1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Masaż jivaka na rozluźnienie - odblokuj ciało i emocje

Masaż jivaka na rozluźnienie - odblokuj ciało i emocje

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu jivaka. (Fot. iStock)
Jak by to było, gdybyś w pełni doświadczała swojego potencjału? Gdyby wszystkie wskazówki – ta pokazująca stan zdrowia i ta od dostatku, i od relacji – przesunęły się w stronę górnej granicy? Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela szkoły Jivaki, to jest możliwe.

Zdaniem Gunthera Krügera, założyciela międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, osiągnięcie dobrostanu we wszystkich sferach życia to kwestia zaangażowania. Decyzji. – Bardzo wiele osób żyje poniżej swojego potencjału. Ma to związek z ograniczonym odczuwaniem. Kiedy zamykamy się na nie, wycofujemy, ciało traci witalność. Dlatego tak ważna jest świadoma eksploracja ciała i zmagazynowanej w nim historii. Im bardziej stajesz się jednym z ciałem, tym jesteś zdrowsza, bardziej świadoma, nieustraszona. Zyskujesz dostęp do swojej pełni.

Jak się ma do tego umysł? – Ciało odbija wszystkie wrażenia zgromadzone w umyśle, pozostaje więc z nim w nierozerwalnej więzi – mówi Gunther Krüger i jeszcze raz podkreśla rolę świadomości. Dzięki niej możemy uwolnić się od nieaktualnych informacji, przekonań. – Jak słońce oświetla każdą roślinę, by wzrastała, tak świadomy umysł może oświetlić każdą dziedzinę życia. Każdą ukrytą traumę. Dzieje się to, kiedy pozwalamy sobie na spotkanie z ciałem. Kiedy zaczynamy głęboko odczuwać.

Równoczesne otwarcie ciała i umysłu powoduje wzmożony ruch energii życiowej. Wzrasta percepcja, otwieramy się na bogactwa życia. Dlatego ludzie tak chętnie korzystają z masażu. Czy też z praktyk, które – jak w Jivace – nazywane są body treatment. Po to też przychodzą na warsztaty Jivaki: żeby doświadczyć dotyku. Być bliżej – siebie i innych. Ale też coraz więcej osób chce się uczyć masażu. Dzielić się nim z innymi, niekoniecznie klientami. Zwłaszcza kiedy przekonają się, ile może się wydarzyć podczas takiego bliskiego spotkania. Kiedy uświadomią sobie, że masaż jest jak życie.

Ciało – zbiór informacji o twoim życiu

Warsztaty z Guntherem Krügerem zaczynamy od prostych ćwiczeń. Udajemy stado goryli – po to, żeby rozluźnić się, nawiązać kontakt. Potem rozciąganie. Nie możesz połączyć dłoni na plecach? Wyobraź sobie, że to robisz. W którymś momencie to nastąpi, przecież ciało podąża za umysłem... I jeszcze ćwiczenie energetyczne. Pocieramy dłonie, budzimy w nich energię. Są bramą – za ich pośrednictwem możemy tak wiele przekazać. I otrzymać. Ważne, by były otwarte, świadome. Teraz tymi naenergetyzowanymi dłońmi „myjemy” ciało, dotykając po kolei wszystkich części. – Możesz wybrać, czy włączysz też partie intymne – mówi Gunther Krüger – czy uważasz je za gorsze, wolisz pominąć. Jeśli budzą twoje zakłopotanie, jest teraz okazja, by przekroczyć ten próg. Ciało zawiera wszystkie informacje dotyczące twojego życia. Im większy masz do tego dostęp, tym lepiej. Zaproś wszystko. Całość.

Rozluźnienie

Tajniki systemu, który stworzył ponad 2,5 tysiąca lat temu osobisty lekarz Buddy, Jivaka Kumar Bhaccha, nie są dostępne w żadnej książce. – To wiedza przekazywana z nauczyciela na ucznia. Nie wystarczy technika, kluczowe jest zaufanie. Informacje płyną z serca do serca. O ile pozostanie ono otwarte.

Podczas zabiegu Jivaki pozostajesz ubrana. Najważniejsza jego część to otulanie kocem. Chodzi o zaopiekowanie się drugą osobą. Bo wielu z nas nie dostało wystarczająco opieki... – Leżąc pod kocem, relaksujesz się, niczego nie udajesz. Jak się czujesz z tą prawdą? Masz wybór: zostać, wejść głębiej albo powiedzieć „dość”. Zamknąć się, uciec od sytuacji, od ludzi. I tak nie uciekniesz od siebie...

Poddając się masażowi, poddajemy się życiu. Zamykamy oczy, rezygnujemy z kontroli. Dlatego ważne jest, by nie odrywać rąk od masowanego. – Nie wiemy, co przyniesie życie – mówi Krüger. – Ale wciąż pozostajemy z nim w kontakcie. Gotowi na zmiany. Można się im, oczywiście, opierać. Ale po jakimś czasie zmiana i tak przyjdzie.

Czasem życie przynosi ból. Nie zawsze go ujawniamy. Chcemy być dzielni (grzeczni?), pilnujemy się, żeby nawet nie syknąć. – Ja też zatrzymywałem ból, tak byłem nauczony. Nie jest łatwo zmieniać takie rzeczy. To znów kwestia wyboru. Jeśli nie wyrażasz bólu, nie będziesz też wyrażać ekstazy. Wszystkie te uczucia kumulują się, w końcu całe życie staje się ściśnięte – tłumaczy Krüger. I przyznaje, że niektórzy mają bardzo wysoki próg bólu, są na niego uodpornieni. – Doświadczyli czegoś trudnego, wycofali się. Żelazny płaszcz chroni przed przykrymi wydarzeniami, ale też nie dopuszcza innych.

Najboleśniejsze miejsca w ciele (czyli te najbardziej zablokowane) można poznać po tym, że mają twardszą tkankę, inną temperaturę. Warto zostać tam dłużej. Gdzie dotyk, tam świadomość. Oczywiście, może to obudzić historię ukrytą w tym miejscu.

Wyparte emocje

Wiele historii gromadzimy w nogach. I to od nich rozpoczyna się zabieg Jivaki. Bo wszystko zaczyna rosnąć od ziemi, a nogi to korzenie. Praca z nimi daje poczucie stabilności, ugruntowania. Jeśli twoje fundamenty są słabe, brakuje ci wewnętrznej siły, poczucia bezpieczeństwa. – Osoby ze słabymi nogami dużo mówią, dużo myślą. Żyją fantazjami. Ich energia kumuluje się w górnych partiach ciała, w głowie. Przypominają drzewo o rozrośniętej koronie i słabych korzeniach. Łatwo je złamać. Narażone są na różnego rodzaju problemy mentalne, poczynając od neurozy – twierdzi Gunther Krüger. I proponuje ćwiczenie (patrz: na dole). Jeśli rozpoznajesz się w tym opisie, wypróbuj je! Będziesz musiała pokłonić się ziemi, może ci się to nie spodoba... Praca z ciałem ożywia wyparte emocje. – Niektóre kawałki wyglądają pięknie, inne brzydko. Nie chcesz zatruwać nimi świata. Co zrobisz? Schowasz je, odetniesz? Spróbujesz zaakceptować? – bada Gunther Krüger.

Wypuszczając z siebie emocje, nie zatruwasz świata – pozwalasz, by to, co zalega, poszło sobie. Pójdzie, jeśli będziesz głęboko oddychać.

Czasem jednak oddech nie wystarczy. Zwłaszcza że masaż daje poczucie bliskości, której niejednokrotnie nie doświadczamy nawet z domownikami. – Im głębsze doświadczenie staje się naszym udziałem, tym większe prawdopodobieństwo, że pojawią się silne uczucia, projekcje. Po dwóch godzinach dzielenia się mocnymi przeżyciami dobrze zrobić coś, by odzyskać wolność – podpowiada Krüger. Dlatego lubi mieć przy sobie pudełko z ryżem – żeby rzucić garść czy choćby kilka ziarnek w przestrzeń. Symbolizują brak przywiązań i dobre intencje. – Dajemy to w wyobraźni wszystkim, którzy gotowi są skorzystać z takiego prezentu. Co za ulga!

Nawyk wybierania piękna

Drugi dzień warsztatów. Siedzimy w dwóch szeregach, twarzami do siebie. Patrząc w oczy osobie z naprzeciwka, zwracamy się do niej słowami: „Piękno, które widzę w tobie...”. I tak przez minutę: jedna osoba mówi, druga tylko słucha. Potem zamiana ról. A potem par. Energia wyraźnie wzrasta. Po początkowym skrępowaniu zaczynają napływać, gdzieś z głębi, dobre słowa. Trzymamy się za ręce. I nagle trzeba się rozstać... Jak w życiu. – To było niespodziewane śniadanie mentalne. Nie kupicie go w żadnym sklepie. Czy często mówimy sobie takie rzeczy? Czy potrafimy patrzeć na innych w ten sposób? – pyta Gunther Krüger. – Skierowałem was bezpośrednio do mandali piękna. Mówiąc: „Piękno, które widzę w tobie”, otwieram się na inną rzeczywistość. Czy oznacza to, że zaszła zmiana rzeczywistości absolutnej? Nie. Ale jej kawałka na pewno. Jeśli mam wybór między pięknem a beznadzieją, wybieram piękno. Jeśli akurat nie masz wyboru, po prostu obserwuj.

Kiedy przykrywa kogoś kocem, mówi: „Żeby ci było przyjemnie”. Nie: „Żeby nie było zimno”... Na tym polega przejmowanie władzy nad rzeczywistością poprzez słowa. Podobnie rzecz się ma z myślami. Dlatego tak ważna jest uważność. Dyscyplina pozwalająca zmieniać nawyki.

Ból niesie informację

Czasem ludzie tak mocno wycofują się do jakiejś rzeczywistości, że przypominają pusty dom. Trzeba popukać w klatkę piersiową, żeby wrócili do siebie. Można tak własną klatkę opukać: jest tam ktoś? Gunther Krüger podkreśla, że masażysta zna różne triki, ale często działa intuicyjnie. Dlatego – choć na zajęciach rysujemy sobie kreski na łydkach, by łatwiej było odnaleźć linie energetyczne – przyjmujemy, że ciało pozostanie tajemnicą. – Ja pytam ciała. Moje ręce stają się ciepłe, odczuwam prawdziwą miłość w sercu. Ludzie potrafią otworzyć się nagle, nawet jeśli przeszli przez piekło. Ważne, żeby przestać odcinać to, co się nam nie podoba. W sobie i w innych. Przestać walczyć. Jestem taki – w porządku, jesteś taka – w porządku. To wymaga odwagi – mówi prowadzący.

Nie wierzy książkom ze szczegółowymi analizami dolegliwości, opisami przyczyn, interpretacjami. Zaleca coś przeciwnego: wejść w kontakt z problemem, z bolesnym miejscem. – Jeśli pojawia się ból, znaczy to, że ktoś w środku woła „Hej, zaopiekuj się mną!”. Lekarz może pomóc ci się odciąć... Tymczasem prawdopodobnie właśnie tego potrzebujesz – bólu. Kiedy dajesz mu uwagę, zaczyna pulsować. Żyć. Przestaje być problemem albo się zmienia. Otwierając się na ból, kontaktujesz się z jego przyczyną. Co nie znaczy, że masz ją zgłębiać. Po co? Niektórzy ludzie tracą całe lata na psychoanalizę, rozgrzebywanie dawnych historii. I pozostają przy starych nawykach – stwierdza Krüger.

Inna rzecz, że kiedy masuje twarz, potrafi rozpoznać (choćby po zmarszczkach na czole), czy ktoś ma skłonność do martwienia się, rozmyślania, złości... Bo każdy stan umysłu ma swoją minę. – Jeśli wciąż oglądamy ten sam rodzaj filmów, nasza twarz przyjmie określony wyraz, w zależności od preferowanego gatunku. Melodramat, sensacja, porno... – mówi.

Na szczęście działa to w obie strony. – Skoro stan umysłu ma wpływ na materię, logiczne jest, że poprzez pracę z materią możemy ten proces odwrócić. Wyobraź sobie kogoś, kto złości się z rozluźnionym karkiem. Niemożliwe, prawda? Jeśli więc uda ci się rozluźnić kark zdenerwowanej osoby, zmienisz błyskawicznie jej stan umysłu – twierdzi. Inne strategiczne obszary? Żuchwa, broda. Ta pierwsza ma mięśnie tak silne, że potrafią zatrzymać każdy ruch w ciele. Druga pozwala kontrolować łzy, więc często ją zaciskamy. – Rozluźnienie tych mięśni podczas masażu przypomina uchylenie pokrywki czajnika z wrzątkiem. To ryzykowne. Ale bez rozluźnienia nie ma rozwoju – stwierdza Krüger.

Przekraczanie „słabości”

„Wakacje, wakacje, wakacje” – mówi Krüger po polsku, podczas gdy wymieniamy się w parach masażem. Po dobrym zabiegu powinien pojawić się spokój w umyśle (mamy więcej elementu ziemi). Po przyjemnym masażu czujemy się bardziej otwarci. Ale ciało uchyla się powoli, jak róża. Ważne, by niczego nie wymuszać, nie przyspieszać. Raczej cieszyć się każdym dotykiem, poruszeniem, myślą. I nie brać niczego osobiście. Bo masowany może poczuć wściekłość, miłość... – Spotkanie z człowiekiem, który jest w pełni obecny, to prawdziwy dar. To dlatego ludzie tak lgną do lamów. To też powód, dla którego to robię – przyznaje Gunther Krüger.

A inni? Dlaczego chcą to robić? Z czym zostają? Ktoś ponownie zaufał dotykowi. Ktoś odkrył, że można wylać morze łez i być silniejszym. Że odczuwanie nawet najtrudniejszych emocji jest bezpieczne. Ktoś przekroczył poczucie bezsilności, znalazł nowy kierunek. Czujemy, jak pogłębia się nasz oddech, czyli umiejętność doświadczania. Jak bardzo pulsuje w nas życie.

Najlepsze ćwiczenie na świecie (według Gunthera Krügera)

Dlaczego najlepsze? Bo pozwala zachować elastyczność ciała i umysłu. Uwolnić emocje. Łagodzi ból kolan i pleców. Wzmacnia nogi. Daje ugruntowanie, większą żywotność. Świadomość ciała i oddechu, wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności. Możesz wykonywać je niezależnie od wieku i stanu zdrowia. Sama wybierasz tempo i liczbę powtórzeń.

Jak je wykonywać? Klękasz na podłodze, po czym siadasz na piętach i skłaniasz głowę do ziemi. Wstajesz i powtarzasz całą sekwencję, najlepiej wielokrotnie. – Ukłon to hołd składany ziemi, akt poddania. Oddajemy naszą sztywność, nasze ja. Może pojawić się złość – uprzedza Gunther Krüger. Ważne, żeby pokłonowi towarzyszył wydech – to pozwala wyjść poza gniew, nawyki mentalne. Stworzyć coś nowego.

Powyższe ćwiczenie w wykonaniu G. Krügera możesz zobaczyć też na YouTube.

Gunther Krüger założyciel międzynarodowej szkoły „Jivaka – body and mind”, wieloletni praktyk metody. Prowadzi kursy przygotowujące do praktykowania masażu Jivaka. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem – mówi nauczycielka jogi Yin Julita Skórska.

Yin i yang to w powszechnej świadomości energia żeńska i męska. Choć są inne, to każda z nich uzupełnia i równoważy drugą. Czy powinniśmy je utożsamiać z kobietą i mężczyzną? Czy chodzi tu raczej o pierwiastek męski i żeński, obecne w każdym z nas – Jungowskiego animusa i animę?
Koncepcja yin i yang pochodzi z filozofii chińskiej. Jung dla zachodniego odbiorcy stworzył koncepcję animy i animusa. Obie mówią o tym samym: o przeciwstawnych siłach, które nie są jednak w walce czy kontrze do siebie, tylko się uzupełniają, a jedna bez drugiej nie może istnieć. Tak jak cień, który, by istnieć, potrzebuje słońca, tak jak zimno, które do tego, byśmy je odczuli, potrzebuje ciepła. Energia yin kojarzy nam się z energią kobiecą, a yang – z męską, i słusznie, ale tu nie chodzi tylko o podział na płcie, lecz także o cechy przyrody czy charakteru, które się z tymi energiami łączą.

Yin to odpuszczanie, poddawanie się, bierność – podczas zajęć z jogi yin głównie leżymy w określonej pozycji i przyglądamy się temu, co się w nas dzieje. Yang to z kolei działanie, wychodzenie, przejmowanie inicjatywy – w czasie jogi yang mobilizujemy i rozgrzewamy mięśnie. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, ale też smutek, chłód. Yang to dzień, słońce, ziemia, radość i ciepło. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć i do obu mieć dostęp. Wiedzieć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy odpoczywać lub zrezygnować z walki. I pamiętać, że bez działania nie docenimy odpuszczenia, a bez bierności – nie docenimy działania. I tak samo jest w jodze Yin&Yang. Przełączamy się w niej z rozluźnienia w działanie, i z powrotem. Czyli doceniamy pracę mięśniową, w której stoimy i się rozgrzewamy, jak i pracę odpuszczającą, w której leżymy i nie zastanawiamy się, czy mamy coś poprawić albo zmienić.

Ale po co iść na jogę, na której leżysz i nic nie robisz?
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Tak w życiu, jak i w jodze osiągamy to poprzez pracę bardziej tkankową, powięziową. Nie używamy mięśni, więc ich nie blokujemy, nie są rozgrzane, a my możemy wejść głębiej – na poziom tkanek łącznych. Wtedy dochodzi do masowania organów wewnętrznych, do oczyszczenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Często obserwuję to na zajęciach – coś ustępuje i nagle pojawiają się łzy albo nowe rozwiązania problemów – właśnie dlatego, że podeszliśmy do nich w inny sposób. Zwykle myślimy, że coś zdziałamy, gdy będziemy przeć do przodu – tymczasem często coś może udać się właśnie dlatego, że nic nie zrobimy.

A czy my też jesteśmy bardziej yin abo yang?
Każdy z nas ma w sobie obie energie, ale jedna z nich jest bardziej charakterystyczna. Astrologia dzieli nawet znaki zodiaku na te bardziej yin i yang. Yin to: Byk, Rak, Panna, Skorpion, Koziorożec i Ryby. Yang: Baran, Bliźnięta, Lew, Waga, Strzelec i Wodnik. Ale też nie namawiam do określania się wyłącznie przez znak zodiaku. Lepiej poobserwować siebie – w życiu, ale i na macie. Jeśli mamy więcej energii do działania, takiej skierowanej na zewnątrz – to prawdopodobnie przeważa u nas energia męska. Jeśli jesteśmy skierowani raczej do wewnątrz, refleksyjni  – bliżej nam do energii żeńskiej. I to niekoniecznie musi się pokrywać z naszą płcią. Jeśli jesteśmy bardziej yin, przyda nam się od czasu do czasu trochę więcej energii yang – i odwrotnie.

A jeżeli pozycje odpuszczające, bardziej bierne, nas uwierają czy denerwują?
To znaczy, że mamy je częściej wykonywać, pod warunkiem że nie pojawia się ból. Trzy główne zasady praktyki Yin to: wejdź do pozycji do momentu, w którym ciało zaczyna stawiać opór; pozostań w bezruchu; wytrzymaj przez jakiś czas i obserwuj (zwykle 3–5 minut w zależności od pozycji). Na przykład ja jestem zdecydowanie yang, choć mój znak zodiaku wskazywałby na yin. Na początku miałam problemy z pozycjami yin, nie potrafiłam w nich wytrzymać bez ruchu ani odpuścić gonitwy myśli. Za każdym razem, gdy odpuszczałam, pojawiała się chęć, by jednak coś zmienić, poprawić. Mam tak też w życiu. Lubię działać, rozwiązywać problemy w sposób aktywny, próbować nowych rzeczy. Ale przecież nie można w kółko czegoś zmieniać. Dlatego joga Yin bardzo mi służy i już się z nią polubiłam. Jestem pewna, że dla wielu osób może to być bardzo ciekawe doświadczenie. W jodze Yin nie ma czegoś takiego jak doskonała pozycja, nie ma dociskania i poprawiania.

Energia yang mobilizuje ciało, ale może też tworzyć w nim blokady. Skoro mamy działać, to spinamy się, by przygotować się do tego działania.
Właśnie, a yin pomaga zobaczyć, co jest pod tym spięciem. Jakie emocje się pojawiają: irytacja, złość, a może smutek, tęsknota czy bezradność?

Nie lubimy bezradności.
Ale jeśli będziemy ciągle spięci, to nigdy się do niej nie dogrzebiemy. Oczywiście nie ma sensu zanurzać się w bezradności na długo. Kiedy rozpoznamy, skąd się bierze, będziemy mogli się jej pozbyć poprzez rozluźnienie w pozycji. I to jest właśnie działanie w niedziałaniu. To, która energia w nas dominuje, możemy nawet sprawdzić, przyglądając się swojemu ciału. Nasza prawa strona jest męska, a lewa – żeńska. Jeśli w jakiejś pozycji czujemy, że jedna ze stron jest słabsza, jest to dla nas wskazówką, że właśnie ta strona, ta energia wymaga przyjrzenia się jej.

Nie masz wrażenia, że do niedawna nasz świat był bardziej yang – goniący do przodu, aktywny, ciągle coś stwarzający? Pandemia zmusiła nas do wejścia w bycie yin: czekanie, odpuszczanie, wchodzenie w głąb siebie.
Może tak naprawdę pandemia jest początkiem ery yin, ery odpuszczania? No bo co możemy zrobić? Jesteśmy zamknięci w domach, oddzieleni od bliskich, czasem też bez pracy. Nasze plany stały się nieaktualne. Im większa irytacja się pojawia, tym bardziej trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie.

Yin to też pierwiastek kobiecy – coraz częściej słyszymy, że wchodzimy w erę kobiet.
To zdecydowanie jest era żeńskiej energii. Kobiety przewodzą, ale to nie zawsze oznacza, że działają, czasem chodzi o przewagę kobiecego myślenia, wrażliwości czy też właśnie kobiecej energii. Yin to intuicja, yang to rozum. Wielu z nas odkrywa teraz większy dostęp do tej bardziej intuicyjnej, duchowej części siebie. Nam, kobietom, może się wydawać, że nie musimy zagłębiać się w energię kobiecą. Ale może właśnie jest ona przez nas zaniedbana, zdominowana przez nadmiar energii męskiej. Może zapominamy o odpoczynku, może nie słuchamy swojego wewnętrznego głosu?

A może nie widzimy w poddaniu się czy bierności siły?
To jest zupełnie inna siła, poddanie nie musi oznaczać przegranej. To raczej świadomość tego, kiedy trzeba się wycofać, by nie tracić energii na rzeczy niezależne od nas. A kiedy nie trwonimy energii, mamy jej więcej. Oczywiście nadmiar yin też nie jest wskazany. Kiedy zamykamy się w sobie, nie słuchamy i nie dostrzegamy innych – nie realizujemy się w pełni i nie jesteśmy w harmonii ze sobą i światem.

Nie mogę nie spytać o ważny element twoich zajęć, a mianowicie zapachy i dźwięki...
Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, wprowadzam je na zajęcia w postaci olejków eterycznych, kadzideł, świec zapachowych. Z olejków najczęściej stosuję lawendę, eukaliptus i goździki, z kadzideł – głównie te o zapachu drzewa sandałowego. Z kolei dźwięk to już osobna historia. Jako dziecko śpiewałam w chórze i tańczyłam. Odkryłam tę pasję na nowo podczas jogi. Zajęciom, które prowadzę, zawsze towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka, dodatkowo używam mis tybetańskich oraz dzwoneczków Koshi w tonacji odpowiadającej żywiołowi powietrza. Jego właściwości to rozwijanie kreatywności i koncentracji, rozbudzanie abstrakcyjnego myślenia. Te dzwoneczki zostały mi podarowane i dobrane do mojej osobowości, dlatego ze mną rezonują. Ale tonacje dzwoneczków przypisane są również do pozostałych żywiołów: wody –emocje, intuicja, harmonia, czułość i opiekuńczość, ziemi – stabilizacja, siła i wytrwałość, oraz ognia – miłość, energia życiowa i odwaga. Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje. Z kolei wibracja mis tybetańskich wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, usuwa blokady energetyczne, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny. Każdy reaguje i przeżywa ich brzmienie inaczej – i to jest piękne. Oczywiście można prowadzić zajęcia jogi Yin bez tych dodatków. Traktuję je jako mój prezent dla uczestników.

  1. Psychologia

Emocje zamrożone w ciele - gdzie powstają napięcia?

Emocje, które wyparliśmy zapisują się w naszym ciele. Skutek? - Coraz więcej fizycznych dolegliwości. (fot. iStock)
Emocje, które wyparliśmy zapisują się w naszym ciele. Skutek? - Coraz więcej fizycznych dolegliwości. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Odrętwienie ciała to objaw nienawiści. Sztywność karku charakteryzuje uparte, nieustępliwe nastawienie. Zaciśnięte szczęki oznaczają nadmierną kontrolę. Źródłem napięć w ciele są zamrożone w dzieciństwie emocje. W jaki sposób je uwalniać?

Według Alexandra Lowena, amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty, twórcy bioenergetyki, nosimy w sobie niewyrażone: smutek i złość. Jeśli jako dzieci nie mogliśmy pozwolić sobie na okazywanie uczuć, jeśli nie były one akceptowane, byliśmy za nie strofowani, karani, nasze ciała odzwierciedlają bolesne historie z przeszłości. Można wyczytać z nich nasze dawne cierpienia. Uwolnimy się od nich, jeżeli je sobie uświadomimy i na nowo przeżyjemy.

Kiedy do Alexandra Lowena przychodził klient, terapeuta przyglądał mu się jaką przybiera postawę, jaki ma ton głosu, wyraz twarzy, oczu. Pytał w jaki sposób doświadcza swojego ciała, jakich napięć jest świadomy, czy ma problemy zdrowotne, czy coś go boli. Oglądał jego ciało, poszukując wzorców napięć. Najczęściej robił to, kiedy pacjent stał przed lustrem, bo wtedy mógł od razu pokazać i wytłumaczyć, co widzi. Z 40-letniego doświadczenia Lowena wynika, że ogólne odrętwienie jest fizycznym objawem nienawiści. Nienawidzimy tych, których kiedyś bardzo kochaliśmy, a którzy – w naszym odczuciu – zdradzili nas. Ten stan zamrożenia może być przełamany tylko dzięki uwolnieniu gorących emocji, zwłaszcza palącej złości. Wściekłość, w przeciwieństwie do złości, jest zimna choć wybuchowa i wymyka się spod kontroli. Złość można okiełznać, odczuwa się ją jako ciepło, które wznosi się aż do poziomu głowy, wraz ze wzrostem pobudzenia płynącego w górę. Osoba odczuwająca złość robi się czerwona na twarzy, ponieważ ciśnienie krwi w głowie rośnie. Złość jest tak naprawdę pozytywną siłą życiową, ma moc uzdrawiania.

Szczęki mogą być cofnięte, co oznacza komunikat „nie mogę odpuścić”, natomiast wysunięte do przodu zdradzają postawę „nie odpuszczę”. Napięcie w szczękach sprawia, że osoba nie może w pełni otworzyć ust, co ogranicza zarówno oddech, jak i głos. Zaciśniętym szczękom towarzyszy zwykle zaciśnięcie mięśni gardła, co ogranicza wyrażanie uczuć. Utrudnia płacz i krzyk. Dlatego należy często płakać, wciąż na nowo, coraz głębiej i swobodniej, aż płacz stanie się prosty jak chodzenie. W ten sam sposób należy ćwiczyć krzyk, aż stanie się tak naturalny jak mówienie.

Poddanie się wymaga też rozluźnienia mięśni karku i szyi (zwłaszcza tych łączących głowę z szyją). W naszej kulturze napięcia tych mięśni są powszechne, gdyż działamy głównie z poziomu głowy i strach przed utratą umysłowej kontroli jest ogromny. Jeśli jednak go nie odpuścimy, w jaki inny sposób możemy poddać się naszemu ciału i życiu? W jaki sposób możemy się kochać? Ludzie, którzy nie wychodzą poza głowę, mają trudności z zakochaniem się i spaniem. Napięcie mięśni u podstawy czaszki, powoduje bóle głowy. To samo napięcie odpowiada za wiele kłopotów ze wzrokiem. Rozprzestrzenia się w dół karku, uniemożliwiając swobodny ruch głowy.

Sztywność karku charakteryzuje uparte, nieustępliwe nastawienie. Jeśli taka sztywność utrzymuje się przez lata, staje się przyczyną bolesnych zmian artretycznych w kręgach szyjnych. Tak się dzieje dlatego, że odcięliśmy się od uczuć. Co ciekawe, według Lowena głównym uczuciem, które skrywają tego rodzaju napięcia, jest smutek. Można się od niego uwolnić dzięki „złamaniu się ” i pozwoleniu na płacz.

Pozostałe napięcia można zredukować przez krzyk. Gdy krzyczymy, ogromny ładunek energetyczny przebiega przez nasze ciało, wreszcie „tracimy głowę”, odzyskując serce, czyli dostęp do uczuć.

Źródło: Na podstawie książki "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć" (Alexander Lowen, Wydawnictwo Czarna Owca).

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem. Zdrowy duch w zdrowym ciele

Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała.(Fot. iStock)
Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała.(Fot. iStock)
„Ludzie mądrzy wyczytają twoje przeszłe losy z twojego wyglądu, kroku, zachowania. (…) Nawet najdrobniejszy szczegół ciała coś wyjawia. Człowiek jest jak wspaniały zegar. Jego twarz jak przeźroczysta tarcza to, co dzieje się w środku, wyraża” . To fragment utworu Ralpha Waldo Emersona, który otwiera książkę „Duchowość ciała” Aleksandra Lowena, twórcy terapii bioenergetycznej.

„Mądrzy ludzie” intuicyjnie czują, że zdrowie psychiczne, spokój, równowaga i wolność mają odzwierciedlenie w ruchach, postawie, wyglądzie ciała. Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała. Zdrowy duch mieszka w zdrowym ciele i na odwrót.

Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nimi patrzymy, ale i przez nie jesteśmy widziani. W oczach, a raczej w sposobie patrzenia, możemy wiele wyczytać. Jak pisze Aleksander Lowen: „W przypadkach, gdy duch jest nieobecny, jak w schizofrenii, oczy są puste. W stanach depresji oczy są smutne, a często maluje się w nich głęboka rozpacz”.

Często nie jesteśmy świadomi tego, co mówi nasz wzrok. Znałam osobę, która dziwiła się, dlaczego wszyscy tak się o nią troszczą, wyręczają ją, traktują jak dziecko. Czuła się niemal ubezwłasnowolniona w swoim dorosłym życiu. Nie wiedziała, że jej wzrok wysyłał komunikat: „Jestem małą dziewczynką, która tęskni za miłością i troską. Zaopiekuj się mną, proszę”. Oczy patrzą tak jak na nie patrzono w dzieciństwie. Jeśli matka patrzyła na dziecko z bezinteresowną miłością i tkliwością, to zostało to zapisane w naszych twarzach. Wzrok matki mógł być jednak nieobecny, zniechęcony, a nawet nienawistny. W wielu oczach maluje się strach, żal, tęsknota.

Nasze ciała są ukształtowane przez nasze doświadczenia. Ciepłe, miękkie, zaróżowione, stale pulsujące ciało zaprasza do kontaktu. Lubimy go dotykać, przytulać je, głaskać. Takie ciało jest reaktywne i dobrze doenergetyzowane. Prawdopodobnie w dzieciństwie było traktowane z miłością, czułością, ciepłem i delikatnością. Zimne, sztywne, niemal blado sine ciała wyglądają jak zastygłe, zamrożone, bez energii i życia. Można podejrzewać, że były pozbawione bliskiego kontaktu w przeszłości.

Kolejną diagnostyczną, łatwą do zaobserwowania czynnością, jest sposób oddychania. Obserwuję, że znaczna większość osób oddycha płytko, szybko lub „prawie wcale”. To znaczy, nieświadomie wstrzymuje oddech na bardzo, bardzo długo lub nie wydycha powietrza do końca, jakby zostawiając „na później”. A przecież oddychanie to pierwsza czynność w życiu, której nie musimy się uczyć. Jak to się stało, że utraciliśmy tę naturalną umiejętność i nawet nie zauważamy tego braku?

Tak często w życiu codziennym dopuszczamy się zdrady. Nie czujemy, kiedy nasze ciało chce odpocząć, a nie pracować do późna czy ćwiczyć na siłowni, kiedy chce zasnąć, a nie iść na wieczorne spotkanie, przestać jeść nadmiarowo albo właśnie zjeść, a nie wypić kolejną kawę dla zagłuszenia głodu. Zapomnieliśmy o spokojnych spacerach, spontanicznym tańcu, beztroskim pływaniu czy swobodnym unoszeniu się na wodzie. Nie w jakimś celu, tylko po prostu z radością. Przestaliśmy ufać ciałom, czyniąc z mózgu wszechwiedzącego sędziego. Owszem, wkładamy wiele zachodu i pieniędzy w estetyczny czy modny wygląd, ale jesteśmy nieświadomi potrzeb ciała i tego, co nam komunikuje. Parafrazując Lowena, umysł i ciało łączy taka relacja jak jeźdźca z koniem: kiedy obaj są do siebie dostrojeni, galopują w harmonii, słuchając siebie nawzajem, to poruszają się z gracją. Gdy natomiast jeździec (umysł) smaga zwierzę (ciało) batem, to tylko wymusza swoja wolę. Warto posłuchać ciała, zaufać mu.

By odzyskać naturalny wdzięk i żywotność ciała, warto wiedzieć, jak i kiedy się je utraciło. Odpowiedź na te pytania można zyskać dzięki poznawaniu siebie, np. w procesie psychoterapii.

Marta Wołowska Ciaś certyfikowana psychoterapeutka Gestalt. W swojej pracy kieruje się holistycznym podejściem do człowieka. 

  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Zdrowie

Psychika a ciało. Jakie znaczenie dla zdrowia i psychiki ma kręgosłup?

Jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup. (Fot. iStock)
Jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup. (Fot. iStock)
Kręgosłup to twoje źródło równowagi. Dbasz o niego najbardziej wtedy, gdy przyjmujesz właściwą postawę. Jego stan zależy też od tego, na ile znasz siebie i swoje emocje.

Człowiek jest jak drzewo. Korzenie stanowią jego rodzina i pochodzenie (predyspozycje genetyczne, doświadczenia z dzieciństwa, nawyki rodziców). Pień to kręgosłup (postawa wobec samego siebie i świata). Gałęzie to kończyny (relacje ze światem). Tylko silne drzewo może się oprzeć burzom, wichrom i zamieciom. Zatem jeśli istnieje równowaga pomiędzy kluczowymi płaszczyznami twojego ciała: głową, szyją, obręczą barkową, tułowiem, miednicą, kolanami i stopami – jesteś zdrowa i szczęśliwa. A równowaga istnieje, gdy masz zdrowy kręgosłup.

Budowa ciała a konstytucja psychiczna

Do rehabilitanta, fizjoterapeuty czy ortopedy trafiasz zwykle wtedy, kiedy ból staje się dotkliwy do tego stopnia, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Dla profesjonalnego specjalisty diagnoza przyczyny organicznej dolegliwości zwykle jest prosta, np. kontuzja szyi w wyniku stłuczki albo bóle kręgosłupa wywołane nawykiem długotrwałego siedzenia przed komputerem. Ból zlokalizowany w jednym miejscu powoduje napięcia w całym ciele, bo ustawiasz je w taki sposób, by jak najmniej cię bolało. Zdarza się, że ból minie, ale ,,patologiczna” postawa zostanie utrwalona. I za jakiś czas wracasz do gabinetu z powodu innej dolegliwości. Obecne czasy: szybkie tempo życia, kult sprawnego ciała nie sprzyjają ,,roztkliwianiu się nad sobą”. Bóle kręgosłupa właściwie nieobce są żadnemu człowiekowi. Na jakiś czas możesz zagłuszyć te dolegliwości, ale cena, jaką przyjdzie ci za to zapłacić, zwykle jest wysoka.

– Wszyscy mamy genetycznie zakodowaną strukturę napięć, czyli predyspozycję pewnych grup mięśniowych do skracania się – mówi Jacek Sobol, licencjonowany terapeuta metody G.D.S. (łańcuchów mięśniowych). – W zależności od środowiska, stanu emocjonalnego czy umiejętności radzenia sobie ze stresem albo wygaszamy to napięcie, albo je wzmacniamy.

Godelieve Denys-Struyf, twórczyni metody G.D.S., fizjoterapeutka i osteopatka, zaobserwowała związek pomiędzy aparatem ruchu a konstytucją psychiczną i opracowała sześć podstawowych typów psychofizycznych i odpowiadających im postaw ciała (w zależności od napięć w pewnych partiach):

AM – osoba o postawie skulonej, czuła, z deficytem miłości, lękowa. Napięcia występują w jej ciele głównie w okolicach brzucha i przepony. PM – osoba sprawiająca wrażenie przygaszonej, egocentryczna. Napięcia występują głównie w obręczy barkowej i stopach. PA – osoba sprawiająca wrażenie jakby zawieszonej na sznurku, dumna, wyniosła. Napięcia w odcinku piersiowym, bóle pleców. AL – osoba zwykle siadająca ze skrzyżowanymi nogami, sprawia wrażenie kokietki. Napięcia w kolanach. PL – postawa kowboja, cwaniaka, osoba na pozór silna, ale w rzeczywistości bardzo wrażliwa. Napięcia w odcinku szyjnym, obręczy barkowej, kolanach. AP – postawa sprawiająca wrażenie pewności i wyniosłości, osoba depresyjna, odcięta od emocji. Napięcia w odcinku szyjno-piersiowym, przeponie i brzuchu.

Metoda G.D.S. zajmuje się powiązaniami między mechaniką ciała a zachowaniem. Wszystkie części ciała zależą od siebie wzajemnie, a łączą je mięśnie ułożone w łańcuchy. Mięśnie są także narzędziem wyrazu psychiczno-cielesnego. Nasze myśli, emocje, uczucia wyrażają się poprzez system mięśniowy, który z kolei wywiera wpływ na postawę, oddychanie i gestykulację. Pod okiem terapeuty tej metody nabywasz świadomości własnego ciała i sposobów wyrównywania napięć mięśniowych. Twoje ciało jest – w świetle G.D.S. – jak otwarta księga, w której zapisana jest historia całego życia: od momentu narodzin do dziś.

Mniej napięcia

Zdaniem Alexandra Lowena, amerykańskiego psychiatry i psychoterapeuty, twórcy bioenergetyki, ciało odzwierciedla ludzkie wnętrze. Kiedy boisz się trudnych emocji, napinasz pewne partie mięśni, np. zaciśnięte szczęki to często objaw stłumionego płaczu, a gniew powoduje napięcie mięśni wzdłuż kręgosłupa i mięśni nóg. Chroniczne napięcia tworzą bloki mięśniowe, które wpływają nie tylko na postawę ciała, ale także na sposób poruszania się oraz możliwość doświadczania i ekspresji uczuć oraz emocji. Dlatego ważnym elementem diagnozy problemu jest dokładny wywiad. – Zwykle pytam pacjenta o jego przeszłość; dzieciństwo, traumy, a także o obecne relacje w domu czy w pracy – tłumaczy Jacek Sobol. – Czasami, by pomóc pacjentowi, muszę współpracować z innymi specjalistami, np. z psychologiem, psychiatrą czy endokrynologiem.

Doświadczeni osteopaci potrafią połączyć dysfunkcje w określonych narządach ruchu z konkretnymi traumami emocjonalnymi. Źródeł napięcia w obrębie miednicy doszukują się np. w przemocy seksualnej. W konsekwencji może ono prowadzić do niemożności zajścia w ciążę albo braku satysfakcji z seksu. Twierdzą też, że ból w stawach żuchwowo-skroniowych (zaciśnięte zęby) często pojawia się u tzw. niewidzialnych dzieci, które złość na rodziców kumulują właśnie w tym obrębie.

Nauczyciele techniki Alexandra, nazywanej psychofizyczną edukacją, twierdzą, że wszystkie napięcia można zniwelować. Najważniejsza jest równowaga, czyli stan, kiedy wkładasz jak najmniej wysiłku, żeby trzymać się prosto. Kluczowy odcinek – szyja, ma być swobodny, by utrzymać głowę, ważącą średnio od 4,5 do 6 kg. Tymczasem bardzo często – np. w wyniku stresu – nawykowo odchylamy głowę do tyłu. To powoduje skrócenie i napięcie mięśni szyi, a w rezultacie – napięcia dalszych części kręgosłupa. Głowa odchylona do tyłu przyczynia się również do zapadnięcia klatki piersiowej, spłycenia oddechu i zanikania głosu (chrypka). Pierwotnie ten gest był wynikiem reakcji na strach, w miarę rozwoju cywilizacyjnego nawyk odchylania, a raczej chowania głowy w ramiona utrwalił się także pod wpływem innych emocji, np. złości czy nieumiejętności powiedzenia „nie”.

Jest dobre ćwiczenie na „złe” emocje. Połóż się na podłodze, pod głowę podłóż wałek, zegnij nogi, a plecy „wciśnij” w podłogę. Pomyśl o całym swoim kręgosłupie – od głowy do kości ogonowej, poczuj długość kończyn – od palców po łopatki i kość biodrową. Ciało rozciąga się, co znosi napięcie. Poczuj przestrzeń w miednicy i klatce piersiowej, powiedz w myślach: „Chcę tam więcej miejsca”.

Oprócz odchylania głowy każdy ma utrwalone inne zgubne nawyki, np. ,,zapadanie się” w fotelu, nieprawidłowe siadanie i wstawanie z krzesła, wysokie obcasy, potakujące kiwanie głową czy gestykulację rękoma. Zniesienie napięcia w ciele, a zwłaszcza w szyi, zwiększa świadomość ciała i otwartość (wewnętrzną i zewnętrzną), pewność siebie i swobodę. Zaczynasz działać w zgodzie z samą sobą, lepiej radzisz sobie ze stresem, mówisz mocniejszym głosem, twoje ciało jest spontaniczne i pełne gracji. Tylko jak to osiągnąć?

Kluczowa postawa

Twórca techniki Alexandra zaobserwował, że ciało podąża za myślą. Prosty komunikat: ,,Chcę, żeby moja szyja była bardziej swobodna, wolna od napięć, a głowa uniesiona ku górze i do przodu” naprawdę potrafi zdziałać cuda.

– Na początku warto korygować swoją postawę w lustrze – przekonuje Piotr Turczyński, nauczyciel techniki Alexandra. – Niby komunikat zadziałał, a tymczasem spojrzenie w lustro pokazuje, że głowa nadal odchylona jest do tyłu. Nie zdajemy sobie sprawy z faktu, jak silne są nawyki trzymania konkretnej postawy. Dlatego proces reedukacji postawy warto zacząć pod okiem nauczyciela.

Ludzie mają tendencję do koncentrowania się na przodzie swojego ciała. Kręgosłup wyobrażają sobie jako coś cienkiego, na zewnątrz. Zapytani: ,,Chodzisz na jednej nodze czy na dwóch?”, automatycznie odpowiadają, że na dwóch. A tymczasem kiedy idziesz, kontakt z podłożem masz zawsze tylko jedną nogą, to kręgosłup – niczym trzon – trzyma cię w równowadze. A przynajmniej powinien – jeśli jest zdrowy.

Zdaniem nauczycieli techniki Alexandra, gimnastyka – sekwencja powtarzalnych ruchów – to współczesne galery, do niczego niepotrzebne. Zwierzęta się nie gimnastykują, a obserwując choćby kota leniwie przeciągającego się po obudzeniu, tęsknisz za spontanicznością. Kręgosłup utrzymują mięśnie, których nie da się wyćwiczyć w siłowni. Te, które ,,katujesz” powtarzalnymi ruchami na bieżni czy z ciężarkami, są ćwiczone w sposób naturalny w codziennym życiu, kiedy chodzisz, schylasz się, poprawiasz obraz, coś podnosisz. O wiele ważniejsze jest korygowanie postawy tak, by była jak najbardziej naturalna, używanie całego swojego ciała, niwelowanie zgubnych nawyków. Kolejnym mitem – zdaniem nauczycieli – jest ćwiczenie oddechu.

– Ćwiczenie oddychania przeponą czy brzuchem jest przereklamowane – tłumaczy Piotr Turczyński. – Do oddychania służą płuca, a te znajdują się bardziej z tyłu niż z przodu. Oddychanie jest procesem sterowanym przez mózg, na który nie mamy wpływu. Kontrolując oddech, zaburzasz go, napinasz kręgosłup, naciskasz na organy wewnętrzne. Kiedy oddychasz naturalnie, wydłużasz kręgosłup, dzięki czemu jest lepiej zamortyzowany, bardziej odporny na uszkodzenie. Koncentrując się na wewnętrznej przestrzeni, np. świadomie odczuwając odległość pomiędzy ramionami, otwierasz klatkę piersiową, pogłębiasz oddech.

Dobre nawyki

1. Kiedy maszerujesz, poruszaj luźno rękoma. Nie noś torebki stale na tym samym ramieniu. Idąc, nie rozmawiaj przez telefon.

2. Kilka razy w ciągu dnia, np. gdy się spieszysz albo czujesz się zestresowana, wydaj ciału komendę: ,,Szyja luźna, głowa do przodu i do góry”.

3. Jeśli dokucza ci kręgosłup, zastanów się, co ostatnio dzieje się w twoim życiu. Czy spotkało cię coś trudnego? Kiedy czujesz lęk, przeskanuj swoje ciało i zastanów się, w której części najsilniej odczuwasz napięcie.

4. Siadaj i wstawaj z krzesła, mając swobodną szyję, głowę do przodu i wyprostowany do góry tułów (na całej długości od głowy do kości ogonowej) tak, by pracowały jedynie stawy (biodra, kolana, kostki). Ważne, byś myślała o procesie siadania (ciało podąża za myślą), a nie o tym, że już siedzisz.

Siedź na kościach kulszowych, bez podpierania się rękoma, ze stopami mocno opartymi o podłogę. Jesteś wtedy bardziej stabilna (wewnętrznie i zewnętrznie), pewniej osadzona w sobie. Nie wkładasz zbędnej energii w utrzymanie się w pozycji siedzącej, dzięki czemu masz więcej siły. Łatwiej jest ci prowadzić rozmowę czy bronić własnego zdania.

Niewskazane dla kręgosłupa

1. Siedzenie zbyt długo w jednej pozycji. Co pół godziny rób krótką przerwę, wstań, przeciągnij się jak kot, zrób kilka wdechów.

2. Źle ustawione siedzenie w samochodzie. Wysokość siedzenia i kąt jego pochylenia powinny być ustawione tak, by kierownica, drążek zmiany biegów i pedały były łatwo dostępne. Kolana powinny być lekko ugięte, a uda ustawione poziomo. Jeśli oparcie siedzenia nie ma wybrzuszenia na wysokości lędźwiowego odcinka kręgosłupa, podłóż w to miejsce specjalną poduszkę.

3. Niewłaściwe podnoszenie przedmiotów z podłogi. Zamiast pochylać się, przyklęknij lub ukucnij.

4. Zbyt wysokie lub zbyt niskie blaty, np. stołu. Blat powinien znajdować się około 8 cm powyżej łokci.

5. Zła pozycja w czasie snu. Najzdrowsza to na boku, z podkurczonymi nogami.

6. Buty na zbyt wysokim obcasie. Obcasy powinny być stabilne, a buty dobrze dopasowane do stopy, bo każde potknięcie czy przekrzywienie kostki grozi urazem kręgosłupa. Szkodliwa jest również nagła zmiana wysokich obcasów na zupełnie płaskie.

7. Nadwaga. Staraj się utrzymywać swoją wagę w odpowiedniej proporcji do wzrostu.