Wczorajszy dzien wypelnily mi zebrania

… a dzisiejszy – dzisiejszy dzien jest tylko i wylacznie dla mnie. Dzien wolny, mianowicie.

Pierwszy zebranie odbylo sie w firmie, która bedzie organizowac zjazd po koncu swiata. Do organizacji nalezy miedzy innymi reklama zjazdu,  stworzenie strony internetowej, logo zjazdowe no i pozyskiwanie sponsorów. Jest jeszcze wiele innych punktów, które trzeba na ten zjazd przygotowac, ale troszke pózniej. Firma ma siedzibe w Grunewald – jednej z najladnieszych dzielnic Berlina (bardzo blisko polskiego konsulatu), w jednej z tamtejszych willi. Taka berlinska Saska Kepa. Poniewaz bylam za wczesnie, a za wczesnie jest tak samo niepunktualnie jak za pózno, wiec udalam sie na spacer z aparatem fotograficznym. Nie, zeby zabic czas, ale wrecz przeciwnie, zeby go wykorzystac.

Wiosna chyba postanowila sie w tym roku trzymac scisle kalendarza i rozpoczela sie, szalenie gwaltownie, wtedy kiedy bylo to przewidziane. Dzieki mojej niepuktualnosci mialam czas, zeby na nia popatrzec – troche tak jak podpatrywanie aktora  za kulisami, kiedy ostatnie pylki pudru laduja na twarzy i powiedziany na glos jest ostatni trudny tekst i zrobiona przed lustrem jest ostatnia grozna mina, tuz zanim mistrz wyjdzie na scene.

Widialam rozpoczynajace sie kasztany, wiosennego trabanta reklamujacego hotel w centrum miasta, rosliny nieznane mi z imienia, wielka doniczke z wkrecona w nia jak drzazge, sruba (po co?), widzialam piekne domy z przelomu ubieglych stuleci i widzialam tez pompe. Te uliczne pompy berlinskie rozczulajaco romantyczne i – tak naprawde to calkiem niebrzydkie, no i praktyczne. Wszystkie funkcjonuja.

Zebranie trwalo trzy godziny, wyszlam z wirujacy glowa. Znowu, cholera, okazalo sie, ze nie jest tak, jak byc powinno. Ale wiosna na ulicy przywrócila mnie szybko do rzeczywistosci. A poza tym – wszystko dobrze – operacja pani Kasi powiodla sie, niedlugo przewieziona zostanie do kliniki rehabilitacyjnej i moze za dwa miesiace bedzie mogla normalnie chodzic… Moje kubanskie nieszczescie niedlugo juz uwolni nas wszystkich od swojej obecnosci – na koniec miesiaca wraca do Havany i nigdy wiecej (mam nadzieje) nie wróci. Czegos tak malo utalentowanego i do tego nieudacznie klamiacego juz dawno nie widzialam.

A teraz – na balkon! Tam natura czeka na nowa ziemie i moze jeszcze pare prymulek do towarzystwa…

PODYSKUTUJ: