Sztuka bycia chorym

…nie jest sztuka latwa. Dawniej, chorego pozostwawialo sie w calkowitym spokoju, w kokonie cieplej pierzyny oddzielajacej od trosk i klopotów. Choremu przynosilo sie bulion, który to bulion pilo sie malymi lykami, okna zaslanialo sie, aby chorego nie razic ostrym swiatlem slonca. Mówilo sie cicho, staplo tez cicho i w ogóle wokól chorowania byl jakis rytual.

Kiedy wczoraj zdalam sobie sprawe, ze  bez pomocy kolegów i zastrzyku dozylnego, oddalajacego  moje przeziebienie czy tez inna grype na pare godzin, nie wyglosze mojego godzinnego wykladu, przypomnialo mi sie jak to slodko bylo byc przeziebiona w domu mojej babci.

Pacjenci – sami przeciez chorzy – milosciwie nie dreczyli mnie pytaniami i moglam ruszyc do domu. Wtedy wlasnie minelo dzialanie „stawiajacych na nogi” leków co zbilo mnie z nóg. Dzisiaj leze tradycyjnie pod pierzyna, Towarzysz Odcinka przyniósl z targu przed ratuszem swiezego kurczaka i prawdziwa wloszczyzne od Turków, z których to skladników powstal bullion do leniwego saczenia. Zasloniete okna nie przepuszczaja swiatla, które wywoluje ból w oczach. Chusteczki higieniczne z balsamem (pewnie ladnie pachna) jeszcze nie rania mi nosa. Jest spokojnie. Wylaczylam komórke, telewizor (wiadomosci – bankowo zle – opózniaja process zdrowienia) i tylko sobie troche mysle – tego nie da sie wylaczyc ani zaslonic.

Polecam chorowanie tradycyjne – uspokaja wewnetrznie i daje czas na rozprawienie sie z nalecialymi myslami!

PODYSKUTUJ: