Taksowka…

Taksowka…

… przyjezdza piec minut przed czasem ale my tez jestesmy przed hotelem troche wczesniej. Po dziesieciominutowej podrozy jestesmy na miejscu, placimy pol na pol rachunek kierowcy i wchodzimy do budynku lotniska. W srodku jedna jedyna bramka do kontroli metalu, bomb i cieczy – ale przy tym ruchu podroznych to chyba jedna wystarcza w sam raz. Byc moze od czasu do czasu powstaja dwuminutowe korki, ale dzisiaj nie. Lisette (juz wiem, jak sie nazywa) i ja idziemy na szklanke wody – Lisette polyka rzeczywiscie dwie tabletki przeciwko dzialaniom ubocznym bujania i wsiadamy do samolotu. Okazuje sie, ze siedzimy kolo siebie. Ona zarezerwowala sobie miejsce wczoraj po poludniu – ja pozna noca. Stwierdzamy, ze przypadkow nie ma, tylko przeznaczenie. Tuz przed ladowaniem wymieniamy e-maile, aby zostac w kontakcie. W Sztokholmie sprawdzamy z ktorego termainala kazda z nas leci. Lisette troche sie spieszy, bo jej maszyna ma odlecec za pol godziny. Ale nagle okazuje sie, ze nie odleci, poniewaz jej lot jest odwolany. Nie, nie wulkan tylko prozaicznie popsuty samolot. Nastepny lot o tej samej godzinie co moj, czyli o 17:25. Juz wiemy, po co nas los zetknal: zebysmy sie na tym Sztokholmskim lotnisku nie zanudzily na smierc. Wychodzimy na slonce. Rozmawiamy o wczorajszym beach party . Lisette, mimo ze z szalenie liberalnego kraju, z niesmakiem komentuje nagie stopy pijanych zjazdowiczow. Ona wrocila do hotelu pozniejszym autokarem i musiala odlepiac od siebie jakiegos pana profesora. Wymagalo to sily fizycznej i taktu, bo chlop wielki byl a nie wypadalo go strzelic pysk, bo wazny. Zjadamy po wafelku "Roger" ze slubickiego LIDLa, ktore Towarzysz Odcinka wrzucil mi przytomnie przed odjazdem do aktowki. Swieci slonce, jest cieplo, powietrze mimo lekkiego posmaku benzyny samolotowej – calkiem wiosenne.

Jest po czwartej, zegnam sie z Lisette i kazda za nas idzie w swoja strone. Przechodze przez kontrole, ide w kierunku moich gates (czy "gates" to bedzie po polsku "wrota", zastanawiam sie). W brzuchu, mimo wafelka, troche mi burczy, trzeba jakas zatyczke. Biore najtansza kanapke i kubek kawy. Klnac w rozumie place dziewiedziesiat koron i znajduje wolny stolik.

Mezczyzna siedzacy obok nadaje przez drut w uchu do swojej komorki. Nadaje strasznie glosno koslawym angielskim, ze bardzo sie z czegos cieszy i nie moze sie juz doczekac. Skad sie bierze w ludziach taki ekshibicjonizm psychiczny? Dlaczego jest wazna ta posrednia komunikacja? Rownie dobrze mozna by wstac i powiedziec: "kochani ludzie, mnie sie zycie udalo, posluchajcie jak wlasnie costam mi dobrze poszlo." Ale system taki, ze sie tak nie robi, wiec trzeba posrednio. A moze to wcale nie to? Moze to po prostu brak szacunku do innych czyli tlumu?

Koncze nieudana psychoanalize faceta z drutem w uchu. Czas wsiadac do maszyny. Tesknie za domem.

No i jestem z powrotem. Jutro rano w nowa podroz. Kto powiedzial, ze bedzie lekko?

PODYSKUTUJ: