1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Czym grozi życie w ciągłym hałasie?

Czym grozi życie w ciągłym hałasie?

123rf.com
123rf.com
Żyjemy w nieustannym szumie.  Poziom hałasu w szkołach może być większy niż na trzypasmowej miejskiej arterii.  W biurach typu open space 50% pracowników narzeka na hałas. Nawet w domach nie zawsze możemy liczyć na komfort ciszy. Nadmiar głośnych dźwięków obniża koncentrację, powoduje problemy ze snem i wzmacnia odczuwanie stresu. Co możemy na to poradzić?

Z badań przeprowadzonych w 2012 roku przez Wojewódzką Stację Sanitarno-Epidemiologiczną w Katowicach poziom hałasu w szkołach podstawowych może sięgać nawet 89 dBA (zagrożeniem dla słuchu jest hałas przekraczający 75 dBA). Pomiary realizowane w ramach akcji „Zdrowe dziecko – zdrowy dorosły – zdrowa rodzina”, przeprowadzono w salach lekcyjnych, gimnastycznych i na korytarzach. To oznacza, że uczniowie przebywają w hałasie porównywalnym do tego, jaki panuje bardzo ruchliwej ulicy. Uszkodzenie słuchu to najgroźniejsze, ale nie jedyne ryzyko nadmiernego hałasu - dzieci są rozdrażnione i przemęczone, mają trudności z koncentracją, nauką.

Wcale nie lepiej jest w biurach, zwłaszcza w popularnych open space’ach, gdzie na wspólnej przestrzeni pracuje kilkadziesiąt osób. Co drugi pracownik narzeka w nich na hałas. Utrudnia on komunikację z innymi – mowa staje się niezrozumiała, a praca mniej efektywna. Wiele osób chroni się więc zakładaniem słuchawek na uczy, ale i one nie zawsze pomagają, a przy tym używane przez wiele godzin także nie są obojętne dla słuchu.

Odpoczynek w ciszy powinniśmy zapewnić sobie więc w domu, ale w mieście i tam panuje hałas, z którego nierzadko nawet nie zdajemy sobie sprawy, bo tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do odgłosów z ulicy i sąsiednich mieszkań, dźwięków domowych urządzeń czy instalacji. Często od powrotu do domu aż do pójścia spać towarzyszy nam włączony telewizor, szumiący komputer, zmywarka czy głośne gry i zabawki dzieci. Nieustanne przebywanie w pomieszczeniach, w których hałas przekracza 60 dB jest bardzo uciążliwe dla organizmu. Reaguje on gorszym samopoczuciem, napięciem, problemami ze snem, a nawet chorobami układu nerwowego.

Zadbać o ciszę

– Dzięki odpowiednim rozwiązaniom akustycznym, jak np. dźwiękochłonnym sufitom, panelom i ekranom ściennym, możemy w znacznym stopniu zredukować poziom hałasu w pomieszczeniach. Właściwa akustyka budynku wynika także z odpowiedniej izolacji czy doboru materiałów – np. szyb o wysokiej izolacyjności akustycznej. Pamiętajmy zatem, że budując dom czy projektując biuro, możemy zapewnić sobie ciszę, a tym samym lepszą jakość użytkowania – mówi Paweł Polak ze Stowarzyszenia na Rzecz Lepszej Akustyki w Budynkach „Komfort Ciszy”.  

Chociaż hałas jest obecny w życiu każdego z nas, świadomość, jak się przed nim chronić wciąż jest niewielka. Dlatego Stowarzyszenie „Komfort Ciszy” pomaga instytucjom, firmom i osobom prywatnym w rozwiązywaniu zagadnień związanych z akustyką budynków i promuje dobre praktyki w tym zakresie. Organizacja udziela także porad eksperckich z zakresu prawa czy rozwiązań budowlanych i ułatwia kontakt z odpowiednimi specjalistami – prawnikiem lub akustykiem. Więcej informacji na stronie: .

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Co daje urlop w odosobnieniu?

Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Filozof Henry David Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. (Fot. iStock)
Przytłoczeni codziennym życiem szukamy ucieczki, jakiejś odmiany. Można w tym celu jechać na festiwal muzyczny czy do modnego kurortu z przyjaciółmi, ale można też spędzić tydzień urlopu w samotności. Czy warto zamknąć się w chatce w górach lub klasztorze i stać się na chwilę pustelnikiem, odpowiada ojciec Włodzimierz Zatorski, benedyktyn z Tyńca. 

"Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie. Stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego życie może mnie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem wcale” - pisał Henry David Thoreau w jednym z esejów składających się na filozoficzne dzieło „Walden”.

Thoreau, amerykański pisarz, filozof, romantyk i jeden z pierwszych transcendentalistów, na początku lipca 1845 roku opuścił swój dom w Concord w Nowej Anglii, by spędzić dwa lata i dwa miesiące na bezludziu. Przeprowadził się do lasu nad staw Walden do drewnianej chatki, którą wcześniej przez kilka miesięcy budował razem z przyjaciółmi z desek odzyskanych z rozbiórki innego domu. Na obiad jadał gotowaną kukurydzę, którą zbierał z własnego poletka, oraz placki z mąki kukurydzianej i żytniej z dodatkiem soli. Był całkowicie samowystarczalny.

Ludzie żyją za szybko, za głośno, otumaniają się niepotrzebnymi i mało istotnymi informacjami dostarczanymi przez gazety czy telegraf – pisał w esejach. „Ludzie patrzą, ale nie widzą”. Thoreau zalecał każdemu przeżyć choć jeden dzień odosobnienia – by przez chwilę pobyć ze sobą bez presji świata zewnętrznego, wsłuchać się w naturę. Wierzył, że wtedy będzie szansa na stworzenie nowego świadomego społeczeństwa.

O to, co dziś – ponad 170 lat później – może nam dać doświadczenie choćby krótkiego odosobnienia, pytamy ojca Włodzimierza Zatorskiego.

Thoreau byłby dziś zawiedziony, gdyby zobaczył, jak bardzo ludzie nie wzięli sobie jego słów do serca. Warto wrócić do zaleceń dziewiętnastowiecznego filozofa? Żyjemy na targowisku mowy, hałasu zagłuszającego przede wszystkim siebie. Proszę zauważyć, jak wiele osób w autobusie, pociągu czy jadących na rowerze, ma na uszach słuchawki, przez które słucha muzyki. Ludzie nie słyszą przyrody, nie patrzą, co się dzieje dookoła, nie widzą przechodzących obok. Nie słyszą siebie samych i siebie nawzajem. A przecież świat w rozumieniu chrześcijańskim to relacje między ludźmi.

Ojciec diagnozuje nas w punkt. Co zatem zrobić, by znowu się usłyszeć? Czy – paradoksalnie – może nam w tym pomóc odosobnienie? Cofnięcie się do początków chrześcijaństwa i zostanie pustelnikiem czy pustelniczką choć na krótki czas? W pierwszym rozdziale reguły św. Benedykta czytamy o kilku rodzajach mnichów. Pierwszy z nich to cenobici, czyli ci, którzy żyją w klasztorze, we wspólnocie i podlegają opatowi. Drugi – anachoreci, czyli pustelnicy. Jednak by zakonnik został pustelnikiem, musi długo się przygotowywać w klasztorze. Zanim uda się na pustynię, by samemu zmagać się ze złem, które czai się w ciele i myślach – uczy się życia we wspólnocie, bycia otwartym na ludzi. W chrześcijaństwie nigdy nie było tradycji absolutnej samotności. W pewnym sensie jest to nienaturalne. Nawet anachoreci zawsze żyli w jakichś koloniach pustelników i przynajmniej raz w tygodniu spotykali się na eucharystii. W chrześcijaństwie drugi człowiek jest drogą do Boga.

Jak odnaleźć tę drogę? W chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, czyli relacja z drugą osobą, przez tę relację człowiek się realizuje. Odosobnienie czy inne formy ascezy, jak post lub pełne milczenie mają charakter pomocniczy do spotkania z drugim człowiekiem. Także samotność musi być widziana jako swoista pomoc, by człowiek wewnętrznie dojrzał do spotkania z drugim. W tym celu najpierw musi spotkać się ze sobą.

Dlaczego? Bo trzeba najpierw usłyszeć wezwanie, by na nie odpowiedzieć. Wezwanie od Boga, ale też wezwanie od drugiego człowieka. Ludzie się zakochują. Następują zaręczyny – jedna osoba wzywa, druga odpowiada. W życiu tej dwójki pojawią się potrzeby i pragnienia. Pytania i odpowiedzi. I albo jest harmonia we wzajemnym słuchaniu i odpowiadaniu, czyli dialog, albo zamknięcie się w swoich chęciach i pragnieniach, swoich wyobrażeniach. Gdy jedna osoba przestaje odpowiadać na pragnienia drugiej, to w końcu wygasa miłość. Żeby nie żyć w takiej martwocie obok siebie i umieć odpowiedzieć na pragnienia drugiej osoby, trzeba najpierw usłyszeć siebie i to, co jest w sercu. A do tego potrzebna jest czasowa samotność.

Co jest największą przeszkodą w usłyszeniu siebie, a potem drugiej osoby? Nasze wyobrażenia i budowane na nich oczekiwania. Drugi człowiek jest inny, potrzebujemy otwartości, by przyjąć tę inność, zaakceptować ją i poprzez to się rozwinąć. Ale żeby to się stało, człowiek musi przestać gadać. Bo gadanie jest zagłuszaniem siebie. Pamiętam wstrząsające słowa niemieckiego pastora Dietricha Bonhoeffera (antyfaszysty, zaangażowanego w spisek przeciw Hitlerowi – przyp. red.). Siedząc w więzieniu, zanim został stracony, pisał notatki. Pada w nich mocne zdanie: „Tutaj ludziom wydaje się, że mogą gadać wszystko i o wszystkim, bo mają wyrok śmierci i pewnie im na niczym już nie zależy. Zagłuszają ciszę w sobie, prawdę w sobie, z którą zaraz się zmierzą”.

Gadanina jest namiętnością, wszechobecną żądzą. Powoduje brak wewnętrznego skupienia się w słuchaniu. Ksiądz Tischner mówił, że myślenie jest właśnie tym skupieniem się w słuchaniu. Św. Augustyn – że każdy z nas ma w sobie wewnętrznego nauczyciela, którego należy słuchać. Jezus w ewangelii naucza: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha, kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy”. Gadanina i ciągłe przebywanie z innymi, załatwianie spraw, rozmawianie o wszystkim i o niczym – jest jednym wielkim zagłuszaniem siebie nawzajem, a przede wszystkim własnego wnętrza. To odcinanie się od tego głosu wewnętrznego nauczyciela, który mógłby z głębi przyjść i czegoś od nas zażądać, np. prawości.

Samotność i milczenie są koniecznym ćwiczeniem, aby wreszcie zamilknąć i zacząć słuchać? Jak czytamy u św. Jana, każdy człowiek rodzi się ze światłością, czyli z prawdą. Ale nie wystarczy się z nią urodzić, człowiek musi ją podjąć, czyli usłyszeć i pozwolić, by przemówiła. Nigdy nie jest na to za późno. Nawet jeśli w wieku 60 czy 70 lat człowiek sobie uświadomi, że całe życie pływał i stracił siebie, to ma jeszcze czas, by siebie odkryć. Jeżeli człowiek żyje w amoku rozgadania, to co go czeka, gdy w chwili śmierci stanie wobec prawdy ostatecznej? Dla mnie jest to przerażające.

Co roku udaje się ojciec na kilkudniowe odosobnienie, jakiś czas temu w samotności spędził ojciec aż rok. Co płynie z tego doświadczenia? Od czasów kleryckich co roku jeździłem na kilka dni do chatki w górach, w której byłem zupełnie sam. I wiem, że najgorszy hałas to nasza wewnętrzna gadanina. Teraz jest to dodatkowo wzmocnione przez technologię. Człowiek cały czas czegoś słucha, coś ogląda, patrzy w komputer, w komórkę, czyta SMS-y. Jestem tu czy tam, w Honolulu, w Nowym Jorku, Warszawie czy Krakowie – ale przecież to nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, kim jesteś. To, że informujesz przez Internet innych, że siedzisz w kawiarni i pijesz kawę czy nudzisz się na wykładzie, nie ma żadnego znaczenia. Ale bez względu na technikę, jaką dziś dysponujemy, wewnętrzna gadanina istniała zawsze. Co gorsze, można przebywać w kompletnej samotności i ciszy, a mimo to produkować wewnętrzną gadaninę, żyć wyobrażeniami. Samotność ma sens wtedy, gdy prowadzi nas do spotkania, do komunikacji z drugim człowiekiem. Inaczej to tylko zawracanie głowy.

Jak siebie nauczyć tego słuchania, bycia w gotowości do spotkania z drugim człowiekiem? Nauka jest banalnie prosta. Wystarczy spojrzeć na drugiego człowieka z pytaniem: kim ty jesteś? Spytać: co dla ciebie jest ważne? I usłyszeć odpowiedź. Jeśli człowiek chce kogoś poznać, to raczej pyta niż polemizuje i mówi swoje. To, czy ktoś jest człowiekiem słuchającym, wychodzi w narracji, np. gdy opowiada o spotkaniu z kimś, czy potrafi się wczuć w tę osobę, bez oceniania.

Będąc na odosobnieniu, wsłuchujemy się w swojego wewnętrznego nauczyciela, w siebie, czyli kontemplujemy. Czym się wyróżnia medytacja chrześcijańska? Idąc za Romano Guardinim (filozofem, księdzem niemieckim włoskiego pochodzenia, żyjącym w latach 1885–1968 – przyp. red.), medytować znaczy być obecnym przed Bogiem. Medytacja chrześcijańska – inaczej niż buddyjska – jest relacją osobową, jest wniknięciem w spotkanie z Bogiem. Największą przeszkodą w byciu obecnym przed Bogiem jest to wewnętrzne gadanie. Mnisi tę gadaninę nazywali logismoi, czyli namiętnymi myślami, pragnieniami, lękami, obrazami, wyobrażeniami. Sztuka medytacji polega na tym, żeby nie dopuszczać tych myśli, które niczego nie dają, a wręcz niszczą, za to umieć wysłuchać i przyjąć te, które są dobre i nas budują. Myśli namiętne są nachalne, narzucają się, Bóg nie zagaduje, nie próbuje argumentować, nie tłumaczy. Bóg milczy, ale z milczenia wyrasta o wiele większa głębia niż z jakiejkolwiek gadaniny. By być obecnym przed Bogiem, trzeba myśli zneutralizować, niezależnie, czy one są dobre, czy złe. Tischner mówił: „to nie ja mam myśli, to one na mnie przychodzą. Stają się moje, kiedy ja je biorę za swoje, przyjmuję za swoje”. Wszystkie techniki medytacji skupiają się na uwolnieniu się od tych myśli, ciągłym wracaniu do obecności przed Bogiem.

Można udać się na odosobnienie do klasztoru w Tyńcu? U nas nie ma odosobnień. Mamy chatkę w Szczawnicy, do której sam jeżdżę, tam można pobyć samemu. W klasztorze można zamieszkać samotnie w pokoju, ale zawsze spotyka się innych, chociażby podczas modlitwy czy posiłku. Nie ma warunków do pełnego odosobnienia. Ale na pewno można się wyciszyć. Na tyle, ile ktoś będzie dbał o samotność, na tyle będzie samotny. Ale rzeczywiście przydałby się tutaj taki „domek na samotność”.

Zanim zdecydujesz się na odosobnienie, przygotuj się, że może to być trudne doświadczenie. Brak Internetu, komórki i rozmowy – zanim przywróci cię do równowagi – może cię z niej wyprowadzić. Dlatego dawkuj sobie samotność. Przed wyjazdem do klasztoru, wybierz się na trzygodzinny spacer w pojedynkę i bez telefonu. Potem z kanapkami i herbatą idź na całodniową wycieczkę do lasu. Może ktoś użyczy ci swojego domku na działce na dwa dni, by oswoić się z byciem sam na sam ze sobą? Pamiętaj, że w klasztorze trzeba się dopasować do obowiązujących zasad. Nie zniechęcaj się, bo choć przejście z hałasu do ciszy może być szokiem, warto wytrwać. A możliwości jest wiele.

Włodzimierz Zatorski benedyktyn, w latach 2005–2009 przeor Klasztoru Benedyktynów w Tyńcu, założyciel Wydawnictwa Benedyktynów TYNIEC, autor książek. W 2011 spędził rok w pustelni na Mazurach i w klasztorze w Jerozolimie

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens"

  1. Psychologia

Cisza... Dlaczego się jej boimy i co może nam dać?

fot. iStock
fot. iStock
Upragniona, ale jakże często przerażająca. Przestrzeń, w której  spotykasz się z prawdziwą sobą, ale też z drugim człowiekiem, gdzie możesz oswoić swoje lęki. Ten tekst powstał w ciszy. I do ciszy zachęca. Z Kasią Bem, nauczycielką jogi i medytacji, rozmawia Jolanta Maria Berent.

W jednym z wierszy Wisława Szymborska pisze, że gdy wymawiamy słowo „cisza”, niszczymy ją...
Może puste strony zostawić? Byłoby to wymowne. Z prośbą o ciszę.

Coraz trudniej o nią prosić: niemal każda przestrzeń publiczna zdominowana jest przez głośne rozmowy, komórki, telewizory, radia. To takie męczące!
Dwa lata temu byłam z przyjaciółmi w Amsterdamie. W miejscowej kolejce ktoś poprosił, żebyśmy zamilkli, a nie rozmawialiśmy szczególnie głośno. Pokazano nam tabliczkę – to był przedział, w którym się nie mówiło. Przedział ciszy. Byłam bardzo poruszona tą ideą, pomyślałam, że fantastycznie byłoby wprowadzić to do Polski. Zresztą niedawno jechałam Pendolino i dowiedziałam się, że wagony numer 7 mają być takimi wagonami ciszy. W Amsterdamie miałam możliwość sprawdzić, jak to działa. Odcinając się od stymulacji, jaką jest komunikacja z innymi, mogłam wrócić do siebie, wyciszyć się, skupić. Zaczęłam zauważać urocze krajobrazy, architekturę, zieleń. Ta krótka przejażdżka stała się nagle taką podróżą odkrywcy. Znalazłam się w innym świecie, inne zmysły zostały uruchomione. Cisza stała się tłem do obserwacji, pozwoliła dostrzec wiele ciekawych szczegółów.

Czym jest dla ciebie cisza?
Bardzo ważnym elementem życia, absolutnie niezbędnym do tego, żeby nawiązać naprawdę głęboki kontakt ze sobą. Cisza towarzyszy mi na co dzień, nie tylko podczas odosobnień medytacyjnych. Również w mojej przestrzeni życiowej jest cicho – nie ma telewizora, rzadko pojawia się radio. To pozwala mi doświadczać samej siebie, sprawdzać na bieżąco, co we mnie siedzi. Ten świat wewnętrzny jest bardzo zajmujący, to tam rodzą się różne działania, które ze mnie wychodzą. Cisza jest naszym naturalnym stanem, tyle że – stymulowani wciąż wszelkiego rodzaju zgiełkiem – zatracamy umiejętność funkcjonowania w niej. Kiedy jesteśmy z nią konfrontowani, pierwszą naszą reakcją jest lęk, niepokój, dyskomfort, bo oto nagle zabrano nam coś, na czym opieramy nasze bycie w świecie czy nawet myślenie o sobie. Cisza zmusza do wejrzenia w siebie, do zastanowienia się, co odczuwamy w danym momencie, w związku z daną sytuacją, z człowiekiem, z tym, co robimy. To, co się wyłania, nie zawsze nam się podoba, czasem bywa wręcz bardzo niewygodne.

Cisza jako sojuszniczka prawdy...
Absolutnie tak! Cisza jest niezbędna do tego, żeby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, które od zawsze brzmią tak samo: Kim jestem? Czego pragnę? Co jest dla mnie ważne? Szkoda, że tak trudno nam odnaleźć się w tej przestrzeni...

Myślę, że mamy ambiwalentny stosunek do ciszy. Jesteśmy jej spragnieni, ale też budzi w nas lęk. Jakby coś demaskowała. Kiedyś w kawiarni poprosiłam kelnerkę, żeby ściszyła, a najlepiej wyłączyła telewizor. Odpowiedziała zakłopotana: „Mogę to zrobić, ale mamy zepsutą wieżę. Jak wyłączę telewizor, nie będzie nic”. To „nic” bywa przerażające.
Chociaż tak naprawdę dużo w sobie kryje. Okazuje się, że nie ma tam pustki, tylko mnóstwo emocji, myśli, wspomnień, pragnień. Wchodząc w ciszę, jesteśmy dosłownie zalewani tym, co jest w środku – w teorii medytacji nazywa się to wodospadem myśli. Tam jest jak na środku ruchliwego skrzyżowania! Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, na początku trudno nam wytrzymać ze sobą w tym wewnętrznym hałasie.

Może, przeczuwając to, wolimy hałas zewnętrzny? Kompozytor John Cage stworzył muzykę, w której pojawiają się długie pauzy. Okazało się, że widownia nie potrafi poradzić sobie z ciszą. Zaczyna się pokasływanie, szeptanie, szuranie.
.. Pamiętam, jak podczas Dni Medytacji organizowanych przez SGH jechałam metrem, by poprowadzić tam wykład. Uderzyła mnie nieprawdopodobna stymulacja, tylko w jednym niewielkim wagonie: liczba reklam, ruchomych paneli, ludzi bawiących się komórkami, iPadami. Wszyscy zajęci jakimś działaniem. Do tego jeden z ekraników wyświetlił hasło telefonii komórkowej: „Masz telefon z Internetem, możesz wszystko!”. Wywołało to we mnie przerażenie: jaki to straszny komunikat! Z mojego punktu widzenia – osoby, która uczy medytacji – hasło, jakie należałoby zaproponować światu, to: „Masz spokojny umysł, możesz wszystko!”.

Właśnie, ten wiecznie opowiadający umysł…
Umysł opowiada niezwykle zajmujące historie i wyczynia z nami, co chce. Tak jakby rydwanem kierowały rozszalałe konie, a nie ten, kto nim powozi. W ciszy mamy okazję zobaczyć, jak te wytwory umysłu zmieniają się z sekundy na sekundę. To, co dzieje się w naszej głowie, to istna galopada różnych stanów. Myślimy o obiedzie, żeby za chwilę dokonać analizy przedwczorajszej randki, wybiec do rozmowy, która ma się dopiero odbyć, a za moment wrócić do czytanego artykułu. Wciąż jesteśmy miotani tymi wiatrami umysłu. Dzięki praktykom dyscyplinującym go, takim jak medytacja czy trening uważności, zyskujemy wgląd w to, jak ten umysł działa, co produkuje. Przestajemy przywiązywać się do jego wytworów.

Bo wyłączyć go, uciszyć i tak się nie da...
Równie dobrze moglibyśmy chcieć, aby znieruchomiał ocean. Natomiast możemy poddawać go stałej obserwacji i treningowi, żeby nie powiedzieć tresurze. Po jakimś czasie umiemy się nim posługiwać, wykorzystywać go do swoich potrzeb. Ujeżdżając umysł, sprowadzamy go do roli narzędzia, którym sprawnie się posługujemy. Temu służy na dłuższą metę medytacja. Osoba o takim „wymedytowanym” umyśle nie pozwoli sobą manipulować – zna siebie na tyle dobrze, że trudno jej coś narzucić. Mieszka w niej spokój. Nawet jeśli umysł znów zacznie wierzgać, rozpoznajemy jego wyskoki, wiemy, co się uruchomiło – jakie zachowanie, wzór. Oczywiście, różne lęki, niepokoje, myślowe czy emocjonalne demony – nadal mogą nas nawiedzać. Ale wtedy witamy je z łagodnym uśmiechem: „Cześć, stary, to ty, znowu wpadłeś... Chcesz pogadać?”. Przebywanie w ciszy czy medytowanie można porównać do wzbijania się samolotu do lotu. Podczas startu musi przebić się przez warstwę chmur, żeby znaleźć się w bezgranicznej przestrzeni, którą jest nasz wewnętrzny spokój. Ciemne chmury to metafora myśli, emocji – tego, co nami miota. Kiedy medytujemy, wznosimy się ponad to wszystko, patrzymy z innego pułapu – oglądamy nasze myśli niczym pasażer Boeinga ogląda chmury, nad którymi jest wielka, nieskończona przestrzeń. Każdy ma to w sobie, tylko że gdy patrzymy z dołu, te chmury przerażają nas: może lunąć deszcz, rozpętać się burza z piorunami. Ale jeśli uda nam się przedrzeć przez tę warstwę – która zresztą jest bardzo cienka – przekonujemy się, że nie ma się czego bać.

Podczas takiego startu, przebijania się, trzeba wprowadzić silnik na wysokie obroty. To wymaga dużych nakładów energii.
Mało tego – nierzadko pojawiają się turbulencje, co na warsztatach medytacyjnych objawia się na przykład wybuchami płaczu. Tłumione przez wiele lat sprawy zaczynają wynurzać się na powierzchnię. Mogą to być jakieś traumatyczne doświadczenia, kompletnie wyparte, które w tej cichej przestrzeni ujawniają się z całą siłą. Ale finalnie wszystko doprowadza nas do spokojnego lotu i bezpiecznego lądowania.

To znaczy?
Efektem dłuższej praktyki medytacyjnej jest umiejętność bycia ze wszystkim, co nas otacza. Jeżeli jesteśmy spokojni, prawie nic na zewnątrz nie może tego spokoju zburzyć. Stąd historie, że podczas relaksu, po sesji medytacyjnej, coś spada z hukiem na podłogę sali i nikt nawet nie drgnie. Sama przeżyłam w Kalifornii trzęsienie ziemi, leżąc w relaksacji. Ziemia się poruszyła, a my nie. Praktykujemy po to, żeby była w nas zgoda na wszystko, co jest wokół: na dźwięki, na drugiego człowieka, na różne sytuacje życiowe. Rozpuszczamy w sobie rozdrażnienie, napięcia, lęki – to wszystko odpuszcza. Ta praca przypomina powolne przecieranie zakurzonego lustra. Zaczynamy widzieć wyraźniej, więcej. I nawet jeśli to czyste lustro pokaże nam bardzo szpetne obrazki, zmusi do pracy nad sobą, zachęcam do tego wysiłku, bo świat oglądany czystym okiem jest fascynujący. Ale przyznaję: cisza jest dla odważnych.

Dla tych, którzy nie boją się samotności...
W końcowym rozrachunku zawsze zostajemy sami i lepiej, żebyśmy mieli to oswojone zawczasu, bo takie ostateczne oparcie można znaleźć tylko w sobie. Dzięki treningowi, jakiemu poddaliśmy umysł, wiemy już, że to, co się nam przydarza w życiu, podlega nieustającej zmianie. Każdy stan mija: ten, który interpretujemy jako przyjemny, i ten trudniejszy. Nie warto przywiązywać się ani do jednego, ani do drugiego.

Właśnie tego przemijania się boimy!
Tak, to podstawowy lęk każdego człowieka. Oswojenie tego lęku sprawia, że stajemy się wolnymi, nieustraszonymi ludźmi, korzystającymi z tego, co przynosi życie, bez kurczowego trzymania się tego, co jest nam dane. Umiejętność przyjęcia tego, co nieuchronne, ze spokojem, godnością, sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi.

Czyli cisza jako nauczycielka oswajania śmierci?
Też, chociaż to stan niezwykle żywotny – nie tylko ze względu na wspomniany wcześniej wodospad myśli. Cisza bywa bardzo głośna. W miejscach uważanych powszechnie za ciche – w lesie, w górach, nad jeziorem – odkrywamy często prawdziwą kakofonię dźwięków. To istny koncert – od świergotu ptaków, przez kumkanie żab, po szum wiatru. Oczywiście, te dźwięki działają na nas inaczej niż wycie alarmu samochodowego czy odgłosy kłótni. Ja w każdym razie kojarzę ciszę z życiem.

Jest twórcza...
W ciszy zaczynamy dotykać tego, co istotne. Cisza stwarza przestrzeń do tego, żeby zobaczyć najpierw siebie, a potem też drugiego człowieka i cały świat. Bez przekłamania, bez zniekształceń.W dużo ostrzejszych kolorach.

Cisza to też bliskość, intymny kontakt z drugą osobą. Mówimy czasem, że lubimy z kimś pomilczeć. Cisza może być elementem weryfikującym relacje.
W ciszy spadają wszystkie maski, jesteśmy całkowicie odkryci, nadzy. Stajemy przed sobą tacy, jacy jesteśmy, i to jest rzeczywiście największa próba dla bliskiej relacji – na ile czujemy się z kimś komfortowo w ciszy. Ta komunikacja odbywa się w zupełnie inny sposób. Wyraźnie widać to podczas odosobnień, kiedy rezygnujemy nawet z tak zwanego mówienia funkcjonalnego: nie prosimy na przykład o podanie czegoś, bo wychodzimy z założenia, że taką potrzebę można zauważyć. Język komunikacji niewerbalnej jest bardzo bogaty. Wymaga to, oczywiście, uważności – bez niej trudno wyłowić szczegóły. Ale, jeśli jesteśmy uważni, jeśli wsłuchamy się trochę w drugiego człowieka, wszystko staje się jasne: jego gest, mrugnięcie powieką, jego wyciągnięcie dłoni sprawia, że chwytamy za solniczkę, bo jest dla nas oczywiste, że chce po nią sięgnąć.

Czy osoba żyjąca w zgiełku i pragnąca zaprzyjaźnić się z ciszą powinna zachować jakieś środki ostrożności?
Pamiętam znajomą, która uczestniczyła wraz ze mną w odosobnieniu medytacyjnym. Aktywna bizneswoman pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Opowiadała mi potem, że to było doświadczenie na granicy wytrzymałości. Została na dwa dni, ale kompletnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Bezruch, cisza okazały się wielkim wyzwaniem. Co nie przeszkodziło jej wrócić w następnym roku na 7-dniowe warsztaty. Ciszy nie da się przedawkować, każdy jest w stanie ją wytrzymać, choć dla niektórych to trudne. Dobrze jest zacząć od 5-minutowych medytacji porannych czy wieczornych albo zadawania sobie co jakiś czas pytań: O czym teraz myślę? Co czuję? Co się teraz ze mną dzieje? To takie znaki stopu, które pomagają skierować uwagę na siebie, zorientować się, w jakim miejscu jesteśmy. Można, oczywiście, planować sobie całe godziny czy dni ciszy, całe weekendy... Albo przynajmniej wyłączyć telefon. Zarządzić dzień bez telewizora.

Katarzyna Bem - nauczycielka jogi i medytacji, autorka książki „Happy detoks”, prowadzi spotkania i warsztaty, na których uczy ludzi przestawiać się na zdrowszy tryb życia.

  1. Psychologia

Cisza może nas ocalić - naucz się jej świadomie doświadczać

Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. (Fot. iStock)
Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. „Wsłuchaj się w siebie” znaczy według mnie dokładnie to samo, co „doświadcz swojej ciszy”. Nie da się tego zrobić wśród hałasu ani w wiecznym pędzie – mówi podróżnik i filozof Erling Kagge.

Czym jest cisza?
To jesteś ty, a hałas to wszyscy inni wokół. Cisza znajduje się w tobie i we mnie, ale każda z nich jest inna. Oczywiście, nie mówię tu o ciszy, która nas otacza, ale o tej wewnętrznej, która jest przeżyciem osobistym. To ważne, żeby je rozdzielić. Wcale nie potrzebujemy spokojnego miejsca, by doświadczyć swojej wewnętrznej ciszy. Ona może pojawić się wszędzie, nawet w zgiełku.

Co panu dała cisza?
Jej odkrycie bardzo wzbogaciło moje życie. Dzięki niej jestem w stanie choć na chwilę stać się bezludną wyspą. W ciszy mogę się zatrzymać, doświadczyć teraźniejszości i spotkać się ze swoim wewnętrznym ja. To pozwoliło mi lepiej poznać samego siebie, dokonać paru odkryć. Ale też paradoksalnie bardziej otworzyłem się na świat i innych ludzi. Mamy w Norwegii, skąd pochodzę, takie powiedzenie: że nie możesz zobaczyć lasu, bo drzewa go zasłaniają. Z ciszą jest podobnie. Ona jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ją w sobie odnaleźć. Potrzeba ciszy, którą w sobie odkryłem, nurtowała mnie na tyle, że zacząłem snuć wokół niej rozważania. Z nich właśnie wykluła się książka „Cisza...”, która w 33 rozdziałach odpowiada na pytanie, czym jest cisza i jak ją odnaleźć.

Jak pan dojrzewał do tej ciszy? Od czego zaczął jej doświadczanie w swoim życiu?
Gdy byłem dzieckiem, cisza kojarzyła mi się z nudą, smutkiem, czekaniem na coś i tym, że nic się nie dzieje. A potem jako 20-latek zacząłem spędzać więcej czasu wśród przyrody i oswajać się z ciszą. Gdy miałem 35 lat, ruszyłem na wyprawę na biegun południowy.

No właśnie, jako pierwszy człowiek na przełomie lat 1992 i 1993 zdobył pan samotnie Antarktydę. Dzięki temu wyczynowi trafił pan nawet na okładkę magazynu „Time”. Skąd ten pomysł, żeby ruszyć na biegun południowy bez pomocy z zewnątrz?
Zdecydowałem się na totalne odcięcie od świata i nie utrzymywałem łączności radiowej przez 50 dni i nocy, bo tyle mi ta wyprawa zajęła. Antarktyda to najcichsze miejsce na Ziemi. Tam zrozumiałem, że nasze mózgi są bardziej bezkresne niż niebo.

Zwykł pan mówić, że żeby dojść na biegun, trzeba po prostu postawić jedną nogę za drugą dostateczną liczbę razy. Strategia małych kroków zawsze się sprawdza?
Sukces wielu rzeczy w życiu polega właśnie na tym, że robimy jeden krok na raz i na tym się skupiamy. Dzięki takiemu myśleniu doszedłem na biegun, ciągnąc wszystko – od opału po jedzenie – na sankach. Dziś nie wydaje mi się to takie trudne, ale wiele rzeczy widzianych z dystansu takimi się staje. To, że nie miałem radia, zdawało się komplikować sprawę, ale tak naprawdę to była wielka ulga. Nie musiałem nieustannie zdawać relacji i mogłem się skupić na drodze. Miałem przerwę. Myślę, że marsz na biegun i rozmawianie przez telefon satelitarny byłyby o wiele większym wyzwaniem [śmiech]. A sama wyprawa na Antarktydę, tych 50 dni i nocy, to było niezwykle wzbogacające przeżycie. Bardzo głęboko doświadczyłem ciszy i uważam, że każdy powinien taką wyprawę przeżyć, choć to, oczywiście, niemożliwe. Ale jeżeli nie możesz wybrać się na biegun południowy, znajdź swój własny biegun.

Gdzie go szukać?
Przede wszystkim w sobie. Chodzi o wyprawę do wewnątrz siebie. A ona jak każda podróż zawsze zaczyna się od pierwszego kroku.

Jaki mógłby być ten pierwszy krok dla początkujących amatorów ciszy?
Z pozoru niewielki. Każdego dnia spróbujmy na chwilę odstawić wszelką elektronikę. Niech to będzie pięć, dziesięć minut. Kolejny krok to wprowadzenie chwili ciszy do naszej codziennej rutyny. Potem nieco ją wydłużmy.

Jak nauczyć się doświadczać ciszy?
Postarać się wyłączyć świat dookoła. Odciąć się. Starać się nie myśleć. Bo jak pozwolimy myślom biec, polecą w przeszłość albo przyszłość. A tu chodzi o to, żeby być tu i teraz. Czuć chwilę. Warto poprosić domowników, żeby nie przeszkadzali. Usiąść, zamknąć oczy albo wręcz przeciwnie – wstać i przejść się, i zatrzymać świat. Nie musi być na długo. Cisza prędzej czy później do nas przyjdzie. To nie jest skomplikowane.

Są na osiągnięcie ciszy jakieś patenty?
Można ją znaleźć za pomocą jogi, medytacji, hipnozy, mindfulness. Można też się zaszyć w klasztorze albo pojechać na warsztaty. To wszystko pomaga, ale nie jest konieczne. Bo cisza tkwi w nas cały czas. Musimy ją tylko odnaleźć. Mogę zagwarantować, że gdy nam się to uda, ona nas wzbogaci. Sprawi, że życie stanie się lepsze i ciekawsze. Bo gdy zagłuszamy ciszę, otaczamy się hałasem, to każdy dzień jest podobny, galopuje w tym samym rytmie i ani się obejrzymy, a już go nie ma. To dlatego wielu ludzi skarży się, że czas mija im zbyt szybko, że nie czują, że żyją, że nie wiedzą, kiedy to życie im zleciało. Tymczasem życie wcale nie jest za krótkie. Jego długość jest idealna. Tylko trzeba je przeżyć bardziej świadomie. Jeśli się wyciszysz i każdego dnia choć na chwilę staniesz się centrum własnego życia, będziesz zauważała, jak ono płynie.

Przyroda pomaga w odnalezieniu ciszy?
Ogromnie. Jestem Norwegiem, ale myślę, że w Polsce jest podobnie – macie fantastyczną przyrodę i niesamowite miejsca do wędrowania czy spacerowania. A poruszając ciało, poruszasz też i umysł. Chociaż ciszę, która jest wszędzie tam, gdzie my się znajdujemy, można również odnaleźć w głośnym centrum Warszawy. Mnie się to udało. Jednak na łonie natury przychodzi to zdecydowanie łatwiej. Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała. Dzięki niej właśnie czujemy się częścią natury. Tego uczucia często doświadczają ludzie wędrujący – czy to po lasach wokół Zakopanego, czy po fiordach Norwegii. Na biegunie południowym udało mi się to odczuć głębiej, bo znajdowałem się sam w ogromnej przestrzeni. Może dlatego to uczucie bycia coraz bliżej natury stało się mocniejsze.

'Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała' - mówi Erling Kagge. (Fot. iStock) "Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała" - mówi Erling Kagge. (Fot. iStock)

Przeżył pan szok, gdy wrócił z bieguna do codzienności?
Pierwszym szokiem była konieczność mówienia. Ale zostały mi wspomnienia i to, czego się tam nauczyłem. Dziś ciszę zdarza mi się odnajdywać, gdy zmywam naczynia, słucham muzyki, czytam, leżę na kanapie, uprawiam seks. Można ją odnaleźć na wiele różnych sposobów.

Którą ciszę ze wszystkich,  jakich pan doświadczył, uważa pan za najważniejszą? Tę z bieguna południowego, z Arktyki, z Mount Everestu, z rejsu przez Atlantyk czy może jeszcze jakąś inną?
Codzienna cisza jest dla mnie najważniejsza. Nie ta spektakularna na Arktyce czy na Mount Evereście.

Uważa pan, że potrzebujemy właśnie ciszy, żeby odnaleźć siebie i osiągnąć równowagę. Tymczasem wielu ludziom kojarzy się ona z czymś kłopotliwym i nudnym.
Dyskomfort, który odczuwany w ciszy, to nie jest nowe zjawisko, to coś głęboko ludzkiego i występującego równolegle z potrzebą ciszy, którą odczuwaliśmy od zawsze. „Poznaj siebie, wsłuchaj się w siebie” – to najstarsze porady na świecie. A do poznania siebie niezbędna jest cisza. Powinniśmy podejść do tego poważnie. Według mnie „wsłuchaj się w siebie” znaczy dokładnie to samo, co „doświadcz swojej ciszy”. Nie da się tego zrobić wśród hałasu ani w wiecznym pędzie. Kiedyś świat toczył się wolniej, w ostatnich latach zaczął pędzić bez opamiętania. Trzeba się umieć odciąć.

Cisza jest w niebezpieczeństwie?
Hałas z telefonów, monitorów, telewizorów, reklam, samochodów, tłoku – to wszystko nas rozprasza, absorbuje, zagłusza. Nadużywamy technologii, daliśmy się jej zdominować. Ludzie lubią wybierać najłatwiejsze ścieżki i iść na skróty, najlepszy przykład to ucieczka w hałas i zagłuszanie emocji. Kusi nas niekończące się sprawdzanie mejli, Facebooka, Instagrama, SMS-ów czy przeglądanie newsów, koniec końców wciąż czytamy to samo. Najgorsze jest to pozorne wrażenie, że coś może nas ominąć! Być cały czas zajętym jest o wiele prościej niż usiąść, wyłączyć wszystko i postarać się myśleć. W ciszy zupełnie inaczej widzimy świat, bo patrzymy na niego z innej perspektywy i, co więcej, poprzez swoje własne oczy, ciało, umysł, słuch i węch, a nie za pośrednictwem ekranu, komputera czy innych urządzeń lub ludzi.

Niełatwo się zatrzymać i dać popędzić światu bez nas.
Filozof Blaise Pascal już w XVII wieku stwierdził, że nieszczęście ludzi bierze się z tego, że nie mogą wytrzymać bez nicnierobienia. Napisał: „Całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie”. Więc to nie telewizja, Internet czy smartfony są winne. Bo dyskomfort, jaki wywołuje przebywanie w samotności, był z człowiekiem dużo wcześniej. Od wieków byciem w ruchu, zaabsorbowaniem myśli muzyką, a teraz hałasem czy technologią staramy się zagłuszyć niepokój, który towarzyszył nam od zawsze. Dziś żyjemy w epoce hałasu, a cisza stała się luksusem.

W książce cytuje pan wyniki badania naukowców z uniwersytetów Harvarda i Wirginii, według których większość badanych odczuwa przykrość, gdy przebywa przez kwadrans samotnie w pustym pomieszczeniu, nic nie robiąc. Co zadziwiające, więcej niż połowa z nich wolała poddać się bolesnemu kopnięciu prądem niż wytrzymać do końca w samotności.
Też mnie to zdziwiło. Ale jeśli się zastanowimy, właśnie o tym pisał cztery wieki temu Pascal. Jeszcze nie tak dawno spędzenie kwadransa offline, bez połączenia ze światem, było dla moich trzech nastoletnich córek torturą. To spostrzeżenie stało się dla mnie impulsem do przemyśleń o ciszy i do napisania o niej książki.

Udało się panu przekonać córki do ciszy?
Dwie starsze tak – mają 21 i 18 lat. Ale najmłodsza, 15-latka, nie rozumie, o co mi chodzi. Uważa, że cisza to strata czasu i głupota. Przyjmuję to z pokorą, bo to kwestia wieku. Gdy się ma 15 lat, cisza oznacza smutek, bycie samemu, czyli wykluczenie z grupy. Starsze córki widzą to już inaczej. Zaczęły patrzeć na życie z szerszej perspektywy. Do ciszy trzeba dojrzeć.

Nuda jest sprzymierzeńcem ciszy?
Tak. Dobrze się czasem ponudzić.

Cisza to niemówienie. Ale czy ona może powiedzieć więcej niż słowa?
Jeżeli chcesz być z kimś blisko, powinieneś umieć i móc z tą osobą pomilczeć. Cisza zdecydowanie mówi więcej niż słowa. A jeżeli cały czas ją zagłuszasz, to coś nie tak. Trudno utrzymać taką relację. Poza tym życie bywa za bardzo skomplikowane, żeby wszystko wyrażać słowami. Powiedzenie komuś „kocham cię” jest miłe. Jednak tu chodzi o to, w jaki sposób się zachowujesz, jak tę osobę traktujesz, jak na nią patrzysz. Słowa mogą kłamać, ale cisza nigdy nie kłamie. Może dlatego, że w ciszy trudniej kłamać.

I mówi to pisarz, autor siedmiu książek i założyciel popularnego wydawnictwa.
Wiele rzeczy łatwiej zrozumieć w ciszy niż opisać słowami. Czasem, gdy widzi się pary w kawiarni, wystarczy na nie popatrzeć, by wywnioskować, czy ich relacja jest dobra. Nie trzeba z nimi rozmawiać. Milczenie jest równie pełne treści co słowa.

W książce cytuje pan badania mówiące o tym, że ludzie umieją obecnie utrzymać pełną koncentrację przez zaledwie osiem sekund. W 2000 roku było to 12 sekund.
To zaskakujące. Ale gdy wszyscy chorują, choroba staje się normą. Codzienne życie, funkcjonowanie w mieście, w mediach, w Internecie dostarcza nam tylu bodźców i informacji, że większości z nich nawet nie zauważamy ani nie słyszymy.

Co się stanie, gdy ciszy zabraknie?
Nie oszalejemy. Ale wszyscy będziemy żyć podobnym, pełnym pędu, hałasu i braku refleksji życiem. Jesteśmy istotami społecznymi, stworzonymi do bycia w grupie i wśród innych. Jednak ani w grupie, ani w hałasie nie możemy być cały czas. Potrzeba wielu rzeczy i czynników, by mieć bogate życie, jednym z nich – ważnym i niezbędnym – jest cisza. Może nas ocalić.

  1. Psychologia

Bezsenność a emocje

Kłopoty ze snem nazywane są już epidemią XXI wieku. (Fot. iStock)
Kłopoty ze snem nazywane są już epidemią XXI wieku. (Fot. iStock)
Kiedy nie możesz zasnąć, zamiast łykać tabletkę, przyjrzyj się swoim emocjom. Nie tylko dlatego, że wreszcie masz na to czas. W ten sposób dotrzesz do źródła problemu, a nie tylko zagłuszysz jego objawy. 

Kłopoty ze snem nazywane są już epidemią XXI wieku. Według statystyk WHO, doświadcza ich, przynajmniej przejściowo, ponad 90 proc. mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych. Na szczęście mniej niż jedna trzecia cierpi na bezsenność „właściwą”, czyli długotrwałą. Pozostali padają zwykle ofiarą zaburzeń snu, spowodowanych przez podenerwowanie, napięcie nerwowe czy wysoki poziom stresu.

– Kiedy jesteśmy emocjonalnie pobudzeni, długo nie udaje nam się zasnąć; czasem pojawiają się też inne problemy: sen płytki lub przerywany. Możemy się w ciągu nocy wybudzać i nie móc ponownie zasnąć – mówi psycholog i terapeutka, Ewa Klepacka-Gryz. I dodaje: – Pobudzenie emocjonalne może negatywnie wpływać też na fazę REM, czyli tę, w której organizm najlepiej wypoczywa.

Stres, ale nie tylko

Napięcie kojarzy się ze stresem – a ten z lękiem, obawami, złymi wieściami, strachem przed czymś, negatywnymi przeżyciami, kłopotami finansowymi, utratą pracy… Takie napięcie może spędzać sen z powiek, i to nikogo nie dziwi – bo kto zasnąłby smacznie, panicznie się czegoś bojąc? Ale napięcie emocjonalne może być też spowodowane innymi czynnikami; takimi, których na co dzień nie kojarzymy z bezsennością. Przykłady? Silne przeżycia w ciągu dnia, także pozytywne – bo coś nam naprawdę super poszło i wciąż wraca do nas smak zwycięstwa; usilne oczekiwanie na coś, co ma dopiero nadejść, a czego bardzo pragniemy; wizyta kogoś, kogo bardzo, ale to bardzo chcemy zobaczyć; zbliżający się awans… Choć to rzeczy, które cieszą, nie pozwolą nam zasnąć, bo pobudzają emocje.

– Stres i emocje – zarówno te przyjemne, jak i te niemiłe – sprawiają, że organizm przechodzi w stan czuwania. Na poziomie biochemicznym nie odróżnia on  emocji negatywnych od pozytywnych i na oba rodzaje reaguje taką samą lawiną zdarzeń – wyjaśnia Ewa Klepacka-Gryz. – Rośnie wtedy prędkość przewodzenia bodźców w układzie nerwowym, organizm zaczyna produkować neuroprzekaźniki, będące odpowiedzią na daną sytuację: podnosi poziom nor-adrenaliny. Jej obecność zaburza produkcję melatoniny w szyszynce. Współczulny układ nerwowy, zwany także sympatycznym (ten, który aktywizuje nas w sytuacjach stresowych), pod wpływem noradrenaliny wysyła do narządów wewnętrznych cały szereg impulsów. Sprawiają one, że przyspiesza czynność serca i ruchy oddechowe. Sen nie ma szans nadejść, bo właściwie całe ciało reaguje na pobudzone emocje.

Odłączyć głowę

Całą tę lawinę może wywołać kilka budzących napięcie myśli! Ten mechanizm sprawia, że przyczyną kłopotów z zaśnięciem może być nawet… lęk przed problemami z zaśnięciem. Zdaniem Ewy Klepackiej-Gryz często wystarczy, że wieczorem przewracamy się z boku na bok, zaciskając oczy i powtarzając sobie w myślach: „Muszę zasnąć, muszę zasnąć, co to będzie, na pewno nie zasnę” – aby mieć pewność, że to nie będzie smacznie przespana noc. Dlaczego? Bo ciało dostało od głowy sygnał „uwaga, problem!” i się w jego obliczu spięło – bo problem to informacja dla mózgu, która uruchamia procedurę „reakcja stresowa”. A im wcześniej musimy rano wstać, tym bardziej jesteśmy zdenerwowani tym, że nie zaśniemy.

– Wielu moich pacjentów opowiada tę samą historię: „Wczoraj rano szef mnie zdenerwował i wiedziałam, że noc mam z głowy”. I co? Rzeczywiście tak się dzieje! Można się w ten sposób zaprogramować na trudności ze snem – mówi psycholożka.

Jak wyhamować?

Do uczucia senności potrzebujemy… wyhamować. I to dosłownie. W naszym układzie nerwowym współdziałają dwa układy: współczulny (autonomiczny) i przywspółczulny (parasympatyczny, cholinergiczny). Ten pierwszy jest odpowiedzialny za mobilizację organizmu. Drugi podukład (parasympatyczny) działa odwrotnie: wycisza nas, likwidując efekty pobudzenia. W ciągu dnia przeważa praca układu współczulnego. Nocą to parasympatyczny powinien przejąć kontrolę. Jeśli jednak jesteśmy pobudzeni, ponieważ emocje szaleją, ta „zmiana warty” nie następuje. Trzeba nacisnąć „nerwowy hamulec”. Organizm stanie się senny, jeśli mózg zacznie produkować neuroprzekaźniki, wydzielane, gdy jesteśmy zadowoleni, bezpieczni i spokojni. Są to serotonina, dopomina, melatonina i gabapentyna. Zwłaszcza ta ostatnia, produkowana przez receptor GABA, jest ważna dla procesów snu i czuwania. Można tę wiedzę wykorzystać, wypijając przed snem kubek herbaty z melisy – potrafi wpływać na receptor GABA, który pod jej wpływem zaczyna swoje hamujące działanie: wyciszają się myśli, łagodnieją lęki, a ciało zaczyna się rozluźniać. Tylko wypijmy napój spokojnie, siedząc na kanapie, na godzinę przed snem.

– Pamiętajmy, że jeśli nie czujemy senności, nie ma sensu się w ogóle kłaść. Zaciskanie oczu czy liczenie baranów nic nie da – przekonuje Ewa Klepacka-Gryz. – Lepiej wstać, poczytać książkę, napić się ciepłego mleka i wrócić do łóżka, gdy poczujemy zmęczenie. Możemy zjeść coś, co zawiera tryptofan, substancję, która korzystnie działa na sen. Znajdziemy ją w dojrzałych bananach, halibucie, nasionach słonecznika, ale też dyni i owocach awokado.

Wieczorne rytuały

Psycholożka nie poleca „chodzenia do łóżka” z pracą. Wiele osób urządza sobie w sypialni wręcz drugie biuro. To zły pomysł.

– Nasze ciało jest nawykowe. Łóżko ma kojarzyć się głównie ze spaniem – organizm powinien dostawać sygnał „spać!” poprzez sam kontakt z pościelą – mówi psycholożka. Jeśli jesteśmy wieczorem spięci, trzeba to napięcie zredukować. Masaż, relaksująca kąpiel, wieczorny spacer, serdeczna rozmowa z kimś bliskim – to wszystko pomaga pozbyć się stresu. Ewa Klepacka-Gryz proponuje wprowadzenie wieczornych rytuałów i wizualizacji. – Nawykowość naszego ciała sprawia, że rytuały przez swoją powtarzalność pomagają – mówi. – Jednym z nich może być taka wizualizacja: wyobraźmy sobie pudełko, do którego odkładamy wszystkie kłopoty, jeden po drugim. Pudełko zamykamy na klucz i odstawiamy gdzieś daleko. Mózg jest na takie wizualizacje bardzo podatny. Dobrze też zrobi trening autogenny Schulza: wyobrażamy sobie, jak każdy fragment ciała rozluźnia się, staje się ciężki i ciepły. Doskonale odpręża również pewne ćwiczenie: trzeba położyć się na plecach, ułożyć dłoń płasko na pępku i swobodnie, głęboko oddychać. Po jakimś czasie zauważamy, że dłoń zaczyna wędrować, najczęściej kreśląc kółeczka dookoła pępka. To ćwiczenie na tyle wycisza emocje, że moje pacjentki zasypiają nawet w gabinecie.

  1. Psychologia

Świadome milczenie - sposób na osiągnięcie wewnętrznego spokoju

Świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. (fot. iStock)
Świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. (fot. iStock)
Żeglarze mówią o ciszy przed burzą, gdy na kilka minut przed nadejściem sztormu wiatr cichnie i fale się uspokajają. My na lądzie, trochę naiwnie, wolimy „zagadywać ciszę”, żeby uchronić się przed życiowymi burzami. Tymczasem to właśnie świadome milczenie pomaga osiągnąć wewnętrzny spokój. Bez niego trudno znieść gwar i chaos codzienności. Na własnej skórze przekonała się o tym Monika Stachura.

W dniu 29 sierpnia 1952 roku w sali koncertowej Maverick w stanie Nowy Jork melomani usłyszeli 273 sekundy ciszy. Nie był to jednak przypadek ani awaria techniczna, a utwór zatytułowany „4´33˝”  amerykańskiego kompozytora Johna Cage’a, który z zamiarem jego napisania nosił się od lat. Wykonawcą kompozycji był młody pianista David Tudor, który zachowywał się zgodnie z konceptem twórcy: w oznaczonym na partyturze czasie opuszczał i podnosił klapę klawiatury instrumentu, sygnalizując w ten sposób trzy kolejne części. Po ostatniej zbulwersowana widownia zaczęła głośno dyskutować o tym, co zobaczyła. Właśnie to przyglądanie się – zamiast słuchania, bo przecież przestrzeń była pełna odgłosów dobiegających spoza budynku i od strony audytorium –  zarzucił jej potem Cage.

Pięćdziesiąt lat później publiczność zdawała się już bardziej doceniać podobne poszukiwania artystyczne. W  2005 roku do kin trafił niemiecki dokument w reżyserii Philipa Gröninga „Wielka cisza”, opowiadający o klasztorze Kartuzów położonym we francuskich Alpach, niespełna 30 km od popularnego ośrodka sportów zimowych Grenoble. Ponaddwugodzinny film, w którym jedynym dźwiękiem były śpiewy mnichów, nie tylko spodobał się widzom, ale i otrzymał dwie ważne nagrody: Europejską Nagrodę Filmową oraz Nagrodę Jury w konkursie Kino Światowe na festiwalu Sundance. Wygląda na to, że w naszych niespokojnych czasach coraz więcej osób zwraca się ku ciszy. I nic dziwnego, skoro – jak twierdzi Eckhart Tolle, jeden z najbardziej wpływowych nauczycieli duchowych – to ona jest naszą prawdziwą naturą.

W 2013 roku w SENSie, gdy nie pracowałam jeszcze w redakcji, ukazał się wywiad z ówczesnym opatem klasztoru w Tyńcu. Benedyktyni nie składają ślubów milczenia, ale to podstawowy element w ich formacji duchowej, który znalazł się w regule opracowanej przez założyciela zgromadzenia, św. Benedykta z Nursji. Nic dziwnego, ponieważ w tradycji monastycznej milczenie jest głęboko zakorzenione, jego początki sięgają pierwszych wieków chrześcijaństwa i tradycji tzw. ojców pustyni, którzy upatrywali w nim nade wszystko możliwość lepszego usłyszenia głosu Boga, ale też uwolnienia się od pokusy popełniania grzechów mową. We wspomnianym wywiadzie ojciec Bernard Sawicki jako przykład przywołuje „krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych”. „Cisza to wyraz pokoju” –  dodaje. A tego przecież pragniemy wszyscy!

Walenie serca, szum krwi

Doświadczenie „4´33˝” utwierdziło Johna Cage'a w przekonaniu, że całkowita cisza nie istnieje. To samo, już z naukowego punktu widzenia, twierdzi Mylènse Pardoen z Instytutu Studiów nad Człowiekiem w Lyonie. Na szczęście, można by powiedzieć, bo już nawet pobyt w tzw. komorach bezodbiciowych, czyli specjalnie wygłuszonych pomieszczeniach do testowania głośności, przyprawia ludzi o szaleństwo.

Powieściopisarz George Foy tak wspomina swój pobyt w laboratoriach Orfield w Minnesocie, gdzie znajduje się drugie z kolei (po nowo otwartym laboratorium firmy Microsoft w Redmond w stanie Waszyngton) najcichsze miejsce na Ziemi: „Kiedy zamknęły się za mną drzwi, zatopiłem się w ciemności (światła mogą wytwarzać hałas). Przez kilka pierwszych sekund czułem, że tak spokojne miejsce jest jak nirwana, jak balsam na moje stargane nerwy. Starałem się usłyszeć cokolwiek i… nie słyszałem nic. Po jakiejś minucie czy dwóch zauważyłem, że oddycham, więc wstrzymałem oddech. Potem doszedł do mnie głuchy odgłos bicia serca – z tym nic nie mogłem zrobić. Wraz z upływem kolejnych minut usłyszałem szum krwi płynącej w żyłach. W cichym miejscu słuch się wyostrza, mój pracował ponad wszelką normę. Zmarszczyłem czoło i usłyszałem, jak skóra głowy przesuwa się po czaszce, co wydawało dziwaczny upiorny metaliczny dźwięk, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Doznałem halucynacji? Poczucie spokoju ustąpiło miejsca rozczarowaniu – to miejsce wcale nie było ciche”.

Trud odosobnienia

Organizowane w różnych nurtach duchowości odosobnienia cieszą się dużą popularnością, lubię ciszę, więc od dawna wybierałam się na jedno z nich. Trochę jak sójka za morze. Aż do chwili, gdy pewnego dnia – podejmując decyzję w ostatniej chwili – znalazłam się w jednym z ośrodków rekolekcyjnych oo. jezuitów.

Z przekazów innych uczestników wiem, że zazwyczaj przejście w stan milczenia poprzedza wprowadzenie. Ponieważ jednak wraz z kilkorgiem osób dołączyliśmy do grupy, która rozpoczęła swoje skupienie kilka dni wcześniej, wpadłam od razu na głęboką wodę. Już pierwszy posiłek na miejscu odbywał się w ciszy, przerwanej bardzo krótkim komunikatem ojca prowadzącego skupienie. Ale – jak się okazało – to wcale nie brak możliwości rozmowy okazał się największym problemem.

Podczas naszych dni skupienia nie dążyliśmy do osiągnięcia idealnej ciszy wokół, a do osiągnięcia ciszy wewnętrznej, także poprzez milczenie. Nie tzw. znaczące, które zwiastuje kryzys w relacji ani wstydliwe czy zalęknione milczenie ofiary, lecz świadome powstrzymanie się od mówienia, także przez telefon, w zaciszu pokoju czy na spacerze. Z mojej perspektywy było to najłatwiejsze, bo i sama na co dzień często wybieram ciszę: w domu nie mam telewizora ani radia, za pośrednictwem Internetu słucham i oglądam tylko to, co chcę, i szczerze mówiąc, mam nawet problem z zaśnięciem, gdy na wakacjach trafiam na pokoje z oknami wychodzącymi na ulicę.

Trudne nie było nawet to, że wzajemnie się nie pozdrawialiśmy, nie pytaliśmy, czy wszystko dobrze, i nie proponowaliśmy herbaty podczas posiłków – choć przyznaję, że z początku wydawało mi się to nienaturalne i jakby niegrzeczne. Prawdziwym, wielkim wyzwaniem było wyciszenie wewnętrzne. Miałam wrażenie, że niezajęty mówieniem umysł w każdej, dosłownie w każdej jednej chwili produkuje tysiące niepowiązanych myśli. Prawdziwy atak przypuszczały one, gdy rozpoczynaliśmy medytację – niepokoiłam się upomnieniem o zwrot książek z biblioteki, prowadziłam wyimaginowane dialogi, odpowiadałam w myśli na maile, myślałam o pracy, rodzinie, robiłam plany na wakacje... „To normalne – uprzedził nas wcześniej jezuita prowadzący dni skupienia – najważniejsze, to jak najszybciej uchwycić ten moment i powrócić do modlitwy, dla której tu jesteście”. Normalne i bardzo powszechne – jak się okazało po zakończeniu skupienia, gdy wielu uczestników podzieliło się wrażeniami.

Moje odosobnienie trwało trzy dni, z których każdy był dokładnie taki sam jak poprzedni. Zaczęło się od krótkiego treningu oddechowego, podstawy każdej medytacji. Pierwsza sesja trwała 10 minut, kolejne o pięć minut dłużej – mieliśmy nie kontrolować zegarków i czekać na sygnał końca. Pomiędzy sesjami robiliśmy krótkie przerwy, cały czas w skupieniu, tylko po to, by wyrwać z odrętwienia nieprzyzwyczajone do siedzenia w całkowitym bezruchu ciała. Doświadczenie innego upływu czasu, gdy pozostaje się z zamkniętymi oczami w ciszy, znane jest każdemu, kto kiedykolwiek medytował. Nakaz milczenia sprawia, że nie można się od razu wygadać i dłużej zachowujemy je w sobie.

Ojciec rekolekcjonista z dużą uważnością uczulał nas zresztą na to, by powstrzymać się od mówienia nawet w tzw. dobrej wierze, gdy cisza może w gwałtowny sposób wyzwolić u kogoś długo tłumione emocje. To dało mi do myślenia, jak bardzo słowem, okrzykiem czy głośnym komentarzem możemy nieświadomie naruszyć czyjąś przestrzeń i jego spokój wewnętrzny...  Nie mam już wątpliwości, że milczenie uwrażliwia na innych.

Tęsknota za milczeniem 

„Poszukiwanie ciszy zmieniło moje życie. Zrozumiałem, że pozostawienie przestrzeni na chwile ciszy w ciągu dnia to klucz do szczęścia – dają możliwość do zastanowienia się, czego chcesz w życiu. Jak możesz naprawdę skupić się na czym ważnym, jeśli jesteś rozpraszany przez ciągły hałas w tle? Jeśli możesz co jakiś czas stać się panem dźwięku we własnym otoczeniu – począwszy od wyłączenia telewizji aż do przeprowadzki na wieś, jak ja zrobiłem – o wiele łatwiej akceptujesz codzienny gwar” – mówił George Foy. A ten będzie tylko głośniejszy, bo żyjemy w erze kakofonii: dookoła nas co chwila rozbrzmiewają dzwonki i powiadomienia telefonów, do tego nieprzerwany hałas samochodów,  rozmowy w autobusie czy tramwaju, głośna muzyka w sklepach i centrach handlowych. Jak najczęściej staram się być panią dźwięków we własnym domu, ale wciąż tęsknię za całkowitym milczeniem. Następnym razem wybiorę się na dłużej.