefie rozgrywkowej, gdzie siedzieliśmy z Mateuszem i on oddychał razem ze mną, bo znowu wpadłam w panikę. Rozpłakałam się. To był pierwszy raz, kiedy inni zawodnicy zobaczyli mnie w takim stanie. 15 minut później musiałam wyjść na finał. Miałam do zrobienia trzy biegi, które decydowały o moim występie na igrzyskach. Postanowiłam skupić się na każdym kolejnym biegu, nie myśleć o Paryżu, chciałam znów poczuć lekkość i przyjemność ze ścigania się. Koncentrowałam się na każdym kolejnym biegu i detalach, takich jak prósząca magnezja, kolor platformy startowej. To wszystko pozwalało mi nie uciekać myślami do przodu, tylko być tu i teraz. Wygrałam te trzy biegi i zdobyliśmy bilet na igrzyska.
Ale po Rzymie zwróciłaś się o pomoc?
Tak, wracając z Rzymu, wiedzieliśmy z Mateuszem, że mamy problem i że musimy się nim zająć. Więc z jednej strony było dużo szczęścia i radości, że jedziemy do Paryża na igrzyska, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że chcąc tam walczyć, musimy się zająć moim stanem psychicznym.
Chyba najtrudniejsze było przyznanie się przed sobą, że potrzebuję pomocy, bo to jest trochę zaakceptowanie, że nie daję rady. A ja nie lubię przyznawać, że z czymś sobie nie radzę, że coś jest niemożliwe. Szczęśliwie w tamtym czasie Mateusz pojechał na konferencję trenerską, organizowaną przez Ministerstwo Sportu, gdzie spotkał Darię Abramowicz. Opowiedział jej o mojej sytuacji i zapytał, czy byłaby otwarta na rozpoczęcie współpracy. Odpowiedziała, że tak. Po powrocie Mateusza z konferencji uzgodniliśmy, że odezwę się do Darii, umówię się z nią na spotkanie i zobaczymy, co z tego wyniknie. Dziś wiem, że było to jedno z najważniejszych spotkań w mojej karierze i przełomowy moment, który pozwolił mi walczyć o złoto olimpijskie.
Jak współpracujecie?
Mamy regularne sesje online. Część naszej pracy skupia się na moim ogólnym dobrostanie, mojej kondycji psychicznej, a część poświęcona jest stricte przygotowaniu do zawodów. W bliskim kontakcie z Darią jest również mój trener oraz menedżer. Razem nawigują cały ten proces. Najważniejsze są obciążenia treningowe, pod nie układamy całą resztę, w tym zobowiązania sponsorskie. Ważne jest dla mnie, że Daria pozostaje dostępna niezależnie od kalendarza startów, zarówno w pracy zdalnej, jak i podczas spotkań bezpośrednich, także w kluczowych momentach przed zawodami.
Jak praca z psychologiem sportowym zmienia ciebie jako Olę?
To się łączy i przeplata. Myślę, że nie ma silnego mentalnie zawodnika bez rozwoju osobistego i poczucia dobrostanu. Na pewno jestem bardziej świadoma siebie, uczę się rozpoznawania swoich stanów, wiem, jakie mam zasoby, korzystam z narzędzi, których się nauczyłam, żeby radzić sobie w trudnych sytuacjach zarówno w sporcie, jak i w życiu. Największa praca wykonywana jest pomiędzy sesjami. Dostaję różnego rodzaju zadania, poznaję techniki, które wprowadzamy w życie a potem monitorujemy, jaki to ma na mnie wpływ, czy mi pomaga, czy przeszkadza.
Przez ostatnie dwa lata naszej pracy bardzo się rozwinęłam, stałam się świadoma tego, co się dzieje w moim życiu sportowym i prywatnym. Na przykład dawniej, kiedy dopadało mnie zmęczenie czy byłam przebodźcowana, szybko się denerwowałam. Dziś już wiem, że jestem osobą, która ma bardzo silnie rozwiniętą cechę lęku i związaną z tym potrzebę kontroli, której utrata powoduje stres i nerwy. Świadomość tego pozwala mi zapobiegać kryzysom. Kiedy widzę, że jest intensywnie, od razu szukam czasu dla siebie na regenerację, na przykład na masaż, spacer z psem, wyjazd na weekend. Dzięki pracy z Darią poznaję siebie, nauczyłam się w ogóle mówić o emocjach, opisywać je, rozpoznawać.
Aleksandra Mirosław (Fot. Bartek Wieczorek/ Visual Crafters)
W jednym z wywiadów przyznałaś, że dopadł cię syndrom postolimpijski – co to jest?
To stan spadku nastroju i poczucia pustki. Może pojawić się u sportowców, ale także trenerów i członków zespołu, gdy znika wieloletni cel i pojawia się konieczność zdefiniowania siebie na nowo. Zarówno w świecie sportu, jak i poza nim. To również, tak jak w moim przypadku, zbudowane w głowie określone oczekiwania co do wyniku i emocji, że będą wciąż podobne do tych z Paryża. A one już nigdy nie będą takie same.
W moim pierwszym starcie po igrzyskach w Pucharze Świata w Chinach w 2025 zajęłam szóste miejsce. Dziś myślę, że to dobrze, bo miałam dużo materiału do przepracowania i to mi pomogło definitywnie zamknąć olimpijski rozdział, pójść dalej i znowu wygrywać. Miałam ogromny przywilej, że mój zespół, a zwłaszcza moja psycholożka byli na to przygotowani, potrafili mnie przez to przeprowadzić.
Sama przyznajesz, że twoje życie dzieli się na to przed Paryżem i po igrzyskach, bo z dnia na dzień stałaś się osobą rozpoznawalną. Jak radzisz sobie z popularnością, z opiniami, z hejtem?
Bycie osobą publiczną jest trudne i trzeba nauczyć się z tym żyć. Zaakceptować fakt, że pojawią się nieprzychylne komentarze – niezależnie od tego, co robisz i kim jesteś. W zeszłym roku z okazji Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego opublikowałam na swoim Instagramie rolkę z autentycznymi komentarzami po moim pierwszym starcie w igrzyskach, kiedy zajęłam szóste miejsce. „Porażka”, „Skończyła się”, „Mistrzyni jednej imprezy”, „Przytyło się” „Powinna się skupić na treningach, a nie na reklamach”. Oczywiście było mi przykro to czytać, ale potrafię sobie z takimi opiniami radzić, bo wiem, że nie są prawdą. Nie mogą mieć wpływu na to, jak sama siebie postrzegam. Te komentarze mówią więcej o osobach, które je piszą, niż o mnie. Uważam jednak, że to bardzo niebezpieczne zjawisko, bo kogoś, kto jest w gorszej formie, może to realnie dotknąć. Mam wrażenie, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką moc mają słowa.
Krytyka jest pewnym kosztem bycia osobą publiczną. Ale jest i druga strona medalu. Dzięki popularności mogę nawiązać naprawdę wartościowe współprace, rozwijać się poza sportem i otwierać drzwi, które wcześniej były zamknięte.
Jakie miałaś dzieciństwo?
Szczęśliwe. Rodzice pozwalali mnie i moim siostrom popełniać błędy, uczyć się na nich i ponosić konsekwencje swoich wyborów. Bardzo ich za to szanuję. Miałam dość dużo wolności, ale też uczyłam się przestrzegania zasad. Jeśli na przykład chciałam zostać dłużej na imprezie i wiedziałam, że spóźnię się z powrotem do domu na umówioną godzinę, musiałam napisać, o której będę, gdzie jestem i z kim. I to działało. Były zasady i zaufanie.
Sport towarzyszył mi od dzieciństwa, ale nie czułam presji rodziców, żeby wygrywać. To się narodziło później i wynikało z mojego charakteru i ambicji, a nie z presji z zewnątrz. Tata do tej pory zresztą pisze mi przed każdymi zawodami, żebym się dobrze bawiła. I niezależnie od tego, czy jestem pierwsza, czy ostatnia, zawsze daje mi znać, że jest ze mnie dumny. Rodzice nigdy nie kwestionowali też moich wyborów, nie usłyszałam od nich czegoś takiego, żebym wreszcie skończyła studia, znalazła sobie robotę i zajęła się normalnym życiem. Zawsze pozwalali mi żyć tak, jak chcę, zawsze czułam ich ogromne wsparcie.
Aleksandra Mirosław (Fot. Bartek Wieczorek/ Visual Crafters)
Czy jako nastolatka miałaś kompleksy?
Od zawsze miałam problem z nawiązywaniem relacji z ludźmi. Może to nie jest kwestia konkretnych kompleksów, tylko bardziej związane było z osobowością i pewnością siebie oraz strachem przed oceną. Jako nastolatka często starałam się przypodobać komuś, zabiegałam o to, żeby ktoś mnie lubił. Często kończyło się to zupełnie odwrotnie, więc z czasem nauczyłam się stawać trochę z boku i w pewnym sensie tak już zostało.
Dziś jestem starsza, bardziej dojrzała emocjonalnie i świadoma tego, gdzie jestem, co osiągnęłam i kim jestem. Mam w sobie zdecydowanie więcej pewności siebie, co jest w znacznej mierze zasługą sportu. Nadal jednak jestem osobą raczej introwertyczną. Lubię spokój, obserwowanie, bycie trochę obok. Najswobodniej czuję się w małym, bliskim gronie przyjaciół i najbliższych. Moim bezpiecznym miejscem, gdzie naprawdę pozwalam sobie puścić wszystkie emocje, być całkowicie sobą i niczego nie udawać, jest dom.
Sport sprawia ci radość?
Sport jest dla mnie przede wszystkim pracą. Wszystko, co robię teraz, podporządkowuję startom, więc nie mam w tej chwili zbyt wiele przestrzeni na aktywność „dla przyjemności” na co dzień. Lubię surfować i kiedy tylko jest taka możliwość, staram się ją wykorzystać. Bycie w wodzie, na fali na desce bardzo mnie relaksuje. Mam wtedy poczucie, że czas się zatrzymuje. Nie patrzę w telefon, nawet gdybym chciała, nie jest to możliwe. Nikt do mnie nie dzwoni i nikt niczego ode mnie nie chce. Inną odskocznią, zwłaszcza po sezonie, kiedy mam dużo spotkań, wywiadów, sesji, jest bieżnia. Lubię przez 30-40 minut pobiegać w ciszy, pobyć sama ze sobą. W ogóle lubię ruch – spacery, hiking, najlepiej czuję się w naturze. Jedynie za pływaniem nie przepadam, a baseny omijam raczej szerokim łukiem. Sześć lat w podstawówce trenowałam pływanie i chyba wystarczy mi na całe życie.
Czy kobietom jest w zawodowym sporcie ciężej niż mężczyznom?
Z perspektywy mojej dyscypliny trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo wspinanie sportowe zaczęło się rozwijać dopiero w latach 90., kiedy pozycja kobiet w sporcie była zupełnie inna niż wtedy, gdy kształtowały się takie dyscypliny jak lekkoatletyka. W naszym sporcie nie ma na przykład różnic w nagrodach finansowych, a zawody kobiet i mężczyzn w większości przypadków rozgrywane są w tym samym czasie. Różnicą były igrzyska olimpijskie – tam rywalizacja była rozdzielona, ale godziny startów były dokładnie takie same, tylko w innych dniach. Powtórzę za Mateuszem, który od 2025 roku prowadzi również kadrę Hiszpanii i specjalizuje się w treningu kobiet, że największym wyzwaniem w kobiecym sporcie jest to, że większość protokołów treningowych, regeneracyjnych oraz badań z zakresu fizjologii człowieka bazuje na mężczyznach, a nie na kobietach. A przecież jesteśmy inne. Mamy cykl menstruacyjny, inną gospodarkę hormonalną, wracamy do sportu po ciążach, inaczej regenerujemy się po kontuzjach. To wszystko ma realny wpływ na trening i starty. Myślę, że to jest dziś jedno z największych wyzwań zarówno dla świata nauki, trenerów, jak i samych zawodniczek. Na szczęście bardzo dużo zaczyna się w tym obszarze dziać. Mam poczucie, że jesteśmy w momencie ogromnego rozwoju kobiecego sportu.
W twojej szafie wisi mundur. Jak zostałaś żołnierzem Wojska Polskiego?
W grudniu 2020 roku zostałam powołana do Wojskowego Zespołu Sportowego we Wrocławiu. Był to dla mnie bardzo ważny moment, bo dał mi możliwość pełnego skupienia się na sporcie, a jednocześnie zawodowego rozwijania się w ramach kariery dwutorowej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak potoczy się moje sportowe życie. Nie miałam dużych sponsorów i partnerów. Wojsko Polskie zapewniło mi stabilność – wsparcie finansowe i poczucie bezpieczeństwa, które w sporcie wyczynowym ma ogromne znaczenie. Służba w wojsku to swego rodzaju zawodowa polisa na przyszłość. Po zakończeniu kariery sportowej możliwe jest dalsze funkcjonowanie w strukturach Wojska Polskiego. Jako żołnierze sportowcy na co dzień reprezentujemy Wojsko Polskie na arenie krajowej i międzynarodowej zarówno w zawodach cywilnych, jak i wojskowych, na przykład Światowych Wojskowych Igrzyskach Sportowych czy Wojskowych Mistrzostwach Świata, które mają odbyć się w przyszłym roku. Co roku, po zakończeniu sezonu sportowego, przechodzimy szkolenia ogólnowojskowe. Regularnie odbywa się także proces opiniowania i rozmów z przełożonymi o tym, gdzie siebie widzimy w przyszłości, jakie szkolenia i kursy są potrzebne oraz jakie kroki należy podjąć, by realnie dojść do wybranego miejsca w strukturach.
Wojsko nauczyło cię zadaniowości czy poszłaś już taka do armii?
Myślę, że zadaniowość miałam w sobie, zanim trafiłam do wojska. Zawsze byłam poukładana i bardzo konkretna, co w dużej mierze wynika z mojej osobowości. Mam wysoko rozwiniętą potrzebę kontroli, która często bierze się z lęku. W moim przekonaniu wszystko musi być dopięte i przewidywalne.
Praca z Darią pokazuje mi, że nie wszystko da się jednak kontrolować. Uczę się odróżniać te rzeczy, na które mam realny wpływ, od tych, na które wpływu nie mam. To wciąż proces, ale daje mi dużo więcej spokoju i elastyczności. Nie tylko w sporcie, ale też w życiu.
A co to znaczy być dla siebie dobrym?
Dbać o siebie to zaakceptować, że mam prawo popełniać błędy i że nie ma w tym nic złego. Natomiast bycie dla siebie dobrą oznacza dla mnie umiejętność zatrzymania się w trudnym momencie i powiedzenie sobie: „OK, tym razem nie poszło tak, jak chciałam, ale mogę wyciągnąć z tego wnioski i następnym razem zrobić coś lepiej”. To właśnie jest rozwój.
Kiedy czujesz się w życiu spidermanką?
Chyba nigdy. To porównanie do mnie nie trafia. Wolę pozostać przy sobie niż przy superbohaterach.
Pytam o twoje supermoce…
Moją największą supermocą są ludzie, którymi się otaczam. Daje mi to poczucie, że niezależnie od tego, co się wydarzy, poradzę sobie, bo są przy mnie zarówno w dobrych, jak i trudnych momentach.
Aleksandra Mirosław urodziła się w 1994 roku w Lublinie. To najbardziej utytułowana zawodniczka w historii wspinaczki sportowej na czas, złota medalistka olimpijska z Paryża 2024, trzykrotna mistrzyni świata (2018, 2019, 2025), wielokrotna rekordzistka świata. Ambasadorka ORLEN Team.