Poranek …

…z przezroczystym górskim powietrzem. Jest dziewiata rano a ja w drodze do piekarni. Wczoraj pytam, od której maja otwarte. „Od okolo dziewiatej” pada odpowiedz. „Okolo dziewiatej” to niebezpieczna pora i mozna sie latwo sparzyc, bo moze byc to ósma trzydziesci ale moze tez byc za piec dziesiata. Mam szczescie, drzwi na osciez otwarte, w twarz bije mi won chleba.

Chleb, kawa i chlor – poranny zapach Hiszpanii. Wybielaczem chlorowym czysci sie rano ulice z aktywnosci nocnych. Kazdy czysci swój kawalek ulicy… Resztki jedzenia, niedopalki papierosów,rzygowiny, mocz i inne – wszystko to zostaje splukane z chodników i ulic do scieków a smród zostaje zastapiony wszedobylskim, drazniacym ale i oczyszajacym zapachem chloru.

Kupuje chleb pasjuacy do szynki i kielbasy kupionej wczoraj u Antonio. Piekarz dumny ze swojej pracy, tlumaczy mi ze jego chleb utrzymuje swiezosc przez dwa dni i ze bardzo jest zdrowy (nie piekarz, ale chleb). Wychodze i drepcze w kierunku hotelu. W pobliskiej kawiarni dwóch mezczyzn dyskutuje jakies zdarzenia polityczne. Barman podsumowuje, ze w gruncie rzeczy to tylko general Franco móglby obecnja sytuacje polityczna uzdrowic. I ze za generala wcale nie bylo tak zle. Zadziwiajaco popularna to mysl w wielu krajach w ostatnich czasach. Tylko general Franco zastapiany jest przez lokalnych bochaterów.

Podróz powrotna w lekkich nerwach – psuje sie komputer lotniskowy do check-in i stoimy wszyscy w kolejce ponad godzine. Zamiast „BERLIN” wyswietlony jest napis „MALMÖ”, którego to napisu nikt nie moze zmienic. Pojawia sie mlodzieniec z dlugimi wlosami i broda przypominajacy z wygladu swietego z ikon ortodoksyjnych. Byc moze ma na imie Jesus – imie tutaj popularne – kto wie…? Jesus wskakuje dziarsko za barierke i ze telefonem stacjonarnym przy jednym i telefonem komórkowym przy drugim uchu zaczyna rozsuplywac komputerowy problem. Na godzine przed odlotem – ulga: tasmy ruszaja, pojawiaja sie prawidlowe napisy i niespokojny, dwustu-osobowy ogonek powoli przestaje nerwowo drzec. Jesus wyskakuje zza balustradki i z kamienna twarza idzie rozwiazywac problemy innych ogonków.

W samolocie tym razem jestem otoczona przez grupe zorganizowanej turystyki z Brandenburgii. Grupa glosno i wulgarnie komentuje kazde poruszenie samolotu. Towarzyszki lotu czyli Flugbegeliterinnen, dawniej zwane stewardessami, rozdaja kawe, herbate i kanapki. Brandenburgia dopomina sie o piwo, ale alkohol mozna wylacznie nabyc droga kupna. Brandenburgia oburza sie po czym wiekszosc zasypia. Nastaje samolotowa cisza, czyli jednostajny huk.

Ladujemy, moja walizka wypluta z paszczy transportera jako jedna z pierwszych, Towarzysz Odcinka Zycia, niespózniony, wyglada zza barierki. Jest cieplo i slonecznie, ladujemy u znajomego w ogrodowej restauracji, na stól wchodzi zdrowy hiszpanski chleb, szynka iberyjska, kielbasa iberyjska, na pól dojrzaly ser, pasztet z królika i wino. Siedze w slonecznej plamie i wygrzewam kosci. Dobrze jest.

PODYSKUTUJ: