1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Backstage in vitro. Z szacunkiem do poczęcia.

Backstage in vitro. Z szacunkiem do poczęcia.

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Przyjście na świat dziecka jest darem, niezależnie od tego, w jaki sposób zostało ono poczęte. Dla wielu par zapłodnienie pozaustrojowe jest jedyną szansą na zajście w ciążę i posiadanie pełnej rodziny. Decydując się na In vitro przyszli rodzice oddają swój los w ręce embriologów, którzy pomagają w zapłodnieniu, a o zarodki dbają, jak o własne dzieci. Co tak na prawdę dzieje się za drzwiami laboratorium?

ROLA EMBRIOLOGA W PROCESIE IN VITRO

Embriolog jest osobą odpowiedzialną za prawidłowy przebieg procedury in vitro, kriokonserwację zarodków i gamet oraz właściwe przygotowanie nasienia. Jego praca rozpoczyna się w momencie, kiedy podczas punkcji lekarz pobiera od pacjentki komórki jajowe. Praca z gametami wymaga niezwykłej sprawności i precyzji, a każda czynność jest wykonywana zgodnie z ustalonymi procedurami. Przygotowanie komórek i przeprowadzenie zapłodnienia in vitro wymaga niezwykłej wprawy i doświadczenia. W jego rękach ważą się losy dziecka i przyszłych rodziców. Jednak skuteczność procedury zależy przede wszystkim od jakości materiału genetycznego przyszłych rodziców.

PRZYGOTOWANIE DO IN VITRO

Po punkcji komórka jajowa jest przechowywana w inkubatorze i odpoczywa przez około 2 godziny. Ważne jest, by warunki były dla niej optymalne, a zmiany nieodczuwalne. Zapłodnienie pozaustrojowe wymaga specjalistycznego sprzętu i pracy z mikroskopem, ale przede wszystkim sprawności i wiedzy embriologa. Tworzenie zarodka nie jest działaniem czysto mechanicznym. Zapłodnienie każdej z komórek wymaga koncentracji i odpowiedniego przygotowania materiału genetycznego, który musi zostać oczyszczony z komórek ją otaczających. W tym celu stosowany jest enzym, który oczyszcza komórkę jajową rozpraszając komórki, które stanowią dla niej warstwę ochronną i odżywczą. Dzięki temu komórka pod mikroskopem jest lepiej widoczna i po odpoczynku możliwe jest przeprowadzenie procedury zapłodnienia. W tym samym czasie nasienie przyszłego taty przechodzi proces przygotowania. Plemniki są poddawane zabiegom przepłukiwania (metodą swim-up lub filtracji w gradiencie stężeń) i wirowania (oddzielenie od pozostałych składników płynu nasiennego). W efekcie uzyskiwane są plemniki o prawidłowej budowie, największej żywotności i ruchliwości, a co za tym idzie, najlepszej jakości. Przygotowane męskie gamety zawieszane są w specjalnie do tego przeznaczonych mediach – płynie bogatym w substancje odżywcze, albuminy, elektrolity, a także substancje bakteriostatyczne i bakteriobójcze, co zdecydowanie poprawia ich przeżywalność i ułatwia przygotowanie do zapłodnienia (przyspiesza kapacytację, reakcję akrosomalną). Gdy mamy już gotowe i „wypoczęte” komórki jajowe oraz wyselekcjonowane i „zmotywowane” plemniki, jesteśmy gotowi do przeprowadzenia procedury wspomaganego rozrodu.

KULISY IN VITRO

plemnik musi samodzielnie wniknąć do komórki jajowej. Komórkę jajową umieszcza się w specjalnym medium wraz z około 100 000 plemnikami. Po 1. dobie sprawdzamy, czy doszło do zapłodnienia i jaki jest proces podziału komórki jajowej. O tym, który plemnik zapłodni komórkę jajową, decyduje natura. Różnica względem naturalnego poczęcia polega na środowisku i wsparciu farmakologicznym procesu. Przy słabych parametrach nasienia, wcześniejszych niepowodzeniach klasycznej procedury zapłodnienia, zaawansowanej endometriozie u kobiety, pary decydują się często pójść krok dalej i skorzystać ze sterowanej techniki zapłodnienia (ICSI). Przy tej technice połączenie gamety męskiej i żeńskiej wymaga ogromnej wprawy i wykonywane jest pod oceną mikroskopową z powiększeniem 400-6000 razy. Nim jednak do tego dojdzie, embriolog musi wybrać plemnik, który będzie mógł zapłodnić komórkę jajową. Wyłonienie odpowiedniego plemnika nie jest proste, dlatego podczas selekcji stosowany jest enzym spowalniający ich ruch. Wówczas łatwiej jest ocenić plemniki pod mikroskopem i wyłowić ten najlepszy. Wybranemu plemnikowi unieruchamia się mechanicznie witkę, ograniczając mu ruchliwość i ułatwiając zapłodnienie. Zapłodniona komórka umieszczana jest w inkubatorze, gdzie ulega podziałom i oczekuje na transfer.

TIME LAPS

Dzięki systemowi Time Laps embriolodzy mają możliwość monitorowania zarodków bez wyciągania ich z inkubatora. Pozwala to utrzymać zarodki w bezpiecznym dla nich środowisku. System monitorujący w inkubatorze wykonuje zdjęcia co 15 minut – tworzony jest z nich film poklatkowy. Dzięki temu widać, jak przebiega podział komórki i czy podziały przebiegają w odpowiednich przedziałach czasowych. To rozwiązanie pozwala embriologom wybrać najsilniejszy, najlepiej rokujący do zagnieżdżenia zarodek.

JEDEN TRANSFER CZY DWA?

Embriolodzy podchodzą do tego tematu z wyczuciem i kierują się dobrem pacjentki, rozpatrując indywidualnie każdy przypadek. U młodych i zdrowych kobiet z dobrą rezerwą jajnikową podawany jest jeden zarodek. Jest to zalecenie, a także dobra praktyka klinik leczenia niepłodności, która ma zminimalizować ryzyko wystąpienia ciąży bliźniaczej. U pacjentek 40+, które statystycznie mają mniejszą szansę na ciążę, transferowane są dwa zarodki, co ma zwiększyć szansę na zagnieżdżenie się w macicy jednego z nich. Takie postępowanie jest także stosowane w przypadku par, dla których poprzednie próby zapłodnienia zakończyły się niepowodzeniem. Ograniczenie do podania jednego zarodka wynika z kwestii bezpieczeństwa zarówno matki, jak i dzieci. Ciąża mnoga zawsze jest ciążą wysokiego ryzyka i często kończy się przed planowym terminem porodu.

WITRYFIKACJA

Zapłodnione zarodki, które nie zostały wykorzystane podczas transferu, mogą zostać poddane nowoczesnemu, szybkiemu zamrożeniu w ciekłym azocie. To rozwiązanie dla par, które rozważają posiadanie drugiego dziecka w przyszłości lub odkładają macierzyństwo na później. Jest to też nowe podejście do procedur zapłodnienia zewnątrzustrojowego. Statystyki pokazują, że witryfikacja zarodka nie pogarsza jego jakości nawet przy długim okresie przetrzymywania. Ponadto skuteczność ciąż z mrozaczków jest taka sama, a w niektórych przypadkach nawet wyższa niż przy świeżych transferach.

SUKCES

Oczywiście za sukces uważa się ciążę i urodzenie zdrowego dziecka. Rodzice dzieci urodzonych dzięki in vitro często określają embriologów mianem rodziców chrzestnych. W końcu to oni podejmują opiekę nad jeszcze niezapłodnionymi komórkami od momentu punkcji, a potem nad zarodkami, aż nadejdzie czas transferu. Zastępują im matkę, dbając o ich bezpieczeństwo.

Autor: mgr Małgorzata Wójt

Kierownik laboratorium embriologicznego, specjalizująca się̨ w procedurach rozrodu wspomaganego. Odbyła szereg szkoleń́ i warsztatów zarówno w Polsce, jak i na świecie.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Powstała pierwsza na świecie restauracja, w której serwuje się mięso z hodowli in vitro

Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Fot. materiały prasowe SuperMeat.
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Od blisko dziesięciu lat sztaby naukowców pracują nad wytwarzaniem mięsa w warunkach laboratoryjnych i osiągają coraz lepsze rezultaty. The Chicken to pierwsza na świecie restauracja, otwarta w Izraelu, gdzie podaje się wyłącznie „etyczne” mięso.

Pierwszy burger wołowy wyprodukowano już w 2013 r. w Holandii. I chociaż na świecie powstają wciąż kolejne startupy, poświęcone hodowli komórkowej, to i tak, pomimo wielu udanych prób, nie udało się jeszcze zastosować tej niekrzywdzącej hodowli komórkowej na większą skalę. Dlatego nowe, udane przedsięwzięcia napawają optymizmem.

Izraelski startup SuperMeat, który uruchomił The Chicken, podkreśla na swojej stronie: „Nasze mięso jest produkowane z wysokiej jakości zdrowych komórek kurczaka, bez udziału inżynierii genetycznej. Jest uprawiany na pożywnej paszy, bez antybiotyków i w środowisku całkowicie wolnym od zanieczyszczeń.”

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

W SuperMeat technolodzy żywności, inżynierowie, biolodzy i szefowie kuchni współpracują z branżą spożywczą i mięsną, aby wytwarzać najwyższej jakości produkty drobiowe, produkowane w sposób zrównoważony i przyjazny dla zwierząt. Ich celem jest rozpowszechnienie tych produktów na większą skalę.

Otwarta w Tel Awiwie restauracja znajduje się obok zakładu produkcyjnego, a goście, poprzez duże okno, łączące oba pomieszczenia, mogą zobaczyć skąd pochodzi mięso, które trafia potem na ich talerz – a wytwarzane jest ono z białka wyhodowanego z komórek rosnących w bioreaktorze (masa mięsa podwaja się co kilka godzin; komórki mają zapewniony tlen, ciepło i paszę).

Restauracja ma w ofercie dwa rodzaje burgera drobiowego SuperMeat. Goście póki co, w ramach eksperymentu, nie muszę płacić za posiłki. Zamiast tego kuchnia testowa prosi o informacje zwrotne na temat produktu.

Filet z kurczaka jest panierowany i smażony w głębokim tłuszczu, dzięki czemu jest chrupiący na zewnątrz, delikatny i soczysty w środku. Ma głęboki smak i aromat kurczaka - mówi Ido Savir, dyrektor generalny i współzałożyciel SuperMeat (źródło: Livekindly).

Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe) Burger drobiowy SuperMeat (fot. materiały prasowe)

Jeszcze kilka lat temu koszty produkcji takiego mięsa były przeogromne i wynosiły nawet kilkaset tysięcy dolarów (za stek czy burgera!). Jednak obecnie wydatki spadły już do kilkudziesięciu dolarów i nadal są obniżane. Dla przykładu, około 50 dolarów kosztował stek wyhodowany w laboratorium innego izraelskiego startup’a  - Aleph Farms, zawierał on cztery rodzaje zwierzęcych komórek (mięśniowe, fibroblasty, tłuszczowe i komórki śródbłonka).

Producenci i naukowcy zgadzają się z pewnością w jednym: stawka przedsięwzięcia jest ogromna. Tym, co zyskamy, produkując mięso w laboratoriach, jest zredukowanie konwencjonalnej hodowli zwierząt, a co za tym idzie: oszczędność wody, zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych, ochrona naturalnych obszarów, a przede wszystkim zaprzestanie zabijania zwierząt na taką skalę jak obecnie. O tym, jak drastycznie wpływa produkcja mięsa na ocieplenie klimatu, wiemy już od dawna.

  1. Psychologia

Światowy Dzień Dziecka Utraconego. Rozmowa z autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu

Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. (Ilustracja: materiały prasowe)
Krótka Instrukcja o Poronieniu to darmowy e-book, skierowany do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich. O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, inicjatorką projektu.

O tym, dlaczego poronienie to nadal temat tabu, rozmawiamy z Karoliną Wierzbińską, autorką Krótkiej Instrukcji o Poronieniu, darmowego e-booka, skierowanego do wszystkich rodziców po stracie ciąży oraz ich bliskich.

Skąd pomysł na instrukcję? Instrukcja Obsługi to seria darmowych poradników, której zadaniem jest rozminowywanie tematów będących tabu, a związanych z naszym codziennym życiem i zdrowiem. Skoro utraty ciąży doświadcza aż 7 na 10 kobiet, to dlaczego nie dyskutujemy o tym w przestrzeni publicznej?! Licząc mężczyzn i członków rodzin, poronienie w sumie dotyka prawie każdego z nas. Instrukcja o Poronieniu jest drugą odsłoną cyklu. W październiku 2019 roku wydaliśmy Instrukcję o Raku Piersi. Może to zabrzmi górnolotnie, ale Krótką Instrukcją chcemy zmieniać świat i to, jak ludzie ze sobą rozmawiają.

Kto tworzy wasz e-book? Poradnik powstał w modelu partycypacyjnym, głos zabrali rodzice po utracie ciąży, przedstawiciele fundacji, fantastyczni ginekolodzy, psychoterapeuci, położnicy i prawnicy. Zależało nam na tym, żeby zobaczyć perspektywę wszystkich osób zaangażowanych w temat poronienia. Zaproszenie do współpracy przy Instrukcji przyjęli m.in. krajowy konsultant ds. ginekologii i położnictwa prof. Krzysztof Czajkowski, dr Marzena Dębska, ginekolog i położnik, dr Jarosław Kaczyński, ginekolog położnik specjalizujący się w leczeniu niepłodności, dr Anna Kajdy, ordynatorka oddziału położnictwa, Marlena Haduch, położna i psycholog, Joanna Siewko, doula i organizatorka Kręgów Kobiet po Stracie, Marzena Pilarz-Herzyk, prawniczka, autorka bloga MamaPrawniczka.pl oraz fundacja Rodzić Po Ludzku.

Czyli jest to szeroko rozumiane wsparcie, zarówno medyczne, psychologiczne, jak i prawne. Dajemy rodzicom, którzy doświadczyli straty, szereg porad formalnych dotyczących tego, co zrobić żeby skorzystać z prawa do urlopu macierzyńskiego, ale też by pochować swoje dziecko oraz informujemy, w jakich okolicznościach przysługuje im zasiłek. Pokazujemy również perspektywę psychologiczną, czyli jak wspierać po stracie dziecka kobietę oraz – co równie ważne – mężczyznę. Jesteśmy bardzo wdzięczne wszystkim, którzy zgodzili się nam opowiedzieć o doświadczeniu poronienia z ich punktu widzenia.

Według statystyk, o których mówisz, utrata ciąży doświadcza 7 na 10 kobiet. To bardzo dużo. Jakie są najczęstsze przyczyny poronień? To bardzo trudne pytanie, które zadają sobie wszystkie bez wyjątku kobiety. Chciałabym, żeby to mocno wybrzmiało: za największą liczbą poronień stoi genetyka. To właśnie wady chromosomalne płodu powodują zatrzymanie ciąży. Warto to powtarzać, bo utracie ciąży towarzyszy okrutne poczucie winy niedoszłej mamy, czasem wzniecane przez niedoedukowane środowisko. To nie preferencje żywieniowe, wiara, zbyt siedzący lub zbyt stojący tryb życia decydują o przyszłości ciąży. Powtarzamy: „Dziewczyno, bardzo nam przykro. To nie jest twoja wina. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś”. Marzy mi się wykasowanie z ludzkiej świadomości określenia: „kobieta poroniła”. Zabierzmy to bezpodstawne brzemię odpowiedzialności, zacznijmy mówić „ciąża się poroniła”, to naprawdę nie jest niczyja wina.

Karolina Wierzbińska, redaktor naczelna hellozdrowie.pl, jedna z inicjatorek Krótkich Instrukcji.

Krótka Instrukcja o Poronieniu dostępna jest za darmo pod adresem krotka-instrukcja.hellozdrowie.pl – jako strona oraz jako e-book w formie PDF. Dla chętnych również w wersji papierowej, także bezpłatnej. Redaktorami publikacji są Marta Ploch i Robert Statkiewicz.

  1. Zdrowie

Ćwiczenia dna miednicy dla zdrowia i satysfakcji seksualnej

Ilustracja iStock
Ilustracja iStock
„Twoje ciało, łono, dno miednicy są realne. Należą do ciebie, a nie do lekarzy”. Rozmawiamy z francuską położną Claire Dahi, która uczy, jak dbać o najczulsze mięśnie w ciele kobiety.

Pracuje pani z kobietami w ich własnych domach. Co nosi pani w torbie?
Przede wszystkim formularze do wypełnienia, żeby poznać dobrze swoją pacjentkę. Są tam pytania dotyczące historii porodu, wydarzeń medycznych w jej życiu, chorób kobiecych w jej rodzinie, ale też kilka bezpośrednich pytań  dotyczących stanu jej krocza. Na przykład czy kiedyś w życiu zdarzyło jej się uronić kilka kropli moczu w trakcie kichania albo śmiania się. Noszę też ze sobą rękawiczki i lubrykant do badania wewnętrznego, a także plastikowy model dna miednicy.

Po co?
Żeby pokazać pacjentce, co to jest krocze. Nawet jeśli miałyśmy kilka lekcji z kobiecej anatomii w podstawówce, to jako dorosłe kobiety często nie wiemy, jak ono wygląda. Na modelu mogę pokazać, gdzie są nasze mięśnie dna miednicy, czym się różnią. Dzięki temu kobieta może sobie zwizualizować własne ciało od środka. Kiedy zobaczy mięśnie na plastikowym modelu i ich dotknie, będzie jej łatwiej je poczuć, a potem uruchomić. Moim celem nie jest nadrobienie wiedzy medycznej, utrwalenie trudnych nazw łacińskich, ale po prostu pokazanie, gdzie owe mięśnie się znajdują. Bo tam zaczynają się historie, które chcę kobiecie opowiedzieć.

Łono też ma swoje historie?
Oczywiście. Mówię kobietom, że ich wagina to malutka jaskinia, miniaturowa grota.

Brzmi lepiej niż bardzo medyczne i odstręczające polskie słowo "krocze".
No właśnie. Ale nasza mała kobieca grota to nie jakieś byle co. Prowadzą do niej piękne drzwi frontowe jak do prawdziwego zamku. Najpierw widzimy most zwodzony, a potem bronę, czyli kratę, którą opuszcza się w dół, żeby zamknąć wejście do groty. Tak naprawdę to dwa przeciwstawne mięśnie. Jak wejdziemy do środka, zobaczymy sufit: to przód naszej waginy. Ten sufit podtrzymuje nasz pęcherz moczowy na swoim miejscu. Można powiedzieć, że pęcherz jest na suficie groty. Kiedy wejdziemy głębiej i trochę wyżej, znajdziemy coś jeszcze – szyjkę macicy, która jest wejściem do naszej macicy, a także mięsień łonowo-pochwowy. Nasza grota jest też zamknięta z dołu i po bokach wielkim mięśniem, który idzie z głębi miednicy aż do naszego sromu, tworząc jednocześnie podłogę i ściany naszej waginy. Na ten wielki mięsień tak naprawdę składają się trzy mięśnie anatomicznie różne. Ale kiedy opowiadam o nim historię, to mówię, że przypomina wielki i bardzo szeroki dywan, który pokrywa zarówno podłogę, jak i dwa boki groty.

Przejdźmy teraz do ćwiczeń. Od czego zaczynamy?
Kobieta najpierw ćwiczy mięsień umiejscowiony przy wejściu do pochwy. Nie musi wiedzieć, gdzie on jest, jak się naprawdę nazywa. Naśladuje ruch, jakby podnosiła do góry zwodzony most, a ja pomagam jej to zrobić, pokazując palcem, gdzie zacząć. Potem jest zamkowa krata. Ruch odwrotny do mostu zwodzonego. „Łapiemy” mięsień z góry i ściągamy go bardzo delikatnie w dół. Najpierw „łapiemy” punkt przy wejściu do pochwy, a potem wchodzimy z nim do góry, do góry, do góry, aż do poziomu serca. Potem zajmujemy się mięśniami sufitu. Jest tam łuk ścięgnisty miednicy, który podtrzymuje cewkę moczową, a my podrywamy go do góry. Potem trzeci etap – ściany i podłoga. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Piękna, duża sala, otoczona z każdej strony mięśniami.

Trochę to zawiłe.
Tak, ale ta historia odkrywa przed kobietą architekturę małej groty. Te obrazy poruszają obszar w mózgu, który mieści się między świadomym a nieświadomym. Mogą odtraumatyzować różne problemy związane z tą sferą.

Rozumiem, że te obrazy zostaną z kobietą całe życie?
Właśnie o to mi chodzi. Położna jest z kobietą tylko na początku pracy z mięśniami dna miednicy. Towarzyszy jej, żeby sprawdzić, czy dobrze się nimi zajmuje, czy je wyczuwa, czy dobrze je kurczy. Po drugie, sprawdza, czy nie ma gdzieś uszkodzeń, małych otarć, pęknięć, naderwań tkanki mięśni, które mogły się wydarzyć podczas porodu. Trzeba to jasno powiedzieć: każda kobieta, która przeżyła poród, ma rodzaj minidraśnięć, otarć, czyli cieniutkich pęknięć w mięśniach dna miednicy. To normalne. Chociaż są różne typy naruszeń mięśni. Bywają bardzo delikatne, ale i głębokie pęknięcia, które trzeba było zszyć w szpitalu po porodzie.

Mięśnie mogą być po porodzie zwiotczałe?
Tak. Albo po prostu rozciągnięte. W czasie ciąży i porodu musiały się rozciągnąć, żeby dziecko ułożyło się w brzuchu jak w koszyku, a potem przepuścić je na świat. Po takich zmianach anatomicznych mogły nie wrócić do normy, nie ściągnąć się. Sprawdzam manualnie każdy z nich.

Teraz jest pani specjalistką od mięśni krocza. Czy kiedyś przyjmowała pani porody?
Przed przyjazdem do Polski asystowałam przy porodach w szpitalu francusko-brytyjskim Levallois-Perret w Paryżu. Kiedy mój mąż dostał pracę w Polsce i się przeprowadziliśmy, nie myślałam w ogóle, żeby uprawiać tutaj swój zawód. Nie znam polskiego. W sytuacjach codziennych, np. w supermarkecie, jeszcze mogłam się dogadać, ale nauczyć się wszystkich polskich słów medycznych?! Niemożliwe! Jednak pewnego dnia spotkałam doktora Pascala Eechouta, francuskiego ginekologa, który pracuje w Warszawie. Jak się dowiedział, że jestem położną, zaczął mnie urabiać. Powiedział, że w Polsce prawie nie ma osób, które zajmują się manualną rehabilitacją krocza. Są instruktorzy, którzy pracują z elektrostymulacją i z biofeedbackiem. „Jasne, to dobrze”, pomyślałam, ale według mnie te metody są niewystarczające. Postanowiłam wrócić do Francji i zrobić specjalizację z rehabilitacji krocza, która jest przeznaczona dla położnych i fizjoterapeutów.

Dlaczego praca z sondą jest według pani niewystarczająca?
Elektrostymulacja nie ma nic wspólnego z historią o małej grocie. Pracuje nad sufitem, końcem sufitu i dwoma mięśniami podłogi i ścian, ale całe wejście, czyli podwójne drzwi i mięsień odpowiedzialny za kurek pęcherza, czyli zwieracz cewki moczowej, są nieruszone. Inny problem związany z sondą jest bardziej fundamentalny. W tej technice kobieta nie jest autonomiczna, ponieważ nie może pracować bez maszyny, obcego ciała, tzn. sondy dopochwowej. Ja uczę kobietę ćwiczeń, które potem już samodzielnie wykonuje w domu.

A gdy minie etap nauki?
Kobieta ma wykonywać swoje ćwiczenia regularnie raz w miesiącu. Od razu po miesiączce. Kiedy przestaje krwawić, robi dziesięć ćwiczeń mięśni dna miednicy (kilka minut) przez dwa, trzy dni do końca życia. Ale to jeszcze nie koniec. Drugą ważną rzeczą jest nowe rozumienie krocza. Moja nauczycielka Dominique Trinh Dinh mówiła, że krocze nie jest bytem wyabstrahowanym. Żyje w naszym ciele, a ciało wytwarza pewne obciążenia, naciski, które nie są dla niego dobre. O tym jeszcze nie rozmawiałyśmy.

Zacznijmy.
Najprościej rzecz ujmując, równowaga w naszym ciele zależy od równowagi napięcia mięśni, które się w nim znajdują. Praca mięśnia przepony wpływa na stan naszego krocza, ponieważ  mięśnie krocza i przepony leżą równolegle i pracują zależnie od siebie w jamie brzusznej. Przepona porusza się, kiedy oddychamy, i powinna dźwigać ciśnienie, które tworzy się wtedy w klatce piersiowej.

A tego nie robi?|
Niestety, wiele kobiet oddycha, obciążając mięśnie krocza. Ten mechanizm nazywa się tłocznią brzuszną. Kiedy przepona zamiast unosić napięcie w górę, wpycha je w dół, w mięśnie krocza. Jest wiele kobiet, które po całym dniu czują ciężar w okolicach brzucha z powodu złego oddychania. Dziś już wiadomo, że kobieta, która nigdy nie urodziła dziecka, ale źle oddycha, obciążając krocze, może mieć zaburzenia funkcjonalne przepony moczowo-płciowej.

Wydawało mi się, że oddech nic nie waży?
Gdy oddychamy, nasza przepona poprzez ciśnienie, jakie wytwarza, uciska mięśnie krocza. Nawet jak to jest lekkie napięcie, krocze je dźwiga. Przez dziesięciolecia. Często stres jest czynnikiem, który powoduje, że zaczynamy źle oddychać. Inna z teorii mówi, że krocze nie zostało ewolucyjnie dostosowane do pozycji stojącej człowieka. Nie zostało stworzone, żeby nosić ciężary, ale żeby zamykać dół naszego ciała. Inaczej mówiąc: nie możemy robić ze swojego krocza paska, który spina nasz brzuch i go dźwiga. Ono jest zbyt wrażliwe. Podobne obciążenia pojawiają się, kiedy kichamy, kaszlemy, śmiejemy się, wydmuchujemy nos, głośno mówimy. Albo kiedy się poruszamy i coś dźwigamy, biegamy albo skaczemy. Musimy się nauczyć podczas tych czynności funkcjonować na odwrót.

Czyli?
Czyli wsłuchać się w swoje ciało i wychwycić to subtelne odczucie, że coś w nas „prze, naciska w dół”. A potem nauczyć się unosić to napięcie do góry.

Wyjaśnijmy w takim razie, jak dobrze oddychać?
Dobrze oddychamy, kiedy śpimy. Można to sprawdzić, na przykład patrząc na śpiące dzieci albo partnera. Kiedy nabierają powietrza, unosi im się brzuch, a jak następuje wydech, w górę idzie klatka piersiowa. Przepona powinna przechwytywać całe napięcie. Fizjologicznie, kiedy nabieramy powietrza, przepona się obniża, a mięśnie brzucha się rozluźniają, co daje efekt wypiętego brzucha. W trakcie wydechu z kolei przepona unosi się, zasysając mięśnie dna miednicy w górę, i w ten sposób ułatwia im pracę. Brzuch jest wtedy płaski.

Jak jeszcze powinnyśmy dbać o swoje krocze?
Chodzić regularnie do toalety, żeby nie dźwigać ciężaru moczu, bo on też naciska na krocze. Trzeba oddawać mocz nie rzadziej niż raz na trzy godziny. Pomijając, oczywiście, noc, bo wtedy leżymy i nie ma ciężaru, który naciskałby na krocze. Kobiety generalnie się z tym nie spieszą. Pracują, sprzątają, bawią się z dziećmi i przetrzymują mocz w pęcherzu, ile się da. Zapominają, że litr wody to aż kilogram ciężaru na dno miednicy. Druga ważna sprawa to pozycja, którą przyjmujemy w czasie wypróżniania. Mówię teraz zarówno o oddawaniu moczu, jak i stolca. Pamiętajmy, żeby nie przeć, nie robić tego na siłę. Zaparcia to nasz wróg. Bezpieczną pozycją jest pozycja, kiedy mamy kolana wyżej niż uda. To nic nie kosztuje, a w prosty sposób nas zabezpiecza. Wystarczy kupić prostą, plastikową podstawkę pod nogi.

Od czego zależy to, kiedy nasze mięśnie wrócą do normy? Od wieku, genów?
Raczej od stopnia uszkodzenia w trakcie porodu. Kiedy doszło do nacięcia krocza i kobieta odczuwała ból w tym miejscu, podświadomie nauczyła się omijać bolące mięśnie i zaczęła używać innych. Nie zacznie ich znowu używać bez użycia własnej woli. Musi się znów tego nauczyć.

Kobiety boją się, że po porodzie nie będą już miały takich samych odczuć w trakcie stosunku seksualnego.
Nawet gdy jesteśmy obolałe po nacięciu krocza, musimy pamiętać, że jak mięśnie się prężą, poruszają, następuje napływ krwi do tego miejsca i szybciej wracamy do komfortu w tej sferze.

Ale czy każda kobieta potrzebuje rehabilitacji krocza?
Wielu kobietom mięśnie wracają do normy niemal całkowicie samodzielnie, bo np. nie ucierpiały bardzo w czasie porodu i w odpowiedni sposób oddychają. Kwestie genetyczne są też ważne, czyli jeżeli twoja mama i babcia miały wysoką jakość mięśni Kegla, ty też pewnie ją masz. Są kobiety, które mają tylko drobne naruszenia, ale nie potrafią unosić napięcia do góry, obciążają krocze i mogą mieć potem problem z nieszczelnością i nietrzymaniem moczu, obniżaniem narządów. Ale nie ma zasad uniwersalnych.

Czy możemy ćwiczyć bez nauczycielki?
To bardzo trudne z wielu powodów. Przede wszystkim kobieta nie kontroluje, czy w trakcie ćwiczeń mięśni Kegla nie napina innych mięśni, np. pośladków czy ud. Robimy to automatycznie i nieświadomie i przez to zatracamy sens ćwiczenia. Wiele kobiet myśli też, że gdy ćwiczymy mięśnie, to trzeba to robić intensywnie, mocno jak w fitnessie.

A jak jest?
Odwrotnie. Im mniej wysiłku, tym lepszy rezultat. Napinanie mięśni Kegla powinno być bardzo delikatne. Trzeba nauczyć się świadomie kurczyć mięśnie, których do tej pory nie czułyśmy, czasem nawet nie miałyśmy pojęcia, że istnieją. Położna pomoże je odnaleźć. Celem jest to, żeby każdy mięsień pracował niezależnie od drugiego, żeby nie napinały się wspólnie.

Dlaczego?

Bo wtedy pracują najmocniej te mięśnie, które są rozległe. Mięśnie znajdujące się przy wejściu do pochwy są po prostu słabsze i trudniej nam je uruchomić. Metoda, której uczę, zajmuje się wszystkimi mięśniami naszej pochwy, od wejścia do samej głębi. To my jesteśmy odpowiedzialne za tę sferę, która zamyka nasze ciało. Jeżeli będziemy dobrze pracować, będzie sprężyste.

 

Autorka dziękuje za konsultację położnym: Marii Romanowskiej i Karolinie Łataś-Zagrajek (terapeutce uroginekologicznej).

 

CLAIRE DAHI,
położna i rehabilitantka mięśni dna miednicy wg francuskiej metody CMP (Connaissance & Maîtrise du Périnée); pracuje z kobietami różnych kultur i narodowości.

 

  1. Zdrowie

Trymestry ciąży — ile trwają? Czym się charakteryzują?

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Ciąża trwa 9 miesięcy - 40 tygodni podzielonych na trzy trymestry. Każdy upływający dzień jest ważny dla rozwoju dziecka oraz dla rodziców, którzy czekają, aby powitać maleństwo na świecie. Dlatego dobrze wiedzieć, czego można się spodziewać na kolejnych etapach ciąży, jak kształtuje się płód, a także jakie zmiany zachodzą w organizmie kobiety.

Rodzice, jak tylko zobaczą dwie kreski na teście ciążowym i potwierdzą ciążę u ginekologa, zaczynają wielkie przygotowania do powitania na świecie dziecka. Bez względu na to, czy oczekujesz pierwszego potomka, czy to Twoja kolejna pociecha, z zainteresowaniem śledzisz jego rozwój. Masz na to aż 40 tygodni, czyli 9 miesięcy. Zobacz, czym charakteryzują się poszczególne trymestry ciąży.

I trymestr ciąży

. Objawy ciąży mogą pojawić się już po kilku dniach. Pierwszym jest oczywiście brak miesiączki, ale wiele pań deklaruje, że ich uwagę przykuły:

  • powiększone, wrażliwe na dotyk piersi,
  • poranne nudności,
  • nadwrażliwość na niektóre zapachy, które do tej pory były neutralne,
  • częstomocz,
  • zmęczenie i senność.
Każda ciąża przebiega inaczej, dlatego nie da się stwierdzić odmiennego stanu wyłącznie na podstawie opisanych objawów. Pozytywny test ciążowy, badanie krwi oraz wizyta u ginekologa dadzą absolutną pewność, że spodziewasz się dziecka. Konsultacja lekarska wraz z USG jest ważna, ponieważ pozwala stwierdzić, czy zarodek zagnieździł się prawidłowo i oszacować termin porodu.

Jeśli tylko masz podejrzenie, że jesteś w ciąży, zrezygnuj z używek. Alkohol i papierosy są niedopuszczalne bez względu na to, w którym trymestrze ciąży jesteś. Przez cały czas powinnaś również wyjątkowo dbać o siebie — nie dźwigać, nie przemęczać się, unikać sytuacji stresogennych, zadbać o odpowiednią ilość i jakość snu, stan nawodnienia organizmu oraz zbilansowaną dietę.

II trymestr ciąży

Zaczyna się od 14. i trwa do 26. tygodnia ciąży. To czas, w którym część kobiet odczuwa znaczną poprawę samopoczucia. Zazwyczaj mdłości znikają, a duże stężenie estrogenów w organizmie pozytywnie wpływa też na Twój wygląd. Włosy gęstnieją, skóra staje się gładka. Ale uwaga! W tym okresie wiele przyszłych mam zauważa na swoim ciele i twarzy ciemniejsze plamy — przebarwienia są efektem nasilonej pigmentacji skóry i miną po porodzie. Póki co, unikaj ekspozycji na słońce i stosuj kremy z filtrem ochronnym.

Teraz Twój brzuch zacznie robić się coraz większy, a rozwijające się w nim dziecko coraz ruchliwsze. Około 20. tygodnia, czyli na półmetku ciąży ginekolog zaprosi Cię na badanie USG połówkowe, podczas którego sprawdzi m.in. czy dziecko rozwija się prawidłowo i nie ma wad genetycznych. Na tym etapie jego ciałko jest już wykształcone na tyle, że widać oczy, uszy, podniebienie, a także narządy wewnętrzne. 

III trymestr ciąży

Ostatni trymestr ciąży zaczyna się wraz z 28. tygodniem i trwa aż do porodu. To czas, w którym macica dalej się rozrasta i sięga już kilka centymetrów powyżej pępka. Wiążą się z tym kolejne dolegliwości i objawy, takie jak skurcze Braxtona-Hicksa, uznawane za skurcze ćwiczące macicę przed porodem. Ich intensywność nie powinna być dla Ciebie zbyt uciążliwa, ale jeśli masz w tym zakresie jakiekolwiek obawy — skonsultuj się z lekarzem prowadzącym, który może zasugerować przyjmowanie bezpiecznych leków rozkurczowych.

W tych tygodniach dziecko przekracza granicę 1 kg i zaczyna intensywnie rosnąć, bo pod jego skórą kumuluje się tkanka tłuszczowa. Coraz bardziej przypomina bobasa, którego już za kilka tygodni powitasz na świecie!

III trymestr ciąży to czas intensywnych przygotowań organizmu do porodu, a także domowników na powitanie nowego członka rodziny. Zacznij zastanawiać się nad wyborem szpitala i rodzajem porodu (rodzinny, w wodzie). Możesz też wybrać położną środowiskową, która jeszcze po narodzinach dziecka będzie odwiedzała Was w domu na kontrolne ważenie oraz mierzenie.

Za ciążę donoszoną uznaje się 37. tydzień. Na tym etapie dziecko jest już spore, więc w macicy ma mniej miejsca do robienia fikołków. Jego ruchy mogą nieco osłabnąć, ale nadal powinny być odczuwalne. Ty z kolei możesz mieć problemy ze zgagą, a także czuć rozpieranie w granicy spojenia łonowego. Dziecko naciska główną na kanał rodny. Zdarzają się jednak sytuacje, że maluch jest ułożony miednicowo, co stanowi jedno ze wskazań do cesarskiego cięcia.

Ostatnie tygodnie ciąży poświęć na skompletowanie wyprawki, spakowanie torby do szpitala, zgromadzenie dokumentów i aktualnych wyników badań. Lekarz pobierze posiew w kierunku paciorkowca, czyli na GBS — wyniki miej przy sobie w momencie przyjęcia na oddział. Warto również uczęszczać na zajęcia ze szkoły rodzenia, aby wiedzieć, jak odczytywać sygnały zbliżającego się porodu.

Standardowo ciąża trwa 40 tygodni, ale zdarza się, że poród zaczyna się wcześniej lub dopiero po terminie. Ginekolog może zadecydować o regularnym wykonywaniu badania KTG płodu, a w razie jakichkolwiek nieprawidłowości skieruje Cię na oddział szpitalny, gdzie będziesz miała kompleksową opiekę.

  1. Psychologia

Wszystkie chcą mieć córkę

123rf.com
123rf.com
Przez stulecia kobiety modliły się o syna. Dziś coraz więcej jest takich, które chciałyby mieć córkę. Dlaczego? I czemu tak trudno im o tym mówić?

Jesteś w ciąży – potwierdził test, a potem lekarz. Teraz zaczyna się fala domysłów, kto się urodzi. Nie ma chyba rodzica, który nie zastanawiałby się: córka czy syn. Kiedyś trzeba było czekać z tym do porodu. Dziś z pomocą przychodzi USG i tę informację znamy już czasem w czwartym miesiącu ciąży.

Inna zmiana, jaka zaszła, to pożądana płeć. Przez stulecia kobiety marzyły o synu, bo jego urodzenie było dowodem sensu ich istnienia. W wielu sytuacjach oznaczało być albo nie być, wiązało się z sukcesją i potwierdzało pozycję u boku męża i w rodzie. W Chinach i Indiach do dziś zdecydowana większość aborcji dotyczy dziewczynek, które są uważane za dzieci mniej wartościowe. Dlatego rodzi się ich znacząco mniej niż chłopców. W rezultacie w tych krajach zakazano informowania rodziców o płci dziecka w trakcie badania USG. Władze wypróbowywały też takie strategie, jak płacenie rodzicom dziewczynek i rezerwowanie dla nich miejsc na uniwersytetach.

W Polsce, jak wynika z badań GUS, od czasów powojennych dziewczynek i chłopców rodzi się mniej więcej podobna liczba. Ale jeszcze większość kobiet z pokolenia mam obecnych trzydziestolatków chciało mieć syna. W 1977 roku znakomita polska reporterka Barbara Łopieńska napisała reportaż „Syn”, relację z warszawskiego oddziału położniczego. Jej tekst zaczyna się od słów: „Wszystkie chcą mieć syna”. W 2001 roku OBOP zapytał Polaków, jakiej płci dziecko by woleli, gdyby mieli posiadać tylko jednego potomka. Ponad połowa (56 proc.) odpowiedziała, że nie ma to dla nich znaczenia, 22 proc. wolałoby chłopca, przy czym znacznie częściej byli to mężczyźni (32 proc., w stosunku do 11 proc. w przypadku kobiet), a 19 proc. – dziewczynkę, przy czym wśród tych ostatnich więcej jest kobiet (27 proc. w porównaniu z 11 proc. wśród mężczyzn). Co ciekawe, w rozmowach ze znajomymi czy nawet z lekarzem często się do tych preferencji nie przyznają.

Kilku ginekologów mówi mi, że na pytanie o to, jakiej płci oczekują rodzice, mężczyźni częściej odpowiadają, że syna, kobiety zaś mówią: „Najważniejsze, żeby było zdrowe”. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz, dziekan Wydziału Pedagogiki Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, badająca problematykę rodziny, tłumaczy to tak: – To, jakiej płci dziecko ludzie chcą mieć, jest tematem tabu. Gdy zadaje się im to pytanie, szukają odpowiedzi zgodnej z oczekiwaniami społecznymi, a te są takie, że to nie ma znaczenia. Łatwiej przyznać się do pragnienia posiadania chłopca, bo przesąd, że „prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna”, i przekonanie o wartości pierworodnego wciąż są u nas dość silne. Ale to nie znaczy, że wiele kobiet po cichu nie pragnie córki.

Nie tak miało być

Kalina, od dwóch lat szczęśliwa mężatka, pracownica instytucji pozarządowej: – To był piękny, słoneczny dzień, szliśmy na USG w supernastrojach. Pamiętam, że w gabinecie było ciemno jak w planetarium, a pani doktor była bardzo sympatyczna. Zapytała, czy chcemy znać płeć. Penis między nogami dziecka to było dla mnie kompletne zaskoczenie. Wyszliśmy z przychodni i usiedliśmy w kawiarni. Patrzyłam na zdjęcie z USG i po twarzy płynęły mi łzy. Od kiedy zadała sobie pytanie, czy chce mieć dzieci, było dla niej oczywiste, że chciałaby córkę. Ba, była pewna, że tak się stanie. Patrząc na wydruk z USG, myślała: „Ale niefart. XXI wiek to wiek kobiet, idealny moment, żeby przemówiły. A ja nie będę mogła patrzeć, jak moja córka z tego korzysta”. – Najbardziej było mi szkoda, że część doświadczeń już nie będzie nasza wspólna – mówi. – Doskonale wiedziałam, jaką mamą córki będę i jaki wzorzec kobiety chcę jej przekazać – silnej, która akceptuje swoje ciało. Tyle poświęciłam w życiu tematowi kobiecości – literaturze, dyskusjom. A tu pojawia się chłopiec i jakim doświadczeniem mam się z nim podzielić? Przecież nic nie wiem o chłopcach, o ważnych momentach w ich życiu, nie wiem, jak to jest przechodzić mutację.

Dorota, menedżerka w dziale marketingu: – Gdy w czwartym miesiącu lekarz powiedział, że to chłopiec, zapadłam się w sobie. Długo miałam depresję, lekką, ale prawdziwą. Ta jedna rzecz zmienia życie. Wiesz, że będziesz chodzić na gokarty, a nie na balet, grać w piłkę, a nie bawić się domkiem dla lalki. Dorota przyznaje wprost, że nigdy nie marzyła o byciu mamą. Decyzja o zajściu w ciążę, świadoma i przemyślana, jak większość decyzji w jej życiu, to był kompromis z mężem, który tego pragnął. Od początku wiedzieli, że ograniczą się do jednego dziecka, a Dorota myślała: „Z córką wszystko będzie łatwiejsze. Bo to taka mała ja, którą łatwiej zrozumieć, nawet jeśli jeszcze nie mówi”. I w jej głowie pojawiały się obrazki jak z reklam: przebiera córeczkę w śliczną sukienkę albo ubierają Barbie – niespełnione marzenie Doroty z dzieciństwa.

Agata, dziennikarka, mama czterolatka, na informację lekarza, że ma w brzuchu kolejnego chłopca, zareagowała: „Chyba pan żartuje”. Powtórzył to kilka razy, a do niej nie docierało. Po powrocie do domu płakała, jakby się stało coś strasznego. Przecież na USG w 15. tygodniu specjalnie wybrała się do lekarza, który znany jest z tego, że się nie myli w kwestii płci, i powiedział, że będzie córka, a informację potwierdził jej lekarz prowadzący w 20. tygodniu. Szalała z radości. – Poczułam, że jesteśmy pełni – opowiada, a w jej głosie wciąż słychać emocje. – Myślałam: „Mam już w życiu wszystko”. Rodzice szybko przyzwyczaili się do myśli o małej dziewczynce. Na imię dali jej Nina i Agata mówiła: „Wychodzę z Niną”, a jej synek czytał tylko książeczki o starszym bracie i młodszej siostrze. Na wnuczkę czekali dziadkowie, a ciocia z Anglii przysłała śliczne dziewczęce ubranka. O tym, że będzie chłopak, Agata dowiedziała się pod koniec siódmego miesiąca. Mąż Agaty, gdy zobaczył ją zapłakaną po tamtym USG, myślał, że dziecko jest chore. Kiedy dowiedział się, że wszystko z nim OK, tyle że jest chłopcem, nie dziewczynką, zaczął się śmiać. – A ja, kiedy pakowałam te dziewczęce ubranka, czułam się tak, jakbym straciła dziecko – mówi ona. – Wiem, że ktoś, kto ma problem z zajściem w ciążę albo urodzi chore dziecko, mógłby powiedzieć: „Chora kobieta”. Ale ja czułam się, jakby ktoś mi zabrał moją Ninkę i włożył do brzucha obce dziecko.

– Tęsknota za posiadaniem córki to być może dowód na to, że zaczęłyśmy dostrzegać dobre strony bycia kobietą – tłumaczy to nowe zjawisko psychoterapeutka Hanna Samson. – Wcześniej kobiety wolały mieć synów, bo bały się, że córka nie uniknie powtórzenia ich własnego losu. Teraz wierzą, że sama będzie mogła decydować o sobie.

Puzzle

Czy tak się stanie? Choć z badań OBOP wynika, że prawie połowa Polaków uważa, że płeć dziecka nie ma wpływu na wychowanie, okazuje się, że na głębszym, nieuświadomionym poziomie ma ona duże znaczenie. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz w swoim badaniu rodziców, którzy mają syna i córkę, zauważyła, że zapytani o to wprost, twierdzą, że jednakowo podchodzą do dzieci obojga płci. Jednak gdy zaczynają przytaczać różne sytuacje z życia rodzinnego, różnice są aż nadto widoczne. O ile chłopcom przekazywany jest obraz świata, w którym mogą wszystko i wszystko od nich zależy, o tyle dziewczynki mają w swoim życiu realizować pewien wzór kulturowy i się do niego dopasować. Te same zachowania rodzice inaczej oceniają u dzieci różnej płci. Chłopiec, który dużo czasu spędza z kolegami poza domem, jest postrzegany jako energiczny i towarzyski, dziewczynka, jeśli tak się zachowuje, nazywana jest latawicą i rodzice się o nią martwią. Chłopiec może się brudzić i zachowywać głośno, dziewczynka powinna być schludna, mówić cicho, a swoimi sprawami może zająć się, kiedy już wypełni obowiązki – odrobi lekcje, pomoże mamie.

Kalina, Dorota i Agata miały poczucie, że dziewczynkę wychować im będzie łatwiej. Najpoważniejszą obawą Kaliny dotyczącą chłopca było to, że ani w swojej, ani w męża rodzinie nie znalazła w pokoleniu rodziców żadnego stuprocentowo fajnego mężczyzny – mądrego, który miałby dystans do siebie, nie był zakompleksiony ani narcystyczny – który dla jej synka mógłby stać się wzorcem. Ci, których zna, to raczej typ „polskiego wujka”: problemy rozwiązują w sposób agresywny, nie potrafią mówić o swoich uczuciach, nie wylewają za kołnierz.

To poważny problem, na jaki w wychowaniu chłopców natykają się współczesne Polki. Niby nowoczesne, łączą życie rodzinne z karierą i dążą do pełnej równości z mężczyznami, a w podejściu do synów automatycznie włącza im się model tradycyjny. I produkują kolejne pokolenie małych królów, przyszłe utrapienie dla swoich partnerek. Agata sama przyznaje, że temu ulega: – Polacy są wychowywani na synów mamusi, mają tylko oczekiwania. Najpierw kierują nimi matki, potem żony. W moim domu mama podawała zupę, a tata czytał gazetę, nadal tak jest. U nas też podział obowiązków jest dość tradycyjny. Łapię się na tym, że nikt mnie nie nauczył, jak inaczej wychowywać chłopca.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Dorota: – Wiedziałam, że syna nie mogę za bardzo przyuczać do bliskości, bo nie chcę, żeby wyrósł z niego fajtłapa, chłopak, który się nie obroni na boisku. Gdy będzie malutki, może jeszcze tak, ale potem już nie. Facet delikatniejszy, który o siebie dba, fajnie się ubiera, za chwilę okaże się zniewieściały.

– Samą mnie zaskoczyło, że głęboko we mnie tkwi poczucie, iż chłopca nie można za bardzo rozpieszczać swoją miłością. Już samo to, że myślałam, że wiem, jak wychować córkę, a syna nie, było niepokojące. Bo czy to znaczy, że dla niego będę mniej czuła? – mówi Kalina i podkreśla, jak ważna jest pomoc dziecku w odnalezieniu się w popkulturze, która jest opresyjna nie tylko dla dziewcząt, bo każe im idealnie wyglądać, lecz także dla chłopców, którzy tylko pozornie mają władzę. Jeśli nie wcielają się w rolę tego, który dominuje, natychmiast są spychani do roli ofiary.

– Żyjemy w czasach, w których wszystko się zmienia i nie ma gotowców. Tradycyjna męska figura runęła – twierdzi Hanna Samson. – Warto świadomie wziąć udział w poszukiwaniach nowego wzorca męskości. Urodzenie syna to dla kobiety szansa, by wychodząc poza schematy, przygotować go do życia w świecie, w jakim chciałybyśmy, aby żyły także nasze córki.

Córka dla matki, syn dla świata

Inne argumenty przemawiające za urodzeniem dziewczynek to stworzenie nowej, poprawionej wersji siebie, która nie powtórzy naszych błędów, łatwość porozumienia z własną płcią, wychowanie sobie przyszłej przyjaciółki oraz przekonanie, że syn wyfruwa z domu, a córka na zawsze pozostaje bliżej z rodzicami, a szczególnie z matką.

Ograniczenia takiego myślenia wskazuje Hanna Samson, która podkreśla, że zadaniem rodzica, niezależnie od płci dziecka, nie jest wychowanie go dla siebie, tylko wypuszczenie w świat. I dodaje, że w Polsce silny jest mechanizm trzymania przy sobie dzieci, a szczególnie córek, poprzez wzbudzanie w nich poczucia winy, gdy nie spełniają oczekiwań matki. Do jej gabinetu trafia wiele kobiet, które próbują wyzwolić się z nadmiernej zależności od rodziny. Tymczasem warto dać dzieciom wolność ze świadomością, że przez lata budujemy z nimi więź, która nagle się nie urwie. Terapeutka dodaje, że przyjaźń między matką a córką to mit. Ta relacja nigdy nie jest zupełnie partnerska, bo niezależnie od wieku chcemy, by rodzice pozostali rodzicami, i nie mamy ochoty rozmawiać z nimi o wszystkim. – Oczekiwanie przyjaźni znacznie częściej wypływa ze strony matki niż córki – mówi – i prowadzi czasem do przekraczania granic dorosłego dziecka. Wchodzimy tam, gdzie córka nie chce nas wpuścić, albo wciągamy ją na własne terytorium, wikłamy w sprawy, które do niej nie należą.

Jak sobie z tym poradziły?

Amerykańska terapeutka Virginia Satir pisała: „Kiedy do świata Jonesów wkracza Johnny, nadzieje i potrzeby rodziców już tam na niego czekają”. Może jednak najlepiej nie zakładać, jakiej płci chcielibyśmy mieć dziecko, i zobaczyć, co przyniesie nam życie.

– Czas ciąży w naturalny sposób sprzyja marzeniom – mówi Hanna Samson – ale warto brać w nich pod uwagę różne wersje zdarzeń. Lepiej otworzyć się na przygodę, która zaczyna się wraz z narodzinami dziecka, niż myśleć o przyszłości tak, jakbyśmy miały nad nią władzę. Jej zdaniem zazwyczaj udaje się nam zaakceptować rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jeśli jednak przyjęcie płci dziecka przychodzi nam z trudem, warto wziąć przepracowanie tej tęsknoty na siebie (na przykład z pomocą terapeuty), a nie przerzucać jej na dziecko.

Dorota: – Jak sobie poradziłam z tym, że mam syna? Starałam się brać to, co dobre, z tego, co mam. Resztę zdziałały hormony, biologia. Chociaż nie było tak, że doszłam do wniosku, iż byłam głupia, bo chciałam mieć dziewczynkę, a chłopcy są najfajniejsi. Ale można z tym żyć.

Kalina stopniowo zakochiwała się w Krzysiu, który dziś ma osiem miesięcy. Już nie wyobraża sobie, by na jego miejscu mogło być inne dziecko. A w swoich poszukiwaniach dotyczących męskości poczyniła dwie optymistyczne obserwacje. Po pierwsze, zaczęła zauważać wokół fajnych facetów, którzy nie boją się mówić o uczuciach, mają z nimi kontakt, poszukują swojej drogi – tyle że w jej własnym, a nie starszym pokoleniu. Po drugie, dostrzegła, że może właśnie dostała szansę, żeby wychować fajnego mężczyznę dla fajnych kobiet, które widzi wokół. A jeszcze zanim Krzyś przyszedł na świat, zdała sobie sprawę, że jej dziecko to zupełnie oddzielna ludzka istota. Chciała rodzić w domu, ale synek ułożył się pośladkowo, więc było to zbyt niebezpieczne. – Fajne w posiadaniu syna jest to, że nigdy nie będziemy tacy sami – mówi. – Z perspektywy czasu widzę, że chciałam mieć córkę, żeby była moim przedłużeniem, przeżyła moje życie jeszcze raz, tylko lepiej. Zrozumiałam, że to iluzja. Do Krzysia mogę podejść bez oczekiwań i to jest wspaniałe. Chce mieć drugie dziecko, ale już nie będzie czekać na córkę. – Jeśli urodzi się syn, wierzę, że i tak znajdę kobiety, dla których będę mogła być mentorką – mówi. – Skoro jest we mnie taka energia, na pewno na nie trafię.

Gdy kończę ten tekst, przychodzi SMS od Agaty: „Urodziłam pięknego Pawełka, którego nie zamieniłabym na żadną dziewczynkę”.