1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Medycyna chińska – czym różni się od zachodnich sposobów leczenia?

Medycyna chińska – czym różni się od zachodnich sposobów leczenia?

W medycynie chińskiej oprócz leczenia lekarze starają się moderować również styl życia pacjenta. (Fot. iStock)
W medycynie chińskiej oprócz leczenia lekarze starają się moderować również styl życia pacjenta. (Fot. iStock)
Widzę, słucham, pytam i badam - to cztery filary diagnozowania w medycynie chińskiej. Orina Krajewska pyta dr. Yaira Maimona o to, jakie problemy zdrowotne można odkryć już na pierwszym etapie diagnozy.

Jak wygląda zdrowy człowiek?
W medycynie chińskiej nie mówimy o zdrowiu ani chorobie. Mówimy o równowadze lub jej braku. Zdrowie to równowaga wszystkiego w tobie, a choroba to stan, kiedy tej równowagi nie ma. Jako lekarze chcemy zrozumieć, co w nas straciło równowagę i jak znaleźć najlepszy sposób na jej ponowne osiągniecie. Można powiedzieć, że wszystko we wszechświecie podróżuje w kierunku osiągnięcia tego stanu. Zimą wkładasz więcej warstw, ubierasz się ciepło, ponieważ chcesz zrównoważyć temperaturę w ciele. Latem zdejmujesz ubrania i chętniej przebywasz w cieniu. Jeśli komuś jest zawsze gorąco, nawet zimą wychodzi na zewnątrz w krótkich spodenkach, a jego skóra ma odcień czerwonawy, rozgrzany - to powiedziałabym, że zawsze ma dostęp do ciepła. Będziemy więc szukać leczenia, które zredukuje jego wewnętrzne ciepło. Komuś, komu zawsze jest zimno, damy coś, co to wewnętrzne ciepło wzmocni. Mogę takiemu pacjentowi powiedzieć, by wypił imbirową lub cynamonową herbatę lub coś, co normalnie ludzie piją lub jedzą zimą.

W jaki sposób ten stan braku wewnętrznej równowagi zdiagnozować? Przypuszczam, że nie zawsze jest to tak oczywiste, jak szorty przy ujemnych temperaturach.
Medycyna chińska opiera się na czterech filarach diagnozy. Pierwszy to "widzę" i "obserwuję". Drugi to "czuję" (odnosi się do tego, co czuje pacjent, ale też lekarz) i "słucham". Mam tu na myśli to, co jako pacjent mówisz i w jaki sposób to mówisz, a także to, czego nie mówisz. Trzeci to "pytam", czyli moment, kiedy jako lekarz zadaję pytania. Ostatni do "badam". Zawiera się w tym badanie pulsu i ciała, gdy sprawdzam różne obszary ciała i dotykam konkretnych punktów w celu zbadania, czy są na przykład bolesne. Określamy też jakość skóry i wszelkie nieprawidłowości.

Najciekawsze dwa filary to widzenie i słuchanie. Ucząc przyszłych lekarzy, zawsze mówię, że poprzez obserwację mają zdobyć większość informacji o stanie zdrowia pacjenta. Słuchając - jeszcze więcej, ale generalnie na etapie "widzę" i "czuję" powinni zebrać do 50-80% diagnozy. Następnie zadajemy pytania, aby wyjaśnić to, co już zobaczyliśmy i poczuliśmy, a na koniec badamy ciało, aby domknąć diagnozę. Oczywiście dzisiaj do pełnej diagnozy używamy także technik medycyny zachodniej. Ponieważ leczę wielu pacjentów z nowotworami i innymi skomplikowanymi chorobami, zawsze proszę ich o przyniesienie wszystkich wyników badań medycznych.

Na co dokładnie pan patrzy, obserwując pacjenta?
Przede wszystkim na cerę, rozpoznaję jej koloryt i jakość. Jeśli ktoś jest zbyt blady, to znaczy, że brakuje mu energii zwanej w chińskiej medycynie qi. Jeśli w niektórych miejscach jest trochę czerwony - jest w nim zbyt dużo ciepła. Kobieta w okresie menopauzy będzie miała czerwone policzki, a dzieci dostaną nagłych wypieków w przypadku nawracających infekcji. Jest wiele rodzajów czerwieni, rozpoznanie ich wiąże się z bardzo rozległą wiedzą. Na przykład kobieta, która ma problemy z miesiączką lub innymi kwestiami ginekologicznymi, może mieć nieco fioletowe usta. Ktoś, kto ma trudności z trawieniem, może nawet mieć wokół nich zielony obszar. Pacjent o słabych nerkach będzie miał z kolei czarne cienie pod oczami.

Obserwujemy twarz i oczy na różne sposoby, nie tylko po to, by zobaczyć stan narządów, ale także tzw. jakość ducha. Jasne i błyszczące oczy oznaczają, że stan ducha pacjenta jest dobry. Patrzymy na białko - czy jest trochę żółtawe, na tęczówki i źrenice, na zewnętrzne i wewnętrzne części oka. Czasami ludzie przychodzą do mnie zatroskani czymś konkretnie, na przykład stanem swoich oczu, bo zaobserwowali plamkę lub niepokojący kolor. Dobrą stroną bycia lekarzem jest to że mogę ich uspokoić. Moje doświadczenie mówi, że w 80% przypadków ludzie są zaniepokojeni nie tymi rzeczami, co trzeba. Interesujące jest to, że to również będzie częścią diagnozy - dlaczego coś ich niepokoi.

Wracając do obserwacji, dobry lekarz umie podsumować wszystko, co zaobserwował. Nie patrzy na jeden kawałek układanki. Diagnoza jest jak rozwiązywanie łamigłówki lub układanie puzzli. Musisz zebrać wiele elementów i zbudować z nich jeden obraz. Lekarz, który tworzy diagnozę, opierając się tylko na jednym obszarze, traci z pola widzenia osobę. W zachodniej medycynie jeśli masz problem ze skórą, idziesz do specjalisty od skóry, jeśli problem z żołądkiem - do gastrologa. Kończy się na tym, że diagnozuje cię wiele osób, ale żadna z nich nie jest zainteresowana diagnozą innych specjalistów. A przecież wszystko jest połączone.

W jaki sposób?
Chociażby w taki, że to wszystko dotyczy jednej osoby. Nie możesz podzielić jej na kawałki. Nawet jeśli pewne kwestie czy problemy nie są bezpośrednio połączone, gwarantuję, że są połączone pośrednio i trzeba spojrzeć na tę połączenia - inaczej tracimy osobę. Im więcej ułożymy puzzli w układance, tym bliżej nam do ujrzenia całego obrazu. Rola specjalistów jest niezwykle ważna, dzięki nim możemy uzyskać wiele detalicznych informacji na temat stanu zdrowia pacjenta, ale jeśli nie umieścimy ich z powrotem w układance, nie zestawimy z poprzednimi - to błędnie postawimy diagnozę. Na przykład może się zdarzyć, że w przypadku wielu problemów skórnych otrzymujemy te same wyniki i ostatecznie wszystkie przypadki leczymy kortyzolem. A w rzeczywistości nie leczy on przyczyny problemu, a jedynie tłumi objawy. Jeśli widzimy cały obraz, możemy leczyć dokładnie i przede wszystkim indywidualnie.

Na czym polega największa różnica między chińskim a zachodnim sposobem diagnozowania? Chodzi o to, że diagnoza chińska używa innych metod niż zachodnia, która opiera się na badaniach? Wszystko musi być naukowo udowodnione...
Rozróżnieniem, którego szukasz, jest to, że medycyna zachodnia jest medycyną kwalifikowaną, a chińska - jakościową. Zachodnia poszukuje odpowiedzi w ilości, na przykład sprawdzając, ile masz krwinek, co pokazuje zdjęcie rentgenowskie lub jest konkretnym, policzalnym wynikiem badania. I ta tendencja postępuje. Dawniej lekarze sprawdzali puls i osłuchiwali pacjenta - w ten sposób byli w stanie wyczytać wszystko o stanie jego serca. Dzisiaj wysyłają cię na testy EKG, całkowicie polegające na maszynie. W laboratorium może się okazać, że masz 1000 białych krwinek, ale nie dowiesz się, ile z nich jest aktywnych. W medycynie chińskiej sprawdzamy przede wszystkim ich aktywność, czyli ich jakość. Wszystkie zachodnie testy sprawdzają tylko ilość. Tymczasem możesz mieć bardzo mało białych krwinek, ale są one tak aktywne, że nigdy nie chorujesz.

Na co wiec zwracać uwagę, jeśli nie na wyniki badań?
Załóżmy, że człowiek wstaje rano i czuje się dobrze, je śniadanie, jest pełen sił witalnych, klarownie myśli, ma dobrą energię. Nie jest mu zimno. Ale pod koniec dnia nagle zaczyna wyglądać na bardzo zmęczonego. Nie może się skoncentrować, jest blady i czuje, że jest mu zimno. Jeśli wykona badanie krwi rano i wieczorem - wyniki wyjdą dokładnie takie same, ale jest przecież oczywiste, że czegoś mu brakuje. W medycynie chińskiej powiemy, że brakuje mu qi (energii) i ma niedobór w jakości tej energii. Każdy może to diagnozować - patrzysz i mówisz "och, wglądasz na zmęczonego, idź spać", a rano mówisz: "wyglądasz świeżo". To już diagnoza. My cały czas w ten sposób naturalny się diagnozujemy. Od razu wiemy, czy ktoś czuje się dobrze czy nie, czy jest w depresji lub zmaga się z jakimś dyskomfortem.

W jaki sposób leczy się w medycynie chińskiej ten brak jakości?
Medycyna chińska ma kilka ścieżek leczenia. Odpowiednie pożywienie może być jedną z nich. Jeśli masz zbyt dużo gorąca, nie powinnaś jeść pikantnych rzeczy i pić za dużo kawy. Kolejne ścieżki to akupunktura i ziołolecznictwo. Podam przykład. Jeśli cierpisz na migrenowe bóle głowy, zachodnia medycyna wyśle cię na wiele badań, aby wykluczyć potencjalne przyczyny bólu. To jest jak najbardziej dobra strategia, ale w 90% przypadków nic nie zostanie wykryte i ostatecznie pacjent nie dostanie przepisanego przyczynowego leczenia. W medycynie chińskiej bardzo szybko diagnozujemy przyczynę - dowiemy się, dlaczego masz bóle głowy, których nie powinnaś mieć. Poszukiwania zaczniemy od zadawania pytań: Czy bóle głowy pojawiają się rano czy wieczorem? Po stresie? W weekendy czy bardziej po dniu pracy? Czy występują głównie na skroniach czy w okolicy oczu? Czasami mogą nawet pojawić się podczas urlopu. Próbujemy dowiedzieć się, co i kiedy traci równowagę. W medycynie chińskiej będziemy zwracali uwagę na napięcia, które są związane z bólami głowy. Napięcia ujawniają się nie tylko w okolicy twarzy i oczu, ale także w sposobie, w jakim trzymasz ramiona czy jak chodzisz. Całe ciało może być tak napięte, że nie sposób go zrelaksować, a mięśnie nie poruszają się swobodnie. Mówimy, ze coś w osobie nie może się odprężyć. Kiedy napięcie wreszcie może zostać uwolnione, w weekend lub pod koniec dnia, powoduje to ból głowy.

Świat zbudowany jest na zasadzie dwóch ruchów - zaciskania i odpuszczania. Wszystko najpierw się zaciska, a potem uwalnia. W przypadku bólu głowy działa ta sama zasada. Ktoś bardzo dobrze zna mechanizm zaciskania, ale nie wie, jak odpuścić. Przyczyna może leżeć nie w ciele, lecz w psychice, na przykład nadmiernej potrzebie kontroli. Po jakimś czasie, gdy ta osoba jest zbyt długo zaciśnięta, zatrzymana energia nagle się uwalnia, bo bezpośrednio prowadzi do wzrostu ciśnienia w głowie. To wytwarza ciepło, na tej samej zasadzie jak ciepłe robi się coś, co trzymamy przez dłuższy czas w dłoni. Może to doprowadzić do zapalenia w ciele i wysokiego ciśnienia. Taka osoba będzie bardzo spragniona, a jej skóra może mieć czerwony odcień.

Kiedy już wiemy, że problem jest związany ze stagnacją energii i zaciskiem, używamy określonych punktów akupunkturowych lub ziół, aby uwolnić tę energię i zmniejszyć ciepło wytworzone w ciele. Po postawieniu diagnozy projektujemy całościowe leczenie zgodnie z postawioną diagnozą. Oprócz leczenia staramy się zawsze moderować styl życia pacjenta.

Co to znaczy?
Jeśli jest zbyt spięty, możemy doradzić mu uprawianie sportu lub pomóc znaleźć inne techniki relaksacyjne. Jednej osobie powiem "biegaj regularnie", drugiej "idź na spacer", a jeszcze innej "medytuj". Diagnoza doprowadzi mnie do różnych porad dotyczących stylu życia.

Czy istnieje jakaś hierarchia przepisywania zabiegów: dieta jest najważniejsza? Czy może sen?
Zdradzę ci dwie tajemnice dotyczące medycyny. Pierwsza polega na tym, że dobry lekarz zawsze będzie leczyć pacjenta tak, by ten mógł za tym leczeniem podążać. Patrzę na to jak na drzwi i często widzę, że niektóre drzwi nie są jeszcze dla mnie otwarte. Mam pacjentów chorych na raka, których pytam: "Czy chcesz zmienić dietę" a oni mówią "Nie". Nie osądzam tego. Nie chcą lub nie są teraz na taką zmianę otwarci. Wymuszając cokolwiek na nich, popchnę jedynie leczenie w niewłaściwą stronę. Ostatecznie pacjent nie zrobi tego, co mu zalecę, a jedynie wprowadzę stres i poczucie winy, a to zdecydowanie nie będzie dobre dla jego zdrowia. I może przyczynić się do rozwoju choroby. O wiele ważniejsze jest ogólne zadowolenie z tego, co robisz, niż podążanie za pewną tak zwaną ścieżką zdrowia, ale w stresie i niepokoju. Dobra rada medyczna jest radą osobistą, nie możesz mieć żadnej z góry przyjętej strategii. Dla niektórych osób pierwszym krokiem będzie po prostu brak poczucia winy. Traktowanie siebie lepiej i kochanie siebie - to ważniejsze niż cokolwiek innego.

A druga tajemnica?
Ma ona związek z tak zwanym obieraniem cebuli. Musisz obrać warstwę po warstwie. Podczas leczenia nigdy nie leczę wszystkiego naraz. Krok po kroku, powoli dochodzimy do lepszego zdrowia. Jeśli udzielę pacjentowi 10 porad, to prawdopodobnie to nie zadziała, ponieważ będzie on gotowy na wdrożenie tylko dwóch. Czasami leczysz pierwszą warstwę, przepisujesz na nią jedną radę i nagle cała reszta naprawia się sama. Ludzie, którzy przychodzą z problemami ze skórą, zaczynają nagle obserwować, że mają lepsze ciśnienie lub pozbyli się problemu z oczami, który im wcześniej dokuczał. Czasami zaczynamy od warstwy zewnętrznej i kierujemy się do wewnątrz, czasami od wewnętrznej na zewnątrz, ale w generalnej strategii zwykle skupiam się najpierw na jednej określonej warstwie, zamiast na wszystkim jednocześnie. Ciało ma zdolność do równoważenia się - na tym opiera się cała medycyna naturalna. Robisz minimum, alby pomóc ciału się uleczyć. Potencjał samoleczenia jest ogromny. Leczę ludzi z ciężkimi chorobami takimi jak rak. Czasami nie stosuję tak silnej interwencji a pacjenci dochodzą do zdrowia.

Jak medycyna chińska zapatruje się na profilaktykę?
Głębokim celem medycyny chińskiej jest zapobieganie. Stara historia mówi, że kiedyś lekarz był odpowiedzialny za wioskę i wszyscy płacili mu comiesięczne wynagrodzenie. Jeśli ktoś był chory, przestawało się płacić, ponieważ obowiązkiem lekarza było utrzymane ludzi w zdrowiu. Druga wersja historii mówi, że każda osoba we wsi miała swoją szafkę z ziołami i jeśli ktoś zaczął używać ziół, to lekarz był odpowiedzialny za uzupełnienie jej z własnych zasobów.

Ta wioska to także metafora naszego organizmu. Dajmy na to że mamy łańcuch, którego wytrzymałość wynosi 100 kg. Kiedy obciążenie będzie większe, łańcuch zerwie się w najsłabszym miejscu. Dobra diagnoza identyfikuje najsłabsze ogniwo w organizmie, by wzmocnić je i utrzymać cały organizm w zdrowiu. Dla mnie podstawą diagnozy jest zrozumienie naszych słabości. One nie zmieniają się przez całe życie. Będą dokładnie takie same teraz i za 20 lat. Poza tym dobre leczenie utrzymuje zdrowie nie tylko ciała, dotyka umysł i ducha.

Są jakieś uniwersalne wskazówki, aby utrzymać najlepsze zdrowie?
Odniosę się do czegoś, co nie jest medycyną chińską, ale jest bardzo mądre i wspiera świadomość zapobiegania chorobom. W skrócie można to nazwać zasadą: 0-5-10-30-150.

Zero odnosi się do unikania, a jedną z rzeczy, których należy całkowicie unikać, jest tytoń. Jest niezaprzeczalnie szkodliwy dla zdrowia, powoduje nie tylko raka, ale wiele innych poważnych chorób. Pięć odnosi się do jedzenia co najmniej pięciu różnych rodzajów owoców i warzyw dziennie. Najlepiej różnokolorowych, ponieważ barwa niesie informację o konkretnych substancjach, zapobiegających nowotworom i stanom zapalnym. Dziesięć oznacza 10 minut ciszy dziennie, by zapewnić umysłowi spokój i relaks. Wydaje się, że to niewiele, ale ludzie czasami nie znajdują dla siebie nawet 10 minut. 30 to BMI. Wiemy, że nadwaga jest przyczyną wielu chorób, więc konieczne jest zmniejszenie masy ciała, jeśli zmagamy się z jej nadmiarem. 150 to liczba minut ćwiczeń w tygodniu. Cała formuła jest prosta, ale praktykowana świadomie i systematycznie może naprawdę wiele zmienić.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, współzałożycielka i prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Doktor Yair Maimon, autorytet z zakresu medycyny integracyjnej i chińskiej, posiada ponad 30-letnie doświadczenie kliniczne, akademickie i badawcze, jest dyrektorem Tal Center - Integracyjnego Centrum Badań Nowotworów, Instytutu Onkologii - Szpitala Sheba.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  1. Styl Życia

Joga - sposób na stres i przepracowanie

Joga pomaga uporządkować wiele spraw w umyśle, w ciele i tym samym w życiu. (fot. iStock)
Joga pomaga uporządkować wiele spraw w umyśle, w ciele i tym samym w życiu. (fot. iStock)
Każdy chciałby umieć zarządzać swoją energią: być wydajnym w pracy, ale też umieć się zatrzymać i zrelaksować. Tego wszystkiego możesz nauczyć się na macie

.

Podobno jogę najchętniej uprawiają ludzie z wielkich miast. Ci, którzy żyją intensywnie, a w pracy mierzą się z wyzwaniami związanymi z dużymi pieniędzmi, dużą kreatywnością i dużym stresem. – Szacuje się, że w Polsce praktykuje jogę 100–150 tys. osób i zainteresowanie nią rośnie. W Stanach Zjednoczonych uprawia ją około 30 mln ludzi, na czele z gwiazdami, celebrytami oraz prezydentową Michele Obamą. Sam Barack Obama zabierał głos w publicznych dyskusjach na jej temat na łamach tak poczytnych gazet jak „The Guardian” czy „Washington Post” – mówi Przemek Nadolny, nauczyciel jogi ze szkoły Yoga Republic. – To wielka rzecz, która może pomóc ludzkości w wielu problemach. Docenił ją nawet ONZ.

Tymczasem jeszcze na początku XX wieku w Indiach istniało tylko siedem szkół jogi. Obecnie – za sprawą popularności na Zachodzie – joga rozkwita również w Indiach. Także tam na jej zajęcia trafiają wykształceni mieszkańcy wielkich miast, szukając remedium na stres. – Na nasze kursy i zajęcia przychodzą ludzie pracujący w korporacjach i uprawiający wolne zawody. Aktywni, ambitni, poszukujący sposobu na skuteczne odstresowanie – mówi Przemek Nadolny. Dlaczego? Nasza kultura nie uczy, jak się rozluźnić, zrelaksować. Dlatego wielu sięga w tym celu po dyscypliny sportu, które w większości oparte są na rywalizacji, dodatkowej stymulacji, podnoszeniu adrenaliny. – Wydaje nam się, że po pracy potrzebujemy iść na aerobik, siłownię, piłkę nożną. Ten sposób jednak pomaga tylko na chwilę, bo nadal pozostajemy w napięciu. Zostaje ono w naszych mięśniach, stawach, postawie ciała. Nie wiemy, jak radzić sobie ze skutkami stresu na co dzień. Joga jest tym remedium – mówi Przemek Nadolny. Wbrew obiegowej opinii joga nie jest tylko filozofią, a konkretną wiedzą praktyczną, która zaczyna być doceniana nie tylko jako recepta na bóle kręgosłupa dla coraz szerszej populacji tzw. corpo sapiens.

Jak joga może pomóc ci w codziennych zmaganiach w przestrzeni zawodowej? Odpowiedzi jest kilka.

Świadomość ciała

Siedzący tryb życia, stres, brak ruchu – sprawia, że prawie wszystkich bolą plecy, a to oznacza, że jesteśmy odcięci od ciała. Żyjemy w przekonaniu, że nasz umysł funkcjonuje niezależnie od niego. – Tymczasem mamy nie tylko intelekt, ale także inteligencję emocjonalną i fizyczną. Powinny one być ze sobą w równowadze, bo każda z nich jest pochodną pozostałych. – Integracja tych trzech inteligencji jest warunkiem dobrego samopoczucia – mówi Przemek Nadolny. – Świadomość ciała, zdrowia i dobrego samopoczucia jest czymś innym niż wiedza na te tematy. Niby wiemy, że nie jest zdrowo sięgać po używki, wpadać w złość czy zajadać stres, ale to robimy. Podobnie wiemy, że nie służy nam przepracowywanie się i życie w ciągłym napięciu. Osoba w dobrym kontakcie ze sobą nie będzie uciekała do tego typu zachowań, bo szybciej odczuje ich negatywne skutki. Nasze ciało wie, co jest dla niego dobre, tyle że my słabo je rozumiemy albo ignorujemy jego potrzeby. Joga uczy kontrolowania energii życiowej, by płynęła swobodnie, nie marnowała się na niekorzystne zachowania, ale była oszczędzana dla wyższych celów, takich jak bycie w dobrych relacjach ze sobą i z otaczającymi nas ludźmi czy przyrodą.

Dystans do życia

– Oddech spaja wszystkie techniki jogi. Jest kluczem do ich zrozumienia. Jest tą czynnością, która utrzymuje uwagę w „tu i teraz”, wyprowadza nas z tego, czego nie ma – z iluzji umysłu – mówi Przemek Nadolny. – Uczy nas być dokładnie w tym miejscu, w którym jesteśmy, a nie w tym, w którym chcielibyśmy być. Uczy być zadowolonym z tego, co jest. Uczy dystansu, czyli tego, żeby nie wchodzić w stany emocjonalne, w myśli, które pojawiają się mimowolnie, a nie są potrzebne w danym momencie.

Nasz umysł w większości działa na podstawie wyuczonych automatycznych programów. W jodze uczymy się rozwijać wyższy umysł – refleksyjny, zwany inteligencją rozróżniającą. Dzięki regularnej praktyce możemy w każdym momencie zawiesić umysł automatyczny, podwyższyć uważność i cieszyć się teraźniejszością. A to przydaje się w pracy, zwłaszcza gdy dopadają nas znużenie i stres, prowadzące ku funkcjonowaniu na poziomie automatyzmów umysłu. Sterowani w ten sposób reagujemy zawsze podobnie – wchodzimy w konflikty albo robimy uniki, nieświadomie używamy swoich zwyczajowych strategii. Joga pozwala odbierać jasno i reagować świeżo. Regularna praktyka chroni przed nadmiernym zmęczeniem, podkręcaniem się za pomocą kolejnej kawy, by jakoś funkcjonować. Dobry kontakt ze sobą jest jak kompas, który powie, kiedy czas na odpoczynek, relaks, odpuszczenie sobie i innym, a kiedy jesteśmy w najlepszej formie, aby nasza praca była wydajna, łatwiejsza i bardziej satysfakcjonująca.

Wewnętrzna moc i lepsze zarządzanie czasem

– Współcześnie psychologia wyróżnia dwie skrajne postawy ciała. Pierwsza to postawa pewności siebie, zwana „postawą mocy”, kiedy kręgosłup jest wyprostowany, talia wąska, klatka piersiowa otwarta, ramiona, szyja oraz kark rozluźnione, przepona uwolniona. Udowodniono, że taka pozycja obniża poziom hormonów stresu, buduje pewność siebie, budzi uważność i otwartość na otoczenie – tłumaczy Przemek Nadolny. – Jej przeciwieństwem jest „postawa nie-mocy”, gdy fizycznie, psychologicznie i energetycznie zapadamy się w sobie – wówczas poziom hormonów stresu dramatycznie rośnie, długofalowo rozwija to depresję.

W pracy mamy do czynienia z sytuacjami, które mogą zaburzać naszą postawę ciała. Ludzie ćwiczący jogę lepiej radzą sobie ze stresem, bo szybko odbierają pierwsze sygnały i nie ulegają im – mają duże poczucie wartości siebie, nie działają z poziomu lęku i wycofania, dlatego nie tak łatwo wchodzą w stresogenne sytuacje czy toksyczne układy. Kiedy widzą, że coś złego się dzieje – współpracownik jest nieuczciwy, a szef mobbinguje, szybciej będą umieli wyjść z takiej sytuacji.

Szefowie i współpracownicy chcą mieć spokojnych, zrelaksowanych, pewnych siebie, zdystansowanych pracowników. Oni tacy są: opanowani, nie wpadają w skrajne emocje. Potrafią też zatrzymać się w odpowiednim momencie. Skończyć pracę, wyjść i się odstresować. Lepiej zarządzają czasem i energią. Często i szybko stają się liderami. Nawet gdy jest kiepska pogoda albo zła atmosfera, adepci jogi pozostają w dobrej formie i nie obniżają lotów. Bo tak naprawdę praca powinna być przyjemnie stymulująca i rozwijająca. Zależy to tylko od umiejętności zarządzania aktywnością – tego uczymy się poprzez kontakt z ciałem, który zyskujemy, praktykując jogę. Uczymy się, by ciało i umysł pozostawały jednocześnie aktywne i rozluźnione. W ten sposób nie zużywamy nadmiernie energii fizycznej i psychicznej, nawet w sytuacjach stresowych. Joga oswaja z  powolnym procesem, powolnym rozwojem. Szybki efekt, szybka kariera, szybka nagroda są bardzo wypalające. Bo chodzi o to, by cieszyć się drogą, a nie celem.

Joga - sposób na kryzys

Na jogę często trafiają ludzie w momencie skrajnego przestymulowania, kiedy na swojej ścieżce kariery dochodzą do ściany i pojawia się frustracja. Bo dłużej się nie da pracować, więcej się nie da zrobić, pojawiają się ograniczenia. W pracę wkładamy coraz więcej czasu i energii, a efekty są coraz mniejsze. Przestajemy czuć się pewnie, dręczy nas niepokój. – Zauważam, że jogę zaczynają osoby w wieku 30–50 lat – mówi Przemek Nadolny. – Według psychologii jungowskiej przeżywają oni wówczas intensywnie czas indywidualizacji, kiedy potrzebują odnaleźć kontakt ze sobą, stać się bardziej wewnątrzsterowni. Normy społeczne, oczekiwania szefa, dotychczasowa ścieżka kariery mniej ich już wtedy obchodzą. Szukają tego, co jest zgodne z nimi.

Joga to proces do wewnątrz. Jung powiedział piękne zdanie: „Ten, kto patrzy na zewnątrz, śni, ten, kto patrzy do wewnątrz, jest przebudzony”. Żyje świadomie. Joga jest drogą do siebie prawdziwego.

Ekspert Przemek Nadolny: socjoterapeuta, założyciel szkoły jogi YogaRepublic.pl. Pisze na portalu BosoNaMacie.pl, działa w stowarzyszeniu Porozumienie Szkół Jogi - PorozumienieJogi.pl

  1. Zdrowie

Rozgrzewająca dieta według zasad medycyny chińskiej

Jesienią i zimą warzywa i owoce najlepiej jeść po upieczeniu lub uduszeniu. (Fot. Getty Images)
Jesienią i zimą warzywa i owoce najlepiej jeść po upieczeniu lub uduszeniu. (Fot. Getty Images)
Gdy na samą myśl o wyjściu na spacer robi nam się zimno, zmodyfikujmy naszą dietę. Rozgrzany od środka organizm będzie nie tylko lepiej znosił niższe temperatury, ale również jesienną aurę.

Jesienią i zimą organizm wydatkuje więcej energii, musi bowiem utrzymać odpowiednią temperatury naszego ciała. W tym czasie posłuży nam najlepiej dieta rozgrzewająca.

Według chińskiej filozofii wyróżniamy dwa rodzaje produktów różniących się między sobą właściwościami energetycznymi, niezwiązanymi z ilością kalorii. Według tej koncepcji siła określana jako Yang odnosi się do żywności wykazującej działanie rozgrzewające, natomiast Yin zarezerwowana jest dla produktów wywołujących efekt chłodzący. Zachowanie równowagi między tymi dwiema siłami gwarantuje prawidłową pracę wszystkich układów naszego organizmu. Nawet jeśli podział na jedzenie zimne czy ciepłe wydaje się być abstrakcyjny i trudny do zaakceptowania, zrozumienie termicznych właściwości niektórych produktów i ich wykorzystywanie w zależności od pory roku może przynieść zdumiewające efekty. Jakie więc składniki wybierać i jak komponować posiłki, aby podczas zimy zapewnić sobie odpowiedni komfort cieplny i nie spędzać całych dni pod kocem?

Odstawiamy nabiał i surowiznę

Pierwszym krokiem powinno być wyeliminowanie produktów silnie wychładzających takich jak cytrusy, twarogi i jogurty, surowe warzywa i owoce, a także biała mąka, a dokładniej to, co zostało z niej wyprodukowane. Kierując się zasadą logicznego myślenia i faktem, iż po owoce cytrusowe sięgamy głównie latem, oczywisty wydaje się być ich chłodzący charakter. Produkty mleczne, w tym jogurty pierwotnie podawano tylko z rozgrzewającą baraniną, natomiast w obecnych czasach, często silnie przetworzone, z dodatkiem cukru i owoców wykazują działanie ochładzające i nawilżające, co może dodatkowo stać się przyczyną infekcji. Termikę produktów zmienia gotowanie, dlatego w celu wzbogacenia diety w niezbędne warzywa i owoce, najlepiej spożywać je pieczone lub gotowane w postaci kompotów (niesłodzonych!), zup lub jako dodatek do dań głównych w postaci buraczków na ciepło lub pieczonej marchewki i innych warzyw korzeniowych.  Ciastka, bułki, rogale, chleb to produkty, których głównym składnikiem jest biała mąka, więc jeżeli są one stałym punktem naszego śniadania czy kolacji, nie dziwmy się, że jest nam zimno.

Śniadanie na ciepło

Jednym z ważniejszych elementów diety rozgrzewającej, w myśl filozofii Yin i Yang jest spożycie ciepłego śniadania. I nie mam na myśli kawy, która wykazuje właściwości chłodzące, lecz mieszankę zbóż lub kaszę jaglaną. Taki posiłek wzbogacamy orzechami i gotowanymi owocami, które dodatkowo dostarczą odpowiednią ilość błonnika, witamin oraz immunoskładników wzmacniających układ odpornościowy. Jeżeli jednak nie wyobrażamy sobie rozpoczęcia dnia bez filiżanki kawy, warto spróbować kawę gotowaną lub zbożową.

Kolejnym elementem diety rozgrzewającej są ciepłe napoje - herbata z goździkami czy imbirem, a nawet szczyptą cynamonu działa nie tylko rozgrzewająco, ale również odprężająco.

Żeby dostarczyć odpowiedniej ilości energii niezbędnej do ogrzania organizmu należy spożywać 4-5 posiłków dziennie.
Jeżeli te wskazówki wcielimy w życie i będziemy kierować się nimi przy przygotowaniu pierwszego posiłku nie straszne powinny być nam mrozy. Jeśli jednak wciąż będziemy cierpieć z powodu zimna proponuję jako danie główne zaserwować dziczyznę lub jagnięcinę w towarzystwie pieczonych ziemniaków, cebuli, dyni i pora.

Przyprawy na rozgrzewkę

Ciekawym dodatkiem do dań mięsnych i rybnych, które dostarczają niezbędnego białka wpływającego na produkcję ciepła w organizmie, może okazać się jeden z najbardziej ocieplających składników dodawanych do potraw, a mianowicie imbir.

Rozgrzewającą moc niektórych ziół i przypraw znają chyba wszyscy. Imbir, chilli to najlepsze przykłady podnoszące termikę potraw. Podobne działanie wykazuje kardamon, anyż, majeranek, kminek, jałowiec, rozmaryn, chrzan czy pieprz.

Potrawy powodujące rozgrzanie organizmu są zalecane nie tylko w celu zachowania odpowiedniego bilansu cieplnego, ale również dla osób cierpiących z powodu zmęczenia, depresji, wzdęć, senności, zimnych dłoni czy stóp, a nawet znacznej utraty koncentracji i skłonności do infekcji.

  1. Zdrowie

Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Małgorzata Braunek nie zdążyła skorzystać z pomocy medycyny holistycznej. Wielu z nas, nawet gdy medycyna konwencjonalna rozkłada bezradnie ręce, nie myśli nawet, by sięgnąć po alternatywną. Choć też zajmują się nią lekarze. Dlaczego? – to wina medyków i artystów sprzed 300 lat, wina redukcji człowieka do istoty biologicznej i podziału medycyny na dobrą, czyli konwencjonalną, i złą, czyli niekonwencjonalną – mówi prof. Zbigniew Mikołejko. – Powinniśmy znów spojrzeć na medycynę jako na całość. To jednak trudne, bo znajdujemy się w mocy biowładzy.

Odpowiedź na pytanie, czemu nie korzystamy z tzw. alternatywnej medycyny, tylko pozornie jest prosta. Zdaniem krytyka kultury Michela Foucaulta to, co uznamy za wartościowe, nie wynika z obiektywnej prawdy, ale określane jest przez tajemniczą biowładzę.
Odpowiedź nie może być prosta z różnych powodów. Najważniejsza jest presja kultury, która mówi, że byłoby to nieracjonalne, urągające doświadczeniu naukowemu. A nikt nie chce być irracjonalny i nienaukowy. Uwierzyliśmy bowiem medycynie – tej, jaką dziś mamy – że jest jedyną możliwością: naukową i racjonalną. Tak więc nasza pierwotna wiara w magię została zastąpiona przez wiarę w naukę. A to, że tego nie widzimy, wiąże się z niezrozumieniem istoty nauki. Jesteśmy bowiem przekonani, że jak coś zostanie odkryte, to jest pewne, a my poszukujemy pewności. Ale nowoczesna nauka nie na tym polega. To budowanie przybliżonych modeli rzeczywistości, doraźnych hipotez. Rozwój nauki polega na tym, że jedne teorie są falsyfikowane przez kolejne. Nigdy to, co naukowe, nie jest ostateczne. My jednak wyobrażamy sobie, że jest jak w XIX wieku, gdy lekarz brał mikroskop i odkrywał bakterie. To, że racjonalnie pojęta nauka daje pewność tylko w wąskim zakresie, potwierdza doświadczenie potoczne – gdy mimo zastosowania wszelkich naukowych technik i wiedzy mamy chorego bez nadziei albo odwrotnie: gdy wbrew osądom lekarzy chory zdrowieje.

Jeśli więc nieobiektywna prawda różni medycynę konwencjonalną od niekonwencjonalnej, to co?
Nie da się postawić granicy, zwłaszcza że szeroko myślący medycy czy uczeni jej nie widzą. Tomasz z Akwinu stworzył taki aforyzm: „To nie jest tak, że ciało trawi, a dusza myśli. To człowiek trawi i człowiek myśli”. W tej intuicji teologa i mistyka jest coś niezwykle ważnego – Całość. I ja dziś cenię medyków wizjonerów, jak profesor Andrzej Szczeklik, który patrzył na człowieka w całości psychofizycznej. Łączył myślenie nowoczesnej medycyny z praktyką „niekonwencjonalną”, z zestawem „środków bogatych”. Korzystał z wiedzy, jaką niosły nawet mity, jak ten mówiący o naszym związku z Całością, mit o niciach losu. Oplatały świat niewidoczną siecią, łączącą wszystko ze wszystkim. Czymże była ta sieć? Intuicyjnym oddaniem kwantowych powiązań, które nauka odkryła u progu XXI wieku.

Medycyna konwencjonalna odrzuca fizykę kwantową tłumaczącą zasady homeopatii, skoro atakuje się UM w Katowicach za otwarcie studiów podyplomowych dla homeopatów.
Jeśli ktoś widzi w nas tylko mechanicznie pojęte ciało, to ja mu nie ufam. Człowiek to nie tylko proces fizyczno-chemiczny, istnieją jakości duchowe i psychiczne. A medycyna konwencjonalna wycina z tej całości to coś, co podlega prawom chemii. Redukcjonizm antropologiczny to narzędzie biowładzy – okradając nas z człowieczeństwa, medycyna wykreowała siebie na królową życia i śmierci. Jedyną wiedzącą. Fatum starożytnych zastąpiła polityka medyczna. Nowoczesna medycyna rozpoczyna się, gdy człowiek zaczyna być widziany w perspektywie statystyczno-ilościowej, jako mechanizm. Stało się to już w XVII w. za sprawą odkrycia krwiobiegu przez Williama Harveya, stworzenia mechanicystycznego modelu przez Kartezjusza i statystyki przez Williama Petty’ego. Znamienny dla tamtych czasów jest kartezjański obraz psa, którego nie boli, jak go uderzyć, bo nie ma duszy rozumnej. Szczeka, bo tak został skonstruowany, ale nie czuje… Lecz jeszcze u Kartezjusza człowiek ma substancję duchową, której ów pies nie ma. Biowładza zaczyna się, gdy ją traci.

Ale zyskuje: koniec epidemii, powstanie szpitali, rozwój chirurgii itp.
Starożytność miała dwa pojęcia: życie jako takie, czyli bios, oraz zoe – życie jednostki. W XVII wieku życiem biologicznym zainteresowała się władza. Owszem, idą za tym dobre rzeczy: higienizacja, wydłużenie życia, zdrowotność. Ale też złe, bo skoro jesteśmy bytem biologicznym, to śmierć ma znaczenie wyłącznie statystyczne. Przestaje mieć wymiar transcendentny. Geniuszem, który przewidział, co się stanie, był Rembrandt. Spójrzmy na obraz „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Rembrandt był wielkim panem, ale choć żył wśród władzy i pieniądza, przejrzał na oczy. Co widzimy na tym obrazie? Ubranych w kapelusze, przy orderach, bo niebawem pójdą na ucztę, ludzi pieniądza, władzy, medycyny, rozumu. Tytułowy doktor Tulp rzuci medycynę i zostanie członkiem rządu. A na obrazie on i inni lekarze nie interesują się tym biednym Adriaanem Adriaanszem, złodziejem płaszcza, który został tego poranka za kradzież powieszony i jest poddawany w theatrum anatomicum sekcji zwłok. Ci wystrojeni medycy patrzą ponad nim w atlas anatomiczny Vesaliusa i robią sekcję w sposób, w jaki się jej nie robi! Zaczynają od ręki i to tylko z pozoru lewej. Rembrandt znał anatomię, ale spłatał figla rozumowi, medycynie, władzy i mieszczaństwu – po to, byśmy widzieli, że po raz drugi ta władza, pieniądz, pycha karze rękę, która sięgnęła po cudzą własność. Rembrandt wiedział, co się stanie, to, co dziś obserwujemy: zespolenie władzy, pieniądza, medycyny, rozumu w jeden węzeł. Ten obraz to opowieść o władzy nad ciałem sprawowanej przez medycynę, politykę, rozum i pieniądz.

Człowiek stał się przedmiotem…
Nawet zabawką. Wraz z odkryciem elektryczności niektórzy lekarze w XIX w. jeździli po Europie i pokazywali, co można robić ze zwłokami przestępców, gdy podłączy się je do prądu. Że ich ciała będą się poruszały, twarze wykrzywiały, a palce wskazywały widzów. Reakcje były różne, jedni mdleli, inni mieli atak serca, a jeszcze inni chcieli, by straconych szubieniczników – rzekomo przywróconych do życia – powiesić ponownie albo wychować na uczciwych i ożenić. Już więc nie Bóg decydował o zmartwychwstaniu: martwe ciała dzięki medykom i elektryczności „ożywały”, a ludzie weszli w miejsce stwórcy. Anatomowie i artyści chcieli zobaczyć, czy sztuka przedstawia rzetelnie obraz ukrzyżowania i do dziś w Royal Academy of Arts w Londynie przechowuje się „Anatomiczne ukrzyżowanie” – gipsowy odlew zwłok powieszonego, którego odarto ze skóry i przybito do krzyża. To studium ukazuje brutalnie, że już nie możemy zmartwychwstać tak, jak chce religia. Dyskurs medyczny zastępuje wiarę. Od podobnych rzeczy zaczyna się nowoczesna medycyna, która – nie licząc jej wielkich osiągnięć – doprowadzi i do eksperymentów doktora Mengelego. Bo biowładza to władza nad ciałami. Zeświecczona, odarta ze świętości władza nad człowiekiem w jego biologicznym wymiarze. Ma jasne strony, ale i mroczną postać.

Kiedy się tego słucha, jeży się włos na głowie!
I kultura europejska protestuje! Pierwsza kobieta – Mary Shelley. Chodzi na wykłady medyczne, dyskutuje o tym, jakie potwory stworzyć może umysł medyka i pisze „Frankensteina”. Powstają też „Doktor Jekyll i pan Hyde” oraz „Porywacz ciał” Roberta Louisa Stevensona. Bram Stoker pisze „Drakulę” zainspirowany sprawą Kuby Rozpruwacza – jak mówię studentom – pierwszego człowieka nowoczesnego, który był, jak się podejrzewa, jednym z dziwnych londyńskich medyków, skoro tak sprawnie dokonywał operacji na ofiarach. Mamy więc reakcje kultury wysokiej, a potem masowej – kino niemieckie i choćby „Gabinet doktora Caligari”. Dziś te postaci nadal żyją w nas, ale już bez świadomości grozy, i dlatego możemy wierzyć w medycynę i nie chcemy wiedzieć, na jakiej potworności wyrosła.

Ale dyskutujemy o potwornościach: eutanazji dzieci i śmierci mózgowej. Czy jest równoznaczna ze śmiercią, a więc czy pobieramy organy od nieżywych, czy żywych...
Jesteśmy zaniepokojeni tym, co się dzieje z medycyną, ale by uśpić lęk – śmiejemy się z tych, którzy protestują przeciw jej postępowi. Nauka świat odczarowała, ale sama jest niepojęta i opresyjna. Sztuka dziś nie protestuje przeciw biowładzy – powiela bunty, o których wspominałem, albo idzie za dyktatem biowładzy, organizując pokazy anatomiczne czy dokonując wiwisekcji na wartościach uniwersalnych, które się jeszcze ostały.

Stąd „Golgota Picnic” i miłość do doktora House’a, który choć odhumanizowany, ratuje ludzkie życie?!
Można mówić o medycynie w kategoriach skuteczności, nieskuteczności itd., ale ja chciałem porozmawiać o medycynie jako o pewnego rodzaju zaczarowaniu naszej świadomości, które to zaczarowanie kiedyś podlegało krytyce, a teraz już nie, bo biowładza przenika wszystkie sfery życia i nie widzimy, że lekarze stali się bogami, kapłanami naszego świata. Wygłaszają formułki, których przeciętny człowiek nie zrozumie. Nie wie, że jest czarowany choćby rytuałami szpitalnymi, jak obchód czy obdukcja. Oto kroczy najpierw arcykapłan ordynator, który może wszystko, a za nim kapłani i adepci… Wyróżniają ich utensylia, namaszczone gesty, odpowiednie formułki i stroje. Te stroje wynikają z potrzeby sterylności, ale też sterylność to znak: ja jestem czysty, a ty na swój sposób nieczysty. Czystość jest po stronie nowych kapłanów, po stronie sacrum, a my po stronie profanum, tego, co świeckie, więc nieczyste. Jesteśmy brudnymi chorymi obiektami poczynań medyków. Nie mamy podmiotowości, a więc i prawa do decydowania o swoim losie, o rodzaju terapii. Nie daje się nam rozeznania, co by nam pomogło, a co nie, za to serwuje się wyroki – orzeczenia kategoryczne, które mogą być błędne i często są.

„Zostały panu trzy miesiące życia”, bez: „zgodnie z moją wiedzą”.
I człowiek, który miał nadzieję, którego nadzieja mogła unosić, zostaje z niej odarty. Traci siły i wiarę, że mu się uda, a gdyby taką wiarę miał, to a nuż by się udało? A tak, nie ma już szans, bo lekarze jak kapłani mają sprzęt diagnostyczny, który pełni również funkcję magiczną, bo to on „obiektywnie” stawia diagnozę! I jak taką naukową diagnozę wróżbę podważyć?

Pod pretekstem mówienia prawdy medyk zrzuca też z siebie brzemię odpowiedzialności. A powinien – jeśli nie ma nadziei – towarzyszyć w odchodzeniu ze świata. Tak było, kiedy człowiek był podmiotem. Teraz jest numerem choroby. W ferowaniu wyroków śmierci jest też pycha. Bezkarna, bo gdy zaskarżymy lekarza, zderzamy się z solidarnością kapłańskiej kasty pewnej swojej naukowości, która zagarnęła miejsce religii, magii i innych mentalnych porządków, które pomagały nam ongiś rozumieć i ogarniać świat.

Jeśli nawet, to czy my nie powinniśmy wiedzieć, kiedy umrzemy?
Nie powinniśmy. Życie staje się wtedy oczekiwaniem na dzień egzekucji. Przemieniamy się, ale punktem podstawowym naszych działań i myśli staje się dzień śmierci – i nie działamy już na rzecz życia. Stajemy się na swój sposób zombi. I dziś mamy do czynienia z polityką zombi tworzącą z nas żywych nieżywych: otumanionych lekami, otumanionych dyskursem lęku. Ot, czytam na przykład o komarach: w Polsce jest ich 50 gatunków, nie są groźne, ale – uwaga! – lada moment mogą się stać!

Skoro lekarz konwencjonalny jest bogiem kapłanem, to kim jest lekarz alter- natywny, zwalczany przez kolegów często z tej samej uczelni?
Kapłan zwalcza heretyka, czyli i lekarza, który idzie własną drogą, wyrzekając się wszechmocy konwencjonalnej medycyny. I mamy kolejną podpowiedź, dlaczego ci, którzy usłyszeli od kapłanów medycyny wyroki śmierci, nie idą do tych, którzy mogliby im powiedzieć coś innego. Nie idą, bo to heretycy rozumu i naukowości. Naznaczeni! Heretyków się naznacza i każdy, kto ich dotknie, zostaje też naznaczony. Lekarze niekonwencjonalni są więc niczym czarownice, które leczyły ziołami, a potem były oskarżane przez tych, którym pomogły. Działał ten sam porządek: chęć wymazania naznaczenia, które się przydarzyło, gdy prosili o pomoc kogoś, kogo nie wolno prosić. Polowania na czarownice rozgorzały w XVI–XVII wieku, gdy pojawiła się nowoczesna nauka, bo to dla niej zielarki były konkurencją. Wrzask, który się podnosi, gdy idziemy do lekarza niekonwencjonalnego, ma więc także wymiar ekonomiczny, dajemy zarobić konkurencji.

Mamy przecież demokrację?! W jaki sposób biowładza jest sprawowana?
Dyscyplinuje nas standardami mądrego i racjonalnego postępowania, które – niepisane – fruwają w powietrzu. Jak bohater komedii „Mieszczanin szlachcicem” nie wiedział, że mówi prozą, tak my nie wiemy, że jesteśmy we władzy dyskursu biowładzy. Foucault pisze, że ten dyskurs daje jednym prawa do orzekania o losie innych i marginalizuje pozostałe drogi, dyktując praktyki postępowania ze sobą samym. Trzeba im sprostać, bo inaczej spotka nas kara, czyli choroba. I nam się wydaje, że sami stanowimy o sobie, sami wybieramy ścieżkę leczenia. Tymczasem nie mówimy, lecz „jesteśmy mówieni”, bo zewsząd nas pouczają, że tędy się chodzi „normalnie”, a tamtędy „przesądnie”. Za naszym z pozoru wolnym i racjonalnym wyborem stoją miliardy słów i obrazów, które wskazują drogę. Masz się zapisać do takiej instytucji, łykać leki, które ci przepisano, i pokornie pozwolić sobie robić zastrzyki w pupę. A jak nie, zostaniesz napiętnowany i trzeba się od ciebie trzymać z daleka. Człowiek albo należy do systemu, albo trafia poza jego granice. Wolałbym dostać moje pieniądze, które poszły na ubezpieczenie zdrowotne, i sam decydować, jak, gdzie i czym będę się leczyć. Jednak zostały one oddane systemowi, co ogranicza moją wolność. A tam, gdzie ją mam, sugeruje się mi upojnie, co jest dobre, a co złe w trosce o zdrowie.

Ograniczeniem jest m.in. lista dopuszczalnych leków. O takiej sytuacji mówi oscarowy film „Witaj w klubie”. Jak ratować się przed biowładzą?
Odczarowywać ją, czyli o niej mówić. Skoro jest węzeł gordyjski, ale nie ma miecza do jego przecięcia, bo mogłaby nim być władza polityczna, a jest powiązana z władzą medyczną, to spróbujmy go rozluźnić. Szukajmy lekarzy, wielkich lekarzy, którzy nie dali się zwieść dyktaturze jednego paradygmatu, tej pozornej naukowości, redukcji człowieka do ciała mechanizmu, nie dali się zwieść Kościołowi medycyny. Ja sam, mając różne dolegliwości, wiem, że najlepiej pomagają środki bogate. Medycy powinni zatem dokonać integracji różnych widzeń, metod, paradygmatów – taki jest ratunek. Nie może być myślenia albo-albo. Rozdwojona wizja jest wizją diabelską. Nie na darmo diabolos to „rozdwojnik, kłamca”. Obie strony muszą zaakceptować siebie, bo i jedni, i drudzy mają część racji, tylko część.

Zbigniew Mikołejko, profesor, filozof i historyk religii. Kieruje Zakładem Badań nad Religią w PAN. Autor wielu książek, m.in. „Żywoty świętych poprawione” i najnowszej – „We władzy wisielca. Z dziejów wyobraźni Zachodu”.

  1. Zdrowie

Jivaka - masaż dla ciała, umysłu i emocji

Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Takiego masażu jeszcze nie doświadczyłaś. Zresztą czy to masaż? Ciało przyjmuje ten zabieg z wdzięcznością, umysł usuwa się dyskretnie, by mogła zajść zmiana w tobie.

Prosta mata, poduszka, łagodna muzyka. Krzysztof Szabat prosi, żeby podczas zabiegu pomóc sobie oddechem, który nazywa jang-jin. Wdech nosem, wydech ustami. Branie i dawanie. – Te dwie energie, wypełniające świat, towarzyszą nam na każdym kroku. Ważne, by utrzymać je w równowadze – mówi. Sam też oddycha w ten sposób przez całą sesję. Przypomina to wspólną medytację. Dla myśli pozostaje niewiele miejsca. Najważniejsze staje się ciało, dotyk. Czasem zdecydowany, czasem delikatny, ledwo wyczuwalny. Uciskanie, rozciąganie, głaskanie. Najpierw nogi, długo. Potem plecy, brzuch, mostek, głowa, twarz. Trzy godziny przyjemności, ale też żegnania bólu, trudnych emocji. Wszystko to uwalnia się, wypychane przez potężną siłę. Siłę życia.

Przystanek na drodze

Sanskryckie słowo jivaka znaczy tyle, co „stan prawdziwej żywotności” i pochodzi z czasów Buddy. Wskazuje na kogoś, kto jest całkowicie żywy i świadomy, w ciele i umyśle. Tych samych czasów – sprzed 2,5 tysiąca lat – sięga historia metody. Jej twórca nazywał się zresztą Jivaka Kumara Bhaccha. Był uczniem i lekarzem Buddy. Został oświeconym mistrzem i ojcem tradycyjnej medycyny wschodniej. Tajniki systemu, który stworzył, przekazywane są nieprzerwanie z nauczyciela na ucznia. Krzysztof Szabat jest jednym z nich. Niechętnie nazywa ten zabieg masażem. To praca z ciałem i energią, praktyka duchowa. Bardzo złożony system, rozwijający witalność, stabilność, wewnętrzną moc.

Jivaka skupia wybrane aspekty innych technik, a jednocześnie wyróżnia się sobie tylko właściwymi cechami. Działa łagodnie i zdecydowanie. Raczej nikogo nie pozostawi obojętnym. – Zwykle pierwszy kontakt z tą terapią wiąże się z żywymi reakcjami – przyznaje Krzysztof Szabat. – Niektóre są natychmiastowe, inne pojawiają się po zabiegu, najczęściej w ciągu trzech dni. Czasem tuż po sesji pacjent jest skrajnie wyczerpany, po czym okazuje się, że uwolnił się od czegoś, co towarzyszyło mu przez kilka czy kilkadziesiąt lat. Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. Często towarzyszą temu silne emocje. Jest więc szloch, śmiech... to po prostu przystanek na drodze do równowagi. Ciało nieustannie do niej dąży, ale czasem potrzebuje bodźców. Kiedy je otrzyma, uruchamia swoje mechanizmy samouzdrawiające.

Ciało jak dom

Jivaka jest masażem „suchym” – żadnych olejków, żadnego wcierania. Jesteś ubrana w wygodny strój. Powiedziałaś, co dolega twojemu ciału czy psyche. Teraz rozluźniasz się. Możesz się spodziewać uciskania, rozciągania, ugniatania, a nawet elementów kręgarstwa (nastawianie miednicy). Kciukiem, dłonią, łokciem, kolanem. Ale nie oczekuj stałej, zaplanowanej sekwencji ruchów. Masaż odbywa się w różnych pozycjach – będziesz leżeć na plecach, na brzuchu, na boku, być może siedzieć. Jedno jest pewne: wszystko zacznie się od nóg. – Kluczowe w tej pracy jest uwolnienie napięć, a – żeby się do nich dostać – najlepiej na początku skupić się na nogach. To zgodne z prawami fizyki. Chodzi o siłę grawitacji, o to, by uwalniająca się energia mogła spłynąć w dół – tłumaczy Szabat.

Niezwykle istotna jest też kwestia uziemienia. Nasze ciało, tak jak dom, bardzo go potrzebuje. – Działa to na tej samej zasadzie co piorunochron. Jeżeli mamy kontakt z ziemią – czyli otwarte stopy, nogi – ciało z łatwością poradzi sobie z doświadczeniami, jakie nas dotykają. To, co trudne, odda ziemi.

Z jakimi dolegliwościami zgłaszają się ludzie? Są te większego kalibru: problemy z kręgosłupem, bolące biodro, asymetria barków. I te bardziej subtelne: ból głowy, zgrzytanie zębami, ospałość, zbyt dużo energii, stany depresyjne...

Znika napięcie

Czasem Krzysztof Szabat planuje serię zabiegów, a ból ustępuje szybciej. Czasem ktoś poczuje się przestraszony, bo wydarzyło się coś poza jego kontrolą, bo świetnie sobie radził z pewnymi emocjami, a tu nagle tyle tego...

– Mogę tak poprowadzić sesję, żeby emocje się nie uwalniały. Zależy, jakich narzędzi użyję. Od tego, czy dwie osoby są na siebie otwarte. Mam jeden cel: pomóc pacjentowi. Czas, jaki z nim spędzam, jest tylko dla niego – mówi.

Ludzie przyjeżdżają do niego z różnych miast – Gdańska, Warszawy, Krakowa. Również z Niemiec. Uwalniają się od bólu, napięć, psychicznych obciążeń. Odstawiają leki. Czują odprężenie, przypływ energii. Dostrzegają swoje nawyki myślowe, otwierają się na nowe doświadczenie. Wzrasta odporność, ale też wiara w siebie. Poprawia się komunikacja z ludźmi. – Na poziomie fizycznym rozpuszczają się napięcia; na poziomie psychicznym ten stan wyraża się jako lekkość, radość – mówi Szabat.

Wrócić do środka

Jivaka to również bierna joga (rozciąganie przypominające asany), trening rozluźniania połączony z gimnastyką energetyczną... System, który stworzył Jivaka Kumara Bhaccha ewoluował przez tysiąclecia. Całe szczęście, bo przecież świat w tym czasie nie stał w miejscu. – Nie wiem, czy moi mistrzowie wykonywali te zabiegi w taki sam sposób. Podejrzewam, że nie – mówi Szabat. – To przekaz czyni tę metodę tak skuteczną.

Współczesny człowiek potrzebuje powrotu do własnego wnętrza. – Wielu z nas ma za sobą doświadczenia utraty miłości, odrzucenia, wycofania się w samotność. To powoduje, że oddalamy się od innych, od siebie. Musimy zrozumieć, że nasze szczęście nie zależy od innych ludzi, od okoliczności zewnętrznych. Że nic nie zrekompensuje nam braku miłości własnej. Droga do wolności i dobrobytu zawsze zaczyna się w naszym wnętrzu.

Krzysztof Szabat, terapeuta Jivaka Body & Mind, terapeuta Yumeiho, masażysta.