1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Borelioza - przez nią boimy się kleszczy

Borelioza - przez nią boimy się kleszczy

Przy boreliozie najważniejsze jest szybkie rozpoznanie i właściwe leczenie. Po każdym spacerze sprawdzaj, czy nie wróciłaś z niechcianym gościem na ciele. (Fot. iStock)
Przy boreliozie najważniejsze jest szybkie rozpoznanie i właściwe leczenie. Po każdym spacerze sprawdzaj, czy nie wróciłaś z niechcianym gościem na ciele. (Fot. iStock)
Wokół kleszczy narosło tyle mitów, że opity nimi pajęczak urósłby do wielkości piłki lekarskiej. Czy 
zatem należy go lekceważyć? Zdecydowanie nie! Histerycznie się obawiać? Też nie.

Początek tej historii zaczyna się niewinnie. Wiosna, coraz cieplejsze promienie słońca budzą las do życia. Larwa kleszcza wykluwa się z jaja. Jest maleńka, ma wielkość ułamka milimetra i jest zdrowa. Wkrótce udaje się na żer i dopada drobnego ssaka, ptaka czy jaszczurkę. I tu sprawa staje się poważna. Ten pierwszy z trzech posiłków, które kleszcz zjada przez całe życie, może się skończyć dla niego zakażeniem krętkami boreliozy Borrelia burgdorferi. Sam pajęczak na nią nie choruje, ale my, ludzie, jak najbardziej. Jego kolejne stadium rozwojowe – nimfa – z powodzeniem może nas zarazić. Tak samo jak dorosły osobnik. Te malutkie stworzenia mogą stanowić poważne zagrożenie, a jako że możemy się na nie natknąć dosłownie wszędzie, trzeba wyjątkowo uważać.

Kleszcze atakują w mieście

– Czasem słyszę, że kleszcze nie lubią miejsc, gdzie jeżdżą samochody, a to pierwszy z wielu mitów, które można o nich usłyszeć – śmieje się dr n. med. Aneta Cybula, specjalista chorób zakaźnych z Kliniki Chorób Zakaźnych, Tropikalnych i Hepatologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie. Żyją nie tylko w ostępach, lecz i na leśnych parkingach. Spotkać je można też na łące, na działce czy trawniku miejskim. Kleszcze lubią miejsca uczęszczane przez zwierzęta, wodopoje, dukty leśne. Czekają na nas, swych potencjalnych żywicieli, na trawach czy w niezbyt wysokich krzewach tak, by co jakiś czas móc zejść na ziemię, by chłonąć wilgoć. Dlatego najłatwiej je spotkać po deszczu oraz rano lub wieczorem, kiedy rośliny są pokryte rosą. Siedząc na trawach, czasem całymi dniami czy tygodniami, skanują otoczenie narządami Hallera, umieszczonymi na odnóżach. Czujki te, wrażliwe na stężenie dwutlenku węgla oraz kwas masłowy w naszym pocie, mogą zaalarmować pajęczaka o naszej obecności już z 30 metrów!

Jak się chronić przed kleszczami

To dlatego najlepszą profilaktyką jest stanie się dla pajęczaków niedostępnym i nieatrakcyjnym. Po pierwsze ubranie. To nasza ochrona. Do parku w upały nie będziemy szli opatuleni od stóp do głów, ale na wędrówkę leśną przyda się bluzka z długim rękawem, długie spodnie, skarpety i zakryte buty. Przyda się też czapka, np. z daszkiem. – Polecam szczególnie jasne ubrania, na nich czasem od razu widać, czy coś na nas wskoczyło, czy nie – dodaje lekarka. Po drugie, repelenty, oparte na DEET lub ikarydynie. Te drugie są np. zalecane kobietom w ciąży.

Po powrocie do domu ubranie warto zdjąć i strzepać. Czy brać od razu prysznic? Nie zaszkodzi! I trzeba oglądać całe ciało, łącznie z skórą głowy, rano i wieczorem,

– Kleszcze lubią miejsca zacienione, więc jeśli na nas wskoczą, wędrują za ucho, za kolano, pod biust, w pachwiny – uczula lekarka. Wcale im się nie śpieszy i czasem mija wiele godzin, zanim znajdą odpowiednie miejsce, by wbić się w nie swoim aparatem gębowym. Potrzebują też czasu na wspomniane żerowanie. Wpijają się w nas i produkują ślinę tworzącą coś w rodzaju cementu, którym się umocowują w naskórku. Wpuszczają też substancje znieczulające, więc najczęściej nie podejrzewamy nawet ich obecności.

Po znalezieniu kleszcza warto pamiętać, że smarowanie masłem, polewanie alkoholem czy przypalanie go powodują, że kleszcz jest przestraszony i wymiotuje. – Męcząc tak kleszcza, wręcz zwiększamy szansę, że krętki borelli zostaną przeniesione – opowiada dr Cybula. A to, że taki oszołomiony kleszcz jest łatwiejszy do usunięcia, jest mitem, bo i tak jest przyczepiony do skóry cementem. – Co ważne, a niewiele osób o tym wie, kleszcz, kiedy się wpije, zakaża dopiero przy drugim ssaniu – dodaje lekarka. Pierwszy łyk naszej krwi dostaje się do jelit pajęczaka i aktywuje krętki, które przemieszczają się do jego ślinianek. Trwa to dość długo, do 24–48 godzin. Dopiero wtedy, przy kolejnym ssaniu, bakterie są wstrzykiwane pod skórę wraz ze śliną pajęczaka. To istotna informacja, bo jeśli kleszcz jest płaski, nieopity, był w skórze krótko, nie mógł nas zakazić. Dlatego tak ważne jest oglądanie się dwa razy dziennie, a w razie czego jak najszybsze usuwanie niechcianych gości ze skóry.

Jak usunąć kleszcza z ciała?

– Polecam do tego urządzenia z łapkami jak do wyjmowania gwoździ. Podjeżdża się nimi pod kleszcza, jak najbliżej skóry, i unosi do góry – mówi dr Cybula. Kleszcz zostanie wyciągnięty. Na podobnej zasadzie działają specjalne karty z ząbkami czy pętle do wyrywania pajęczaka. W warunkach wakacyjnych przyda się też zwykła pęseta. Najlepiej jest zamknąć ją wokół głowy kleszcza, blisko skóry, uważając, aby nie ścisnąć jego odwłoka, a potem ostrożnie wyjąć pasożyta.

Najmniej polecaną metodą jest wyciąganie pajęczaka palcami. Wtedy najłatwiej jest go zmiażdżyć. Jeśli jednak jesteśmy w kompletnej dziczy i musimy zrobić to ręcznie, najlepiej użyć palców wskazującego i kciuka.

Niezależnie od narzędzia usuwanie warto przeprowadzać powoli, z wyczuciem. –  W kwestii tego, czy podczas wyciągania kręcić kleszczem, czy nie, panują dwie szkoły. Róbmy tak, jak nam wygodnie, najważniejsze jest to, by pozbyć się go w całości – mówi dr Aneta Cybula. Lepiej unikać silnych szarpnięć, bo wtedy zwiększa się ryzyko, że kawałek pajęczaka się urwie i zostanie w naskórku. Co ciekawe, nie jest to, jak sądzimy, głowa, lecz część aparatu gębowego. Co z nim zrobić? Na pewno nie panikować. Z takiej „głowy” nic nie może się dostać do organizmu, bo ślinianki kleszcza są położone dużo dalej. Nawet gdybyśmy ją zostawili w skórze, po jakimś czasie zostanie naturalnie z niej usunięta. Można, oczywiście, szukać pomocy w ambulatorium czy u chirurga, a  jeśli w pobliżu jest apteka – kupić jałową igłę do zastrzyków i nią delikatnie spróbować usunąć żądło, tak jak drzazgę, a na koniec zdezynfekować. To ostatnie przyda się skądinąd po każdym wyciągnięciu każdego kleszcza, który oprócz tego, że przenosi boreliozę, jest po prostu brudny.

Czy badać się po ugryzieniu kleszcza?

Kiedy delikwent jest już poza naszą skórą, pojawia się pytanie: Co dalej? Od kilku lat istnieje możliwość przebadania kleszcza metodą PCR. Dzięki temu można sprawdzić, czy był nosicielem krętków borelli. – Jeśli komuś to potrzebne, to w porządku, ale z jedną uwagą: nawet jeśli kleszcz jest zakażony, to nie znaczy, że przeniósł na nas boreliozę, więc wynik niewiele nam powie – mówi dr Cybula. Od nas zależy, czy go badać, przerwać urlop, by jechać na pocztę, martwić się i wydawać na to pieniądze. Na pewno za to warto obserwować skórę, czy nie pojawi się na niej rumień, czyli tzw. tarcza strzelecka. Ale i tu trzeba zachować spokój.

– Jeśli zaczerwienienie zobaczymy dzień po usunięciu kleszcza, nie może to być rumień boreliozowy. To odczyn zapalny – wyjaśnia dr Aneta Cybula. Prawdziwy rumień wędrujący pojawia się, gdy po wczepieniu się w skórę pajęczak wpuści do niej krętki boreliozy. Po namnożeniu się wędrują one w naszej tkance łącznej, rozchodząc się promieniście, a potem przedostają się do naczyń krwionośnych i narządów. – Taka zmiana nie boli, nie jest ciepła, pojawia się najwcześniej w siódmym, a najczęściej między 10. a 14. dniem od ukąszenia – uczula dr Aneta Cybula.

Niepokojącemu nas rumieniowi warto codziennie robić zdjęcia. Taka dokumentacja pozwala po pierwsze, zauważyć, czy rumień się zmienia i rośnie, a po drugie, jest cenną wskazówką dla lekarza.

Kiedy zaczerwienienie rzeczywiście się pojawi, a my jesteśmy pewni ukąszenia, lekarz zaleci antybiotyk. Od razu. Nie ma wtedy sensu gnanie do laboratorium i robienie analiz na własny koszt. Badanie krwi na tym etapie jest niemiarodajne, screening ELISA, polecany na pierwszy rzut w profilaktyce boreliozy, można robić dopiero po sześciu tygodniach od wkleszczenia. Kiedy można go przeprowadzić? Po konsultacji z lekarzem, jeśli nie było rumienia, który pojawia się tylko u 50–70 proc. chorych, ale coś nas niepokoi, na przykład po wniknięciu kleszcza pojawiły się symptomy przypominające grypę: bóle mięśni i stawów, uczucie zmęczenia, podwyższona temperatura. W późniejszej fazie choroby mogą pojawić się m.in. problemy z sercem, stawami czy neurologiczne, np. trudności z koncentracją, zmęczenie, nerwobóle. Jeśli wynik ELISY jest dodatni, nie ma potrzeby robienia testu potwierdzenia, czyli Western Blot. Jest on konieczny dopiero przy wyniku wątpliwym.

Kleszcz kiedy się wpije, zakaża dopiero po drugim ssaniu. Jeśli pajęczak jest płaski, nieopity, znaczy, że był w skórze krótko, raczej nie mógł nas zakazić. (Fot. iStock) Kleszcz kiedy się wpije, zakaża dopiero po drugim ssaniu. Jeśli pajęczak jest płaski, nieopity, znaczy, że był w skórze krótko, raczej nie mógł nas zakazić. (Fot. iStock)

Boreliozę leczy się antybiotykiem

– Przy leczeniu boreliozy trzeba pamiętać, że krętek jest bakterią, stąd antybiotyk. Kuracja, zazwyczaj doksycykliną, trwa 14–21 dni – tłumaczy dr Cybula, dodając: – Warto pamiętać, że to jest choroba uleczalna, nie ma takiej choroby jak borelioza przewlekła! Krętki nie tworzą przetrwalników ani mitycznych cyst, wychodzących w weekendy i wymagających wówczas antybiotyku, bo i o nich słyszałam…

Rzeczywiście zdarza się, że nie udało się wyleczyć boreliozy za pierwszym razem i chorzy nadal mają jej objawy, wtedy podaje się antybiotyk dożylnie. W takiej sytuacji krętki nie mają prawa przeżyć. Skąd zatem bóle mięśni czy stawów, na które skarżą się, nawet po leczeniu, niektórzy pacjenci? Bywa tak, że nawet po wyleczonej neuroboreliozie, atakującej układ obwodowy i mózg, uszkodzone zostają nerwy, stawy. W tkankach po antybiotyku nie ma już krętków, ale ciało boli, strzyka, kłuje… Mówi się o zespole poboreliozowym, wtedy dalsze podawanie antybiotyków nie ma sensu. Czasami pacjentom pomagają leki przeciwzapalne, a niekiedy trzeba po prostu rozszerzyć diagnostykę i poszukać innej przyczyny dolegliwości.

Mamy powody do strachu? – Czy ja boję się kleszczy? Nie! Wiem, jak mogą narozrabiać, ale wiem też, że mogę skutecznie leczyć boreliozę – stanowczo mówi dr Cybula. I dodaje: – Borelioza może dawać wiele dolegliwości i powikłań, np. neurologicznych. Dlatego tak ważne jest szybkie rozpoznanie i właściwe leczenie. Natomiast na kleszcza warto po prostu uważać zamiast się go bać! „Psychokleszczoza” nie powinna nam zepsuć wakacji!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Lukrecja na zdrowe zęby i piękną cerę – poznaj właściwości i działanie tej rośliny

Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Co może łączyć czarne żelki o słodkawo-cierpkim smaku z balsamem na rozstępy? A krem na przebarwienia skóry z produktem przeciwko próchnicy? Otóż wszystkie one zawdzięczają swój sukces lukrecji. A właściwie jej ukrytej głęboko części – korzeniowi.

Lukrecja ma małe zdobne liście i drobne kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka znanych w Polsce koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej właściwości lecznicze są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. W naturalnych warunkach rosła w Azji i w krajach śródziemnomorskich i z przekazów wiemy, że była składnikiem receptur medycznych m.in. w starożytnych Chinach, Indiach, Egipcie czy Grecji. Była również wykorzystywana jako energetyk dla wojska. Jeszcze na początku XX wieku służyła także do odkażania jamy ustnej. I bardzo słusznie, bo – jak potwierdziły badania opublikowane w amerykańskim czasopiśmie naukowym „Journal of Natural Products” – lukrecja zawiera związki organiczne zmniejszające ryzyko wystąpienia próchnicy oraz innych bakterii związanych z chorobami zębów i przyzębia.

Czego nie widać

Swoją łacińską nazwę – glycyrrhiza zawdzięcza smakowi korzenia (glycos oznacza słodki, rhiza – korzeń), bo to właśnie pod ziemią ukrywa się najcenniejsza część rośliny. Rzeczywiście brązowy silnie rozgałęziony korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. Jest pozyskiwany z kilkuletnich roślin, wiosną lub jesienią. Po zasuszeniu można go przechowywać przez dłuższy czas (pod warunkiem że będzie to szczelny pojemnik), a przed użyciem – pokroić lub zmielić.

Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)

Niewątpliwie największą popularność przyniosły lukrecji charakterystyczne ciemne cukierki, mające wzięcie zwłaszcza w Szwecji i Holandii. Kłącze pojawia jednak także jako składnik przepisów dla dorosłych, choćby w piwie, cygarach czy włoskim likierze podawanym z ziarnami kawy.

Skoro lukrecja nadaje się do jedzenia, jest też pożądanym składnikiem kosmetyków, bo – jak warto przypomnieć – to, co nakładamy na skórę, w części przez nią przenika i trafia do krwiobiegu, który rozprowadza je po całym organizmie. To dlatego tradycyjna medycyna indyjska, Ajurweda, zaleca, aby produkty do pielęgnacji ciała były równie zdrowe jak jedzenie.

Z korzyścią dla skóry

Wspomnianą wcześniej skuteczność w profilaktyce próchnicy lukrecja zawdzięcza właściwościom przeciwzapalnym i bakteriobójczym. Te same efekty liczą się w kosmetologii. Jak ekstrakt z korzenia lukrecji działa na poszczególne rodzaje cery?

  • Cera tłusta i trądzikowa – skutecznie łagodzi stany zapalne skóry, podrażnienia, swędzenie oraz przyśpiesza gojenie się ran i wyprysków.
  • Cera naczynkowa – zmniejsza zaczerwienienie skóry i wzmacnia naczynka krwionośne.
  • Cera sucha i odwodniona – dzięki dużej zawartości glicyryzyny o silnych własnościach wiązania wody w skórze oraz grupy flawonoidów ma działanie nawilżające i kojące.
  • Cera z przebarwieniami – hamuje aktywność enzymu, który przyczynia się do powstawania przebarwień skóry.
  • Cera dojrzała – dzięki antyoksydantom i fitoestrogenom dotlenia komórki i spowalnia proces starzenia się skóry. Poza tym pochłania promieniowanie UV.

Jakie jeszcze moce ukrywa korzeń lukrecji?

  • Łagodzi problemy żołądkowo-jelitowe, wspomaga regenerację błony śluzowej żołądka i przywraca jego prawidłową pracę. Warto po niego sięgnąć w przypadku wystąpienia zgagi czy zatrucia pokarmowego.
  • Ze względu na działanie przeciwwirusowe pomaga pozbyć się opryszczki. Jest przydatny w leczeniu objawów menopauzy oraz w łagodzeniu bólu w trakcie miesiączki.
  • Sprawdza się w leczeniu suchego kaszlu, bólu gardła i chrypy.
  • Łagodzi bóle reumatyczne.

Przeciwwskazaniem do wewnętrznego stosowania lukrecji są choroby układu krążenia, wątroby, hormonalne i cukrzyca. Powinny z niej zrezygnować także kobiety w ciąży.

  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc. 

  1. Zdrowie

Psychosomatyka – psychika a dolegliwości stawów, kości i mięśni

Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. (Fot. iStock)
Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. (Fot. iStock)
Długotrwałe konflikty emocjonalne i napięcia nerwowe działają na nasze ciało niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Uderzają najbardziej w te układy czy organy, które są u nas najsłabsze. Bardzo często w kości i stawy.

Pierwszymi lekarzami, którzy odkryli związki między zdrowiem i stanem psychiki, byli Franz Alexander i Helen Flanders-Dunbar. Gdy w latach 40. ubiegłego wieku Alexander wymienił swoją, kontrowersyjną wówczas, listę siedmiu chorób psychosomatycznych: nadczynność tarczycy, nadciśnienie, astma, stany wrzodowe żołądka i dwunastnicy, atopowe zapalenie skóry, zapalenie jelit i gościec, wywołał w świecie medycznym wielką burzę. Dziś dla wszystkich jest już jasne, że na silne przeżycia emocjonalne reaguje całe nasze ciało. Na listach dolegliwości psychosomatycznych obecnie znajduje się setki chorób.

Ogromne zdenerwowanie przed decydującą rozmową z szefem czy ważnym egzaminem może wywołać ból głowy, zawroty, mdłości, bóle żołądka, a nawet kłopoty trawienne. Jeśli trudne sytuacje i stany lękowe przeżywamy stale, powodują one w efekcie ciągłe (zresztą zupełnie nieuświadamiane) napinanie wielu grup mięśni: karku, barków, brzucha, a nawet ud.

Specjaliści rehabilitacji uważają, że na złe emocje podatne są nie tylko nasze mięśnie, ale także kości i stawy. Związek pomiędzy przeżyciami emocjonalnymi a układem kostnym pokazują potoczne powiedzenia. Np. stwierdzenie „rozgryzanie tematu” ma, jak się okazuje, absolutnie naukowe podstawy. Gdy próbujemy rozwiązać skomplikowany problem i rozebrać go na czynniki pierwsze, napinamy mięśnie dolnej części twarzy, przez co zmienia się układ stawów skroniowo-żuchwowych. Bardzo często na trwałe. Dlaczego?

Stan stawów skroniowo-żuchwowych, a także innych stawów i części układu kostnego zależy od tego, jak nauczyliśmy się reagować na wszelkiego rodzaju konfliktowe sytuacje. Takie schematy zachowań tworzą się już w dzieciństwie. Gdy relacje między nami, dziećmi, i naszymi rodzicami były zaburzone, nauczyliśmy się tłumić uczucia, silnie napinając przy tym mięśnie, co odbiło się na postawie naszego ciała. Takie ciągłe napięcia z czasem powodują chorobowe zmiany w układzie kostno-stawowym, gdyż mięśnie i kości są ze sobą połączone za pomocą więzadeł i ścięgien. Nawet jeśli nasze dzieciństwo było pełne miłości, to do powstania trwałych dolegliwości i wad mogła przyczynić się szkoła i strach przed wymaganiami nauczycieli. Od uszkodzeń stawów i kości pod wpływem emocji nie jesteśmy wolni nawet w wieku dorosłym, gdy żyjemy pod presją czasu, obowiązków i kłopotów zawodowych czy osobistych.

Jak dowodzą badania szwedzkich lekarzy, wzmożone napięcie mięśni, zwanych fachowo mięśniami narządu żucia, często towarzyszy depresji. To typowa przypadłość mieszkańców Skandynawii, którzy prawie przez sześć miesięcy w roku narażeni są na brak światła i związany z nim SAD, czyli sezonową depresję (w Polsce cierpi na nią około 4 proc. osób). Chroniczne napięcia tych mięśni z czasem doprowadzają do przeciążenia stawów, następnie ich zniszczenia i ciągle odczuwanego bólu. Naukowcy z Hebrew University of Jerusalem odkryli także, że depresja może wpłynąć na zmniejszenie się liczby komórek odpowiedzialnych za odbudowę tkanki kostnej, tzw. osteoblastów, i z czasem doprowadzić do utraty masy kostnej i osteoporozy.

Punkty kluczowe kręgosłupa

Chorobowe zmiany wynikające z działania stresu dotkliwie uszkadzają kręgosłup. Zaburzenia emocjonalne szczególnie silnie wpływają na jego tzw. punkty kluczowe. Są to miejsca połączenia odcinka czaszkowo-szyjnego, szyjno-piersiowego, piersiowo-lędźwiowego oraz lędźwiowo-krzyżowego. Najbardziej wrażliwe jest połączenie czaszki i szyi. Ciągłe przeciążenia psychiczne mogą doprowadzić do asymetrycznego ustawienia głowy w stosunku do szyi i trudności w kręceniu głową. I to wcale nie koniec kłopotów. Ta asymetria pociąga za sobą szereg innych następstw: kłopoty z przełykaniem, uciążliwą chrypkę i konieczność odchrząkiwania. Nawet nieznaczne zaburzenie w punkcie kluczowym między czaszką i szyją może spowodować, że podczas chodzenia czujemy się niepewnie, ponieważ silniej obciążamy jedną stopę. Przy tym schorzeniu różnica w obciążeniu obu stóp może dochodzić nawet do 5 kg! Objawem zaburzenia czynności tego punktu kluczowego jest również zwiększone napięcie mięśni karku i obręczy barkowej.

Terapeuci manualni m.in. za pomocą ucisku palców potrafią, używając tzw. testów ruchomości, wykryć zaburzenie w każdym punkcie kluczowym. Jeśli mamy np. kłopoty z przejściem szyjno-piersiowym kręgosłupa, odczuwamy wzmożone napięcie mięśni karku, dźwigacza łopatki i mięśni pochyłych (odpowiadających za zginanie szyi). To zjawisko napięcia zwane niekiedy tendomyozą wpływa także na nasz sposób oddychania. W czasie wdechu unosimy wtedy przesadnie klatkę piersiową do góry, zamiast jak to się dzieje normalnie, rozszerzać ją na boki. Ten sposób oddychania powoduje po pewnym czasie także rozbudowanie mięśni karku. U niektórych osób przybiera on wręcz wygląd karku atlety.

Zaburzenia ruchomości punktów kluczowych kręgosłupa oraz wadliwy sposób oddychania z czasem powodują patologiczne zmiany w całym ciele. Wdechy i wydechy wiążą się z prawidłową czynnością mięśni przepony, brzucha, a nawet mięśni dna miednicy. Dlatego zły sposób oddychania może wywołać bóle krzyża zwane ogólnie lumbalgią. Wiedza o związku psychiki z układem stawów i kości jest szczególnie potrzebna przy diagnozowaniu tzw. przewlekłych zaburzeń czynnościowych, gdy nie można odkryć jednoznacznej ich przyczyny. Okazuje się, że to, co odczuwamy jako ból jakiegoś wewnętrznego narządu, może mieć swoje źródło w patologicznych zmianach stawów i kości.

Emocje zafiksowane w mięśniach

Jedną z bardziej zagadkowych kobiecych chorób psychosomatycznych są rozlane bóle mięśni. Chorobę tę nazywano w przeszłości reumatyzmem tkanek miękkich, a obecnie określa się ją mianem fibromyalgii. Żeby dokładnie zdiagnozować to schorzenie, potrzeba rzetelnej wiedzy lekarskiej, gdyż fibromyalgię łatwo pomylić z napięciami mięśniowymi powstałymi np. w wyniku fizycznego przeciążenia stawów. Fibromyalgia charakteryzuje się przewlekłymi bólami całego ciała, zmęczeniem fizycznym i wieloma innymi zagadkowymi dolegliwościami. Poza bólami większość pacjentek skarży się na przygnębienie, stany lękowe, a nawet depresję. Ponad połowa osób cierpi na dotkliwe bóle głowy.

Przy fibromyalgii nie skutkują leki rozluźniające i zmniejszające napięcie mięśni. Potrzebne są środki, które wspomogą psychikę, np. leki antydepresyjne, a także psychoterapia i specjalne, zalecone ćwiczenia rehabilitacyjne. Choć zgodnie z powszechną opinią uważa się, że kobiety są bardziej odporne na stres niż mężczyźni, lekarze przypuszczają, że pacjentki z fibromyalgią płacą za chroniczne napięcia nerwowe właśnie tym rodzajem dolegliwości. Choroba ta bywa dziedziczna: jeśli ktoś w naszej rodzinie cierpiał na rozlane bóle mięśni, jest prawdopodobne, że i my możemy zareagować tymi dolegliwościami w trudnych sytuacjach życiowych.

Rozlane bóle mięśni wykrył już Hipokrates. W swoim dziele zatytułowanym „Mapy Wenus” stworzył mapę ciała z zaznaczonymi na niej punktami. O fibromyalgii świadczy znalezienie dziewięciu bolesnych punktów znajdujących się w okolicy karku i grzbietu.

Weź głęboki oddech

Stań przed lustrem i wyprostuj się. Zwróć uwagę na kształt swojej szyi i ramion. Czy mięśnie dźwigające barki są nadmiernie rozbudowane? Weź głęboki wdech i zaobserwuj, jak pracuje twoja klatka piersiowa. Czy unosi się do góry, zamiast rozszerzać na boki? Jeśli na oba pytania odpowiedź brzmi „tak”, proponujemy ci proste ćwiczenie.

Usiądź na krześle, wyprostuj plecy, ściągnij łopatki do siebie i utrzymując się w tej pozycji, ponownie weź głęboki wdech. Jest to jedno z ćwiczeń uczących nas prawidłowego sposobu oddychania. Ćwicz dwa razy dziennie przed lustrem, biorąc po 5 wdechów. Uczysz się w ten sposób odciążać mięśnie i przywracasz sobie równowagę emocjonalną.

Ćwicz układy

Leczeniem usprawniającym zajmują się specjaliści z poradni przy dużych ośrodkach szpitalnych, np. przy klinikach Akademii Medycznej. Pierwszy etap terapii to ocena zaburzeń narządu ruchu, czyli układu kostno-stawowego. Lekarz podczas rozmowy z pacjentem próbuje się także zorientować, czy pomocna byłaby psychoterapia lub nawet leki antydepresyjne. Na przykład osoby trafiające do poradni schorzeń narządu żucia poddawane są zawsze testom psychologicznym. Następnie lekarz ustala dla pacjenta specjalny zestaw ćwiczeń, które wykonuje się już pod okiem rehabilitanta. Często przepisuje się także fizykoterapię (ultradźwięki, masaże, hydroterapię). Na zabiegi trzeba przychodzić codziennie przez dwa albo trzy tygodnie. Potem ćwiczenia pacjent wykonuje już sam w domu. Po dwóch miesiącach chory wraca na okresową kontrolę stanu zdrowia. Cały proces rehabilitacyjny jest nadzorowany przez lekarzy specjalistów.

Artykuł napisałam na podstawie rozmowy z dr. med. Andrzejem Sadowskim, specjalistą rehabilitacji narządu ruchu i dyplomowanym instruktorem terapii manualnej.

  1. Zdrowie

Insulinooporność – jak jej zapobiec i utrzymać zrównoważony poziom cukru we krwi?

Odpowiednio dobrana dieta pomoże uchronić organizm przed insulinoopornością. (Fot. iStock)
Odpowiednio dobrana dieta pomoże uchronić organizm przed insulinoopornością. (Fot. iStock)
Węglowodany, które spożywamy, rozkładane są na glukozę. Jest ona paliwem dla naszego organizmu i mózgu. Wykorzystywana jest po to, żeby zapewnić szybki przepływ energii.

Niektóre węglowodany zapewniają nam stały dopływ energii, podczas gdy inne powodują zaburzenia hormonalne, spadek poziomu cukru we krwi, zmęczenie, zawroty głowy i apatię.

Proste węglowodany (na przykład potrawy z dużą zawartością cukru, syropu kukurydzianego, soków owocowych i mąki pszennej) przerabiane są szybko na glukozę. Dzięki temu poziom cukru we krwi rośnie. Gdyby organizm nie umiał obniżyć poziomu cukru we krwi, szybko zapadlibyśmy się w śpiączkę, co w konsekwencji doprowadziłoby do naszej śmierci.

Na szczęście mamy trzustkę, która produkuje insulinę. Kiedy poziom cukru rośnie, trzustka produkuje więcej insuliny, która szybko usuwa glukozę z krwi i rozsyła ją do komórek. Można powiedzieć, że insulina pełni funkcję klucza do komórek, które mają tę glukozę przyjąć - otwiera drzwi, żeby mogła wniknąć do środka.

Stan, w którym insulina przestaje normalnie działać, nazywamy insulinoopornością. Zjawisko to podwyższa ryzyko powstania stanu zapalnego w organizmie. Insulina może też czasowo blokować receptory estrogenu, żeby trudniej było wnikać do komórek. Oto przykład: powiedzmy, że przechodzisz klimakterium i przyjmujesz dodatkowe dawki hormonów. Czujesz się bardzo dobrze, świetnie sypiasz, a Twój nastrój utrzymuje się na właściwym poziomie. Pewnego razu idziesz na kolację z przyjaciółmi, jesz chleb, deser z dużą zawartością cukru i wypijasz kilka lampek wina. Innymi słowy, spożywasz potrawy z dużą zawartością węglowodanów. Poziom insuliny i cukru w Twoim organizmie szybko rośnie. Nocą budzisz się z powodu uderzeń gorąca i nie możesz zasnąć. Następnego dnia jesteś rozdrażniona i cierpisz na mgłę mózgową. Dlaczego? Masz za mało estrogenu w organizmie, ponieważ insulina tkwi w receptorach estrogenu i nie pozwala mu wniknąć do wnętrza komórek.

Insulinooporność zwiększa ryzyko zaburzeń hormonalnych z powodu zwiększonej produkcji bardziej męskich hormonów - DHEA i testosteronu. To z kolei zwiększa ryzyko owłosienia (na twarzy, brzuchu i wokół brodawek piersiowych), bezpłodności, trądziku i PCOS (zespołu policystycznych jajników). Dochodzi do sytuacji, w której jeden jajnik albo oba są pełne małych, wypełnionych płynem cyst. Ich obecność można stwierdzić w trakcie badań ultradźwiękowych.

Wybierz wolne węglowodany

Wolne węglowodany są pełne błonnika, witamin i minerałów. Dostarczają mózgowi i całemu organizmowi stałą ilość glukozy. Dzięki temu Twój organizm może utrzymywać mniej więcej stały poziom energii i bardziej zrównoważony poziom hormonów. Efektem tego jest stabilny, dobry nastrój. Wolne, dobre węglowodany znajdziesz między innymi w takich produktach jak orzechy, fasola, jagody, owoce, warzywa i rośliny strączkowe.

Więcej informacji znajdziesz w książce: "Odzyskaj równowagę hormonalną" Mii Lundin i Ulriki Davidsson, Wydawnictwo Zwierciadło.