Odhaczam pozycje

…. z listy „do zrobienia” w moim kalendarzu. Zapewnia mi to poczucie wykonania czegos, doprowadzenia czegos do konca. Bo w pracy naukowej to z jednej odpwiedzi rodzi sie dziesiec kolejnych pytan. W przychodni – ciagle naplywaja nowi pacjenci. W szkole – ciagle nowe grupy studentów, ja klepei to samo a oni sie zmieniaja. Czyli nie ma konca…

A biurze jest koniec! Na liscie poskreslane na kolorowo: Dane – wyslane. Listy – tez, potwierdzenie przyszlo z pieczatka. Dwie korekty wyslane, tabela uzupelniona i wyslana, pacjenci którzy sie „wzieli i zgubili” „wzieli sie i sie znalezli”.

A moze ja powinnam pracowac na poczcie? Patrze sie na moja liste i widze, ze zdecydowanie przewaza wysylanie. Kiedys, dawno, dawno temu, pracowalam na poczcie, w tak zwanym Glównym Urzedzie Przewozu i Wymiany Poczty. Byla to praca na wakacje i polegala na robieniu herbaty paniom urzedniczkom tudziez sortowaniu (ale tylko od czasu do czasu) poczty zagranicznej. Poczty zagranicznej nie bylo w tamtych czasach za wiele, wiec glównie zajmowalam sie ta herbata. Pamietam jak zafascynowana bylam róznymi krajami, z których przychodzily listy. W glowie mi sie nie miescilo, ze kiedykolwiek w jakimkolwiek z tych krajów moglabym postawic noge.

A teraz mi sie miesci.

A listów juz prawie nie ma, za to sa SMSy i e-mail’e i to wcale juz nie to samo, moi panstwo. Taki list to sie wachalo, pod swiatlo badalo i nad swieca, na wszelki wypadek atramentu sympatycznego, czyli mleka. A jak obwachac e-mail?

PODYSKUTUJ: