1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Czy da się "dogadać" z hormonami?

Czy da się "dogadać" z hormonami?

Cykl miesiączkowy to nie tylko jego główna bohaterka, owulacja. To też pozostałe dwa, trzy tygodnie, a zmianom poziomu hormonów płciowych w ich trakcie towarzyszą zmiany podstawowych markerów zdrowia. (Ilustracja: iStock)
Cykl miesiączkowy to nie tylko jego główna bohaterka, owulacja. To też pozostałe dwa, trzy tygodnie, a zmianom poziomu hormonów płciowych w ich trakcie towarzyszą zmiany podstawowych markerów zdrowia. (Ilustracja: iStock)
Chcesz zapanować nad swoim życiem? Zapanuj nad hormonami – mawia amerykańska terapeutka holistyczna Alisa Vitti, autorka książki „Kod kobiety”. To właśnie poziom hormonów sprawia, że każdy tydzień czy wręcz dzień z życia kobiety jest inny.

Buzują i szaleją. Wiadomo: hormony. Tymczasem to nie tylko one sterują nami. My też możemy na nie wpływać, na przykład poprzez dietę.

Wpływają na nasz nastrój, szanse na zajście w ciążę, wyniki badań laboratoryjnych, gotowość do aktywności fizycznej. A nawet umiejętność podejmowania decyzji, kreatywnego myślenia i wyrażania siebie. Cykl miesiączkowy to nie tylko jego główna bohaterka, owulacja. To też pozostałe dwa, trzy tygodnie, a zmianom poziomu hormonów płciowych w ich trakcie towarzyszą zmiany podstawowych markerów zdrowia. Mimo to niewiele jest badań poświęconych cyklowi i temu, jaki ma wpływ na ogólny stan zdrowia, optymalną dietę, styl życia. Wyjątkiem jest badanie BioCycle, które w latach 2005–2007 przeprowadzono na próbie 259 kobiet ze stanu Nowy Jork.

Sprzątanie estrogenu

Każda z uczestniczek była obserwowana przez dwa cykle, w trakcie których notowała swoją dietę, aktywność fizyczną, sen i odczuwany poziom stresu, a także ośmiokrotnie pobierano jej krew, którą poddawano analizom. Zebrano dane, z których naukowcy wyciągają wnioski do dziś. Jednym z najważniejszych celów regulacji hormonów jest redukcja poziomu estrogenów. Mamy ich zwykle za dużo, bo wątroba zbyt ospale się ich pozbywa, a ksenoestrogeny (metale ciężkie, pestycydy i inne substancje chemiczne, leki) „czytane” są przez organizm jak hormony.

Nadmiar estrogenu w stosunku do progesteronu nasila PMS i PMDD (cięższy rodzaj zespołu napięcia przedmiesiączkowego, wykazujący wiele cech depresji), a w długim okresie może zwiększać ryzyko wystąpienia nowotworów piersi. Im więcej w diecie cukru, produktów rafinowanych (np. mącznych) i tłuszczów zwierzęcych, a mniej pełnoziarnistych zbóż i warzyw, tym gorzej. Pełna gama minerałów i witamin pochodzących ze zdrowego pełnowartościowego jedzenia pomaga regulować pracę gruczołów. Błonnik zaś ułatwia „sprzątnięcie” nadmiaru estrogenów (i innych hormonów płciowych) krążących w organizmie i zabezpiecza przed ich ponownym wchłonięciem. Wyniki badania BioCycle potwierdzają tę prawidłowość, ale pojawia się jedno zastrzeżenie istotne dla kobiet pragnących zajść w ciążę. Im więcej błonnika, tym niższy poziom estradiolu i większa częstotliwość cykli bezowulacyjnych. Dotyczy to jednak tylko błonnika pochodzącego z owoców, ten z warzyw nie ma takiego wpływu.

Znachorka od hormonów

Danych i zaleceń nauka ma dla nas sporo, ale jak je wdrożyć, by wyzdrowieć i nie zwariować? Motywacji, żeby dogadać się wreszcie ze swoimi hormonami, może być wiele – od nieregularnych czy bolesnych miesiączek, przez problemy z zajściem w ciążę, zespół policystycznych jajników, po profilaktykę raka.

W planowaniu miesiąca dzień po dniu, a przynajmniej tydzień po tygodniu, pomocna okazuje się tzw. medycyna integracyjna, łącząca konwencjonalną medycynę zachodnią z naturalną. Na świecie przybywa tzw. trenerek hormonalnych. To osoby, które często same borykały się z tzw. problemami kobiecymi, niekoniecznie absolwentki uczelni medycznych, raczej specjalistycznych kursów. Wchodzą w tradycyjną rolę kobiet znachorek. O ich skuteczności świadczy grono wyleczonych pacjentek.

Mieszkająca w Australii Miranda Bond dzięki radykalnej zmianie stylu życia zaszła w ciążę mimo endometriozy, a później założyła firmę produkującą naturalne kosmetyki. Dziś dzieli się wiedzą, prowadząc seminaria dla kobiet na całym świecie, radami dzieli się na łamach „Vogue’a”, „Cosmopolitana” czy „GoodHealth”. U A we wczesnej młodości zdiagnozowano zespół policystycznych jajników. Dziś jest matką, autorką tłumaczonej na wiele języków książki „Kod kobiety”, a jej wystąpienie na TEDxFiDi obejrzało milion osób. Vitti stworzyła aplikację mobilną o nazwie MyFlo (jej cena to 1,99  dol.), która dzień po dniu przypomina kobietom, co jest dla nich dobre.

Osobistą programistkę hormonalną możemy zainstalować w swoim telefonie od zaraz. Im więcej powiemy jej o sobie, tym większa szansa, że dobrze doradzi nam np., co jeść, aby wydłużyć cykl, na kiedy zaplanować seks, a kiedy trening na siłowni zamienić na szybki marsz lub łagodną jogę. Aplikacja rejestruje też informacje o niepokojących symptomach, takich jak plamienia, bóle piersi, drażliwość, kłopoty ze snem. Użytkowniczki otrzymują od razu podstawowe porady, jak im zapobiegać, a jeśli potrzebują indywidualnej konsultacji, mogą ją zamówić przez aplikację. Pierwszy w Polsce ośrodek leczniczo-integracyjny założyła pochodząca z Indii ginekolog-położnik dr Preeti Agrawal. W swojej praktyce łączy medycynę akademicką i naturalną, ajurwedę, medycynę chińską, ziołolecznictwo. W 2009 roku za działalność na rzecz kobiet otrzymała Kryształowe Zwierciadło.

Wdrożenie wszystkich zaleceń terapeutów integracyjnych to wyzwanie. Zmian warto dokonywać powoli, pamiętając, jaką mamy motywację. Kobiety podejmujące dietę mają wyższy poziom kortyzolu we krwi, a tego dla zdrowia nie chcemy.

Cztery pory cyklu (na podstawie książki „Kod kobiety”)

Faza folikularna, czas trwania 7–10 dni Poziom energii: wysoki. Dobry moment na robienie planów na przyszłość, działalność twórczą i rozstrzyganie ważnych kwestii. Dobry moment na zbieranie nowych doświadczeń (również seksualnych) i spotkania towarzyskie. Dieta: najlepiej lekka, żeby nie obciążać organizmu, który w tym czasie jest naturalnie pobudzony. Stężenie hormonów we krwi dopiero wzrasta, więc można sięgać po produkty bogate w fitoestrogeny. Włącz do jadłospisu kiszonki, dużo warzyw, chude białka, skiełkowane strączki i pełne zboża. Wskazane gotowanie na parze i stir-fry. Ruch: dobry moment na bardziej intensywne ćwiczenia.

Owulacja i faza okołoowulacyjna, czas trwania 3–5 dni W tym czasie wzrasta poziom testosteronu, który odpowiada za apetyt na seks, więc warto go wykorzystać. Para estrogen i testosteron stymuluje też części mózgu odpowiedzialne za komunikację werbalną i szybkie podejmowanie decyzji – są one wówczas nawet o 25 proc. sprawniejsze niż przeciętnie. Dobry czas na randki, rozmowę o podwyżce i ustalanie ważnych kwestii z partnerem. Dieta: poziom energii jest naturalnie wysoki, podobnie jak stężenie estrogenu, więc nie należy przesadzać z węglowodanami. Dużo warzyw i owoców pomoże usunąć nadmiar estrogenu i zapobiegnie uczuciu pełności w następnej fazie cyklu. Ruch: każdy jest dobry. Jeśli chcemy zajść w ciążę, unikajmy większego wysiłku fizycznego, bo ten podnosi poziom hormonu stresu, kortyzolu.

Faza lutealna, czas trwania 10–14 dni Poziom estrogenu nadal rośnie, aż do zaniknięcia ciałka żółtego i zatrzymania produkcji progesteronu. Pod koniec tej fazy wzrasta też lekko poziom testosteronu. Poziom energii: spadkowy, mogą się pojawić symptomy PMS: drażliwość, bóle głowy, wahania nastroju, napady zachcianek. Dobry moment za zajęcie się sprawami domowymi, przeglądem szaf, rachunków, gotowanie. W pracy w tym czasie zamiast planować, lepiej odhaczać jedno drobne zadanie za drugim. Warto pomyśleć o przyjemnościach, takich jak masaż, kąpiel czy wieczór z książką. Dieta: czas przygotować się do menstruacji, uzupełnić zapas mikroelementów, a zwłaszcza witaminy B, wapnia, magnezu, żelaza. Skrzyp, fenkuł, czereśnie i zielona herbata jako diuretyki zapobiegną zatrzymaniu wody w organizmie. Żeby zaspokoić zapotrzebowanie na smak słodki, sięgaj po warzywa korzeniowe, zwłaszcza pieczone. Ruch: zależnie od samopoczucia, ćwiczenia bardziej wymagające lub łagodniejsze, np. joga lub spacer.

Faza menstruacyjna, czas trwania 3–7 dni Poziom energii: zmienny. Bóle i skurcze menstruacyjne wkrótce ustąpią miejsca uczuciu ulgi i ponownemu przypływowi chęci do życia. Prawa i lewa półkula mózgu dobrze się teraz ze sobą komunikują, więc warto posłuchać tego, co mówi nam intuicja. Powracające tematy, jak np. odczuwane regularnie niezadowolenie z relacji, to ważne sygnały. Dieta: warto wybierać warzywa bogate w wodę, gotować zupy i dodawać do nich bogate w mikroelementy algi. Ruch: Spacery, łagodna joga i ćwiczenia rozciągające.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie?
Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać?
Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie?
Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania?
Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej?
Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas?
To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję.
To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory.
Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie.
Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać?
Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Zdrowie

Kobiecy cykl a fazy Księżyca

Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca. Kobieta jest wtedy pełna energii, twórcza, kreatywna, czuje się bardziej zmysłowa. Chce tańczyć, tworzyć, ma szalone pomysły. (Ilustracja: iStock)
Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca. Kobieta jest wtedy pełna energii, twórcza, kreatywna, czuje się bardziej zmysłowa. Chce tańczyć, tworzyć, ma szalone pomysły. (Ilustracja: iStock)
Skoro to Księżyc odpowiada za przypływy i odpływy mórz, nic dziwnego, że może też wpływać na nasze emocje. Jak twierdzi Kirsty Gallagher, zwłaszcza kobiety są „lunarne”, bo ich życie jest podporządkowane cyklom. Jak więc – zamiast z tym walczyć – czerpać z tego energię?

Z czym kojarzy ci się Księżyc? Pewnie nieraz zdarzyła ci się bezsenna noc. Może dopiero po czasie dowiedziałaś się, że sprawcą niemożności zmrużenia oka do bladego świtu była… pełnia Księżyca. Przez lata spekulowano na temat wpływu faz Księżyca na sen, przeprowadzono nawet wiele eksperymentów. Kilka lat temu jeden z nich opracowali badacze z Uniwersytetu w Bazylei oraz Szwajcarskiego Centrum Medycyny Snu. Przez trzy lata , w różnych porach roku monitorowano sen ponad 30 ochotników. Badacze obserwowali reakcje organizmu, a także pytali badanych o ich samopoczucie. Okazało się, że w ciągu trzech–czterech dni sąsiadujących z pełnią zasypianie zajmowało badanym średnio o pięć minut dłużej, a ich sen kończył się 20 minut szybciej. Krótsze były fazy snu głębokiego i niższy poziom melatoniny. Dlaczego jednak pełnia księżyca w taki sposób wpływa na nasz organizm, nie wiadomo nadal...

W książce „Żyj zgodnie z fazami Księżyca” Kirsty Gallagher, coach, nauczycielka jogi i medytacji oraz założycielka wirtualnej społeczności dla kobiet Lunar Living, tłumaczy, że w starożytności księżyc był wyznacznikiem mijającego czasu, a ludzie podporządkowywali jego kwartom całe swoje życie. Jego siła przyciągania wywołuje przypływy i odpływy nie tylko mórz i oceanów, ale także naszej wewnętrznej energii, naszych marzeń i emocji. Szybkie tempo życia sprawiło, że zaczęliśmy żyć zgodnie z terminarzem oraz zegarkiem, i straciliśmy kontakt ze swoimi naturalnymi, wewnętrznymi rytmami, intuicją i pragnieniami. Zapomnieliśmy, że jesteśmy częścią natury, która jest cykliczna i żyje według rytmu.

Bezsenna noc to jedno, ale wiele osób, zwłaszcza kobiet, opowiada, że w okolicy pełni i nowiu dzieją się z nimi „dziwne” rzeczy, których nie sposób racjonalnie wytłumaczyć.

Twój wewnętrzny księżyc

Cykl miesięczny kobiet jest odbiciem procesu, jaki w ciągu około 29 i pół dnia przechodzi Księżyc. Uważnie obserwując siebie na przestrzeni miesiąca, możesz prześledzić zmiany, które zachodzą w twoim ciele, umyśle i sercu. To pozwoli ci popatrzeć na swoje ciało nie jak na „sprawcę” dolegliwości związanych z PMS, bolesnych czy obfitych miesiączek, ale niezwykle czuły instrument zintegrowany z rytmem wszechświata.

Cykl miesiączkowy to nie tylko menstruacja, lecz także owulacja i fazy pomiędzy nimi. Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca; jesteś pełna energii, twórcza, kreatywna, czujesz się kobieca i zmysłowa. Chcesz tańczyć, tworzyć, do głowy przychodzą ci szalone pomysły. Po owulacji twoja energia zaczyna się obniżać. Tydzień przed miesiączką (najtrudniejszy moment cyklu, tzw. PMS) bywasz rozdrażniona, każdy drobiazg staje się problemem, czujesz się mało atrakcyjna, nie masz ochoty na seks. Czas krwawienia to odpowiednik księżycowego nowiu, zejście w cień. Możesz odczuwać potrzebę izolacji, odosobnienia. To również czas na oczyszczenie ze wszystkiego, co ci nie służy, co się wypaliło, spełniło już swoje zadania. Dawniej kobiety w trakcie miesiączki (do dziś zdarza się, że te żyjące blisko siebie miesiączkują w tym samym czasie) spotykały się w Czerwonym Namiocie i wspólnie celebrowały ten czas, odpoczywały i regenerowały siły.

Po miesiączce (kiedy księżyca przybywa) w twoim ciele wzrasta poziom estrogenów, a wraz z nim energia i chęć działania w świecie, które osiągają apogeum w momencie owulacji. I w ten sposób zamyka się miesięczny cykl, będący odwzorowaniem tego, co dzieje się z Księżycem podczas wędrówki wokół Ziemi – zupełnie tak jakbyś miała w środku swój wewnętrzny księżyc.

Świadomość tego procesu to nie tylko możliwości odbudowania bliskiego kontaktu z własnym ciałem, ale także obudzenie pamięci pradawnego, tajemniczego związku księżyca z kobiecym łonem i płodnością.

Życie w rytmie oddechu

W starożytności kobiety były kapłankami księżyca; strzegły kalendarza, przewodniczyły lunarnym rytuałom, żyły zgodnie z rytmem wyznaczanym przez jego fazy.

Cykl lunarny trwa od 27 do 29,5 dnia. Nów ma miejsce, kiedy Słońce, Księżyc i Ziemia ustawione są w linii prostej, a Księżyc znajduje się między Ziemią a Słońcem. Słońce oświetla tę stronę Księżyca, której nie widzimy, więc może się wydawać, że znika z nieboskłonu. Podczas pełni Księżyc i Słońce znajdują się po przeciwnych stronach Ziemi, a Słońce całkowicie oświetla widoczną stronę Księżyca. To wtedy najbardziej czujemy jego magiczną moc.

Kristy Gallagher zachęca, żeby wykorzystać cykle księżyca do przywrócenia kontroli nad własnym życiem i lepszego zrozumienia swoich emocji. Miesiąc, jak kiedyś o nim mówiono, może być jednym z najważniejszych nauczycieli i nie chodzi jedynie o cykl menstruacyjny. Również te z nas, które już nie miesiączkują albo stosują antykoncepcję hormonalną, mogą skorzystać z rad księżycowego terapeuty. Życie w zgodzie z fazami Księżyca pomaga nam odkryć i zrozumieć nasze wewnętrzne rytmy, a w konsekwencji lepiej o siebie zadbać.Nawet jeśli, na początku, tylko dwa razy w miesiącu – w czasie nowiu i pełni – skoncentrujesz się na swoim wnętrzu, poczujesz swoje emocje, sprawdzisz, w jakim miejscu rozwoju jesteś – powoli zaczniesz się zbliżać do samej siebie, lepiej się poznawać, rozumieć, co jest dla ciebie ważne albo czego potrzebujesz. A to jest właśnie podstawowy cel każdej terapii psychologicznej! Każdego miesiąca masz dwie szanse, żeby podłączyć się pod energię księżyca, otworzyć to, czego potrzebujesz i uwolnić się od wszystkiego, co stoi ci na przeszkodzie.

Zdaniem Kirsty Gallagher cykl księżyca możemy porównać do cyklu oddechu. W nowiu ma najmniejszą energię, jest jakby na dole wydechu – czujesz, że masz ochotę zamknąć oczy, wycofać się, pozostać w ciszy i bezruchu. Nawet twoje ciało chce skulić się, zamknąć w sobie. To najlepszy czas na pobycie w zatrzymaniu. Gdy zaczynasz robić wdech, czujesz przypływ energii, to moment przybierania Księżyca po nowiu, jakbyś wdychała w siebie życie. Powraca energia i chęć działania. Pełnia Księżyca to szczyt wdechu – czujesz się całkowicie napełniona, spełniona, wszystko wydaje się możliwe. Twoje ciało rozszerza się, otwiera, przyjmuje. Potem przychodzi pora na wydech – czas ubywającego Księżyca – uwalniasz się, puszczasz, odpuszczasz, poddajesz się...

A teraz pomyśl: co by się stało gdybyś na siłę, wbrew naturze procesu, zatrzymała się na którejś z faz oddechu, np. na szczycie wdechu? Często tak właśnie zachowujemy się w życiu: zatrzymujemy stare, nieefektywne, bo boimy się zmian, żyjemy zewnętrznymi dyrektywami, gubiąc swój naturalny rytm... Praca z cyklami księżyca pozwala powrócić do właściwego cyklu oddechu i życia, i zachować naturalny przepływ.

Lunarna terapia

Ściągnij aplikację faz Księżyca i chociaż przez miesiąc poobserwuj swoje samopoczucie w fazie pełni i nowiu.
  • Dostrój się do księżycowego oblicza swoich emocji. Swoją grawitacją Księżyc oddziałuje na świat żywiołu wody w naszym wnętrzu, a woda to nasze emocje, marzenia, intuicja i głos duszy. Jeśli przyjrzysz się swoim uczuciom, zauważysz, że falują one w rytmie przypływu i odpływu, często bez związku z tym, co ci się przydarza. W nowiu Księżyc ściąga nas w głąb naszych emocji – czujemy mocno i wyraźnie, w pełni – nasze emocje są najbardziej żywe, być może dlatego trudno nam zasnąć, bo domagają się ekspresji. Nie walcz z tym, co czujesz, nie zadawaj tysiąca pytać, dlaczego czujesz to, co czujesz. Po prostu oddychaj i czuj.
  • Mądrze zarządzaj swoją energią. Księżyc nie świeci całym swoim blaskiem przez 365 dni w roku. To cenna nauka dla nas, że jest czas na aktywność, działanie i czas na odpoczynek. Jeśli zatracisz się w pracy i nie znajdziesz chwili na odpoczynek, nie będziesz mieć energii, inspiracji i motywacji, gdy nadejdzie czas, by świecić. Może pora zrewidować swój kalendarz – czy wszystkie zapisane w nim obowiązki są na już i co się stanie jeśli coś sobie odpuścisz? Może warto odkryć, jak rozkłada się twoja dobowa energia; kiedy masz najwięcej siły do działania, a kiedy twoje ciało woła o przerwę? Poczuć, odkryć i… spróbować zastosować.
  • Zaufaj Księżycowi i samej sobie. Obserwacja faz Księżyca i świadomość, że przebiegają w ten sam sposób, w takim samym rytmie od początku istnienia świata, przywraca nam wiarę w coś większego – jakąś siłę przewodnią i pradawną wiedzę. To pozwala ci odkryć, przypomnieć sobie sens i cel twojego życia; poczuć, czy naprawdę chcesz żyć tak jak do tej pory. Czy lubisz swoją pracę? Czy masz wokół siebie ważnych ludzi? Czy częściej odczuwasz radość i miłość, czy raczej smutek i lęk? Jeśli dostroisz się do swoich autentycznych emocji, usłyszysz swój prawdziwy głos; poczujesz, czego naprawdę pragniesz. Zaczniesz czytać znaki i odkrywać ścieżki swojego życia.
  • Przywróć więzi. Księżycowy terapeuta pozwala nam zbliżyć się i połączyć nie tylko z samą sobą, ale także z innymi ludźmi i przede wszystkim z naturą. Może okazać się, że czucie i rozumienie swoich emocji otworzy cię na bardziej świadome życie. Poczujesz chęć zmiany rytmu dnia, diety, sposobu odpoczywania. Zatęsknisz za włączeniem do swojego życia ludzi, którzy czują i myślą podobnie. Odzyskany wewnętrzny spokój pozwoli ci zdystansować się do tego, co na zewnątrz.

Kąpiel księżycowa

W wieczór nowiu lub pełni weź kąpiel w wannie przy zapalonych świecach. Możesz dodać ulubione olejki czy sole aromatyczne. Zrób z tego rytuał i czas celebrowania, odpoczynek od zabieganego życia.
  • Podczas nowiu. Niech to będzie twój czas pielęgnacji własnej, przygotowującej cię na nadchodzący miesiąc. Wykorzystaj te chwile na wizualizację i pozytywne afirmacje.
  • Podczas pełni. Poświęć ten czas na przemyślenie pierwszej połowy cyklu, zastanów się, gdzie teraz jesteś i na ile być może oddaliłaś się od swych intencji zadeklarowanych podczas nowiu. Poproś wodę, aby zmyła z ciebie wszystko, co już ci nie służy, oraz wszelki lęk.
Polecamy: 'Żyj zgodnie z fazami księżyca', Kirsty Gallagher, wyd. Muza Polecamy: "Żyj zgodnie z fazami księżyca", Kirsty Gallagher, wyd. Muza

  1. Moda i uroda

Celebracja siły i piękna kobiet. Wyjątkowa współpraca marki Patrizia Pepe

Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Patrizia Pepe po raz kolejny wyraża swoją pasję do świata sztuki i kultury. Tym razem w ramach specjalnej współpracy z Ache77, młodym ulicznym artystą, znanym ze swojego współczesnego podejścia do techniki sitodruku, którą łączy z różnymi materiałami i powierzchniami.

Ache77 to czołowy przedstawiciel Galerii Street Levels. W swojej artystycznej interpretacji oddał charakter i cechy osobowości kobiety Patrizii Pepe. Jego grafika została zaprezentowana na oficjalnych kanałach społecznościowych marki. Tym samym Patrizia Pepe celebruje siłę i piękno kobiet, to właśnie im poświęca nowe przesłanie dotyczące jedności i samoświadomości, które powstało z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Patrizia Pepe (@patriziapepe)

Jak mówi Ache77: „Chciałem ukazać w oczach tej kobiety duszę tych, które uwielbiają obserwować, a jednocześnie są silne i odważne. Ludzie patrzą na nią i w intensywności tego spojrzenia rozpoznają kobietę, która jest świadoma siebie i nie boi się pokazać swojej odwagi. To przesłanie do wszystkich kobiet: nie bójcie się patrzeć na rzeczy, nie bójcie się pokazywać swojej siły!".

Grafika została zrealizowana w ramach szerszego projektu, którego celem jest wsparcie artystów w tym szczególnie trudnym okresie. To już kolejna tego typu współpraca, która podkreśla związek marki ze sztuką i regionem, z którego pochodzi. Dodatkowo Patrizia Pepe przekazała darowiznę na rzecz Galerii Street Levels, współzałożonej i promowanej przez Ache77 we Florencji.

- Oczy są ważnym elementem komunikacji niewerbalnej, za ich pośrednictwem możemy powiedzieć lub ukryć wiele różnych nastrojów. W tak ważnym dniu pragnę przekazać wszystkim kobietom, przesłanie bliskości i siły zawarte w jednym spojrzeniu - mówi  Patrizia Bambi, dyrektor kreatywna marki Patrizia Pepe.

  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.