1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Kiedy wygląd świadczy o depresji - rozmawiamy z psychiatrą i lekarzem medycyny estetycznej

Kiedy wygląd świadczy o depresji - rozmawiamy z psychiatrą i lekarzem medycyny estetycznej

Problemy zdrowia psychicznego odbijają się na naszym wyglądzie (Fot. iStock)
Problemy zdrowia psychicznego odbijają się na naszym wyglądzie (Fot. iStock)
Jednym z sygnałów depresji jest to, że przestajemy dbać o swój wygląd. Z drugiej strony – obsesyjne poprawianie urody nie prowadzi do niczego dobrego. O tym, jak przenikają się problemy zdrowia psychicznego i medycyny estetycznej, opowiada dr Mariusz Bartyzel.

Czy pacjentki kliniki wiedzą, że pana pierwszą specjalizacją jest psychiatria?
Nie ukrywam tego. Większość pacjentek odbiera pozytywnie to, że poza zabiegami z zakresu medycyny estetycznej może zasięgnąć porady psychiatrycznej. Pacjentki po kilku wizytach w naszej klinice na zabiegach kosmetycznych czy medycyny estetycznej zaczynają czuć się swobodniej, otwierają się i mówią także o problemach zdrowia psychicznego. Wszystko jest kwestią wypracowania wzajemnego zaufania.

Dlaczego zainteresował się pan właśnie medycyną estetyczną?
To zasługa mojej ukochanej żony, która jest trychologiem. To ona zwróciła moją uwagę na współistnienie problemów trychologicznych oraz metabolizmu skóry z kłopotami dnia codziennego. Prowadziłem prywatną praktykę psychiatryczną obok jej gabinetu, więc kilka pacjentek dało się namówić na konsultację. Potem stało się to zwyczajem, że pacjenci z problemem wypadania włosów trafiali też do mnie na konsultację. Duża część z nich wymagała pomocy w związku z zaburzeniami adaptacyjnymi i otrzymywała leczenie. Efekty kuracji trychologicznych były wówczas zdecydowanie lepsze. Można to wyjaśnić, sięgając do teorii stresu. Krótkotrwały stres wywołuje w organizmie mobilizację do pokonania przeszkody. Potem wszystko wraca do równowagi. Jeżeli mamy do czynienia ze stresem przewlekłym, nieusuwalnym, mechanizmy regulacyjne potrafią nie wytrzymać. Prowadzi to do ogólnej dysregulacji hormonalnej. Wtedy włosy i paznokcie to pierwsze elementy, po których widać negatywne skutki stresu.

Wbrew pozorom psychiatria i medycyna estetyczna nie są aż tak odległymi kierunkami?
Tak. Choroby skóry mogą się nasilać pod wpływem czynników psychicznych, takich jak stres, albo prowadzić do zaburzeń i chorób psychicznych (np. depresji). Istnieją też zaburzenia i choroby psychiczne, które mogą się objawiać chorobami skóry czy dysmorfofobią. Z kolei atopowe zapalenie skóry, trądzik różowaty, łysienie plackowate to tylko niektóre choroby o podłożu genetycznym, które nasilają się przy spadku kondycji psychicznej. Jednak bywa też odwrotnie – wygląd może wpływać na samoocenę i stan psychiczny. Dobrze jest, gdy np. kobiety wychodzące z depresji mogą sobie pozwolić na skorzystanie z zabiegów medycyny estetycznej.

Co to jest dysmorfofobia?
To nietolerancja swojego wyglądu, tzn. hipochondria piękności. Problem ten znany był już w starożytnej Grecji, ale teraz w związku z rozwojem mediów społecznościowych jest bardziej eksponowany. Dysmorfofobię (BDD  – body dysmorphic disorder) można zdefiniować jako subiektywne uczucie brzydoty, które nie ma racjonalnego uzasadnienia w rzeczywistości. Osoby z dysmorfofobią nałogowo poddają się operacjom plastycznym i innym zabiegom w nadziei, że osiągną upragniony efekt. Wiedza psychiatryczna pomaga mi w korygowaniu dążeń tych pacjentek, a czasem po prostu w podjęciu decyzji, że nie wykonam zabiegu, ponieważ nie jest on uzasadniony realnymi potrzebami.

Czy to znaczy, że chęć poprawy swojego wyglądu jest objawem problemów
? Nie, dbałość o siebie jest jedną z oznak dobrostanu psychicznego. Jednak moim zdaniem najważniejsze jest utrzymanie zdrowia i młodego wyglądu skóry, a nie korekcja asymetrii czy drobnych niedoskonałości twarzy, ponieważ to one oddają naszą osobowość, przekazują emocje. Idąc pierwszy raz do kliniki medycyny estetycznej, dobrze jest zacząć od konsultacji. Czasem wystarczą drobne zabiegi kosmetyczne i poprawa jakości skóry, żeby zobaczyć różnicę.

Mariusz Bartyzel, lekarz medycyny estetycznej, specjalista psychiatra, pracuje  w  klinice M-Estetica  w Warszawie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Daj sobie czas... Psycholożka Ewa Woydyłło o tym, jak nie przekuć żałoby w depresję

- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
„Każda ciężka, nieodżałowana strata, zatrzaśnięta w sercu człowieka – wcześniej czy później znajdzie sobie ujście” – mówi dr Ewa Woydyłło. „Żałobę trzeba zaakceptować”.

Żałobę po śmierci kochanej osoby nazywamy „raną duszy”. Jak ją zabliźnić, by nie zamieniła się w depresję?
Jeżeli żałoba utrwali się jako psychiczne załamanie, rozpacz, poczucie krzywdy... to wtedy może prowadzić do depresji. Ale jeżeli od samego początku wstąpimy na drogę prowadzącą do akceptacji, to nie przerodzi się w stan chroniczny. Zaakceptować to znaczy pogodzić się, czyli nie tylko przyjąć stratę do wiadomości, ale potraktować ją jako część swojego życia – bo ono dalej ma się toczyć.

Czasem używam takiej metafory: Żałoba spowodowana śmiercią kogoś drogiego jest jak wejście do ciemnego tunelu. Wytężam wzrok, ale nic nie widzę, jedynie na jego końcu dostrzegam maleńki, jaśniejszy punkt. To on jest właśnie tą stratą. Czyli widzę tylko to, co mnie boli, i mam poczucie, że oprócz tego niczego już w moim życiu nie ma. Trzeba wyjść z tego tunelu – wprawdzie strata pozostanie, ale człowiek zobaczy, że poza tym, co utracił, istnieje nadal mnóstwo rzeczy, które mogą czynić jego życie ciekawym i pełnym zwyczajnych czy nadzwyczajnych zdarzeń. Czasami trzeba to wręcz na sobie wymusić.

A co, jeśli ktoś się w tym tunelu zatrzyma?
Wtedy stan załamania może przerodzić się w przewlekłe zniechęcenie do życia, rozczarowanie, apatię... Może też przybrać postać urazy, gniewu, gdy zaczniemy myśleć: „Jak mogło mnie coś takiego spotkać?”. Bywa że ludzie wierzący odwracają się nawet od Boga, no bo: „Jak Bóg mógł mi coś takiego zrobić”. Gdy zbyt długo zatrzymamy się na etapie rozpaczy, to żałoba może spowodować wycofanie się z życia, a wtedy już krok do depresji. Tak samo, jeśli ktoś przyjmuje śmierć jako cios, karę, niesprawiedliwość. Żałobę trzeba „przepracować”, co w języku psychologicznym znaczy: rozmawiać, pisać, wspominać... po to, by od niezgody przejść do akceptacji.

Osobie, która niedawno pożegnała kogoś bliskiego i jest jeszcze w stanie szoku, otępienia, bólu – trudno zacząć myśleć o akceptacji.
Akceptacja to długi proces, może trwać wiele miesięcy. Nie jest odwrotnością smutku i nie znaczy, że smutek ma zamienić się w radość. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, która nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią matki, choć ta zmarła w wieku 86 lat. Od pogrzebu minęły dwa lata, a córka nadal pogrążała się w żałobie. Zadałam jej kilka pytań: „Gdyby twoja mama żyła, to myślisz, że ona by chciała, żebyś zawsze już była smutna? Czy byłaby szczęśliwa, gdyby dowiedziała się, że wycofałaś się z życia, oddaliłaś się od męża, zaniedbujesz dzieci i nie odchodzisz od jej grobu? A gdyby jeszcze trochę pożyła, to czy odzyskałaby pamięć, pozbyła się swych dolegliwości? Chciałabyś, by żyła dłużej, ale coraz gorzej?”. Nasza rozmowa bardzo jej pomogła. Nie można kwestionować smutku, osobie w żałobie trzeba raczej pomóc zobaczyć, czy to jest dobra żałoba.

A jaka jest dobra?
Taka, która nie niszczy, nie krzywdzi ciebie i innych. Taka, z której człowiek wychodzi dojrzalszy i może dalej normalnie żyć. Śmierć jest częścią życia, choć bolesną, smutną, a niekiedy tragiczną.

Jak długo może trwać żałoba?
Długo, nawet rok – u jednych krócej, u innych dłużej. To zależy od cech osobowości, charakteru, doświadczeń, otoczenia, tradycji. Każdy ma inną wrażliwość: jakieś zdarzenie będzie dla jednego bolesne, a drugi pozbiera się po nim bardzo szybko. Nawet żałoba dobra, spokojna, nie u wszystkich przebiega jednakowo. Badania jednak dowodzą, że tylko około 15 procent ludzi, którzy doznali nagłej straty kogoś bliskiego, nie potrafi sobie z tym poradzić i popada w depresję, pozostali w krótszym lub dłuższym czasie zaczynają normalnie funkcjonować.

Czy droga przez tunel dzieli się na jakieś etapy?
Autorką pierwszej pracy na temat zachowań w obliczu śmierci jest szwajcarska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross. Jej książka „Rozmowy o śmierci i umieraniu” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Podczas lektury miałam wrażenie, że pisała ją przy łóżkach umierających ludzi. Według Ross, okres żałoby dzieli się na fazy: najpierw zaprzeczanie, potem bunt, gniew, złość, dalej żal, smutek, rozpacz, następnie targowanie się: „A może jednak to nieprawda?”. I wreszcie akceptacja. Na każdym etapie można się zatrzymać i wpaść w emocjonalną pułapkę. To utrudni wyjście z tunelu.

Jan Kochanowski zawarł ojcowski ból po śmierci Urszulki w słynnych „Trenach”. Zwracał się do niej, śnił. Ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego, mówią czasem: „O, moja mama w nocy do mnie przyszła” albo „Spadł obraz, to ojciec dał mi znak”... Ta swoista magia podtrzymuje iluzję, opóźnia akceptację nieodwracalności śmierci. Końcową fazą żałoby powinna być akceptacja, a wraz z nią wyciszenie i spokój. Przestajemy się buntować, złościć, rozpaczać. Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić. Przez te fazy najlepiej przechodzić w pełni świadomie, we własnym tempie.

Nie należy przyspieszać tego procesu? Dać sobie czas na przeżycie bólu?
Tak, ważne, żeby iść do przodu. Zdarzają się osoby, które uważają się za supermocne, supertwarde i chcą strzepnąć żałobę jak pyłek z ramienia i bez zastanowienia popędzić dalej. Ale mogą zapłacić za to ogromną cenę. Niedokończona, przerwana lub zablokowana żałoba może prowadzić do wielu chorób czy dolegliwości, takich jak bezsenność, migreny, bóle kręgosłupa i inne chroniczne przypadłości. Niektórzy uważają, że nawet nowotwory bywają odpowiedzią na nadmierny wysiłek emocjonalny, jaki wkłada się w to, by zablokować cierpienie. Nie należy tego robić.

Jak wspierać osobę pogrążoną w żałobie?
W najbliższym otoczeniu, kto tylko może powinien ją objąć, przytulić, razem z nią popłakać, a potem starać się stopniowo przywrócić do normalnego życia: wziąć taką osobę na spacer, zaprosić na kolację, gdzieś z nią wyjechać... Pomocna bywa propozycja, np.: „Chodź, pokaż mi wasze zdjęcia i opowiedz o najpiękniejszych chwilach, jakie razem przeżyliście...”. I to niezależnie od tego, czy zmarło dziecko, ktoś młody czy stary.

Formy wsparcia nie da się ująć w jakieś ramy czy receptury, bo to indywidualna sprawa. Ale zawsze wymaga empatii, uważności i wrażliwości. Jeśli wiesz, że np. koledze z pracy umarł ktoś bliski, a masz problem, jak zareagować, to po prostu podejdź i powiedz: „Słuchaj, wiem o twojej stracie. Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Jeśli nie teraz, to kiedy zechcesz. Możesz na mnie liczyć”. Należy to zrobić dyskretnie, żeby nie narazić tej osoby na dodatkową przykrość.

Czy nadmierne współczucie nie przedłuża smutnego okresu?
Trzeba mieć wyczucie, bo tu dotykamy bardzo delikatnej materii. Ale współczucie jest potrzebne i pomocne, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje je ktoś, kto sam tak bardzo nie cierpi, kto ma poczucie rzeczywistości i rozumie, że nadal znajdujesz się w tym tunelu i widzisz jedynie swoje nieszczęście. Ale on stoi poza tunelem i wie, że tam są kwieciste łąki, które mogą radować także twoje oczy. Podaje ci pomocną dłoń, bo czuje się silniejszy, a jest silniejszy, bo to nie jest jego cierpienie, tylko twoje. Najgorzej, jak dwie osoby równie załamane pochylą się nad tym samym grobem – wtedy obie mogą do niego wpaść. Dobry system wsparcia polega na podawaniu ręki przez ludzi, którzy rozumieją cierpienie, ale sami są od niego wolni. Jest takie powiedzenie: żeby dać cokolwiek drugiemu człowiekowi, trzeba samemu to mieć.

Czego nie należy robić wobec osoby przeżywającej żałobę?
Zaprzeczać jej bólowi. Cierpienie jest zawsze subiektywne i nie należy go w czyimś imieniu pomniejszać lub lekceważyć. Jeśli ktoś jest w szoku po stracie kochanej osoby, trzeba okazać mu zrozumienie, ufność, dać spokój, nadzieję, wiarę... Można też próbować zdystansować tę osobę do problemu i powiedzieć np.: „Wiesz, i tak miałaś szczęście, przeżyłaś z nim przecież czterdzieści wspaniałych lat. Byłaś przy nim, kiedy odchodził. Żył tyle lat. Możesz być mu za to wdzięczna”. Taka rozmowa wymaga delikatności, taktu, wrażliwości, wyobraźni, no i znajomości tej osoby. Ale zawsze należy starać się dzielić z nią jej cierpienie.

Bardzo często bliscy osoby, która odeszła, wyrzucają sobie, że coś zaniedbali, że gdyby... to może udałoby się kochaną osobę uratować i nadal byłaby z nami. Jak sobie poradzić z takimi wyrzutami?
Poczucie winy i doszukiwanie się własnych zaniedbań lub udziału w przyczynieniu się do śmierci kogoś bliskiego jest często pierwszym odruchem emocjonalnym. Jeżeli z kimś takim rozmawiamy, trzeba skierować jego myśli na racjonalny tor, zwracając uwagę na to, że żaden człowiek nie ma w ostatecznym rozrachunku kontroli nad życiem drugiego człowieka.

Ludziom głęboko wierzącym łatwiej jest zaakceptować śmierć, ponieważ religia, w każdym razie chrześcijańska, czyni odpowiedzialnym za wszystko, co nas spotyka – Boga, a nie nas samych. „Bóg tak chciał” – mówią religijni ludzie. Oni też najprędzej wychodzą z ciężkiej żałoby. Nie znaczy to jednak, że niewierzący skazani są automatycznie na bezkresną żałobę. Kwestia kontroli nad losem – a więc i nad śmiercią – jest uniwersalnym problemem egzystencjalnym. Każdy myślący człowiek musi w końcu uświadomić sobie, że z największym trudem, i tylko w niektórych sprawach, można mieć kontrolę nad swoim postępowaniem. Ale na pewno nie jest to możliwe wobec kogokolwiek innego. I o tym trzeba rozmawiać z kimś, kto zbyt uporczywie obwinia siebie za los drugiego człowieka i czuje się sprawcą tego losu. To jest po prostu nieracjonalne i nierealistyczne. To osobliwa forma ułudy, która chwilowo ogarnia niemal każdego, ale powinna szybko minąć.

Zabliźnić bolesną ranę jest chyba szczególnie trudno u dziecka, które straciło rodzica. Jak z nim postępować, by w dalsze życie nie poszło okaleczone?
Wsparcie dziecka ogarniętego głębokim żalem po stracie jest rzeczywiście trudniejsze, bo ono zazwyczaj zamyka się ze swoim bólem i trzyma go w sobie jak ziarno, które kiełkuje, kiełkuje, aż kiedyś może przybrać postać depresji. Z wielu badań wynika, że depresja w wieku dojrzałym bywa właśnie echem traumy z dzieciństwa lub młodości, związanej ze śmiercią (lub odejściem) bliskiej osoby, zwłaszcza rodzica.

Czasem dziecko traci jednego rodzica i jednocześnie uwagę drugiego, który jest pogrążony w bólu...
No tak, ale dlatego warto przypomnieć afrykańskie przysłowie: „Żeby dobrze wychować dziecko, potrzeba całej wioski“. Bo jeden rodzic, a nawet oboje, to za mało. Tym bardziej, że oni także mogą być w stanie żałoby i zmagać się ze swoim cierpieniem, a wtedy bardzo łatwo dziecko zaniedbać, czegoś nie zauważyć... Dlatego do pomocy potrzeba innych ludzi.

Od nagłej śmierci mojego taty minęło już ponad 30 lat, a moje rodzeństwo i ja nadal czujemy w sercu ból i bardzo za nim tęsknimy...
Tęsknota i nostalgia mogą pozostać. Także ból, ale... zaakceptowany, taki, który nie przeszkadza pójść do kina, zjeść lody, spotkać się z przyjaciółką, wyjechać na wakacje. Groźny jest ból, który demobilizuje.

A jeśli nie można przeżyć żałoby tak, jakby się chciało, bo coś lub ktoś nam w tym przeszkadza?
To ta nieodżałowana, zatrzaśnięta w człowieku strata może się odezwać w postaci wzmożonej – kiedyś, nagle, znienacka, pozornie bez powodu. Pojawi się jako depresja albo zaburzenia psychosomatyczne – w każdym razie skutek może być bardzo dotkliwy. Niedokończona żałoba wcześniej czy później znajdzie sobie ujście.

Żeby sobie poradzić z przewlekłym i demobilizującym żalem po stracie, można skorzystać także z psychoterapii. To na pewno zdrowsze i na dłuższą metę skuteczniejsze, niż otumanianie się i zagłuszanie uczuć lekami psychotropowymi.

  1. Moda i uroda

Ekspresowy lifting skóry. Odmładzanie przez nakłuwanie

Nowoczesne zabiegi gabinetowe pozwalaja w krótkim czasie i w mało inwazyjny sposób pięknie odświeżyć skórę, przywrócić jej naturalną promienność.  (Fot. iStock)
Nowoczesne zabiegi gabinetowe pozwalaja w krótkim czasie i w mało inwazyjny sposób pięknie odświeżyć skórę, przywrócić jej naturalną promienność. (Fot. iStock)

Hitem ostatnich miesięcy wśród zabiegów gabinetowych jest Dermapen. Czy jest lepszy od klasycznej mezoterapii? Co dla kogo? Pytamy dr. Franciszka Strzałkowskiego z Kliniki Strzałkowski.

Dermapen to dobra propozycja dla osób, które boją się zabiegów z użyciem igły. Dlaczego? Bo zamiast strzykawki z igłą tu używa się malutkiego urządzenia z głowicą, w której znajdują się mikroigiełki - nie widać ich, i nie czuć. Wędrująca po skórze główka z mikroigiełkami pulsuje, tworząc równomierną i bezpieczną sieć mikronakłuć. Dermapen 4 generuje aż 1920 ukłuć na sekundę. Cieniutkie jednorazowe igiełki molibdenowe nie dają reakcji alergicznych, bo nie zawierają chromu ani niklu. Wbijają się na głębokość od 0,5 mm do 3 mm według wskazań określonych przez specjalistę. Zabieg wykonuje się po wcześniejszym miejscowym znieczuleniu twarzy, albo innego obszaru ciała, który poddawany jest zabiegowi. Podczas zabiegu na skórę aplikowane są wybrane wcześniej preparaty ze składnikami aktywnymi.

Na czym polega sekret skuteczności Dermapenu?

- To zabieg, który działa na dwa sposoby: po pierwsze przez mikrourazy wywołane nakłuwaniem, w mechaniczny sposób stymuluje fibroblasty do produkcji kolagenu - mówi dr  Franciszek Strzałkowski z Kliniki Strzałkowski. Nasilają się w ten sposób czynniki wzrostu, które prowadzą do przebudowy skóry. Inicjowane są procesy naprawcze: tworzą się nowe naczynia krwionośne, wzmożona jest synteza kolagenu, elastyny i kwasu hialuronowego. W efekcie skóra staje się gęstsza, bardziej jędrna, lepiej odżywiona, ukrwiona i nawilżona. Po drugie mikronakłuciami „otwieramy” drogę do wniknięcia substancji czynnych do naskórka i skóry właściwej - dodaje dr Strzałkowski.

W trakcie zabiegu nakładane są na skórę aktywne preparaty bądź pozyskane z krwi pacjenta osocze bogatopłytkowe. W zależności od potrzeb skóry, w poszczególnych obszarach, można precyzyjnie dopasować składniki, których najbardziej skóra potrzebuje - np. co innego zaaplikować pod oczy, co innego na czoło, na którym występują przebarwienia.

Po zabiegu skóra jest lekko zaczerwieniona, w delikatnych obszarach np. pod oczami mogą pojawić się lekkie wybroczyny, ale przez to, że są to mikonakłucia, szybko znikają. Po Dermapenie nie występują siniaki ani krwiaki. Skóra goi się szybko i już następnego dnia można wrócić do normalnego funkcjonowania, a ewentualne niedoskonałości da się zamaskować makijażem. Po 3-4 dniach może pojawić się delikatne złuszczanie naskórka. Po 5-7 dniach od zabiegu skóra zyskuje „nowy wygląd”: jest bardziej jędrna i elastyczna. Nawet jeden zabieg przynosi widoczne efekty, ale najlepsze rezultaty uzyskuje się po serii 3-4 zabiegów.

Czy nowy Dermapen wyprze klasyczną mezoterapię?

Przypomnijmy - mezoterapia to zabieg, do wykonania którego używa się igły i strzykawki z przygotowanymi wcześniej i dobranym indywidualnie preparatami tzw. mezokoktajlami. Przed nakłuwaniem, wybrane miejsce zostają znieczulone. Nakłuć śródskórnych dokonuje lekarz. Po nakłuciach tworzą się małe depozyty, które w ciągu kilkudziesięciu godzin znikają. Zabiegu zwykle wywołuje delikatny obrzęk skóry, zaczerwienienie, mogą też pojawić się drobne siniaczki a nawet krwiaczki. Już po jednym zabiegu widać poprawę wyglądu skóry, ale najlepsze efekty daje seria.

- W tym sezonie obserwujemy, że wiele naszych klientek nie chce innego zabiegu, chcą tylko Dermapen, bo widzą błyskawiczne efekty, doceniają szybki czas rekonwalescencji po i dlatego zabieg ten w ich ocenie jest najlepszy. Buzia po serii zabiegów jest nie tylko zliftingowana, czy „wyczyszczona” z przebarwień”, ale też wyraźnie odżywiona i rozświetlona. Jest to też dobry zabieg dla początkujących i odpowiedni dla każdej cery.  Ponadto Dermapen można robic przez 12 miesiecy w roku. Jednak przewagą mezoterapii igłowej jest możliwość podania większej ilości preparatu w miejscach, które szczególnie tego wymagają - mówi dr Strzałkowski.

  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza – jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej?
Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami...
No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi.
Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc?
Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć?
Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych?
Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje?
Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice...
Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi?
Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać?
Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”.
No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go?
Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka?
Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:

  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...
  1. Moda i uroda

Nowość w gabinetach medycyny estetycznej NEAUVIA Nlift

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kilka dni temu miał oficjalną premierę zabieg NEAUVIA Nlift. O nowej metodzie odmładzania środkowej części twarzy opowiadali eksperci: dr Kamila Stachura oraz dr Paweł Kubik. Spotkanie poprowadziła prezenterka telewizyjna Dorota Gardias, która zdradziła, że poddała się temu zabiegowi i gwarantuje, że efekty są fantastyczne.

W drugiej części spotkania można było zobaczyć, jak w praktyce wygląda kilkuetapowy protokół Nlift.

NEAUVIA Nlift warto poznać  bliżej, bo jest to zabieg, który bazując na dobrze znanych procedurach, daje spektakularne możliwości odmłodzenia twarzy.

Jak dowiedzieliśmy się z filmu NEAUVIA Nlift to innowacyjna procedura zabiegowa bazująca na połączeniu technologii urządzenia ZAFFIRO z głęboką mezoterapią NEAUVIA Hydro Deluxe, wypełniaczami NEAUVIA oraz profesjonalnej pielęgnacji kosmeceutykami i suplementami NEAUVIA.

Zabieg Nlift składa się z dwóch sesji zabiegowych. W trakcie pierwszej wizyty wykonywana jest głęboka mezoterapia NEAUVIA Hydro Deluxe. Zabieg dogłębnie nawilża skórę i przywraca jej jędrność i blask. Po tygodniu, w czasie drugiej wizyty, lekarz wykonuje zabieg termoliftingu urządzeniem ZAFFIRO oraz zabieg wolumetrii środkowej części twarzy wypełniaczami NEAUVIA. Efektem jest poprawa napięcia i owalu twarzy. Następuje remodeling włókiem kolagenowych. W rezultacie zmniejsza się widoczność zmarszczek i bruzd. Twarz wygląda młodziej, a skóra jest doskonale napięta i lśniąca.

Jako kontynuację procedury Nlify każdy pacjent otrzymuje zestaw kosmeceutyków oraz suplementów NEAUVIA, które będą potęgować efekty przeprowadzonej w gabinecie terapii.

Skuteczność zabiegu Nlift została potwierdzona badaniami klinicznymi, w których zaobserwowano widoczną poprawę jakości skóry, w tym jej nawilżenia i jędrności, oraz minimalizację odpowiedzi immunologicznej organizmu, czyli działań niepożądanych.

A efekty potwierdzone badaniami są spektakularne, bo jest to wzrost fibroblastów o 101% po 21 dniach!

Eksperci NEAUVIA Nlift Show:

dr n. med. Kamila Stachura, specjalista dermatologii, lekarz medycyny estetycznej, założycielka Kliniki Dr Stachura w Szczecinie.

 

(Fot. materiały partnera) (Fot. materiały partnera)

dr n. med. Paweł Kubik, lekarz medycyny estetycznej, właściciel i dyrektor medyczny Centrum Medycznego dr Kubik.

(Fot. materiały partnera) (Fot. materiały partnera)

  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.