1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Umysł na dymku

Umysł na dymku

Nałogowcy wiedzą oczywiście, że palenie szkodzi, i większość z nich chciałaby rzucić papierosy. Problem w tym, że prawie nikomu to się nie udaje. Bo nikotyna uzależnia mocniej niż kokaina i heroina. Obecnie neurolodzy palenie papierosów traktują jak chorobę przewlekłą o nawrotowym przebiegu, którą trzeba po prostu leczyć.

 

Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill wypalił ponoć w swoim życiu około 38 tysięcy cygar. Ten wybitny mówca, strateg, historyk, laureat literackiej Nagrody Nobla był jednocześnie wielkim miłośnikiem tytoniu i whisky. Przypuszcza się, że depresja, z którą zmagał się pod koniec życia, i duże wyniszczenie organizmu mogły być związane właśnie z nikotynowym nałogiem. Nikotyna uzależnia bowiem silniej niż heroina i kokaina, a z roku na rok mózg potrzebuje jej coraz więcej. Zgodnie z danymi Międzynarodowej Organizacji Badań nad Mózgiem IBRO (International Brain Research Organization) wśród osób, które kiedykolwiek miały kontakt z nikotyną, w nałóg popada około 32 proc., w przypadku heroiny jest to 23 proc., zaś w przypadku kokainy – 17 proc.

Nikotyna, czyli chemicznie alkaloid pirydynowy, jest najważniejszym składnikiem dymu tytoniowego. Choć to trucizna tak silna jak kwas pruski i już 60 mg podane dożylnie powoduje porażenie układu nerwowego i uduszenie, przyjmowana w małych dawkach przyjemnie pobudza. Właśnie do tego uczucia przyjemności najbardziej tęsknią palacze. Podświadomie bardzo dobrze wiemy, jak dozować sobie „dymek”. Płytkie zaciągnięcie się dymem pobudza, zaś głębokie – uspokaja i wycisza. Już w siedem sekund po zapaleniu papierosa nikotyna dociera do mózgu i powoduje, że wydziela on cztery neuroprzekaźniki szczęścia: noradrenalinę, kwas aminomasłowy, serotoninę i dopaminę. Największą siłę ma dopamina – zwana neuroprzekaźnikiem nagrody, gdyż normalnie pojawia się tylko w chwilach, w których spotykają nas przyjemności. Pobudza ona układ limbiczny mózgu odpowiedzialny za emocje i nastrój, noradrenalina zaś ożywia korę mózgu, potęgując nasze możliwości umysłowe. Zmniejsza się uczucie lęku i inne negatywne emocje, bo łagodzi je pobudzenie neuronów produkujących serotoninę i kwas aminomasłowy. Na tym nie koniec. Obecność nikotyny sprawia, że rośnie poziom adrenaliny i cukru we krwi, zwiększa się ciśnienie i puls. Słowem, papieros to potężny stymulator mózgu oraz wielka pigułka antydepresyjna. Niestety działa tylko 30 minut, potem wszystkie neuroprzekaźniki spadają do typowego poziomu i odczuwa się nieodpartą chęć ponownego zapalenia. Z czasem mózg przystosowuje się do działania nikotyny i tak zmniejsza swoją aktywność, że trzeba palić coraz częściej, żeby „normalnie” się czuć.

Co się pali?

Problem polega na tym, że o ile nikotyna jest głównie substancją uzależniającą i stymulującą (sama w sobie nie ma właściwości rakotwórczych), to za choroby związane z paleniem tak naprawdę odpowiadają inne zawarte w tytoniu związki – a jest ich ponad cztery tysiące dwieście. Tytoń ma wysoką temperaturę żarzenia (dochodzącą do 900 st. C), co powoduje, że do dymu przechodzą wszystkie obecne w nim składniki. Niestety nawet nie wiadomo dokładnie jakie, gdyż skład chemiczny papierosa to tajemnica producentów, a są oni zobowiązani do podawania na opakowaniu tylko zawartości procentowej substancji smolistych, tlenku węgla i nikotyny. Przypuszcza się, że znajduje się tam wiele aromatów i substancji konserwujących. Samych „wzmacniaczy” nikotyny jest około siedmiuset. Na przykład specjalne sole powodują, że papieros stale się tli; amoniak (!), zmieniając pH, biologicznie uaktywnia nikotynę; cukier i lukrecja poprawiają smak; zaś gliceryna dłużej zachowuje świeżość tytoniu. W wyniku jednego zaciągnięcia się do organizmu przenika 10 do potęgi 15 wolnych rodników. A oprócz tego toksyny. Niektóre z nich działają jedynie w jamie ustnej i drogach oddechowych, podczas gdy inne po wchłonięciu do krwi wywierają wpływ na większość organów. Do związków szczególnie toksycznych zalicza się m.in. tlenek węgla, amoniak, cyjanowodór, formaldehyd, lotne nitrozoaminy. Można tam znaleźć także terpeny, estry kwasów tłuszczowych i węglowodory o długich łańcuchach, steroidy naturalne i polifenole. Tytoń zawiera ponadto 30 metali występujących w postaci tlenków i soli. Palacze wdychają też wiele groźnych substancji powstających w wyniku spalania dodatków smakowych wykorzystywanych w produkcji zapachowych papierosów. Dodatki, takie jak odświeżający mentol czy zwykła czekolada, stają się niebezpieczne, bo podczas ich spalania powstają związki rakotwórcze.

Substancje smołowate (benzopiren, nitrozoaminy, estry kwasów tłuszczowych, polon, chlorek winylu) podrażniają pęcherzyki płucne i mogą prowadzić do przewlekłych stanów zapalnych oraz nowotworów. Inicjują albo przyspieszają rozwój raka.

Substancje drażniące (np. akroleina) zwężają oskrzela i powodują kaszel, upośledzają ruch rzęsek w drogach oddechowych. Uniemożliwiają oczyszczanie się oskrzeli i płuc, doprowadzając do częstych infekcji.

Tlenek węgla stanowi od 1 do 5 procent wdychanego dymu i wypiera z krwi tlen. Dwieście razy łatwiej wiąże się z hemoglobiną, tworząc karboksyhemoglobinę. Tlenek węgla odbiera nam siły, powoduje wzrost agregacji płytek krwi, co może prowadzić do rozwoju miażdżycy.Metale ciężkie (kadm, ołów, rtęć, bar i arsen). Organizm nie potrafi ich usunąć, więc odkładają się, a ich działanie z czasem się potęguje. Uszkadzają układ nerwowy i wątrobę. Amoniak powoduje podrażnienie wszystkich tkanek (w większych stężeniach ma właściwości żrące i parzące).

 
Formaldehyd może wywołać zapalenie oskrzeli (u osób nadwrażliwych – astmę oskrzelową), świąd skóry i jej podrażnienie oraz wyprysk alergiczny. Jak się leczy nikotynizm? Głód nikotyny, silne rozdrażnienie, nieznośne napięcie, lęk, stany depresyjne, kłopoty z pamięcią, wilczy głód – to typowe przeżycia osoby rzucającej palenie, noszące nazwę zespołu odstawienia albo abstynencyjnego. Te ostre objawy mogą trwać nawet kilka tygodni. Dlatego medycyna podchodzi do uzależnienia od nikotyny jak do przewlekłej choroby z nawrotami. Obecnie uważa się, że istnieją tylko dwa skuteczne sposoby leczenia nałogu: nikotynowa terapia zastępcza i zażywanie specjalnie do tego przeznaczonych tabletek antydepresyjnych, które pobudzając wydzielanie tych samych neuroprzekaźników co nikotyna, zmniejszają objawy odstawienia. W nikotynowej terapii zastępczej zwanej w skrócie NTZ stosuje się nikotynę w postaci preparatów farmaceutycznych (gum, plastrów, inhalatorów, tabletek do ssania itd.). Dawki zawartej w nich nikotyny są mniejsze niż w papierosach, ale całkowicie wysycają potrzeby organizmu. Przy tej metodzie przyjmowanie nikotyny odseparowuje nas od czynności palenia (a więc tym samym człowiek uwalnia się od toksycznego dymu).

Niestety, jak pokazują statystyki, ten sposób jest skuteczny zwykle tylko na krótką metę, gdyż większość palaczy wytrzymuje zaledwie kilka tygodni bez „uderzającego” w płuca dymu. – Dlatego NTZ zaleca się głównie tym osobom, które z różnych powodów chcą albo muszą utrzymać abstynencję przez stosunkowo niedługi czas, np. z powodu zaostrzenia choroby wieńcowej, obturacyjnego zapalenia oskrzeli czy pobytu w szpitalu – uważa dr Bogusław Hrabat z Zespołu Profilaktyki i Leczenia Uzależnienia Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Inną formą terapii jest zażywanie Zybanu (substancji czynnej o nazwie bupropion) lub Champiksu (warenikliny). Są to leki psychotropowe na receptę działające jak tabletki antydepresyjne. Zyban podwyższa poziom wydzielania dopaminy i noradrenaliny, a w mniejszym stopniu serotoniny. Trzeba go zażywać co najmniej 7 tygodni. Leczenie Champiksem trwa 12 tygodni. Jest to lek najnowszej generacji, który działa dwutorowo: z jednej strony powoduje uwalnianie dopaminy, z drugiej nie dopuszcza do wpływu nikotyny na mózg, przez co – w przypadku zapalenia papierosa – nie odczuwa się przyjemności związanej z paleniem. Zaciąganie się dymem traci więc dla palacza sens.

Ubiegłoroczne badania nad Champiksem i Zybanem przeprowadzone na Uniwersytecie w Oslo wskazują, że pierwszy lek pomaga powstrzymać się od papierosów w 44 proc. przypadków, zaś drugi – w 30 proc.

Niedługo będziemy się szczepić

Firma farmaceutyczna Novartis wprowadzi do aptek szczepionkę NicQb, która ma czynić z palenia czynność obojętną, a nawet męczącą. Lek wynaleziony przez szwajcarskich biotechnologów prowokuje organizm do produkcji specyficznych antynikotynowych przeciwciał. W organizmie osoby, która zapali papierosa, składniki szczepionki będą wiązać całą obecną we krwi i w tkankach nikotynę. I właśnie w tym tkwi sekret NicQb – nikotyna nie jest w stanie przedostać się do mózgu. Palenie zamiast sprawiać przyjemność i pobudzać, spowoduje zmęczenie, gdyż nikotyna uwięziona zostanie na jakiś czas w układzie krwionośnym. Szczepionka przechodzi obecnie ostatnią fazę testów klinicznych.

Gdy odmawiasz sobie papierosa:

  • Po 30 minutach: normalizuje się tętno i obniża ciśnienie krwi. Dlatego w wielu przypadkach rzucenie nałogu (na stałe) pomaga osobom chorym na nadciśnienie powrócić do zdrowia.
  • Po 10 godzinach: krew nasyca się tlenem i odczuwa się nieznaczny wzrost sił.
  • Po 1 dniu pojawia się zespół odstawienia; nerwowość, bóle głowy, trudności z koncentracją, apetyt. Trzeba się wspomóc nikotyną w postaci preparatu farmakologicznego.
  • Po 14 dniach: układ krążenia i płuca odzyskują sprawność, ma się już 30 proc. dawnej werwy. Warto zacząć uprawiać jakiś sport, żeby spalić nieoczekiwany nadmiar energii.
  • Po 6 miesiącach: wzrasta odporność, znika podatność na infekcje, cera i skóra młodnieją o kilka lat.
  • Po roku: zmniejsza się zagrożenie zawałem i udarem mózgu.
  • Po 5 latach: ryzyko raka płuc, jamy ustnej, krtani i przełyku spada o połowę, regenerują się zniszczone tkanki.
  • Po 10 latach: dopiero teraz osoba uzależniona ma taki stan zdrowia jak ktoś, kto nigdy nie wziął papierosa do ust.
Zobacz również kosmetyki do oczyszczania twarzy balsamy

Przy pisaniu artykułu wykorzystałam książkę „Kobieta i tytoń ” napisaną przez toksykologów: prof. Ewę Florek, prof. Wojciecha Piekoszewskiego i mgr Jagnę Wrzosek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Masaż dźwiękiem - moc wibracji

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory. (Fot. Michał Klusek)
Fale dźwiękowe wprawiają nasze ciało w wibracje, które uwalniają napięcia, relaksują, regenerują i poprawiają nastrój. Najlepsze efekty przynosi masaż w sonorze – specjalnie do tego celu zbudowanej kapsule dźwiękowej. Sesja w sonorze to niezwykłe (zaryzykowałabym nawet określenie – duchowe) doznanie.

Sonorę trudno jest zdefiniować. Mówi się, że to instrument terapeutyczny, kapsuła dźwiękowa, portal. Jak powstało to wyjątkowe urządzenie?
Czeski lutnik, muzyk i multiinstrumentalista Jan Rosenberg pragnął skonstruować instrument, do którego można wejść. Chciał, by wibracje dźwięków dało się odbierać całym ciałem. W latach 90. zbudował sonarium – tubę z ławką w środku i 28 strunami. Później modyfikował instrument, aż powstała sonora, czyli tuba z najwyższej jakości drewna rezonansowego z wysuwaną na szynach ławą i 56 strunami. Osoba, która przychodzi na sesję, kładzie się na drewnianej ławie, otulam ją kocem i wsuwam do środka instrumentu. A potem zaczynam poruszać strunami. Rosenberg w pracy inspirował się monochordem, którego stworzenie przypisuje się Pitagorasowi, oraz pitagorejskim podziałem harmonicznym, o którym mówi się, że to rodzaj kosmicznego klucza, boska proporcja. Sonora wydaje dźwięk o częstotliwości 64 herców, więc mieści się w spektrum wibracji o właściwościach leczniczych (od 40 do 80 herców).

Można powiedzieć, że działa jak muzykoterapia?
Sesja absorbuje na dwóch płaszczyznach, słuchamy dźwięków i odczuwamy wibracje. Mamy tu więc do czynienia z muzykoterapią, która równoważy emocje, pomaga docierać do podświadomości. Ale mamy też wibroakustykę, która wpływa na ciało jak fizjoterapia, w sposób energetyczny. Takie połączenie pozwala spontanicznie osiągnąć głęboki stan relaksu, jak w medytacji.

W Niemczech i Austrii terapia dźwiękiem z wykorzystaniem na przykład mis dźwiękowych jest refundowana przez tamtejsze fundusze zdrowia i stosowana w placówkach medycznych, psychoterapeutycznych czy pedagogicznych. U nas nadal jest to postrzegane jako ezoteryka.
Jest coraz więcej badań z dziedziny wibroakustyki potwierdzających jej korzystny wpływ na nasz organizm. Wibracje wędrują przez wszystkie tkanki, mięśnie, nerwy, kości, docierając do każdego miejsca w ciele. Okazało się, że odpowiednio dobrane fale dźwiękowe poprawiają pracę komórek, przyspieszają metabolizm, rozszerzają naczynia włosowate, dotleniając wszystkie organy. Działanie dźwięku przyczynia się także do niwelowania bólu, przyspiesza regenerację tkanek, zmniejsza napięcie mięśni. Terapię dźwiękiem z powodzeniem stosuje się u osób ze spastycznym porażeniem mięśniowym i porażeniem mózgowym, chorobą Parkinsona, stwardnieniem rozsianym – wibracje redukują napięcia mięśniowe i poprawiają funkcje motoryczne. Pomaga w przypadku bezsenności czy przy chorobach autoimmunologicznych, ponieważ działa tonująco na wegetatywny układ nerwowy i autoimmunologiczny. Gdy głęboko się rozluźniamy, uruchamiają się mechanizmy samouzdrawiające. Nie twierdzę, że sonora zastąpi tradycyjną medycynę, ale jest świetnym narzędziem wspomagającym.

Podobno poszczególne fale dźwiękowe pozytywnie wpływają też na psychikę – zmniejszają poziom stresu, odczuwanego lęku, zwiększają motywację do życia.
To prawda, sonora daje możliwość pracy z emocjami, pozwala uwalniać traumy. Wibracje instrumentu pomagają wyciszyć umysł krytyczny i rozluźnić ciało. To daje subtelne, nienamacalne korzyści. Gdy chcemy pracować z emocjami, idealnie jest, jeśli człowiek potrafi odnaleźć je w ciele. Wielu ludzi jest zablokowanych na tym poziomie. Wiedzą, że są smutni albo że się boją, ale nie są w stanie odnaleźć tego w ciele, powiedzieć, gdzie emocja jest uwięziona. Wibracje sonory pozwalają poczuć swoje ciało, skierować uwagę do wnętrza. To dobry punkt wyjścia do dalszej pracy.

Dla każdego gra pani tak samo?
Wszystkie struny są w jednym dźwięku, nie ma tu chwytów, strojeń, więc nie można zagrać melodii. W pewien intuicyjny sposób dobieram jednak metodę grania do osoby. Przede wszystkim staram się wprowadzić pacjenta w bezpieczną i komfortową przestrzeń, dopasować sesję do potrzeb danej osoby. Robię to intuicyjnie. Sonora najczęściej wybrzmiewa nieprzerwanym jednostajnym dźwiękiem. Jednak oprócz tonu podstawowego mamy składowe harmoniczne, bardzo dobrze słyszalne, więc muzyka w odbiorze jest wielopoziomowa i przestrzenna. Dźwięk można porównać do transowego brzmienia instrumentów etnicznych, na przykład didgeridoo.

Czym różni się sesja w sonorze od masażu misami tybetańskimi?
Grałam na misach i gongach, praktykowałam metodę pracy dźwiękiem Petera Hessa, niemieckiego fizyka, który badał misy i ich wpływ na człowieka. Różnica jest taka, że misy w czasie zajęć grupowych są w jednym miejscu i dźwięk rozchodzi się po całej przestrzeni. Gdy pracujemy z misami na ciele, to dotykamy ich, a one wybrzmiewają i milkną. W sonorze jesteśmy w środku instrumentu, trochę jakbyśmy byli we wnętrzu misy. Dźwięk nie rozprasza się na zewnątrz, jest skoncentrowany na nas. Do budowy sonory wykorzystane jest drewno rezonansowe, które nie wygłusza tych dźwięków i daje nam potężną dawkę wibracji. Efekty są bez porównania intensywniejsze niż przy masażu misami. Wiele osób ceni sobie też to, że sonora daje poczucie bezpieczeństwa, w jej wnętrzu jesteśmy schowani, otuleni jak w łonie matki – to porównanie, które często słyszę. 

Joanna Przybyła terapeutka holistyczna, specjalizuje się w terapiach dźwiękiem wykorzystujących uzdrawiające wibracje mis, gongów i sonory (na zdjęciu). www.kalejdoskopth.pl

  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Zdrowie

Endometrioza: wędrujące komórki, które zmienią życie kobiet w koszmar

Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Marzec to miesiąc świadomości endometriozy - choroby, o której wciąż mówi się za mało.  A to piekielna choroba – mówią lekarze. I tajemnicza. Znamy ją od ponad 200 lat, a wciąż nie wiemy o niej wszystkiego. Ale jedno jest pewne: endometrioza potrafi życie kobiety zamienić w koszmar. Dlatego trzeba zacząć ją leczyć jak najwcześniej. 

Początek na ogół jest podobny: ból. Podczas miesiączki. Lekarz mówi: „Dziewczyno, boli, bo musi. Każdą kobietę boli”. Albo: „Taka pani uroda”. Albo: „Urodzi pani dziecko, to przejdzie”. Ale boli dalej. Zaczynają się pielgrzymki do specjalistów. Pacjentka odsyłana jest od ginekologa do gastrologa. Potem do urologa. Na badania – kolonoskopię, testy pod kątem zespołu jelita drażliwego, choroby Crohna – które niczego nie wykazują. I cierpi. Myśli o ciąży – ale jakoś się nie udaje. Czas płynie. A choroba, niezdiagnozowana, rozwija się. Czasem latami.

Ta choroba to endometrioza. Czym ona właściwie jest? Endometrium to błona śluzowa macicy. I tam jest jej miejsce. Jeśli znajduje się tkankę endometrialną poza macicą – mamy do czynienia z chorobą. Tkanka endometrialna może wszcze- pić się w narządy w obrębie miednicy i tam namnażać. Powstają guzy endometrialne jajników. Z nimi lekarze mają do czynienia najczęściej. Ale tkankę endometrium czasem znajdują na przykład w płucach. Dlaczego tak się dzieje? „No właśnie do końca nie wiemy – mówi dr n. med. Mikołaj Karmowski z wrocławskiej kliniki Medicus Clinic. – Jest teoria transplantacji i implantacji – miesiączkowanie wsteczne. U każdej kobiety, która menstruuje, trochę krwi przedostaje się do jamy macicy. I nic się nie dzieje. Jednak u niektórych kobiet drobne fragmenty endometrium ulegają wszczepieniu w innych miejscach i zaczynają tam podlegać cyklom takim jak endometrium w jamie macicy. Namnażają się, powstają guzy endometrialne”.

Ale jak wytłumaczyć obecność tkanki endometrialnej w wątrobie czy mózgu? Kolejna teoria – indukcji – mówi, że komórki w krwi i limfie mogą się przekształcić w komórki endometrialne i krążyć po organizmie, docierając do odległych struktur. Jest i teoria trzecia, metaplazji: że komórki otrzewnej potrafią się przekształcać w komórki endometrium, które podlegają cyklom i namnażają się, tworząc guzy. A wtórnie powstają zrosty, dochodzi do niszczenia organów, do niepłodności. Żadna z teorii nie tłumaczy jednak, dlaczego tak się dzieje. Badacze przez lata doszli do wniosku, że ważny jest czynnik genetyczny. „Operowałem wiele sióstr – mówi dr Karmowski. – Starsza, chora, przyprowadzała młodszą i u niej znajdowałem lokalizację choroby – w stadium mniej zaawanasowanym – w tych samych miejscach”. Kolejny czynnik, jak tłumaczy dr Karmowski, jest immunologiczny. Endometrioza współistnieje z takimi schorzeniami jak na przykład hashimoto. Żadna z tych teorii nie tłumaczy wszystkiego. „Wciąż brakuje ostatniego puzzla – odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Kiedy ten element układanki wskoczy na swoje miejsce, będziemy mogli leczyć skuteczniej”, wyjaśnia specjalista.

Najczęściej kojarzy się endometriozę z guzami jajników. A to tylko jedna z jej form. Inne to endometrioza otrzewnowa, endometrioza głęboko naciekająca i endometrioza śród­mięśniowa w macicy, czyli adenomioza. Jeśli endometrioza nacieka, szerzy się jak nowotwór. Jest łagodna histopatologicznie, ale klinicznie złośliwa – niszczy narządy wewnętrzne przez naciekanie. Pęcherz moczowy, macicę, miednicę, żołądek, wątrobę. Obumierają nerki, jelita. Destrukcja jak przy raku.

Diagnoza to klucz

Niezwykle ważne jest wczesne rozpoznanie. Choroba rozwijająca się po cichu latami powoduje spustoszenie. Czasem zrastanie się wszystkich narządów w jamie brzusznej – mamy obraz frozen pelvis, czyli w potocznym medycznym języku zamurowanej miednicy. „Jakby to najlepiej wytłumaczyć? – zastanawia się dr n. med. Paweł Siekierski ze szpitala Medicover. – Może takie porównanie: nalewam  do pani torebki kleju, czekamy chwilę i proszę, żeby wyjęła z niej pani dowód osobisty. Jakie są szanse, że to się uda? Trzeba by torebkę rozpruć, a i tak wątpliwe, czy udałoby się wyjąć ten dowód w całości. I tak to wygląda u kobiet z zaawansowaną endometriozą. A z taką właśnie mamy najczęściej do czynienia”.

Kluczem jest więc wczesna diagnoza. „A ta, paradoksalnie – twierdzi dr Siekierski – wcale nie jest trudna. Przede wszystkim trzeba ustalić, czy ból miesiączkowy jest bólem pierwotnym, czy wtórnym. Jeśli pierwotnym (tak zwane pierwotne bolesne miesiączkowanie) to faktycznie taka uroda. A jeśli wtórnym – to teraz musimy stwierdzić, z czego on wynika. Przy czym statystyka mówi, że główna przyczyna bólów wtórnych to właśnie endometrioza”.

„Często do rozpoznania – tłumaczy dr Siekierski – wystarczy badanie kliniczne. Dobrze przeprowadzone badanie na fotelu ginekologicznym. I szczegółowy wywiad. Ból może występować nie tylko w czasie menstruacji. Czasem pobolewa przez cały cykl, ból bywa niecharakterystyczny, trudny do nazwania, coś uciska, coś przeszkadza, cały czas czuje się dyskomfort. Może promieniować do krzyża, do kończyny, do boku miednicy. Bywa, że współistnieją z nim inne dolegliwości, jak dysuria, czyli objawy przypominające te przy zakażeniu dróg moczowych. Ból przy oddawaniu moczu, czasem, choć rzadko, krwiomocz. Może być dyschezja, czyli kłopot z oddawaniem stolca. Kolejny objaw to dyspareunia, czyli ból przy stosunku. Kobiety uciekają od seksu”.

Diagnozę dopełnia specjalistyczne USG z kontrastem – pokazuje ono wtedy granice między narządem rodnym, układem pokarmowym a moczowym i ogniska endometriozy głęboko naciekającej.

Leczenie Interdyscyplinarne

Niestety, diagnoza zazwyczaj stawiana jest późno. Dr Karmowski: „Średnio po dziesięciu latach od wystąpienia pierwszych objawów. A czasem jest to 15 czy 20 lat. Proszę więc sobie wyobrazić, co się przez ten czas w organizmie dokonało. Do mnie trafiają pacjentki po kilkunastu operacjach. Otwierany brzuch, pogrzebane, zamykane. Nawet czasem trudno powiedzieć, że to w ogóle były operacje. Bo leczenie operacyjne endometriozy to nie powinno być jedynie usuwanie zrostów – a tak się na ogół dzieje. Trzeba zrobić pełne wycięcie makroskopowe. Laparoskopowo, nie otwierając brzucha. Jeśli pacjentka słyszy: otworzymy brzuch, będziemy lepiej widzieć, powinna natychmiast uciekać gdzie pieprz rośnie. To tak, jakbyśmy chcieli gołym okiem zobaczyć pantofelka. Uda się? Nigdy! Oko lekarza musi być uzbrojone w laparoskop. I to nie byle jaki. Trójwymiarowy, o rozdzielczości 4K. Wtedy uda się zrobić operację na przykład z zaoszczędzeniem nerwów, co pozwoli kobiecie odczuwać satysfakcję seksualną. Ale też prawidłowo oddawać stolec i mocz”.

Dr Karmowski podkreśla, że operacja musi być interdyscyplinarna. „Chirurdzy chcą dobrze, ale nie do końca rozumieją tę chorobę. Ja specjalistów na sali operacyjnej porównuję do orkiestry. Skrzypkiem jest chirurg, wiolonczelistą urolog – ale to ginekolog jest dyrygentem, on prowadzi orkiestrę. Bo operacje endometriozy to największe wyzwanie dla chirurga. Cały czas się doskonalimy, mamy coraz lepszą technologię, lepszy sprzęt operacyjny, ale jeszcze musimy mieć specjalistów, którzy wiedzą, jak tego instrumentarium użyć. A w Polsce nie mamy wielu lekarzy, którzy takie zabiegi potrafią przeprowadzić. Nie potrafią, bo nie mają jak się nauczyć. NFZ za operację endometriozy zwraca 2390 zł. Tymczasem koszt samego sprzętu, którego używam podczas operacji, to 10 tys. zł. A gdzie hospitalizacja, wynagrodzenia?”.

Dr Siekierski uzupełnia: „Robimy operację, bywa, że powikłaną, szpital ponosi straty, zbiera się zarząd, mówi: »Zaraz, nie musicie tego operować, bo to nie jest zabieg ratujący życie«. Rezygnujemy więc z takich operacji i koło się zamyka. Zespoły nie operują, bo nie umieją, a nie umieją, bo nie miały jak się nauczyć, przecież przestrzegano je przed takimi procedurami...”.

Dalsze kroki to dobrana do wieku terapia hormonalna celowana. Do tego warto dołączyć immunologiczną terapię żywieniową, czyli dietę przeciwzapalną. I to leczenie ma sens.

Problem narasta

O endometriozie zaczyna się mówić. Coraz więcej kobiet wychodzi od lekarza z takim rozpoznaniem. Czy częściej chorujemy, czy po prostu lepiej jesteśmy diagnozowane? „30, 40 lat temu na dużym oddziale ginekologicznym w warszawskim szpitalu operowaliśmy kilka przypadków rocznie – i były to głównie guzy na jajnikach. Dziś mam kilka pacjentek tygodniowo – mówi dr Siekierski. – Wydaje mi się, że to częściowo kwestia diagnostyki. Wyczulenia na tę chorobę. Więcej o niej wiemy, lepiej umiemy jej szukać. Inna sprawa, że jest jeszcze czynnik związany ze zmianami socjologicznymi. Kiedyś kobiety rodziły dzieci dużo wcześniej, koło 20. roku życia. To co prawda nie sprawiało, że endometrioza się u nich nie rozwinęła, ale jej przebieg nie był tak ostry. No i miały dzieci. Bo dodatkowym dramatem przy endometriozie jest niepłodność. Dziś o ciąży kobiety zaczynają myśleć po trzydziestce. Jeśli choroba zdążyła się przez ten czas rozwinąć, jest trudno…”.

Statystyki mówią, że choruje przynajmniej 10–15 proc. kobiet w wieku rozrodczym. Czyli w Polsce – ponad milion. Ale dr Karmowski uważa, że te liczby są zaniżone. Jego zdaniem endometrioza dotyka co piątą z nas.

„Profil endometriozy: młoda, szczupła, zgrabna kobieta, ambitna zawodowo i życiowo, o świetnym intelekcie. Faceci oglądają się za nią na ulicy, a ona cierpi – mówi dr Siekierski. – Ale ponieważ jest ambitna, zaciska zęby. OK, boli, ale moje koleżanki też boli, mam dużo do zrobienia, nie wierzę w żadną chorobę, nie mam czasu, idę do przodu”. Jeśli w dodatku słyszy, że konieczna będzie operacja i, być może, czasowo stomia, mówi: „Wykluczone!”. A choroba się rozwija.

Dr Karmowski podkreśla, że specjalista od endometriozy musi też być psychologiem. Trafiają do niego pacjentki wymęczone latami bólu, zabiegami, które niczego nie dały. Straciły partnera, chęć do życia, mają depresję. Trzeba dać im wsparcie. Przekonać, że warto znowu podjąć leczenie. Bo da się zrobić tak, że będzie mogła normalnie żyć. Choć – w każdym razie dziś – choroby do końca wyleczyć się nie da.

Gdzie się leczyć?

Gdy w dowolnym ośrodku NFZ zadamy pytanie, gdzie chora ma szukać pomocy, usłyszymy, że endometriozą zajmuje się każdy ginekolog. Ale to nieprawda. Dr Karmowski i dr Siekierski są zgodni: powinny powstać specjalistyczne ośrodki referencyjne. Dr Siekierski mówi, że dziś z endometriozą jest jak z ortopedią i stomatologią: jeśli chcesz być leczona dobrze i szybko, musisz rozważyć terapię w specjalistycznych ośrodkach prywatnych, często pozbawionych kontraktu z NFZ. Na razie nie ma innego wyjścia.

Jedno jest pewne – jeśli coś cię niepokoi, nie daj się zbyć. Proś o badania. Przy jakichkolwiek podejrzeniach szukaj specjalisty zajmującego się tą chorobą. Bo ważny jest czas. A jeśli od lekarza usłyszysz: „Musi boleć”, wyjdź z jego gabinetu i więcej tam nie wracaj.

 

  1. Zdrowie

Kontrowersyjna ayahuasca

Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

  1. Zdrowie

Aromaterapia - pachnąca kuracja

Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Lekarstwo nie musi być gorzkie. A leczenie nie musi być przykre. Tym razem proponujemy takie, które działa między innymi dlatego, że jest przyjemne. Tak bardzo, że aż chce się je stosować. I dużo może. Radzi sobie na przykład z wirusami, co dziś szczególnie aktualne. Mowa o aromaterapii.

Francja, rok 1413. Szaleje dżuma, zwana czarną śmiercią. Ale nie wszyscy umierają. Kilku kupców, którzy wcześniej zajmowali się handlem przyprawami i ziołami z Indii – można więc założyć, że mieli pewną wiedzę na temat tych substancji – zmieniło fach na złodziejski. Grabili groby i domy ludzi zmarłych na zarazę i jakoś sami nie chorowali. Rzecz zbadano. Okazało się, że przedsiębiorczy złoczyńcy nacierali sobie dłonie, stopy, skronie specjalną mieszanką olejków eterycznych, przykładali sobie też nasączone nią tkaniny do ust. Mieszanka ta – pod nazwą „olejek złodziejski” albo „olej czterech złodziei” – przetrwała i dziś z powodzeniem jej używamy. W jej skład wchodzą olejki: goździkowy, cynamonowy, eukaliptusowy, cytrynowy i rozmarynowy. Działa na patogeny: wirusy, bakterie, grzyby, co w dobie koronawirusa powinniśmy szczególnie docenić. Choć, rzecz jasna, używanie olejku ani nie zwalnia ze stosowania środków ostrożności, ani nie zagwarantuje, że się nie zakazimy. Jednak zdecydowanie zwiększa nasze szanse na zdrowie.

Ochronią przed wirusem

Czym są olejki eteryczne? To naturalne substancje ekstrahowane lub destylowane z torebek molekularnych roślin. – Rośliny wytwarzają te związki nie po to, by pachnieć – mówi Edyta Tecław, aromaterapeutka, założycielka marki ViaAroma – ale by bronić się przed szkodnikami, owadami, innymi roślinami, które wchodzą na ich terytorium. My te substancje pozyskujemy i korzystamy z ich właściwości. Mamy olejki na ból głowy, na ból gardła, problemy z trawieniem, na stawy, na mięśnie, na sen… Wyliczać można długo. Ale ponieważ ostatnio naszym życiem rządzi pewien wirus, przyjrzyjmy się, jak możemy się przed nim chronić. Niestety, nawet najlepszy jakościowo olejek czterech złodziei nie zastąpi szczepionki. Nie znaczy to jednak, że nie pomoże. Przede wszystkim „oczyści atmosferę”. Jeśli w pomieszczeniu dyfuzujemy olejek antywirusowy, po 15–20 minutach przeciętny pokój (około 20 metrów kwadratowych) nasyca się olejkami tak, że powietrze się oczyszcza. Patogeny są wychwytywane i niszczone. – Olejkami nie zbudujemy odporności – mówi Szymon Kaźmierczak, współtwórca marki Purite, zielarz i fitoterapeuta. – Związki lotne też są metabolizowane, wydalane, nie powodują namnażania się limfocytów, czyli ciał związanych z odpornością. To, co realnie można robić, to utrzymywać poziom substancji lotnych w naszym otoczeniu na takim poziomie, żeby wspierać zwalczanie patogenów. Olejek bezpośrednio ingeruje w strukturę wirusa, rozrywając ją. Czyli olejki przynoszą efekt w trakcie ich stosowania. Jeśli będziemy je dyfuzować tam, gdzie są wirusy i bakterie, zwiększamy szanse, że nie przenikną one do naszego organizmu. – Substancje lotne najszybciej wchłaniają się przez błony śluzowe podczas wdychania – mówi Edyta Tecław. – Trafiają wtedy od razu do krwiobiegu. Sama mam w domu alergików, więc dobrze to wiem – w czasie ataku duszności nie podaje się im syropu czy tabletki, lecz leki wziewne. Bo kiedy chory weźmie głęboki wdech czy nebulizator do nosa, działanie jest natychmiastowe. Syrop czy tabletka przechodzą najpierw przez układ pokarmowy, to trwa. Ponadto wdychając, nie obciążamy układu pokarmowego. Dariusz Cwajda, szef Instytutu Naturalnej Aromaterapii, potwierdza: – W domu najbardziej efektywna jest dyfuzja – cząsteczki substancji z olejków mogą się utrzymywać w powietrzu nawet przez kilka godzin. Działają wyjaławiająco – ale w dobrym znaczeniu, czyli eliminują mikroby. Można też przed koronawirusem – i innymi wirusami, które o tej porze roku atakują nasz układ odpornościowy – zabezpieczać się, korzystając na przykład z oleju czterech złodziei i obowiązkowych ciągle maseczek. Jedna (nie więcej) kropla na maseczkę – i nigdy na część przylegającą do skóry, bo w mieszance jest cynamon, który działa drażniąco – i jeśli ktoś przy nas kaszlnie czy kichnie, jest szansa, że olejek patogeny unieszkodliwi. Warto też wcierać olejek rozcieńczony w dowolnym oleju kosmetycznym, najlepiej w stopy. Są świetnie ukrwione, wszystko, co wetrzemy, po półgodzinie jest już w krwiobiegu. Ważne, żeby przy tym masować dłuższą chwilę, masaż uaktywnia, otwiera naczynia włosowate. To działanie i profilaktyczne, i lecznicze – już przy infekcji. W okresie obniżonej odporności można robić to codziennie wieczorem albo i rano, i wieczorem. Każdy dobry dotyk jest dla człowieka zbawczy – zwłaszcza gdy ktoś bliski poświęci chwilę i rozmasuje nam stopy.

Nie mamy badań potwierdzających działanie olejków na wirus SARS-CoV-2. – Ale wiem co nieco z praktyki – dodaje Edyta Tecław. – Ja sama miałam kilka razy bezpośrednią styczność z chorymi na COVID-19. Mój mąż był chory – a ja się nie zaraziłam. Rodzina żartuje, że to dlatego, że w mojej krwi płyną już głównie olejki eteryczne. W czasie choroby męża dodatkowo używaliśmy więcej olejku złodziejskiego, ja i dzieci. A i męża leczyłam olejkami – lekko przeszedł chorobę. Dlatego warto nasycić dom substancjami lotnymi. Poza dyfuzorem są inne metody. Można delikatnie skropić olejkiem poduszkę czy piżamę. Także sweter, poduszki na kanapie, ręczniki. Dodać kilka kropel olejku do płynu do płukania, blaty w kuchni przecierać ściereczką skropioną olejkiem. Spryskiwać zrobioną przez siebie mieszanką (alkohol, woda, olejek) wierzchnie ubrania. I nie musi to być koniecznie olejek złodziejski. Poza tymi, które wchodzą w skład mieszanki, mamy jeszcze inne o działaniu antywirusowym: drzewo herbaciane, trawę cytrynową, imbir, melisę lekarską, lawendę, ylang-ylang, olejek sosnowy, cedrowy. Warto dopasować zapach do naszych gustów. Najczęściej popełnianym błędem jest stosowanie kominków zapachowych. Podgrzewamy wodę z olejkami świeczką tak, że niemal się gotuje – a olejki nie lubią podgrzewania. Zapach – choć słabszy – będzie nawet wyczuwalny, ale zmienia się budowa strukturalna olejków, a tym samym skuteczność ich działania. – To tak jak z gotowaniem warzyw – mówi Edyta Tecław. – Gotujesz godzinę, smak może jakiś wyczujesz, ale długa obróbka termiczna powoduje dużą utratę witamin, a przecież zależy nam na wartościach odżywczych. Najlepsza w pomieszczeniach jest dyfuzja zimna, czyli zastosowanie urządzenia ultradźwiękowego, które bez podgrzewania rozbija cząsteczki olejku eterycznego na jeszcze mniejsze, takie, które długo unoszą się w powietrzu.

Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock) Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)

Zadbajmy o emocje

Poza eliminacją wirusów warto odporność wspierać innymi sposobami. Przede wszystkim dbać o odpowiednie odżywianie, bo to ono buduje siłę immunologiczną naszego organizmu. Unikać cukru, jeść za to dużo, jak najwięcej (tu przesadzić się nie da) warzyw, kasz, przypraw takich jak imbir czy kurkuma. – Niezwykle ważne jest to, żeby budowanie odporności było wielopoziomowe – uważa Dariusz Cwajda. – Aromaterapia to tylko jeden z elementów. Podstawą zawsze jest dieta, a dalej – styl życia. To, jak wygląda nasz dzień. Co z aktywnością fizyczną, co z ruchem, zwłaszcza ruchem na świeżym powietrzu. Wreszcie – co ze snem. I tu też może wkroczyć aromaterapia. Dysponuje całą gamą olejków, które pomogą nam zasnąć i sprawią, że sen będzie długi i zdrowy – a tylko taki buduje odporność organizmu. Jakie olejki pomogą nam zasnąć? – 99 proc. ludzi powie, że królową olejków nasennych jest lawenda – mówi Dariusz Cwajda. – I to prawda. Ale jednocześnie wiele osób zapachu lawendy nie lubi. Kojarzy im się z babciną szafą albo saszetkami na mole. U nich ten olejek nie będzie mieć mocnego działania terapeutycznego. Ale mogą wypróbować inne. Jeśli ktoś lubi zapachy słodkawe, może być geranium różane (pelargonium), jeśli woli cytrusy – jest mandarynka. Mało kto wie, że mandarynka, która nam kojarzy się z owocem ożywczym, ma cudowne działanie nasenne. We Francji nazywana jest olejkiem dziecięcym – mamy dawały kropelkę na poduszkę czy piżamę dziecka – jeśli jeszcze połączyć to z lawendą, dzieciaki spały po 13 godzin. Dla bardziej zaawansowanych jest cudowna wetiweria, wspaniała też dla skóry. Ma działanie uspokajające, rozluźniające, stosuje się ją u dzieci nadpobudliwych, z zaburzeniami nerwowymi. A kobiety często wybierają ylang-ylang, wystarczy kropla, bo to olejek, który przyćmi wszystkie inne. Stosowany też w perfumiarstwie – jest składnikiem słynnego zapachu Chanel Nº 5. A ma właściwości relaksacyjne, spowalnia puls, akcję serca, przez to uspokaja. O tym, jak ważna jest wewnętrzna równowaga, mówi też Edyta Tecław. – Lęk, napięcie, stres osłabiają organizm. Każdy musi znaleźć własną drogę, by ze stresem walczyć, ale olejki mogą nas wesprzeć. Choćby ten z pomarańczy – naturalny antydepresant. Mnie aromaterapia pomogła parę lat temu, kiedy miałam trudny zdrowotnie czas, przejść przez szpital, operację, stres. A Szymon Kaźmierczak uzupełnia: – Rezultatem stresu jest spadek odporności, walcząc więc ze stresem przez tworzenie przyjemnej atmosfery w domu czy miejscu pracy, w naturalny sposób tę odporność sobie podnosimy. W USA w wielu szpitalach przed operacjami stosuje się olejek lawendowy obniżający napięcie, łagodzący stany lękowe. Wiadomo, że całkiem stresu nie usunie, ale pomaga. Często podczas sesji w gabinetach psychoterapeutycznych korzysta się z aromaterapii. Zapachy budują dobry nastrój. A kiedy nasza psychika ma się dobrze, to i ciało będzie automatycznie w lepszej formie. – Ludzie mówią: olejki niszczą wirusy. Tak, to prawda, ale moim zdaniem aromaterapia ma do zaoferowania znacznie więcej. Dzięki niej jesteśmy i pogodniejsi, i silniejsi – uzupełnia Dariusz Cwajda.

Nie tylko koronawirus

Olejki eteryczne mogą nas wspierać przy rozmaitych dolegliwościach. Czy zawsze pomogą? Na pewno nie zawsze i nie każdemu, ale warto, zanim weźmiemy choćby tabletkę od bólu głowy, wypróbować inne metody. Naturalne. – Po takie środki sięgaliśmy przecież od wieków – mówi Edyta Tecław. – Ja dopiero studiując naturoterapię, przypomniałam sobie, że właściwości roślin wykorzystywała moja babcia. Kiedy bolał mnie brzuch, dostawałam krople miętowe. Kiedy bolało ucho czy gardło, był aloes albo geranium. Oczywiście medycyna się rozwinęła, powstał wielki przemysł farmaceutyczny – i dobrze, bo są choroby, które tego wymagają, ale jest i druga strona medalu – nadużywanie chemii w codziennym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że na najmniejszy ból czy problem jest tabletka. Ja tabletek od bólu głowy nie używam w ogóle. Wiem, który olejek pomaga przy problemach z bólem głowy, który przy problemach z gardłem. Zresztą kiedy czytam na ulotkach składy leków, widzę, że często występują tam te same związki chemiczne, które znajdują się naturalnie w roślinach, ale niestety syntetyczne. Co aromaterapeuci polecają na ból? – Niesamowite działanie przeciwbólowe ma olejek z lawendy. Zawsze mam ten olejek w domu – mówi Edyta – Jest też genialny na oparzenia, to jeden z niewielu olejków, który można stosować bez rozcieńczania olejem bazowym. Oparzenia zdarzają mi się niestety często, smaruję olejkiem, co szybko likwiduje ból i przyspiesza regenerację skóry, nie ma też potem problemu przebarwień czy blizn. A Szymon Kaźmierczak dodaje: – Podobno właśnie od lawendy zaczęła się współczesna aromaterapia. Legenda głosi, że francuski chemik René-Maurice Gattefossé poparzył sobie rękę w laboratorium i odruchowo zanurzył ją w olejku lawendowym, który stał obok. Po dwóch czy trzech dniach zauważył, że rana goiła się szybciej i ładnie zabliźniała. Zaczął więc przyglądać się działaniu innych olejków eterycznych. To był właściwie powrót do zapomnianej wiedzy – bo właściwości olejków znali starożytni. I Rzymianie, i wcześniej Egipcjanie. Olejki, których używali między innymi w procesie mumifikacji, niszczyły drobnoustroje, umożliwiały zachowanie ciała. Skutecznie – mumie przetrwały tysiąclecia. Geranium to, jak mówi Edyta Tecław, olejek kobiecy. – Pomaga przy bólach menstruacyjnych, kiedy posmaruje się nim dół brzucha, będzie działać rozkurczowo. Reguluje też gospodarkę hormonalną kobiet. Znakomicie wspiera przejście przez menopauzę, kiedy wiele kobiet zmaga się z uderzeniami gorąca i złym nastrojem. Ale warto samemu wypróbować. – Bo bywa różnie – dodaje. – Mnie na ból głowy pomaga mięta, inni wolą lawendę, jeszcze inni geranium albo kadzidłowiec, który poprawia ukrwienie mózgu. Moją mamę po udarze wspieram kadzidłowcem, który ma właściwości regeneracji połączeń w mózgu. W USA jest on używany pomocniczo przy terapii choroby Azheimera. Mięta pomaga na żołądek, ale wielu osobom przynosi także ulgę przy bólach głowy. Przeciwbólowy jest goździk – właśnie olejku goździkowego używali stomatolodzy, zanim wprowadzono mocniejsze chemiczne środki. Działa też przy bólach reumatoidalnych i bólach stawów. – Moim ulubionym jest olejek z czarnego pieprzu – przynosi też ulgę przy bólach mięśni i stawów. Jest to ulubiony olejek sportowców, którzy przygotowują się do zawodów. Profilaktycznie stosowany, odpowiednio rozgrzewa mięśnie przed wysiłkiem, aby nie dopuszczać do powstawania zakwasów – mówi Edyta. A na przeziębienie, zamiast aspiryny, olejki z brzozy i wierzby, które mają w składzie naturalnie występujące salicylany. Albo… poziomka. – Kwas acetylosalicylowy, czyli aspiryna, nie powinien być podawany dzieciom, bowiem istnieje ryzyko wystąpienia bardzo groźnego dla nich zespołu Reye’a. To rzadka, ale ciężka i potencjalnie śmiertelna choroba prowadząca do niewydolności wątroby oraz obrzęków i uszkodzeń mózgu. Tymczasem napar z liści poziomki przynosi efekty zbliżone do aspiryny, a nie powoduje tak dramatycznych skutków ubocznych.

Są też olejki szczególnie ważne dla kobiet, pomagające regulować układ hormonalny – geranium, szałwia muszkatołowa, paczula. Najlepsze jest wdychanie. Ale olejki możemy też wcierać. Stopy, nadgarstki, skóra za uszami – to miejsca wrażliwe. Trzeba pamiętać, że nie nakładamy ich bezpośrednio na skórę. Najlepiej użyć najpierw oleju bazowego, może to być oliwa. – To nie są żadne cuda – mówi Szymon Kaźmierczak. – Substancje z olejków w 28 sekund dostają się do krwiobiegu, na tej zasadzie działają przecież plastry z morfiną czy hormonalne. Polecam spróbować: jeśli maścią z miętą – taką prawdziwą – wysmarujecie stopy, po jakimś czasie poczujecie w ustach posmak mięty. No i ważna jest dawka. – Kiedyś zrobiłem sobie płyn do płukania ust z oregano – mówi Szymon – czyli wziąłem kilka kropel i… myślałem, że mi wszystko w ustach wypali żywym ogniem. Dlatego trzeba uważać. Olejki są silnie skoncentrowane, wystarczy naprawdę niewiele, żeby działały. Trzeba pamiętać, żeby używać olejków czystych, przebadanych, z dobrych źródeł. Szymon Kaźmierczak radzi: – Wybierajmy produkt, który jest opisany jako „100% olejek eteryczny”, a w składzie ma czyste olejki eteryczne, nie na przykład „kompozycję zapachową” (tu równie dobrze mogą być dodane zapachy syntetyczne). A jeśli używamy dyfuzora, wybierajmy olejki eteryczne lub mieszanki olejków eterycznych bez dodatku oleju (a może on się znaleźć nawet w produkcie opisanym jako „100% naturalny olejek”), bo olej zapcha dyfuzor. Taka mieszanka w oleju może być natomiast stosowana na ciało. Na rynku jest dużo produktów tanich – ale z chemią, sztucznie aromatyzowanych. Nie warto po nie sięgać. Bo kluczem jest jakość.