Dworcowy schizofrenik..

…postarzal sie znacznie od czasu, kiedy go ostatni raz widzialam. Dlugie, bialo-siwe wlosy spadaja mu falami na wychudle ramiona okryte duzo za duza, czarna marynarka. Pionowe zmarszczki siekaja mu twarz na kubistyczne kawaleczki. Parasola i aktówki tez juz nie ma. Ma natomiast ciagle duzo do powiedzenia i prowadzi dlugie i skomplikowane debaty z niewidzialnym. Debaty odbywaja sie przed otwartym juz po remoncie sklepem z pamiatkami berlinskimi.

W tym sklepie mozna sobie kupic na przyklad lampe sygnalizacyjna z przejscia ulicznego z ludzikiem w kapeluszu – wynalazek enredowski…Albo torbe z napisem „I love Berlin”. Takie torby mozna na calym swiecie znalezc, róznia sie one tylko przedmiotem milosci I zamiast Berlina jest Paryz albo inna Lizbona czy Poznan, a barwy i desen pozostaja ten sam. Praktyczne i kosmopolityczne.

Kosmopolityczne sa tez jablka w Europie – maja ten sam ksztalt, barwe i smak, bez wzgledu na to, gdzie sie je kupi. Wczoraj, jedna z moich studentech wchodzi z toba plena róznokolorowych jablek „czestujcie sie! to jablka z Polski! Byly na srodowym targu – powachajcie – one pachna!” Wszyscy jak na komende obwachujemy jablka. Rzeczywiscie, pachna.

Po pracy ide na mój srodowy targ przed ratuszem i szukam polskiego stoiska – jest! „Poprosze wloszczyzne” prosze optymistycznie „Pani, wloszczyzny to juz w poludnie nam zabraklo” mówi pani owocowo warzywna. „No to prosze pojedyncze elementy”. Pani owocowo-warzywna wyszukuje mi pare marchewek, pietruszke, por i szuka zaginionego gdzies selera. „Jak sie nie chce, to placze sie pod nogami, a jak nie, to nie mozna znalezc”. Juz prawie rezygnuje z selera, kiedy sie jednaj znajduje. Moja zupa jest uratowana!

Ide do stoiska ze zmarlym drobiem, tez juz prawie niczego nie ma, ale pani robi mi oferte nie do odrzucenia: za pare eruo biore ostatnie (piec) par kurzych biustów i torbe skrzydelek. „Piers, prosze pani, za chuda, na zupe sie nie nadaje, slrzydelko to cos innego”. Dobra. Dom: wrzucam pralke, wyciagam rzeczy z suszarki skladam co sie da w tle myslac, ze kiedy mnie bedzie stac na pomoc domowa. Taka pomoc domowa to super luksus ale trudno, coraz pózniej wracam, coraz dluzej mi wszystko zajmuje, coraz mniej moge planu piecioletniego wykonac.

Gotuje zupe kurczakowa. Nie, nie rosól, zupe kurczakowa. Wszystko drobno pokrojone, do tego pare ziemniaków (tak, ziemniaków) no I szczatki posmiertne ptaków. Wrzucam jeszcze ziola z balkonowego ogrodu. „Ale dobrze pachnie!” krzyczy od progu Towarzysz Odcinka Zycia – „skad mialas polskie warzywa?” Takiego mam meza znawce, prosze bardzo! Niemiec tez sie moze nauczyc!

PODYSKUTUJ: