Mrozny ale za to rzeski ….

….i sloneczny poranek zgrzyta szronem parkowej alei jak piasek miedzy zebami. Pruje przez park na fabryke, ale z ukosa pozwalam sobie patrzec na uroki mlecznych drzew i trawnikowej waty cukrowej. Nad glowa swiszcza mi sikorki, gawrony i synagorlice – zdecydowanie nadszedl czas robic jaja. Brrr… przy takim zimnie chce im sie…?

W pociagu tlok, stoje, dobrze, ze mam sie czego trzymac. Mysle stachurowo: „godzina slynna piata piec…”, miejsce nie to samo ale czas i zjawisko podobne. Dojezdzamy. Zimno zagonilo logarytmicznie zwiekszajace sie stado bezdomnych pod lodowaty, szklany dach berlinskiego dworca glównego. Jedni sprzedaja gazety bezdomnych, których nikt nie czyta, inni zebrza, jeszcze inni ani nie zebrza, ani nie usiluja nic sprzedac tylko patrza sie w pustke pustym wzrokiem i kiwaja sie sieroco na boki – to bezcelowcy.

Bycie bezcelowcem to chyba najgorsze, czym mozna byc. Sensem bycia nie moze byc bycie bez sensu. Wiec po to to kolebanie, zeby wytrzasnac z siebie sprzecznosci i wyciszyc wewnetrzne wycie?

PODYSKUTUJ: