1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Zapłodnienie in vitro – fakty i mity

Zapłodnienie in vitro – fakty i mity

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
– Mam takie marzenie, mówię o tym, gdzie i kiedy mogę: żeby tak, jak robi się kobietom mammografię i cytologię, badania profilaktyczne mające wykryć nowotwory, wykonywano także badanie sprawdzające możliwości zajścia w ciążę – AMH. – mówi w wywiadzie dr n. med. Sławomir Sobkiewicz, ginekolog-położnik, specjalista leczenia niepłodności z kliniki Salve Medica w Warszawie.

Mam takie marzenie, mówię o tym, gdzie i kiedy mogę: żeby tak, jak robi się kobietom mammografię i cytologię, badania profilaktyczne mające wykryć nowotwory, wykonywano także badanie sprawdzające możliwości zajścia w ciążę – AMH. – mówi w wywiadzie dr n. med. Sławomir Sobkiewicz, ginekolog-położnik, specjalista leczenia niepłodności z kliniki Salve Medica w Warszawie. Doktor ze swoim zespołem w Łodzi realizując w latach 2013-2016 rządowy program leczenia niepłodności metodą in vitro osiągnął najwyższą skuteczność w Polsce, na poziomie 41%.

Wielu uważa in vitro za jedno z największych osiągnięć medycyny, ale jest też duże grono przeciwników tej metody. Jak wygląda prawda?

To po prostu jedna z metod leczenia niepłodności. Najbardziej zaawansowana. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie chodzi przecież o to, żeby wszystkim robić in vitro. Można dojść do posiadania dziecka również prostszymi metodami. In vitro powinno być ostatecznością. Chodzi o to, żeby problem wychwycić szybko.

Z tym „szybko” chyba właśnie jest problem. Bo przecież jednym z głównych kłopotów jest to, że dziś kobiety coraz później myślą o dziecku…

Często ulegamy złudzeniu. Wydaje nam się, że skoro do 45 roku życia mamy w miarę regularne miesiączki, to kłopotów nie będzie. Nie jest to prawda. Po czterdziestym roku życia większość kobiet ma duże problemy z zajściem w ciążę w sposób naturalny. U młodych kobiet ok. 50 proc komórek jajowych jest nieprawidłowych genetycznie, a po czterdziestym roku życia to 80-90 procent. Oczywiście nie można generalizować, bo wiek metrykalny nie równa się biologicznemu. A ten zależy od stylu i warunków życia, no i od genetyki.

Mam takie marzenie, mówię o tym, gdzie i kiedy mogę: żeby tak, jak robi się kobietom mammografię i cytologię, badania profilaktyczne mające wykryć nowotwory, wykonywano także badanie sprawdzające możliwości zajścia w ciążę – AMH. Większość ginekologów go nie zna, bo to zdobycz ostatnich kilku lat. Wskazuje ono, czy zdolność rozrodcza kobiety jest prawidłowa, obniżona, czy nie ma jej w ogóle. Kobiety, nawet jeśli nie planują jeszcze dziecka, mogłyby takie badanie – proste, z krwi – robić raz na dwa lata, choćby przy okazji kontrolnej morfologii między 30 a 36 rokiem życia . Żeby mieć wiedzę i świadomość tego, co się w ich organizmie w tej materii dzieje. Moja najmłodsza pacjentka ze skrajnie niskim AMH miała 21 lat. Bardzo mi zależy, żeby dużo mówić o tym badaniu. Żeby kobiety miały świadomość, że można je zrobić, żeby naciskały na swoich lekarzy, niech je zlecają!

Jakie są inne oprócz genetycznych przyczyny kłopotów z zajściem w ciążę?

Czasem my, lekarze, mamy w nich swój udział. Dziś USG to często stosowane badanie. Robimy je i wykrywamy na przykład torbiel na jajniku. Kiedyś kobieta by w ogóle o tej torbieli nie wiedziała, żyłaby z nią, może zaszłaby w ciążę, może nie. No ale dziś, skoro wykryliśmy, to naprawiamy. Robimy zabieg laparoskopowy, co oznacza, że jajnik nacinamy. A to ryzyko zrostów. Ale przecież nie zostawimy torbieli. Bo co, jeśli z tego będzie rak?

Kilka moich koleżanek miało stwierdzony zbyt wysoki poziom prolaktyny. To podobno jeden z częstszych powodów niepłodności?

Nie do końca. Ale za to opisywany we wszystkich podręcznikach ginekologii. Ginekolog więc w takiej sytuacji w sposób rutynowy zapisuje bromokryptynę (Bromergon ). Czasem pacjentka bierze lek rok, czasem dwa lata. Bezskutecznie. Jeszcze gorzej, jeśli dostaje środki na drugą fazę cyklu. Miesiączki się normują, ale to wcale nie oznacza, że cykl jest prawidłowy, że jest owulacja. A bez tego szans na ciążę oczywiście nie ma. I płyną miesiące, czasem lata, podczas których pacjentki dostają w sumie kilogramy bromokryptyny, a ich czas na zajście w ciążę się kurczy. To czas stracony.

Mówimy o problemach kobiety. A męskie się nie zdarzają?

No właśnie, ginekolodzy często zapominają, że do dziecka „potrzeba dwojga”. Kobieta nie zachodzi w ciążę przez partenogenezę, czasy „Seksmisji” jeszcze nie nadeszły. Z mojego doświadczenia wynika, że problemów natury męskiej jest więcej niż tych kobiecych. To się właśnie w ostatnich latach zmieniło. Kiedyś na każdym właściwie dyżurze miałem kobietę z zapaleniem przydatków – a te skutkowały często niedrożnością jajowodów, to dla takich kobiet wymyślono in vitro. Teraz warunki higieniczne są o niebo lepsze, to zupełnie inny świat. Natomiast mężczyźni noszą obcisłe majtki czy dżinsy, a to bywa przyczyną kłopotów z płodnością. W Polsce przyjęło się, mimo wszelkich ruchów równościowych, że wiodącą rolę w związku pełni mężczyzna. W efekcie mężczyźni często boją się robić badania nasienia, żeby z tego piedestału nie spaść.

Zakładają, że to musi być „wina” kobiety.

Bardzo denerwuje mnie w tym kontekście słowo „wina”. Zawsze pytam: czy pani coś złego zrobiła? Bo tylko wtedy można by mówić o winie. Wycięła sobie pani jajniki? Wpuściła jakiś kwas? Nie? To winy nie ma. Jest biologia. A ta mówi, że problem może leżeć po stronie mężczyzny. Trzeba zacząć od . Ale w wyspecjalizowanym laboratorium. W nasieniu są rozmaite parametry, które sprawdza się tylko w niektórych nowoczesnych placówkach. U nas takie badanie przeprowadza się rutynowo, nie czeka się pół roku czy rok, bo ten czas może być dla par bezcenny. Robimy pełne badanie nasienia i mamy jasny obraz: czy są szanse na naturalne zajście w ciążę, na inseminację czy pozostaje . I przedstawiamy pacjentom różne opcje.

Mówi pan, że in vitro to wierzchołek góry lodowej. Zanim para będzie musiała się wdrapać na ten wierzchołek, przechodzi kilka etapów. Jakich?

O niepłodności mówimy po co najmniej roku regularnych prób. Najpierw oczywiście diagnostyka. Trzy podstawowe elementy. Musi być prawidłowe nasienie – to po pierwsze. Po drugie – z jajnika musi się wydostawać komórka jajowa, czyli musi dochodzić do owulacji. Po trzecie drogi łączące plemnik, jajowody i jamę macicy muszą być otwarte, bez zrostów lub przegród. Jeżeli pęcherzyk rośnie, ale nie pęka, komórka się nie wydostanie, zginie albo ulegnie zanikowi. Jeśli nasienie jest o słabych parametrach, to szanse na to, że plemnik odbędzie drogę z pochwy do jajowodu jest mała. A jeśli jeszcze jajowód jest uszkodzony, np. po ciąży pozamacicznej czy cięciach cesarskich- zrosty, mamy 50 procent szans.

Kolejne przyczyny to endomietrioza czy chlamydioza. Jeśli lekarz o tym wszystkim pomyśli, jeśli zleci kobiecie badanie AMH, a nie będzie od razu dawać bromokryptyny – szanse na dziecko się zwiększają. Taki mój apel do kolegów ginekologów: jeśli nie wiedzą, niech odsyłają do specjalistów od niepłodności, niech nie kradną pacjentkom czasu.

Podkreśla pan bardzo rolę czasu.

Tak, zresztą uważam, że to też i nasza, rodziców wina. Najpierw kazaliśmy dzieciom się uczyć. To się uczyły. Jak już skończyły studia, to chciały zdobyć pracę, dla której się uczyły. Potem partnera. Potem mieszkanie. Potem może trochę z życia zacząć korzystać, bo wcześniej nie było czasu. I okazuje się, że kiedy już w końcu przychodzi w naszym zaplanowanym życiu pora na dziecko, to się nie udaje. Moja mama mojego najstarszego brata urodziła, mając 18 lat. Moje pierwsze dziecko przyszło na świat, kiedy żona miała 23 lata. Nasza córka urodziła swoje pierwsze jako 33-latka. Czyli trzy pokolenia i przesunięcie prawie o 100 procent. A zdolność do zajścia w ciążę przecież się nie zmieniła. Czasu na diagnostykę, na pomoc jest mało. Czasem kilka lat. To może nie wystarczyć.

Czy zawsze etapem poprzedzającym in vitro jest inseminacja?

Jeśli nie ma przeciwwskazań – jajowody są drożne, a nasienie w porządku – można próbować. Robimy zwykle od trzech do sześciu prób – co zajmuje sporo czasu, od pół roku do roku. Bo urlopy, bo choroby, bo święta… Jeśli te próby nie przynoszą rezultatu, można myśleć o in vitro.

A jeśli pacjenci od razu mówią: nie będziemy tracić czasu, chcemy in vitro?

Oczywiście nie naciskamy. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi późny wiek. Rzeczywiście może szkoda 38-letniej kobiecie zabierać kolejnych miesięcy. Zwłaszcza jeśli są i inne czynniki, jak nie najlepsze wyniki badań nasienia, czy obniżone  AMH. Nie chodzi przecież o to, żeby przeprowadzić  pięć , tylko żeby ludzie mieli dziecko!

Ale są sytuacje, kiedy tylko in vitro może pomóc?

Często tak się zdarza, gdy w grę wchodzą problemy po męskiej stronie. Oczywiście dopóki są plemniki, nie możemy powiedzieć na sto procent, że ciąży nie będzie, ale jeśli wyniki nasienia są złe, to będzie raczej czekanie na cud. A cuda nie zdarzają się często.

Zaczyna się procedura in vitro. Dużo kontrowersji wśród przeciwników tej metody wzbudza mrożenie zarodków.

Żeby mogło dojść do mrożenia – choć właściwy termin to witryfikacja – muszą w ogóle być zarodki nadliczbowe. Polskie prawo od 2015 roku ogranicza liczbę zapładnianych komórek jajowych do sześciu, a nie wszystkie rozwijają się prawidłowo, więc nie każda para ma w danej procedurze zarodki nadliczbowe. Można zapładniać więcej, ale tylko u kobiet powyżej 35. roku życia – tyle że wtedy z kolei małe są szanse, żeby było tyle dobrze rozwijających się zarodków. Od 10 lat procedura witryfikacji jest przeprowadzana na bardzo wysokim poziomie, błyskawiczna i bezpieczna dla zarodka.

A jeśli ludzie nie chcą witryfikacji ze względów światopoglądowych?

Możemy zapładniać mniej komórek i wszystkie zarodki podawać. Tak było we Włoszech, ale się z tego wycofano, ponieważ było dużo ciąż mnogich bliźniaczych i trojaczych  dzieci rodziły się niewcześnie czy przedwcześnie, umierały albo były niepełnosprawne, dużo było też ciąż wielopłodowych, a nie każda kobieta może taką ciążę donosić. Krótko mówiąc, na program in vitro szły duże pieniądze, a potem jeszcze większe na leczenie dzieci.

Kolejna sprawa: jeśli zapładniamy mniej komórek i nie ma dodatkowych zarodków, para, która przy pierwszym in vitro nie zaszła w ciążę, nie ma zarodków na następną próbę i musi całą procedurę ze stymulowaniem hormonalnym zaczynać od początku. A to i kosztuje, i naraża na stres. Ale oczywiście jeśli ludzie mówią, że chcą, by zapłodnić tylko dwie czy trzy komórki, respektujemy to.

Witryfikowane zarodki para może potem wykorzystać?

Oczywiście. Prawo mówi, że muszą przechowywać je przez 20 lat. Jeśli w tym czasie ich nie wykorzystają, mogą je nieodpłatnie przekazać do adopcji. Osób czekających jest bardzo dużo.

Czy wady u dzieci z in vitro, o których niektórzy mówią, to fakt czy mit?

Liczba wad genetycznych u dzieci z in vitro jest nieznacznie większa niż w populacji, ale tylko dlatego, że matki są starsze. U kobiet w porównywalnym wieku, które miały problemy z zajściem w ciążę, ale udało im się to bez in vitro, nie ma żadnej różnicy. O tym, że im starsza matka, tym większe ryzyko wad, medycyna wie od dawna, z tego też powodu ciężarnym po 35. roku życia przysługuje prawo do badań genetycznych.

Sporo się też mówi o naprotechnologii. To realna alternatywa dla in vitro?

Nie. To tworzenie nauki bez podstaw naukowych. Mam parę po pięciu latach leczenia tą metodą. Badanie genetyczne wykazało zespół Kleinefeldera, czyli brak plemników, a para słyszała od trenera – bo to często nie są lekarze, tylko osoby po kursach, nazywające się trenerami – będzie ciąża, jeśli Bóg pozwoli. Mówimy w środowisku: naprotechnologia jest stuprocentowo skuteczna u płodnych par… Na ogół naraża tylko ludzi na stratę czasu, a to nie do odrobienia.

Ile można, nie narażając zdrowia, robić podejść do in vitro?

Tyle, ile kobieta chce. Jeśli jednak para nie może zajść w ciążę po kilku próbach należy zastanowić się nad sensem dalszych prób in vitro Oczywiście im starsza, tym jest trudniej. Ale nie można powiedzieć, że to zagrożenie dla jej zdrowia. Oczywiście dostaje ona w pewnym momencie więcej hormonów podczas stymulacji organizmu do produkcji komórek jajowych, ale nie jest to żaden dramat- trwa to tylko kilka dni.. Przeciętnie rzadko zdarzają się więcej niż trzy próby.

Im więcej prób, im dłużej to trwa, tym większy stres. Jak sobie z tym radzić?

Udowodniono, że niepłodność to takie samo obciążenie dla psychiki jak nowotwór czy zawał. Czasem, zwłaszcza po wielu już próbach, emocje powodują, że ciało się blokuje. Musimy dziś, bo owulacja! W dodatku rodzina naciska: kiedy dzidziuś? I stres narasta. Czasem wystarczy usunąć nacisk, przymus czy poradzić sobie z permanentnym stresem i nagle się udaje. To oczywiście nie jest reguła, ale warto o tym pamiętać. Dlatego uważam, że pary, które długo starają się o dziecko, powinny mieć możliwość skorzystania z opieki psychologicznej. Nadrzędnym organem kobiety nie jest macica, a mózg! Pomoc wyspecjalizowanego w tym temacie psychologa byłaby tu bardzo potrzebna. I powinna być refundowana przez NFZ. Bo jedna wizyta nie wystarczy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Produkty do pielęgnacji blizn – jakie wybrać?

Fot. materiały prasowe partnera
Fot. materiały prasowe partnera
Blizna powstaje w miejscu, gdzie przerwana została ciągłość skóry – to ostatni etap procesu gojenia się rany. Jednym z czynników korzystnie wpływających na tworzenie się blizn jest odpowiednia ich pielęgnacja. Dzięki właściwie dobranym preparatom możliwe jest poprawienie wyglądu blizny i zmniejszenie jej widoczności na każdym etapie, dotyczy to także blizn dojrzałych. Warto zastosować odpowiednie produkty do pielęgnacji jak najwcześniej, by poprawić komfort fizyczny i maksymalnie zmniejszyć widoczność blizny.

Jak przebiega proces tworzenia się blizn?

Tworzenie się blizny rozpoczyna się w ostatniej fazie gojenia się rany. Powstają wówczas nowe włókna kolagenowe tworzące na powierzchni zasklepionej rany tkankę, która będzie pełnić funkcję skóry. Nowa tkanka, czyli blizna, różni się od skóry w nieuszkodzonych miejscach – nie ma na niej mieszków włosowych ani gruczołów łojowych i potowych. Blizna nie opala się i nie jest unerwiona. Jest mniej elastyczna od pozostałej skóry i różni się od niej kolorem. Z początku zazwyczaj jest od niej ciemniejsza (może być czerwona lub sina, a nawet fioletowa), z czasem zaczyna blednąć. Proces tworzenia się blizny rozpoczyna się zwykle po kilku dniach, a jej dojrzewanie może trwać nawet dwa lata.

Od czego zależy wygląd blizn?

Na to, jak wygląda blizna, wpływ ma wiele czynników. Ważny jest m.in. wiek pacjenta. U osób młodych obserwuje się częstsze występowanie blizn przerostowych, wypukłych i keloidów; ma to związek z nadprodukcją kolagenu. Z kolei osoby starsze są bardziej narażone na powikłania w czasie gojenia się ran, co ma ujemny wpływ na wygląd powstającej blizny. Ryzyko przerostów i innych nieprawidłowości w tworzeniu się blizny wzrasta, gdy proces gojenia się rany przebiega dłużej, na przykład z powodu infekcji albo wtórnych uszkodzeń. Na wygląd blizny duży wpływ ma również sposób jej pielęgnacji. Warto odpowiednio wcześnie rozpocząć mobilizację blizny, co zapobiegnie tworzeniu się zrostów i blizn wypukłych, oraz zastosować odpowiednie produkty zmniejszające widoczność blizny i poprawiające jej kolor oraz elastyczność.

Jakie preparaty do pielęgnacji blizn wybrać?

Wybór odpowiedniego produktu do pielęgnacji blizn to ważna sprawa. W przypadku zarówno świeżych blizn jak i tych dojrzałych nawet 9-letnich właściwym wyborem będzie żel z silikonem oraz plastry z silikonem (np. Sutricon). Produkty te wspomagają proces prawidłowej przebudowy blizny i poprawiają komfort fizyczny w tym czasie.

Plastry z silikonem zapewniają właściwe nawilżenie nowej tkanki i skóry wokół blizny, co łagodzi uczucie ściągania. Redukują też ryzyko tworzenia się zrostów i bolesnych przykurczów. Zmiękczają i uelastyczniają nową tkankę oraz regulują wytwarzanie kolagenu, co zapobiega tworzeniu się keloidów i blizn przerosłych. Zaleca się stosowanie plastrów z silikonem przez cały proces tworzenia się blizny. To dodatkowo ochrona przed wtórnymi uszkodzeniami i urazami.

Żel z silikonem tworzy na powierzchni blizny elastyczną powłokę ochronną, która gwarantuje właściwe nawilżenie. Świetnie nadaje się do masażu i mobilizacji blizny, co poprawia jej elastyczność i zapobiega tworzeniu się zrostów. Pamiętajmy przy tym, by masaże i mobilizację blizny rozpocząć dopiero wówczas, gdy rana w pełni się zagoi. To ważne, ponieważ zbyt wczesne zabiegi mobilizujące nową tkankę mogą spowodować wtórne urazy. Żel z silikonem stosować można także na stare blizny, by za pomocą masażów i wygładzającej powłoki nawilżająco-ochronnej poprawić ich wygląd i elastyczność.

  1. Zdrowie

Mięta dla zdrowia i urody

Już starożytni Egipcjanie, Rzymianie, Grecy i Chińczycy znali i stosowali miętę – jako przyprawę do potraw, roślinę leczniczą, a także symbol mądrości i wiedzy. (Fot. iStock)
Już starożytni Egipcjanie, Rzymianie, Grecy i Chińczycy znali i stosowali miętę – jako przyprawę do potraw, roślinę leczniczą, a także symbol mądrości i wiedzy. (Fot. iStock)
Orzeźwia w upalne dni. Doskonała do letnich potraw i napojów, kiedy świeżych liści mamy pod dostatkiem. Mięta znakomicie smakuje też z truskawkami, gruszką i arbuzem. Albo z gałką lodów...

Już starożytni Egipcjanie... To prawda, ale także starożytni Rzymianie, Grecy i Chińczycy znali i stosowali miętę – jako przyprawę do potraw, roślinę leczniczą, a także symbol mądrości i wiedzy (rzymscy adepci filozofii przybierali głowę miętowymi wiankami). Postać, w jakiej my ją znamy, mięty pieprzowej, zawdzięczamy Anglikom – powstała za ich sprawą ponad 350 lat temu na skutek zmieszania dwóch gatunków: mięty nadwodnej i mięty zielonej. O mięcie przypominamy sobie zwykle wtedy, gdy boli nas żołądek – napar z zaparzonych świeżych lub suszonych liści szybko przynosi ulgę. Ale mentha piperita pomaga też przy nerwobólach, bólach mięśni i stawów, pobudza soki trawienne do pracy, zwalcza bakterie i pasożyty, działa przeciwwymiotnie i uspokajająco. Jeśli często będziesz wdychać jej aromat, np. w postaci olejku miętowego, zmniejszysz łaknienie – niewiele zjesz i szybciej schudniesz. Roślina ta przysłużyć się może także twojej urodzie. Korzystaj zatem z jej bogactwa, bo teraz jest najlepszy czas, gdy świeżej mięty jest pod dostatkiem. Można ją wstawić do wody i używać na bieżąco albo zamrozić lub ususzyć i przechowywać w szczelnie zamkniętym słoiku.

Dla urody

Prawie każda pasta do zębów i płyn do płukania ust zawiera miętę, bo odświeża oddech. Jest też składnikiem orzeźwiających żeli, np. do zmęczonych stóp i obolałych mięśni, chłodzących masek i kremów do twarzy, odżywczych balsamów i szamponów. Dwie, trzy krople olejku miętowego (nie więcej) dodane do kąpieli zapewnią błogi relaks – uspokoją i rozluźnią mięśnie. Z kolei toniki na bazie mięty odkażają skórę i łagodzą podrażnienia.

Dla zdrowia

Olejek miętowy można stosować do masażu, zwłaszcza przy stanach depresyjnych, bólach reumatycznych i wyczerpaniu psychofizycznym. Świetnie nadaje się także do zimnych okładów na bóle głowy i migreny oraz do inhalacji przy przeziębieniach (rozrzedza śluz) i infekcjach dróg oddechowych (udrożnia kanały nosowe i zatoki). Napar z liści mięty pieprzowej pomoże na mdłości, bóle żołądka i bóle menstruacyjne (działa rozkurczowo na mięśnie gładkie), łagodzi też objawy zespołu jelita drażliwego. Poleca się go – w formie okładu – na ból ucha, obrzęki i owrzodzenia.

W kuchni

Do potraw używamy świeżych lub suszonych liści – warto wykorzystać odświeżające i chłodzące właściwości mięty, dodawać ją do lodów, sałatek i deserów owocowych oraz pić schłodzony napar lub miętową herbatę. Świetna jest także do kefirów i jogurtów. Miętę stosuje się również do wyrobu likierów, słodyczy (m.in. czekolady), przyprawia się nią zupy, warzywa, ryby i mięsa – szczególnie upodobały ją sobie kuchnie: gruzińska, ormiańska i azerbejdżańska.

Co zawiera: olejek lotny (głównym jego składnikiem jest mentol), kwas askorbinowy, karoten, rutynę, garbniki, witaminę C, potas, żelazo, wapń, magnez.

Zalecana przy: skurczach i bólach żołądka, kolce jelitowej, żółtaczce, chorobach wątroby, bezsenności, nerwowości, migrenach, nerwobólach, bólach menstruacyjnych, mięśniobólach.

Przeciwwskazania: uczulenie na mentol. Nie podawać dzieciom mającym odruchy wymiotne lub torsje – może wzmóc refluks żołądka. Nadmierne stosowanie może nasilać zgagę i powodować zakłócenia snu.

  1. Zdrowie

Zdrowy układ hormonalny: uważaj na związki, które zakłócają pracę tarczycy

Jeśli chcesz zadbać o swój układ hormonalny, ograniczaj produkty, które zawierają duże ilości dysruptorów endokrynnych. Nie widać tych cząsteczek gołym okiem, jednak mogą poważnie obciążyć twój organizm. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o swój układ hormonalny, ograniczaj produkty, które zawierają duże ilości dysruptorów endokrynnych. Nie widać tych cząsteczek gołym okiem, jednak mogą poważnie obciążyć twój organizm. (fot. iStock)
Dysruptory endokrynne – to naukowy termin określający substancje, które towarzyszą nam w codziennym życiu, i niestety , mogą niekorzystanie wpływać na nasz układ hormonalny.

Dysruptory endokrynne (skrót EDC, z ang. endocrine disruptor chemicals/compounds) to duża grupa związków używanych w przemyśle chemicznym. Obecnie zalicza się do nich 1,4 tys. substancji, które występują też w produktach codziennego użytku (plastik, opakowania, tanie kosmetyki, a także żywność). Choć z jednej strony ułatwiają nam funkcjonowanie, to jeśli weźmiemy pod uwagę ich wpływ na nasze zdrowie - cena może okazać się dość wysoka. Otóż dysruptory endokrynne mogą poważnie zaburzyć pracę układu hormonalnego. Dlaczego tak się dzieje? - Dlatego, że te syntetyczne substancje są podobne w swojej budowie do naszych hormonów, a to powoduje na przykład, że podczepiają się do receptorów komórkowych „podając się” za naturalne hormony. Co to powoduje? – „Udając hormony” zaczynają działać tak jak one i np. powodować wcześniejsze dojrzewanie u dziewczynek (tak działa Bisfenol A). Nadmiar estrogenów, jak wiadomo, może zaburzać też prawidłowe działanie jąder u mężczyzn. A te hormonopodobne substancje przynoszą właśnie taki efekt, jakby dzieciom (ale też dorosłym) sztucznie podawało się estrogen.

Efekt działania dysruptorów endokrynnych zależy od kilku czynników:

  • wieku, w jakim organizm miał styczność ze szkodliwymi substancjami
  • od tego jak długo zostaliśmy poddani działaniu EDC
  • oraz jakie było ich stężenie (zdarza się, że przy niektórych substancjach niskie stężenia mogą być bardziej uszkadzające niż wyższe).

Ogólna zasada jest taka, że im młodszy organizm, tym bardziej narażony na szkodliwe działanie EDC. Bardzo wrażliwe są dzieci w łonie matki, u których krążące we krwi dysruptory endokrynne mogą nie tylko uszkadzać rozwijający się nowy organizm, ale też wywoływać zmiany w genach.

Dysruptory endokrynne mogą być przyczyną otyłości, cukrzycy, ale także mogą wpływać na męski i żeński układ rozrodczy, czy też powodować niektóre typy nowotworów (hormonozależnych). W tym artykule skupiam się na ich wpływie na pracę gruczołu tarczowego (tarczycy).

Jak dysruptory endokrynne mogą działać na tarczycę? Większość tych efektów dotyczy układu podwzgórze-przysadka-tarczyca i polega na:

  • hamowaniu pracy przysadki (hamowanie produkcji TSH),
  • zaburzaniu m.in. produkcji i transportu hormonów tarczycy,
  • zakłócaniu mechanizmów związanych z wychwytywaniem jodu.

Pomimo podobieństwa w budowie dysruptory działają dużo słabiej niż hormony, ale znaczenie ma ich ilość. Przez to, że jest ich tak dużo mogą spowodować wiele szkód dla zdrowia. Zdarza się, że występują w naszym ciele w większym stężeniu niż hormony!

Warto wiedzieć więc jakich substancji wystrzegać się ze względu na ich niekorzystne działanie:

  1. Bisfenol A (BPA) to jeden z najszerzej rozpowszechnionych EDC, który występuje w bardzo dużej ilości rzeczy codziennego użytku. W ostatnich latach dużo mówi się o jego wpływie na tarczycę. Jest związkiem organicznym i może się łączyć z receptorami estrogenowymi*. Ma wprawdzie 10 tys. razy słabsze powinowactwo do receptorów estrogenowych niż ludzki estrogen, ale problem stanowi jego wszechobecność (światowa produkcja BPA sięga 3,5 mln ton rocznie) oraz powolna biodegradacja. Stosowany jest powszechnie do produkcji wielu tworzyw sztucznych:
  • butelek plastikowych,
  • opakowań plastikowych,
  • płyt CD,
  • telefonów komórkowych,
  • lakierów służących do pokrywania metalu w puszkach z napojami i żywnością.

BPA jest także przeciwutleniaczem w środkach spożywczych i kosmetycznych oraz wchodzi w skład kompozytów dentystycznych.

  1. Polichlorowane bifenyle są to związki, które dostają się do środowiska poprzez pożary wysypisk śmieci, transformatorów, czy niewłaściwą gospodarkę odpadami. Związki te łatwo przechodzą do gleby i wody włączając się w ekosystem. Mogą dostać się do organizmu najczęściej poprzez spożywanie skażonej wody i żywności.
  1. Nadchlorany - ich głównym źródłem są nawozy azotowe używane w uprawach warzyw i owocó

Warto przy tym podkreślić że wiele publikacji donosi o zwiększonej zapadalności na choroby autoimmunologiczne tarczycy wśród osób mieszkających czy pracujących niedaleko zakładów petrochemicznych oraz na terenach skażonych pestycydami.

  1. Bromowane środki zmniejszające palność dodawane np. do tworzyw sztucznych, tkanin czy drewna.

Prawda jest niestety taka, że nie unikniemy kontaktu z dysruptorami endokrynnymi w codziennym życiu, ale możemy świadomie go zminimalizować.

W jaki sposób ograniczyć działanie EDC? – Przede wszystkim zrezygnujmy z plastiku! Szczególnie w kuchni.

  • Wybierajmy produkty zapakowane w szary papier lub w szkło, zamiast w opakowania z tworzyw sztucznych.
  • Czytajmy etykiety ze składem kosmetyków i wybierajmy te bez BPA.
  • Warto pytać też dentystów, przed założeniem plomby, o zawartość BPA w materiale.
  • Nie pakujmy żywności w plastikowe pojemniki. Starajmy się w ogóle unikać plastiku. Szczególnie chrońmy przed nim dzieci. Zrezygnujmy z plastikowych misek, kubków czy łyżek. Najlepiej używać szkła lub drewna.
  • Światłoczuły papier (paragony, wydruki z bankomatów) może również zawierać EDC. Dlatego po każdym kontakcie papierem światłoczułym warto umyć ręce mydłem.
  • Decydujmy się na naturalne tworzywa w naszym otoczeniu (drewniane okna czy podłogi, naturalne materiały – jeśli mamy oczywiście taką możliwość).

*Receptory estrogenowe to specyficzne białka, które obecne są w komórkach określonych tkanek. Ich funkcją jest wiązanie obecnego we krwi estrogenu – żeńskiego hormonu płciowego, który aktywuje określony materiał genetyczny, a ten stymuluje powstanie różnych białek (bisfenol A, który podczepia się zamiast estrogenu, zakłóca te procesy).

Dr. Luiza Napiórkowska (fot. archiwum prywatne)Dr. Luiza Napiórkowska (fot. archiwum prywatne)

Dr n.med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce - w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. autorka bloga medycznego Okiem Doktor Luizy, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie obserwuje ją i towarzyszy jej aktywna społeczność niemal 90 tys. osób.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Zdrowie

Nadwaga a zamrożone w ciele emocje

Jeśli masz pomysł, by zadbać o siebie i zrzucić kilka, twoim zdaniem, zbędnych kilogramów, pamiętaj, że sama dieta to za mało. Odchudzanie to proces, który zachodzi dopiero wtedy, gdy odkryjesz język swojego ciała i przeżyjesz zamrożone w nim historie.

Stań przed lustrem, nago albo w samej bieliźnie i spójrz na siebie jak na kogoś widzianego pierwszy raz w życiu. Kim jest ten ktoś?

Ciało jest jak księga życia albo mapa. Sylwetka, mimika twarzy, sposób oddychania, kolor skóry – to wszystko jest twoją historią spisywaną od momentu narodzin, a nawet jeszcze wcześniej... Wygląd, sposób poruszania się to przede wszystkim opowieść o twoich uczuciach; zwłaszcza tych niezauważonych, zamrożonych, nieprzeżytych, niewypowiedzianych. Każdy lęk zatrzymuje oddech, napina przeponę; każdy wstyd zaciska pośladki, ciężar ciała przenosi ze śródstopia na pięty, co usztywnia uda; każdy zawód napina mięśnie kręgosłupa. Te reakcje napinania, zamykania, zaciskania, zachodzące dzień po dniu – usztywniają poszczególne partie ciała, tworząc bloki mięśniowe. Sprawiają, że ciało jest mniej ruchome, tkanka gorzej ukrwiona i dochodzi do gromadzenia się w tych obszarach tkanki tłuszczowej…

Jak zbroja

Z punktu widzenia totalnej biologii automatyczny mózg, czyli podświadomy umysł robi wszystko, aby zapewnić przetrwanie, czyli zachowanie ciała jak najdłużej przy życiu. Każda sytuacja, z której wyszłaś cało, zostaje zapisana na twoim „twardym dysku”, czyli w mózgu. I we wszystkich podobnych sytuacjach pokładowy komputer automatycznie odpala program: przetrwanie. Śmiało można powiedzieć, że owe wzorce zachowań (nie tylko twoje, ale także twoich przodków) tak naprawdę sterują twoim życiem. I tak np. wzorzec przybierania na wadze w sytuacji realnego bądź potencjalnego zagrożenia i konieczności walki – jest zgodny z założeniem, że zawsze wygrywa większy i silniejszy. Odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach barków, ramion i karku ma na celu obronę przed atakiem, a umięśnione uda ułatwiają ci ucieczkę, kiedy robi się zbyt niebezpiecznie, albo zamarcie – z nadzieją, że agresor zrezygnuje. Tkanka tłuszczowa chroni również przed kontaktem, który może być niebezpieczny emocjonalnie: muszę być większa, żeby chronić się przed zranieniem. Bywa, że fałdki tłuszczu na brzuchu to komunikat: „Popatrz, nie jestem wcale atrakcyjna, nie zbliżaj się”.

Tłuszcz to pancerz, który ma chronić twoje podświadome obszary lęków, wstydu, bezsilności. Może dotyczyć traumatycznych historii z przeszłości, kiedy czułaś bezpośrednie zagrożenie życia, np. tonięcie – tłuszcz chroni przed podobnym incydentem w przyszłości, poronienie – kobieta emocjonalnie nadal nosi dziecko w postaci nadwagi, dotkliwe pobicie – muszę być większa, żeby się obronić.

Z biologicznego punktu widzenia nadwaga jest efektem konfliktu porzucenia – być może w twoim ciele zapisana jest opowieść o małym dziecku, które zostaje opuszczone i, aby przetrwać, jego mózg uruchamia odpowiedni program zwiększenia masy ciała: „muszę stać się bardziej widoczne, aby matka mogła mnie łatwiej zauważyć”. Ten sam mechanizm obrony włącza się, kiedy np. w relacji z mężczyzną czujesz się niezauważana przez niego.

Tłuszcz manifestuje także konflikt związany z niedostatkiem i brakiem – jesteś przekonana, że w życiu dostajesz zwykle to, czego nie chcesz i nie masz tego, czego chcesz najbardziej na świecie. A gdy czujesz się samotna, twój mózg włącza alarm, bo „sama” znaczy „mało bezpieczna”. Gromadzimy zapasy, żeby przeżyć.

Tkanka tłuszczowa jako ważna ochrona gromadzi się zwykle w miejscach, które coś oznaczają. Mózg wysyła sygnał, że dane miejsce jest szczególnie podatne na zranienie i trzeba je otoczyć ochroną. Umownie każda strefa na ciele jest przypisana konkretnym emocjom:

  • talia – może dotyczyć problemów z podejmowaniem decyzji,
  • biodra – być może czujesz się niepewnie w rodzinie,
  • uda – zachwiane poczucie bezpieczeństwa,
  • brzuch – problemy z odczuwaniem emocji,
  • pośladki – strach,
  • duże łydki – lęk przed upadkiem,
  • grube ramiona – chęć uderzenia albo obrony przed ciosem,
  • podwójny podbródek – niezgoda na to, jak wygląda życie, chęć ucieczki do świata marzeń,
  • cellulit – może symbolizować obawę przed utratą domu lub czyjejś ochrony.

Terapia

Tkanka tłuszczowa to efekt gorszego ukrwienia, a jeszcze wcześniej napinania i bezruchu. Owo napięcie i bezruch powstały w celu obrony przed czuciem, bo tak bardzo boli… Masaż, sauna, ćwiczenia fizyczne, leżenie na macie z kolcami czy techniki oddechowe stosowane regularnie – sprawią, że napięcie mięśniowe powoli zacznie puszczać a ty zaczniesz czuć. Prawdopodobnie na początku pojawią się trudne emocje: przestraszysz się, zaczniesz płakać, poczujesz ból i rozpacz. Będziesz miała ochotę wrócić do napięcia: zacisnąć pośladki, zatrzymać oddech, spiąć łopatki, schować brzuch. Jeśli do tego dojdzie, spróbuj pobujać się na boki, pomasować napięte mięśnie ramion, kilka razy delikatnie wciągnąć i wypuścić mięśnie brzucha. Cały czas spokojnie oddychaj, staraj się, by w trakcie oddechu pracował brzuch, a klatka piersiowa była mniej ruchoma. Przyjmij każde doznanie, które pojawi się w ciele.

Zaufaj mu!

O czym szumi ciało?

Wróć do lustra i jeszcze raz popatrz na swoje ciało, z miłością. Te wszystkie krągłości, pomarańczowe skórki, fałdki i oponki są jak ślady po zranieniach. Możesz w nieskończoność je rozdrapywać albo pielęgnować z czułością. Ale najpierw musisz je z uważnością odczytać. Poniżej znajdziesz kilka wskazówek, jak to zrobić, bo tłuszcz najczęściej odkłada się w sześciu obszarach. Pamiętaj jednak, że każde ciało ma indywidualny język, którego nikt poza tobą nie zna.

Cała górna część ciała, od pasa w górę:

  • zdaniem dietetyków takie tycie najczęściej nie jest związane z chorobami, ale błędami żywieniowymi, gdy w diecie pojawia się dużo słodyczy i nadmierna ilość kalorii oraz brakuje ćwiczeń;
  • z psychologicznego punktu widzenia mocniejsza górna połowa ciała może być konsekwencją braku miłości ze strony matki, zbyt wymagającego i zimnego emocjonalnie ojca;
  • mocne barki i ramiona z nadmiarem tkanki tłuszczowej mogą symbolizować zatrzymaną potrzebę wyciągnięcia rąk ,,po miłość”, chęć pokazania „poradzę sobie sama”, obawa przed zależnością i podporządkowaniem albo gotowość do walki.

Oponka na brzuchu:

  • w tej okolicy znajduje się ośrodek stresu (komórki reagujące w sytuacji walki lub ucieczki);
  • nadmiar tkanki tłuszczowej symbolizuje problemy z radzeniem sobie ze stresem;
  • zdarza się, że w zachowaniu dominuje zajadanie stresu i zagłuszanie problemów alkoholem;
  • oponce często towarzyszy podciągnięta przepona, która jest efektem zatrzymania oddechu z powodu lęku;
  • to także solidna ochrona wrażliwości i delikatności, które z pewnością nieraz były atakowane;

Cały brzuch:

  • prawdopodobnie otłuszczone są także narządy wewnętrzne – co może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i wymaga konsultacji dietetyka i lekarza;
  • tłuszcz w tej okolicy może być konsekwencją zaburzonego poczucia bezpieczeństwa, czasami sięgającego czasów dzieciństwa;
  • nadwaga może być związana z zaniedbaniami w dzieciństwie – niedokarmienie (emocjonalne lub/i fizyczne), które utrwala przekonanie, że świat nie zaspokaja potrzeb i nigdy nie dostaje się tyle, ile się potrzebuje, i tego, czego się pragnie;
  • tłuszcz może być tu tarczą ochronną, na skutek pamięci ciosu zadanego w brzuch (fizycznego lub emocjonalnego) – stąd rodzą się wspomnienia: „kiedy powiedział mi, że odchodzi, poczułam się tak, jakby walnął mnie pięścią w brzuch”.

Biodra, pośladki, uda:

  • bywa, że nadwaga w tej okolicy jest pierwszym objawem zaburzeń hormonalnych albo skutkiem objadania się np. tuż przed miesiączką;
  • psychologicznie może symbolizować zniechęcenie – ciało zamiera i wydatkuje mało energii, tłumione impulsy seksualne, wstyd czy pamięć nadużycia seksualnego;
  • tłuszcz okolicy pośladków symbolicznie chroni przed upadkiem albo kopnięciem czy uderzeniem w pupę (pamięć przemocy w dzieciństwie – bicie, albo przemocy seksualnej czy odrzucenia).

Otyłość w dolnej części ciała, od pasa w dół:

  • duża, ociężała, mało ruchliwa miednica może być skutkiem traumy seksualnej;
  • brzuch, boczki i plecy – to często efekt nadmiaru kalorii i fizycznej bezczynności;
  • nadwaga w tej części ciała często towarzyszy obniżonemu nastrojowi – zajadanie smutku i złości;
  • ciężkie nogi – przekonanie, że życie jest tak mało satysfakcjonujące, że trudno je unieść, ogólna niechęć do jakichkolwiek działań, czasami skutek traumy – wydarzyło się coś strasznego, a ty nie byłaś w stanie uciec.

Zacznij nowe życie w nowym kształcie

Czym jest otyłość? Jakie są jej przyczyny? Jak ją leczyć? Czy otyłość jest chorobą ? Odpowiedzi na te pytania przynosi kampania społeczna „W nowym kształcie”.

Jeśli uważasz, że masz za dużo kilogramów i mimo prób nie jesteś w stanie się ich pozbyć – przestań działać samotnie i dołącz do kampanii. Dzięki pomocy specjalistów dowiesz się, na czym naprawdę polega twój problem, i zyskasz wsparcie na drodze do zdrowego życia. Znajdziesz pomoc w wyborze metody leczenia otyłości oraz certyfikowanego ośrodka, w którym możesz liczyć na fachowe leczenie. Częścią kampanii jest personalizowana aplikacja wspierająca proces leczenia otyłości oraz webinary live z ekspertami, m.in. na temat metod leczenia otyłości, wsparcia w procesie leczenia oraz emocji i roli psychoterapii. Kampanię współtworzą m.in. lekarze, naukowcy zajmujący się otyłością, dietetycy oraz psycholodzy.

Zapraszamy na stronę kampanii www.wnowymksztalcie.pl.