1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Pole elektromagnetyczne a ludzie - rozmowa z lekarzem Dariuszem Szymańskim

Pole elektromagnetyczne a ludzie - rozmowa z lekarzem Dariuszem Szymańskim

Spacer boso? Tak! Naturalnie mamy w organizmie nadmiar jonów dodatnich, a najprostszą i najszybszą regeneracją jest właśnie łapanie jonów ujemnych z ziemi. (Fot. iStock)
Spacer boso? Tak! Naturalnie mamy w organizmie nadmiar jonów dodatnich, a najprostszą i najszybszą regeneracją jest właśnie łapanie jonów ujemnych z ziemi. (Fot. iStock)

Współcześnie cały czas jesteśmy zanurzeni w polu elektromagnetycznym, jakie emitują rozmaite urządzenia. Kiedy tylko możemy, odcinajmy się od dostępu do wi-fi, a już bezwzględnie ograniczajmy rozmowy z komórką przy uchu. O tym jaki wpływ ma pole elektromagnetycznego na organizm człowieka, i co możemy zrobić, by zminimalizować wpływ elektrosmogu tłumaczy dr Dariusz Szymański. 

Elektrosmog i elektroskażenie to pojęcia, z którymi spotykamy się coraz częściej. W Internecie czytamy dużo wykluczających się informacji. To tylko wzmaga niepokój. Czy promieniowanie elektromagnetyczne ma wpływ na człowieka? Czym jest elektrosmog?  To pojęcie potocznie uważane za synonim promieniowania elektromagnetycznego pochodzącego ze źródeł sztucznych, czyli wytworzonych przez człowieka. Jeśli kablem przesyła pani prąd, wokół kabla tworzy się pole elektromagnetyczne (PEM). Im bliżej źródła, tym promieniowanie jest silniejsze. Każde elektryczne urządzenie użytku domowego i publicznego, wszystkie linie wysokiego napięcia i silniki elektryczne – emitują większe lub mniejsze pole. Z jednej strony tych urządzeń jest coraz więcej, z drugiej – pamiętajmy, że technologia idzie do przodu i urządzenia typu telefony komórkowe sprzed 20 lat nie byłyby już dzisiaj w ogóle dopuszczone do rejestracji.

Czy pole elektromagnetyczne samo w sobie jest dla nas szkodliwe? Niezależnie od swojego natężenia pole zawsze oddziałuje na organizmy żywe. Uważa się, że PEM może być tak długo nieszkodliwe, jak długo jego obciążenie nie przekroczy możliwości adaptacyjnych i regeneracyjnych danego organizmu, ale przecież ludzie są różni i pojawienie się negatywnych objawów może być wynikiem indywidualnych predyspozycji lub sumy różnych innych obciążeń. Człowiek nie jest obojętny wobec żadnych fal, bo sam jest organizmem elektromagnetycznym.

Przekaz informacji na poziomie pola elektromagnetycznego toczy się wokół nas bez przerwy. Fale słyszymy, kiedy są to fale akustyczne, i widzimy, kiedy jest to promieniowanie widoczne. Informacje, jakie wysyła pole, mogą być jednak na tyle delikatne, drobne i ciche, że nie będziemy ich nawet słyszeć, co nie znaczy, że ich nie ma. Mocny przekaz fal elektromagnetycznych może być wyczuwalny i bardzo dla organizmu inwazyjny. Promieniowaniem elektromagnetycznym można w ciele pobudzić energię, doprowadzając do różnych zaburzeń albo odwrotnie: wspierać nim funkcjonowanie organizmu.

Prądem można więc też leczyć? Pierwsze wzmianki o wykorzystaniu prądu do leczenia pojawiły się już w epoce renesansu dzięki Franzowi Antonowi Mesmerowi. Podłączając swoich pacjentów do prądu, leczył ich z najróżniejszych dolegliwości, m.in. z migren. Rozwinął się wtedy nawet prężny ruch zwany „mesmeryzmem”. Terapia prądem spopularyzowała się na dobre dopiero od momentu wprowadzenia prądu zmiennego i odkrycia, że generuje on promieniowanie elektromagnetyczne. Po pierwszej wojnie światowej więcej ludzi było leczonych polem elektromagnetycznym i lekami homeopatycznymi niż aspiryną. Ostatecznie jednak, dzięki szybkim efektom, leki farmakologiczne skutecznie wyparły te formy terapii.

Ale pewne terapie polem elektromagnetycznym są stosowane do dziś. Na przykład w rehabilitacji. Terapia polem stałym lub zmiennym jest faktycznie szeroko wykorzystywana w rehabilitacji, ponieważ działa przeciwbólowo, przeciwobrzękowo i przeciwzapalnie. Pole magnetyczne stosowane jest w leczeniu osteoporozy, choroby zwyrodnieniowej stawów, nadciśnienia tętniczego czy chorób kobiecych. Używa się w tym celu na przykład materacy z prądami stałymi. Pole jest też wykorzystywane w diagnostyce chociażby rezonansem elektromagnetycznym.

Wydaje się więc, że odpowiednie wykorzystanie pola elektromagnetycznego wpływa na organizm pozytywnie. Dlaczego więc zmagamy się z elektrosmogiem czy elektroskażeniem? Problem elektrosmogu pojawił się już w XIX wieku – w momencie gdy Tomasz Edison zaproponował zastosowanie prądu zmiennego. Prąd sam w sobie w formie prądów stałych był już znany wcześniej, nawet w XVII wieku. Dopiero XIX wiek przyniósł wiedzę dotyczącą promieniowania magnetycznego, ale ponieważ generowały go pojedyncze laboratoryjne urządzenia wykorzystywane głównie do terapii, nie przywiązywano do tego zbyt dużej wagi. Dzięki Edisonowi generatory udało się przenieść poza miasta i kablem przesyłać prąd na dalekie odległości. Niedługo potem stworzono wspólną częstotliwość przesyłu 50/60 herców, nie zdając sobie sprawy, że jest to jedna z głównych częstotliwości informacyjnych organizmu ludzkiego. Od tego momentu rozwój przemysłu i produkcji urządzeń napędzanych prądem niebywale przyspieszył.

Pierwszy raz negatywny wpływ elektrosmogu na zdrowie zaobserwowano podczas drugiej wojny światowej, kiedy część żołnierzy brytyjskich obsługiwała stacje radiolokacyjne. Pracując wiele godzin na dobę, żołnierze zaczęli doświadczać częstych infekcji, chronicznego zmęczenia i bólów głowy. Zmniejszono więc ekspozycję na promienie poprzez skrócenie ich czasu pracy – i objawy ustąpiły. Co ciekawe, żołnierze wracali do równowagi o wiele szybciej, jeśli częściej chodzili boso po trawie. Dziś wiemy, że naturalnie mamy w organizmie nadmiar jonów dodatnich, a najprostszą i najszybszą regeneracją jest właśnie łapanie jonów ujemnych z ziemi. Czasami wystarczy parę sekund takiego spaceru.

Wśród cywili po raz pierwszy na masową skalę odnotowano efekty elektrosmogu w latach 70. XX wieku. Lekarz w Stanach Zjednoczonych, którego przychodnia obsługiwała pracowników wieżowca, zaobserwował, że liczba poronień wśród jego pacjentek wzrosła aż czterokrotnie. Porównał swoje statystyki z obserwacjami kolegów po fachu. Wszyscy stwierdzili to samo. Jedyną rzeczą, która zmieniła się w warunkach środowiskowych, było wprowadzenie elektrycznych maszyn z monitorem i lampą katodową zamiast mechanicznych maszyn do pisania. Po licznych badaniach okazało się, że po czterech godzinach ekspozycji na promieniowanie lampy katodowej znacznie spada ilość limfocytów w organizmie. To powoduje większą podatność na wszelkiego rodzaju infekcje.

Jakie jeszcze szkody dla organizmu powoduje ciągłe promieniowanie elektromagnetyczne? Elektrosmog jest patogennym czynnikiem środowiskowym, czyli przyczynia się do ekspresji genów i powstawania wielu chorób. Zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, dając bardzo szerokie objawy. Ludzkość od zawsze narażona była na różnego rodzaju toksyny pochodzenia naturalnego. Smog elektromagnetyczny to jednak coś innego, to wytwór cywilizacyjny. Do momentu kiedy przekaz odbywał się w zamkniętych przestrzeniach i był generowany przez pojedyncze urządzenia, właściwie nie miał na nas wpływu, ale od 30 lat generator promieniowania elektromagnetycznego mamy cały czas przy sobie w postaci telefonu komórkowego. Dodatkowo od kilkunastu lat włączamy w nim wi-fi.

Komórki naszego organizmu cały czas się ze sobą porozumiewają. Działając falami elektromagnetycznymi, zagłuszamy tę naturalną komunikację. Weźmy za przykład komórki nowotworowe – w organizmie tworzą się one cały czas, a układ immunologiczny działa na zasadzie sprzątaczy. Jeżeli powstaje większe ognisko komórek zmutowanych, a układ odpornościowy nie jest dobrze poinformowany, nie uruchomi w porę systemu naprawczego.

Inne objawy to chociażby przewlekłe zmęczenie, bóle głowy czy wspomniane zaburzenia płodności. Pomimo fizjologicznych predyspozycji ze strony partnerów obecnie średnio tylko 1/3 zapłodnień doprowadza do ciąży, czyli coś powoduje, że 2/3 zapłodnień kończy się fiaskiem. W Niemczech przeprowadzono kiedyś eksperyment. Dziesięciu parom z zaburzeniami płodności zagwarantowano trzymiesięczny płatny urlop, bez telefonów, a nawet dostępu do prądu. Zalecenia były proste – relaks, śpiewanie, granie na gitarze, ogniska. Całkowity powrót do natury. Po dwóch miesiącach przerwano eksperyment. Osiem na dziesięć par zaszło w ciążę. Mimo spektakularnego efektu nadal ciężko jednoznacznie stwierdzić, że za problemy odpowiedzialny był tylko elektrosmog. W eksperymencie wyeliminowano przecież kilka innych czynników, chociażby stres.

Bardziej niebezpieczne dla zdrowia są urządzenia czy sieć? Wszystko, co wytwarza prąd – nawet włączona żarówka, telewizor czy piekarnik – jest generatorem promieniowania elektromagnetycznego i na pewno kumulacja urządzeń daje skomasowany efekt – efekt smogu. Moim zdaniem współcześnie najbardziej niebezpieczne dla zdrowia są telefony komórkowe, ze względu na swoją bliskość z ciałem. Są one głównym źródłem obciążenia, emitują nie tylko fale elektromagnetyczne, ale też mikrofale. W dużym natężeniu mikrofale stosowane są powszechnie chociażby przy podgrzewaniu posiłków przez mikrofalówkę.

Uznaną za bardzo niebezpieczną. Stosując ją z umiarem, nie mamy się czego obawiać. Szkodliwe byłoby, gdybyśmy byli poddawani jej działaniu non stop, znajdowali się stale blisko niej, szczególnie mając wszczepiony rozrusznik. Wtedy mogłoby dojść do tzw. interferencji fal. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że o wiele bardziej niebezpieczne jest trzymanie przy uchu telefonu, który też emituje mikrofale. Po zrobieniu skanu termowizyjnego mózgu dziecka, które przez 10 minut rozmawiało przez przyłożony do ucha telefon, okazało się, że jego prawa półkula jest rozgrzana do 40 stopni Celsjusza.

A do tego dochodzi problem z obciążeniem emitowanym przez stacje BTS i wi-fi. Wi-fi jest bardzo powszechne, najczęściej promieniując w częstotliwości 2,4 GHz. Technologia galopuje, żeby usprawnić dostęp do sieci i informacji. Ogromne emocje wzbudza wprowadzenie sieci 5G.

No właśnie. Czy słusznie? Hipotetycznie 5G nie powinno być aż tak obciążające – to technologia mobilna piątej generacji, zastępująca 4G/LTE. Kłopotliwe może być za to przebywanie na granicy sygnału wysyłanego przez stację BTS, gdzie sygnał jest najsłabszy. Wtedy telefon zwiększa siłę jego odbioru, tak jest skonstruowany. Paradoksalnie więc największych szkód doświadczają nie osoby znajdujące się blisko stacji BTS, gdzie jest bardzo dobry sygnał, a te, które znajdują się na granicy sygnału. Wracając do 5G, problemem stanie się życie w wielkich miastach, w których natężenie stacji nadawczych będzie większe, by każdy metr pokryty był siecią. Częstotliwości, na których nadawany jest ten sygnał, przy dużym natężeniu negatywnie oddziałuje na układ nerwowy.

Jak możemy się przed tym wszystkim chronić?  Jak promieniowanie elektromagnetyczne wpływa na człowieka? Na szczęście nie jesteśmy bezbronni. Po pierwsze, możemy korzystać z Internetu na kablu albo ograniczać łączenie się z wi-fi, a przynajmniej wyłączać je na noc. Nie tylko z powodów ekologicznych, bo przecież generowanie sieci zużywa prąd. Jeśli Internet nie jest nam w tym momencie potrzebny, nie ma sensu narażać się na jego promieniowanie. Kiedyś nad ranem z ciekawości sprawdziłem, ile sieci należących do sąsiadów jest włączonych. W oknach ciemno a aktywnych źródeł było aż 24. Problem staje się o tyle większy, że sieci się na siebie nakładają. Jesteśmy w nich zatopieni cały czas, czy tego chcemy, czy nie, ale promieniowanie jest niższe, jeśli jego źródło znajduje się od nas dalej. Standardowo nie zaleca się przebywać w promieniu około 200 metrów od stacji BTS. Im bliżej źródła, tym gorzej dla zdrowia, to samo na mniejszą skalę ma się w przypadku wszystkich urządzeń generujących pole elektromagnetyczne. Ważne jest też, by w telefonach wyłączać ciągły dostęp do wi-fi i transmisję danych, przez którą co trzy sekundy telefon łączy się ze stacją BTS, by zaktualizować położenie.

Drugim sposobem na ochronę są specjalne osłony stworzone blisko 30 lat temu. Zanim pojawiła się mniej inwazyjna technologia LCD, osłony miały eliminować promieniowanie generowane z lamp katodowych, czyli z monitorów. Zaczęto produkować je z lantanowców, czyli metali ziem rzadkich, które dosłownie odwracały promieniowanie o 180 stopni. Dzisiaj osłony głównie rozwijane są w kontekście telefonów komórkowych. Oprócz stosowania osłon warto zwiększać dystans między głową i aparatami, najlepiej wyłączać telefon, kiedy nie jest potrzebny, i skracać czas rozmowy. Mało kto wie, że w standardowej instrukcji obsługi telefonu zamieszczona jest informacja o tym by telefon trzymać 1,2–2 cm od ucha. Okazuje się, że ta odległość w zasadniczy sposób zmniejsza intensywność ekspozycji. Rozmawiając, korzystajmy ze słuchawek, najlepiej na kablach, a jeśli używamy słuchawek bezprzewodowych, upewnijmy się, że łączą się one z telefonem przez Bluetooth, mniej obciążający, choć też nieobojętny dla zdrowia. Najkorzystniejsza będzie rozmowa przez system głośnomówiący.

Rozsądne użytkowanie obejmuje też niedawanie dzieciom telefonów komórkowych, zwłaszcza smartfonów, do co najmniej ósmego roku życia.

Taka wiedza daje nam szanse. Dzięki niej wprowadzamy profilaktykę. Jako lekarz mam obowiązek edukować pacjentów. Jednak przyjęcie i zaprowadzenie zmian zależy od tego, w jaki sposób wyobrażamy sobie własne życie. Czy dążymy do szczęścia, czy jesteśmy zdeterminowani, by je osiągnąć. Czasami ludzie zaplątani w problemy tkwią w destrukcyjnych mechanizmach, nie czują, co im służy, a co nie, inni intuicyjnie wiedzą, że żeby poczuć się lepiej, muszą iść na spacer do lasu albo odpowiednio się odżywiać. Przez cywilizację, w której panuje nadmiar informacji, zmysł wsłuchiwania się w siebie został stłumiony.

Z dobrodziejstw dzisiejszych czasów ciężko zupełnie zrezygnować. Ale można co jakiś czas wyjechać i odciąć się całkowicie. Również od stresu. Gwarantuję, że po chwili niezaburzonego kontaktu z naturą wrócimy zdrowsi, silniejsi i odporniejsi na osłabiające bodźce. Oczywiście każde zaburzenie organizmu jest kwestią wielu czynników. Na pewno niezwykle patogenny jest przewlekły stres, zaburzający nasze funkcjonowanie. Jeśli dodamy do tego nieprawidłowe odżywianie i ekspozycję na promieniowanie, czynniki te kumulują się, osłabiając nasz system, który w rezultacie może wykształcić szerokie spektrum zaburzeń. Czasami jeden czynnik wyzwala kryzys, na który już od dłuższego czasu się zapowiadało.

Lek. med. Dariusz Szymański ukończył liczne kursy, m.in. homeopatii, dietetyki, terapii biorezonansowej i bioinformacyjnej, kinezjologii edukacyjnej, izopatii, reiki, homotoksykologii i teorii 5 elementów. Pracuje w Instytucie Medycyny Holistycznej Vega Medica w Warszawie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Lukrecja na zdrowe zęby i piękną cerę – poznaj właściwości i działanie tej rośliny

Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Co może łączyć czarne żelki o słodkawo-cierpkim smaku z balsamem na rozstępy? A krem na przebarwienia skóry z produktem przeciwko próchnicy? Otóż wszystkie one zawdzięczają swój sukces lukrecji. A właściwie jej ukrytej głęboko części – korzeniowi.

Lukrecja ma małe zdobne liście i drobne kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka znanych w Polsce koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej właściwości lecznicze są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. W naturalnych warunkach rosła w Azji i w krajach śródziemnomorskich i z przekazów wiemy, że była składnikiem receptur medycznych m.in. w starożytnych Chinach, Indiach, Egipcie czy Grecji. Była również wykorzystywana jako energetyk dla wojska. Jeszcze na początku XX wieku służyła także do odkażania jamy ustnej. I bardzo słusznie, bo – jak potwierdziły badania opublikowane w amerykańskim czasopiśmie naukowym „Journal of Natural Products” – lukrecja zawiera związki organiczne zmniejszające ryzyko wystąpienia próchnicy oraz innych bakterii związanych z chorobami zębów i przyzębia.

Czego nie widać

Swoją łacińską nazwę – glycyrrhiza zawdzięcza smakowi korzenia (glycos oznacza słodki, rhiza – korzeń), bo to właśnie pod ziemią ukrywa się najcenniejsza część rośliny. Rzeczywiście brązowy silnie rozgałęziony korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. Jest pozyskiwany z kilkuletnich roślin, wiosną lub jesienią. Po zasuszeniu można go przechowywać przez dłuższy czas (pod warunkiem że będzie to szczelny pojemnik), a przed użyciem – pokroić lub zmielić.

Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)

Niewątpliwie największą popularność przyniosły lukrecji charakterystyczne ciemne cukierki, mające wzięcie zwłaszcza w Szwecji i Holandii. Kłącze pojawia jednak także jako składnik przepisów dla dorosłych, choćby w piwie, cygarach czy włoskim likierze podawanym z ziarnami kawy.

Skoro lukrecja nadaje się do jedzenia, jest też pożądanym składnikiem kosmetyków, bo – jak warto przypomnieć – to, co nakładamy na skórę, w części przez nią przenika i trafia do krwiobiegu, który rozprowadza je po całym organizmie. To dlatego tradycyjna medycyna indyjska, Ajurweda, zaleca, aby produkty do pielęgnacji ciała były równie zdrowe jak jedzenie.

Z korzyścią dla skóry

Wspomnianą wcześniej skuteczność w profilaktyce próchnicy lukrecja zawdzięcza właściwościom przeciwzapalnym i bakteriobójczym. Te same efekty liczą się w kosmetologii. Jak ekstrakt z korzenia lukrecji działa na poszczególne rodzaje cery?

  • Cera tłusta i trądzikowa – skutecznie łagodzi stany zapalne skóry, podrażnienia, swędzenie oraz przyśpiesza gojenie się ran i wyprysków.
  • Cera naczynkowa – zmniejsza zaczerwienienie skóry i wzmacnia naczynka krwionośne.
  • Cera sucha i odwodniona – dzięki dużej zawartości glicyryzyny o silnych własnościach wiązania wody w skórze oraz grupy flawonoidów ma działanie nawilżające i kojące.
  • Cera z przebarwieniami – hamuje aktywność enzymu, który przyczynia się do powstawania przebarwień skóry.
  • Cera dojrzała – dzięki antyoksydantom i fitoestrogenom dotlenia komórki i spowalnia proces starzenia się skóry. Poza tym pochłania promieniowanie UV.

Jakie jeszcze moce ukrywa korzeń lukrecji?

  • Łagodzi problemy żołądkowo-jelitowe, wspomaga regenerację błony śluzowej żołądka i przywraca jego prawidłową pracę. Warto po niego sięgnąć w przypadku wystąpienia zgagi czy zatrucia pokarmowego.
  • Ze względu na działanie przeciwwirusowe pomaga pozbyć się opryszczki. Jest przydatny w leczeniu objawów menopauzy oraz w łagodzeniu bólu w trakcie miesiączki.
  • Sprawdza się w leczeniu suchego kaszlu, bólu gardła i chrypy.
  • Łagodzi bóle reumatyczne.

Przeciwwskazaniem do wewnętrznego stosowania lukrecji są choroby układu krążenia, wątroby, hormonalne i cukrzyca. Powinny z niej zrezygnować także kobiety w ciąży.

  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc.