Miasto Lódz…

…wita mnie post-neokomunistycznym konstruktem, zwanym hotelem – nazwijmy go hotelem X. Znaleziony przez moja dobra agentke na chybcika, byle sie gdzies przespac, jest dokladnie tym – miejscem do spania. Brudne wykladziny dywanowe, zardzewiale kaloryfery, oblepione setkami odcisków palców telefon i blat biurka. Brzydze sie – rzedko sie brzydze ale w tym hotelu tak. Cieniutkie reczniki, niegdys niewatpliwie biale, nasiakaja w sekunde woda i nie spelniaja swojej suszacej roli. Niedomykajace sie drzwi do lazienki wlasciwie nikogo nie draznia, bo przeciez jestem sama – ale jednak. Nawet Oscar sie troche brzydzi.

Na korytarzu panie pokojowe glosno wymieniaja fachowe uwagi na temat planu dnia „Ty, ty to robisz z nia czy ze mna?” Przepraszajac panie, przeciskam sie pomiedzy nimi a wózkiem ze sprzetem do sprzatania – sa zniecierpliwione i niechetnie ustepuja miejsca.

Na sniadanie jajecznica plywa w podejrzanej cieczy, do tego wielkie plastry kielbasy porzadnie podsmazonej na tluszczyku. Trzecie gorace danie to kielbasa z wody, plywa pomiedzy okami tluszczu. Robi mi sie niedobrze. Do tego niedomyte sztucce z zaschnietymi czerwonymi (ketchup?) i zóltymi (jajecznica? Musztarda?) grudkami. Biore jogurt naturalny, kawe i kawalek bulki. Jem z rozsadku, bo obiad dopiero kolo drugiej. Pfuj!

PODYSKUTUJ: