niedziela

kolejny dzień w udręce. Wielokrotne próby by dojść do prysznica.

Potem moi w teatrze, korzystam z okazji i jestem bliski przejścia na tamtą stronę , ale nie przechodzę.  I teraz żałuję.

Co tak przeszkadza mi nie być, to ta całą obrzydliwa cielesność śmierci, tyle kłopotu dla bliskich, chociaż teraz z tym łatwiej niż kiedyś. I rozpacz dzieci. Gdyby tak można było rozwiać się na wietrze, wraca mi uparcie to marzenie…..

Zacząłem pisać felieton do Przeglądu, więc przeszedłem na stronę życie. Pisanie jest trochę ja sen, ale tu też jest przebudzenie.

Wiesz „Pożegnanie” na razie nieaktualny , wyrzuciłem. Za zawsze, na chwilę.

Już prawie północ. Gaszę boczne światło w pokoju Antosia i zaciągam się zapachem jego włosów. Oby dało mi to siłę przetrwać jutro. A będzie ciężko, skoro o tak późnej godzinie, czuję tyle niepokoju. Wsiądę zaraz do pociągu snów, pełnych cudownych wagonów zdarzeń, gdzie nie mam depresji. By obudzić się, niestety na stacji w obozie zagłady. I znowu te heroiczne próby dotarcia do prysznica. Z powrotami do łóżka sześć, siedem?

 

PODYSKUTUJ: