Dwa zonkile…

… ptrza na mnie niewinnymi, zóltymi oczyma z malego wazoniku. To mój tegoroczny akcent swiateczny. Siedze w domu I odparowuje od nerwów. Wizja swiezo wyjetej z piekarnika pieczeni, dymiacej jeszcze przez dobre pare kwadransó nie opuszcza mnie ani na krok – tak sie czuje po wyjeciu z kieratu fabrycznego.

Dzien po dniu zasypiam coraz lepiej I szybciej, bez listy „rzeczy do zrobienia” przemykajacej mi przed oczami tak jak na koncu filmu przemykaja wykonawcy I wszyscy inni którzy przysluzyli sie do jego powstania. Przesuwajaca sie lista, na której rzedko pojawia sie slowo „KONIEC”, swietnie zapobiega zasnieciu. Wydobywanie sie ze zmeczenia psychicznego polega tez na unicestwieniu tej listy.

„Rodzaje stresu” – czytam tytul jednego z artykulów na stronie gownej Zwierciadla. Usmiecham sie do siebie – czy mam sie dac zaskoczyc? Czy raczej traktowac jak quiz?

PODYSKUTUJ: