1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Lampka wina dziennie - czy to już alkoholizm?

Lampka wina dziennie - czy to już alkoholizm?

Pierwszy krok do trzeźwości to konfrontacja z problemem. (Fot. iStock)
Pierwszy krok do trzeźwości to konfrontacja z problemem. (Fot. iStock)
Czy kieliszek wina w domu po stresującym dniu to coś złego? Skądże! Problem zaczyna się wtedy, kiedy tych dni mamy wiele. Bo – jak przestrzega psycholożka Hanna Samson – uzależnienie nadchodzi skrycie i dopada coraz więcej z nas

Jest taki świetny serial amerykański „The Good Wife”, w polskiej wersji „Żona idealna”. Główna bohaterka Alicia Florrick musi wrócić do stresującej pracy w kancelarii adwokackiej – i tak cud, że ją zatrudnili. Jest ambitna i inteligentna, dobrze radzi sobie w nowej roli, ale każdy odcinek jest pełen trudnych sytuacji, z którymi musi się mierzyć. Do domu wraca więc zwykle późnym wieczorem – od razu otwiera butelkę wina, nalewa sobie kieliszek i pije. Dopiero potem robi kolację dla siebie i dzieci. Przy kolacji, wiadomo, też jest wino, bywa także podczas różnych okazji w pracy, w domu, kiedy ktoś ją odwiedza… – w każdym razie tak to zapamiętałam, bo serial oglądałam już dawno. I pamiętam swoje napięcie przy każdej otwieranej przez Alicię butelce, na co zaczęłam zwracać uwagę, gdy dotarło do mnie, jak często to robi. Z odcinka na odcinek coraz bardziej niepokoiłam się, dokąd ją to zaprowadzi i kiedy zacznie ponosić konsekwencje codziennego picia alkoholu, ale serial się skończył i nic, jakby codzienne picie wina nie miało znaczenia. W życiu zwykle bywa inaczej, choć często nie od razu to widzimy.

Jak zostałem alkoholikiem

Dorota ma 43 lata, rozwiedziona, nie ma dzieci, za to jest szefową PR i content marketingu w międzynarodowej korporacji, gdzie bardzo ją cenią. Nie wiem, na czym dokładnie to polega, ale wiem, że jest stresujące i wypełnia jej życie całkowicie. Nawet jeśli Dorota pracuje w domu, co czasem się zdarza, na wiele więcej niż praca nie ma czasu. W weekend musi o siebie zadbać, żeby dobrze wyglądać, co na jej stanowisku jest wskazane, czasem jeszcze przygotowuje jakieś prezentacje, kiedyś chodziła na fitness, potem praktykowała jogę, ale to się skończyło, gdy awansowała. Do domu wraca wieczorem i otwiera butelkę wina.

– Cały dzień jestem napięta, muszę się szybko rozluźnić, żeby zasnąć, bo po bezsennej nocy gorzej funkcjonuję w biurze, wino mi w tym pomaga. Rzadko wypijam całą butelkę, zwykle starcza mi na dwa dni, więc to chyba nie jest problem – opowiada Dorota. – Coś jednak cię w tym niepokoi – zauważam. – No trochę tak. Kiedy wracam do domu, to nie myślę o tym, czy mam coś do jedzenia, tylko czy mam wino. Jeśli nie mam, to muszę kupić. Staram się nie kupować blisko domu, żeby ktoś nie pomyślał, że za często. Przed przyjściem pani do sprzątania wyrzucam butelki, jakbym wstydziła się, że piję za dużo. Już w pracy cieszę się na myśl, że wrócę do domu i się napiję. – Próbowałaś robić przerwy w piciu? – pytam. – Tak. Kilka razy wypiłam za dużo i mówiłam sobie, że muszę przestać, ale wieczorem następnego dnia zmieniałam zdanie. Postanawiałam sobie, że skończę, ale nie teraz, tylko od wakacji albo nowego roku. A potem już nie widziałam powodu. We Francji ludzie piją wino od obiadu i nic im nie jest. W końcu nie jestem alkoholiczką, więc czemu miałabym sobie odmawiać? – Wygląda na to, że jesteś. – No co ty?! – Dorota jest naprawdę zdziwiona.

Podejrzewała, że pije za często, ale żeby nazywać to alkoholizmem? Alkoholik to ktoś, kto chodzi pijany, zawala pracę, wszczyna awantury, rujnuje sobie życie... A ona? W pracy nikt się nawet nie domyśla, że pije, robi karierę, alkohol nic nie zmienia w jej życiu.

– Na pewno nic? Kiedy ostatni raz byłaś w kinie, teatrze, na spotkaniu ze znajomymi? – próbuję się upewnić. – To przez pracę! Wracam zmęczona, jest już późno, po co mam gdzieś wychodzić? – No właśnie, nie ma powodu, żeby wychodzić, skoro możesz się napić w domu. Twój świat się mocno zawęził, odkąd związałaś się z alkoholem. Gdy stracisz pracę, nie będziesz miała nic oprócz niego.

Grupa podwyższonego ryzyka

Pierwszy krok do trzeźwości to konfrontacja z problemem. Warto zrobić podsumowania zysków i strat oraz odpowiedzieć sobie na pytanie, co picie mi zabiera i jak wpływa na moje relacje z ludźmi. Czy rezygnuję z jakichś aktywności dla alkoholu, ograniczam kontakty z przyjaciółmi, zaniedbuję ważne wcześniej sfery życia?

Wśród kobiet jest trzy razy więcej abstynentek niż wśród mężczyzn, ale nie zmienia to faktu, że liczba pijących kobiet rośnie. Szacuje się, że liczba Polek uzależnionych od alkoholu lub pijących szkodliwie może wynosić nawet 1,5 mln. Dwie trzecie z nich pije w samotności. Nawet jeśli mają rodziny, starają się przed nimi ukrywać nałóg, czasem dość długo im się to udaje.

Wielu Polaków w ostatnich latach zrezygnowało z picia mocnych alkoholi na rzecz wina i piwa. Ten pozytywny trend ma jednak niebezpieczne skutki. Wiadomo, że wino jest mniej szkodliwe dla zdrowia od wódki i łatwo zapomnieć, że tak samo można się nim upić i uzależnić od niego. Z badań wynika, że najbardziej narażone na chorobę alkoholową są singielki z wyższym wykształceniem, mieszkające w dużych miastach i pracujące zawodowo oraz kobiety w wieku 40–49 lat. Z mężczyznami jest nieco inaczej. Najwięcej alkoholików jest wśród panów w wieku 40–49 lat z wykształceniem podstawowym, bezrobotnych oraz mieszkańców wsi.

Zmiany obyczajowe odbijają się szczególnie na młodych kobietach. Ze statystyk wynika, że Polki do 25. roku życia piją tyle samo co młodzi mężczyźni. Problem w tym, że one uzależniają się pięć razy szybciej i są mniej odporne na toksyczne działanie alkoholu, co jest związane z budową ciała, rozłożeniem tkanki tłuszczowej i wody w organizmie, inną strukturą hormonalną. Po 14 latach picia negatywne skutki zdrowotne będą u mężczyzny adekwatne do tych 14 lat, a u kobiety będą takie, jakby piła przez 20 lat.

Samotne zmagania

Karolina ma 28 lat i zaczęła pić już w liceum. Była nieśmiała, alkohol dodawał jej odwagi na imprezach, w których coraz chętniej uczestniczyła. Pili wszyscy, a przynajmniej tak jej się wydawało, więc nie widziała problemu. Na studiach mieszkała w akademiku, tam już nie musiała się kryć przed rodzicami. Jej chłopak też pił, razem świetnie się bawili, choć coraz częściej dochodziło do awantur. Po alkoholu Karolina robiła się zazdrosna i agresywna. Kiedy byli na imprezie, robiła mu sceny, że patrzy na inną, a gdy pewnego razu zbyt długo rozmawiał ze swoją znajomą, podeszła do nich i uderzyła tę dziewczynę w twarz. W końcu chłopak ją rzucił. Karolina piła więc z rozpaczy, czuła się bardzo samotna i skrzywdzona, jednocześnie obwiniała siebie. Kłębiło się w niej tyle uczuć, że musiała coś z nimi zrobić, chodziła do klubów, piła, po powrocie do akademika dzwoniła do bliższych i dalszych znajomych, żeby się wypłakać, przyjaciółki próbowały udzielać jej wsparcia, ale w końcu miały dość nocnych zwierzeń i wyłączały telefon.

Na szczęście Karolina poznała w klubie chłopaka, który się w niej zakochał, i już nie była sama, wszystko zaczęło się układać, wzięła się do nauki i jakoś zaliczyła pierwszy rok. Na wakacje pojechali razem, sporo pili, Karolina coraz częściej się upijała, wszczynała awantury, rzucała się innym mężczyznom na szyję, nie chciała wracać do domu, tylko gdzieś uciekała, wiadomo, człowiek różne rzeczy robi po pijaku. Chłopakowi się w końcu znudziła ta huśtawka nastrojów i afery, więc ją rzucił.

I nic dziwnego, bo nawet gdyby zaczęła się leczyć, partner pewnie i tak by odszedł, świadczą o tym bezwzględne statystyki. Na 10 mężczyzn zmagających się z nałogiem tylko jeden podczas leczenia zostanie opuszczony przez partnerkę. Na 10 kobiet podejmujących terapię, aż osiem znajdzie się w takiej sytuacji. Chcące wytrzeźwieć alkoholiczki nie zawsze mają też wsparcie rodziców czy rodzeństwa, bo przyznanie się kobiety do nałogu to dla wielu rodzin większy wstyd niż picie! Ale tysiące alkoholiczek nie muszą się bać odrzucenia, bo już od lat są samotne.

Pijany restart

Karolina jednak nie myślała o leczeniu, żal i samotność uśmierzała alkoholem. Jakiś chłopak znów się nią zainteresował, potem następny, coraz częściej spotykała się z przemocą i coraz gorzej się czuła ze sobą, zaczęła mieć problemy ze zdrowiem, w końcu dopadła ją depresja, która dość często łączy się u kobiet z alkoholizmem i nie zawsze wiadomo, co było pierwsze. To depresja skłoniła ostatecznie Karolinę do pójścia na terapię, nie powiedziała terapeutce o piciu, ale zaczęła się sobie przyglądać i myśleć o swoim życiu. Rzuciła studia, które od dawna jej nie interesowały, rodzice nie chcieli jej dłużej utrzymywać, po jakimś czasie znalazła niezłą pracę, w której musiała być codziennie od rana. Po pracy oczywiście resetowała się winem, rano krople do oczu, guma do żucia, staranny makijaż, w pracy nikt nie domyślał się, że Karolina pije. I znalazł się kolejny chłopak, tym razem ona też się zakochała, próbowała przed nim ukrywać, co się dzieje, ale kilka razy zobaczył ją pijaną, zrobiła parę awantur i ją rzucił.

I historia mogłaby tak toczyć się nadal, gdyby nie okazało się, że Karolina jest w ciąży. Natychmiast poszła do poradni leczenia uzależnień i przestała pić. Wbrew statystykom chłopak do niej wrócił, ich córeczka ma już trzy lata, a Karolina nie pije i tylko żal jej tych lat, które pamięta jak przez mgłę.

Podobno pisarz Stephen King zaczął się leczyć, gdy wprowadzono segregację śmieci. Zauważył, że przez tydzień zbiera kilkadziesiąt puszek po piwie. My też w końcu segregujemy śmieci, więc łatwo sprawdzić, ile pijemy. Za dużo? Warto dostrzec w tym problem i się z nim zmierzyć.

Hanna Samson psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Wsłuchaj się w swoją skórę

Celem kampanii „Ty czujesz, my dbamy,  jest uświadomienie pacjentom, że sygnałów które wysyła skóra nie należy bagatelizować. (Fot. Getty Images)
Celem kampanii „Ty czujesz, my dbamy,  jest uświadomienie pacjentom, że sygnałów które wysyła skóra nie należy bagatelizować. (Fot. Getty Images)
Rusza kampania, której celem jest uświadomienie pacjentom, że właściwa troską o skórę, oraz odpowiednie reagowanie na sygnały, które nam wysyła, pozwalają uniknąć wielu chorób, a czasem po prostu poprawiają jakość życia.

Skóra jest jednym z najważniejszych narządów naszego ciała. Jednocześnie silna i wrażliwa stanowi naszą naturalną barierą ochronną. Odpowiada za wiele funkcji  w naszym organizmie. Jest odporna na czynniki zewnętrzne, leczy nasze rany, reaguje na emocje i ostrzega  nas, gdy z naszym organizmem dzieje się coś niepokojącego.

Nasza skóra to nasz największy sprzymierzeniec. Warto się z nią zaprzyjaźnić i wsłuchać się w jej głos, spróbować zrozumieć co chce nam powiedzieć kiedy czujemy wysuszenie, zaczerwienienie, podrażnienie czy swędzenie. Celem kampanii „Ty czujesz, my dbamy,  jest uświadomienie pacjentom, że sygnałów tych nie należy bagatelizować. Ważne, aby szybko znaleźć ich przyczyny i podjąć odpowiednie leczenie. Jednak do tego potrzebna jest konsultacja specjalisty - dermatologa. Dlatego organizator kampanii - marka Bioderma udostępni 700 bezpłatnych konsultacji online z dermatologami na portalu Znany lekarz. Ważnym elementem akcji są również farmaceuci, którzy są dużym wsparciem dla pacjentów. W aptece to oni wiedzą jak pomóc, jak połączyć leczenie z higieną i pielęgnacją skóry. W ramach kampanii pacjenci w około 1200 aptek w całej Polsce będą mogli skorzystać z opieki farmaceutycznej, czyli uzyskać kompleksową poradę od przeszkolonych farmaceutów w temacie dbania o skórę. Farmaceuta pomoże dobrać odpowiednie dermokosmetyki wspierające barierę ochronną skóry. Zwróci też uwagę na to, kiedy sygnały, które wysyła skóra są już na tyle niepokojące, że należy udać się do dermatologa. Marka Bioderma przygotowała też dla pacjentów około 20 tys. specjalnych zestawów dermokosmetyków wspierających leczenie.

Patronat nad akcją zorganizowaną przez markę Bioderma objęło Polskie Towarzystwo Dermatologiczne.

  1. Psychologia

Psychosomatyczne dolegliwości - pojedynek o kontrolę nad ciałem

Wiele naszych fizycznych dolegliwości ma podłoże psychiczne, emocjonalne. (fot. iStock)
Wiele naszych fizycznych dolegliwości ma podłoże psychiczne, emocjonalne. (fot. iStock)
Psyche to psychika, dusza, a soma to ciało. Psychosomatyka to współistnienie, współdziałanie i oddziaływanie na siebie duszy i ciała. Psychika działa na ciało i odwrotnie – ciało na psychikę. Długo utrzymujące się negatywne emocje i stres doprowadzają do choroby ciała, a pozytywne myślenie i nadzieja do jego ozdrowienia.

Artykuł archiwalny

„Człowieka mądrego cechuje to, że krzepi się i odświeża umiarkowanym i smacznym pokarmem i napojem, wonnymi zapachami, urokiem kwitnących roślin, strojem, muzyką, ćwiczeniami w grach, widowiskami i innymi tego rodzaju rzeczami, z których każdy może korzystać bez niczyjej szkody. Albowiem ciało ludzkie składa się z bardzo wielu części różnej natury, które potrzebują ciągle nowego i różnorodnego pokarmu, aby całe ciało było jednakowo zdolne do wszystkiego, co może wynikać z jego natury, a zatem aby dusza także była jednakowo zdolna do rozumienia rzeczy naraz”.

Jak wynika z przytoczonych słów, XVII-wieczny filozof Spinoza dobrze wiedział, że bez harmonii duszy i ciała człowiek nie osiągnie wolności i pełni życia, a co za tym idzie – zdrowia. Filozof nie był daleko w swojej teorii od definicji zdrowia,  którą podaje Światowa Organizacja Zdrowia: to fizyczny, psychiczny i społeczny dobrostan, a nie wyłącznie brak chorób. Jednak wystarczy, że zaniedbamy jeden z elementów, a dezorganizuje się cały nasz ustrój. To psyche w dużej mierze gwarantuje nam dobre samopoczucie i co najważniejsze – wolę życia. A dusza nadszarpnięta łatwo się poddaje i czynniki fizyczne, czyli dolegliwości i choroby, zaczynają odgrywać główną rolę w naszym funkcjonowaniu. Możemy odczuwać nagłe zmęczenie, senność, bóle w plecach, głowy, mięśni, możemy mieć podwyższoną temperaturę, mdłości, bóle żołądka i tym podobne objawy.

Szukając wyjaśnienia wśród współczesnych specjalistów, czym jest psychosomatyka, natrafiłam na wybitnego psychiatrę i psychoonkologa, dr. Mariusza Wirgę, który bardzo celnie opisał, na czym polegają bliskie i (nie)bezpieczne związki między niestabilnym psyche i ulegającą lub przejmującą władzę somą. Tak pisze w jednym ze swoich artykułów: „Bodziec, ze środowiska wewnętrznego lub zewnętrznego, fizyczny bądź psychologiczny, działa na organizm, wywołując reakcję biologiczną, a w przypadku gdy dociera do świadomości, jest interpretowany za pomocą umysłu. Interpretacja wywołuje wzbudzenie emocji (jeśli jest pozytywna – emocji pozytywnych, a jeśli negatywna – emocji negatywnych). Emocje wywołują reakcje fizjologiczne organizmu – jeśli są krótkotrwałe, to również reakcja trwa krótko, jeśli są silne i długotrwałe, skutki są poważniejsze. Przewlekłe zaburzenia funkcji organizmu w wielu przypadkach doprowadzają z czasem do zmian strukturalnych w narządach. Naukowcy potwierdzają, że układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy są ze sobą połączone i każde zakłócenie w jednym z nich powoduje natychmiastową reakcję w pozostałych”.

Psychika alarmuje!

Każdy z nas doświadczył i mógł na sobie zaobserwować taką reakcję. W przypadku ogromnego stresu – związanego z konfliktem z partnerem, z dzieckiem, ze stratą pracy czy nawet w przypadku takich sytuacji jak egzamin, spotkanie z szefem albo publiczne wystąpienie – nerwowa atmosfera udziela się całemu ciału. Możemy odczuwać nagłe zmęczenie, senność, bóle w plecach, głowy, mięśni, możemy mieć podwyższoną temperaturę, mdłości, bóle żołądka i tym podobne objawy. To nic innego jak alarm pochodzący z psychiki skierowany do całego organizmu.

Czy nie jest często tak, że wystarczy zmienić otoczenie, wyjechać, zrobić przerwę w codziennym rytmie, by nagle poczuć się znowu doskonale? Mogę podzielić się spostrzeżeniami na temat własnych dolegliwości. Gdy żyję w przedłużającym się stresie, czuję to w żołądku i dłoniach. Mam mdłości, parzą i bolą mnie dłonie. Lekarze są bezradni, nie potrafią mi pomóc. Gdy tylko jednak wybieram się w podróż, już na pokładzie samolotu znikają wszelkie bóle. Zaczęłam wiązać oba stany – napięcie i gorące dłonie – i nauczyłam się reagować. To dla mnie sygnał, że potrzebuję wytchnienia, zdystansowania się i przestrzeni, dosłownie i w przenośni. I to działa.

Dopóki owe dolegliwości są sporadyczne, chwilowe, jesteśmy w stanie je kontrolować. Gorzej, gdy napięcie psychiczne staje się długotrwałe – objawy nasilają się wówczas, stają się przewlekłe i regularne. Zaburzają wtedy poważnie właściwe funkcjonowanie poszczególnych narządów w organizmie. I w tym momencie można mówić już o chorobie psychosomatycznej.

Edward Shorter we wstępie do swojej książki „From Paralysis to Fatigue, A History of Psychosomatic Illness In the Modern Era” usprawiedliwia zachowanie osób cierpiących na przewlekłe schorzenia wywołane stresem. Człowiek często wierzy, że zapadł na poważną chorobę i często rozpaczliwie szuka pomocy u lekarzy. Bo co z tego, że jego dolegliwość wzięła się „z głowy”, skoro on naprawdę potrafi odczuwać ból, stracił siłę do wykonywania codziennych obowiązków itp. To nie jest hipochondria (choć czasem może do niej doprowadzić). Chory nie jest w stanie sobie tak po prostu wyjaśnić, że boli, bo psychika się zbuntowała i osłabiona pozwoliła zacząć działać podświadomości. To podświadomość decyduje, jak nasze ciało ma zareagować na stres. Wskutek dyskomfortów psychicznych wysyła sygnały do tych narządów, które już wcześniej były mniej odporne niż inne.

Przyjaciel nagle zachorował na zapalenie pęcherza. Ale antybiotyk nie zadziałał, kolejny też nie, a ból był nie do zniesienia. Zwolnienie z pracy się przeciągało, wykonywał liczne badania, z których poza niegroźnymi odchyleniami od normy nic konkretnego nie wynikało. A on cierpiał, przestał się kontaktować z ludźmi, chodzić do pracy. Lekarze zaczęli się pukać w głowę, zbywali go i wmawiali hipochondrię. Jego organizm osłabiał się wskutek przyjmowania leków i nasilającej się depresji. W końcu po ośmiu miesiącach tej męki na drodze pojawiła się niczym anioł osoba, która miała czas, by wysłuchać, potrafiła mu szczerze współczuć i otoczyć opieką. I to był początek długiej drogi do wychodzenia z choroby.

 

Skąd ta migrena?

Obecnie wymienia się wiele schorzeń związanych ze zmianami narządowymi, przy powstawaniu których istotną rolę odgrywają czynniki psychiczne. Przy próbie klasyfikacji takich chorób dyskutuje się również na temat związków między danym typem osobowości a konkretnym zaburzeniem zwanym psychosomatycznym, jednak pozostaje to przedmiotem licznych, niekończących się kontrowersji. Podobnie jak lista chorób psychosomatycznych nie jest stała i zamknięta. Wymienia się m.in.: syndrom nocnego objadania się, otyłość, choroby układu krążenia, migreny, chorobę tikową, zaburzenia seksualne, zaburzenia snu, chorobę wrzodową układu pokarmowego, nadciśnienie tętnicze, a nawet cukrzycę i astmę oskrzelową. Stopień, w jaki nasza głowa i dusza wpływają na rozwój jednej z tych chorób, może być bardzo różny. Trudno tu mówić o jakichkolwiek regułach.
Podobnie jak negatywne emocje i stres mogą nas wpędzić w poważne choroby, tak pozytywne emocje i konstruktywne myślenie mogą nas z choroby wyprowadzić
Idealna byłaby sytuacja, w której pacjent poza otrzymaniem opieki od specjalisty, który potrafi przepisać właściwą terapię farmakologiczną, został skierowany również do gabinetu psychoterapeuty, który wspomógłby chorego w rozwiązywaniu jego problemów psychicznych – „odpowiedzialnych” za pojawienie się destrukcyjnego składnika psychicznego w chorobie. A że dzieje się tak rzadko, trudno wymagać od pacjentów, żeby sami uświadomili sobie psychiczną przyczynę ich choroby. Zdarza się nawet, że obwiniają się za słabe zdrowie, wmawiając sobie, że płacą cenę za to, że doskonale odgrywają swe zawodowe i rodzinne role, że za dobrze im się wiedzie. Swoją frustrację związaną z bólem przerzucają na często bezsilnych lekarzy. I nie potrafią się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Jasna strona mocy

Zarówno osobiste doświadczenia wielu z nas, jak i badania naukowe dowodzą, że częściej zapadamy na choroby, gdy jesteśmy pod wpływem negatywnych emocji, które motywują nas do uników, wycofywania się albo do agresji. Na szczęście jednak, jak wszystko w życiu, i to zjawisko ma swoją drugą, jasną stronę. Tak jak negatywne emocje i stres mogą wpędzić nas w poważne dolegliwości cielesne, tak pozytywne emocje, konstruktywne myślenie i nadzieja mogą nas z choroby wyprowadzić.

Cytowany na początku dr Mariusz Wirga już od przeszło 20 lat zajmuje się właśnie jasną stroną mózgu, myśli i emocji człowieka, pracując z chorymi na raka. W swoim artykule „Nadzieja matką mądrych” pisze: „Nasze myśli i emocje, poprzez przysadkę mózgową i układ hormonalny, oddziałują na prawie wszystkie narządy. Nasze myśli, poprzez hormony, wpływają na ekspresję poszczególnych genów. Ponadto autonomiczny układ nerwowy ma swoje zakończenia tam, gdzie komórki odpornościowe są produkowane, gdzie dojrzewają oraz gdzie działają, i w ten sposób stan mózgu wpływa na stan układu odpornościowego. (...) Nasz mózg może nas zabić, ale też może prowadzić do ozdrowień. Stąd zdrowie i dobrostan nabierają nowego znaczenia – nie ma zdrowia fizycznego bez dobrostanu psychicznego”. To bardzo dobra wiadomość. Do równie pozytywnych wniosków doprowadziły badania onkologa O. Carla Simontona (którego kontynuatorem jest Wirga).

W latach 60. XX wieku Simonton odkrył – opierając się na pracy z chorymi na nowotwory złośliwe – że przyczyną, dla której pacjenci nie chcieli brać udziału w obiecującym programie badawczym (chodziło o radioterapię i nowy sposób dawkowania promieniowania jonizującego), były ich przekonania o beznadziejności ich sytuacji. Wówczas wprowadził do programu leczenia psychoterapię polegającą, mówiąc w dużym skrócie, na wyobrażaniu sobie pożądanego rezultatu i zmiany sposobu myślenia z negatywnego na pozytywny.

Pacjenci Simontona z zaawansowaną chorobą nowotworową, którzy byli poddawani psychoterapii, jako metodzie wspierającej konwencjonalne leczenie, żyli dwukrotnie dłużej niż ci, którzy byli leczeni tylko onkologicznie w najlepszych amerykańskich klinikach. Wielu z nich po zakończonej terapii po latach nie miało żadnych oznak nawrotów choroby. Choć świat medyczny na początku odrzucił koncepcję Simontona, lekarze, którzy próbowali obalić jego teorię lub ją sprawdzić, otrzymywali w swoich badaniach podobne, pozytywne rezultaty.

Metoda Simontona jest wykorzystywana również we wspieraniu leczenia innych chorób i może być stosowana przez nas w codziennym życiu, w przypadku codziennych stresów. Warto więc, dla własnego dobrego samopoczucia, spróbować zamienić negatywne myślenie: przewidywanie porażek, zamartwianie się, złość, nienawiść, nieuzasadnione poczucie winy, na pozytywne wizualizacje, które będą umacniać w nas nadzieję. A jednak wiara czyni cuda!

Źródła: „Idea wolności w filozofii Spinozy i jej znaczenie dla pedagogiki”, dr Kazimierz Kopczyński, Uniwersytet Łódzki Artykuły dr Mariusza Wirgi zamieszczone na stronie www.simonton.pl, „From Paralysis to Fatigue, A History of Psychosomatic Illness In the Modern Era”, Edward Shorter, The Free Press, New York

  1. Psychologia

Nauka odpuszczania napięcia - po pierwsze „rusz się”

„Ruch skrywa w sobie możliwość przenoszenia nas w świat naszego wnętrza - pisze tancerka, nauczycielka i terapeutka Anna Halprin w książce „Taniec jako sztuka uzdrawiania.” (Fot. Getty Images)
„Ruch skrywa w sobie możliwość przenoszenia nas w świat naszego wnętrza - pisze tancerka, nauczycielka i terapeutka Anna Halprin w książce „Taniec jako sztuka uzdrawiania.” (Fot. Getty Images)
Stresu nie jesteśmy w stanie wyeliminować z codziennego życia. Możemy jedynie nauczyć się chronić nasze ciała (przede wszystkim) i umysły przed jego szkodliwymi skutkami. W tym celu musimy przepracować i zniwelować fizyczne oraz psychiczne mechanizmy chroniące przed odpuszczaniem.

Przez lata pracy wydawało mi się, że rozwiązanie wszystkich problemów pacjentów leży w ciele, że jako terapeutka powinnam uczyć ludzi bycia w kontakcie z ciałem, rozumienia jego potrzeb, odczytywania komunikatów. Moja książka o pracy z ciałem napisana we współpracy z terapeutą manualnym skończyła się rozdziałem W drodze, który dla mnie, jak się okazało, był poszukiwaniem czegoś więcej niż jedynie połączenia pracy werbalnej, czyli konwencjonalnej psychoterapii, z pracą z ciałem. Brakowało mi ważnego elementu...

Niedawno, idąc z samochodu do gabinetu, jak zwykle w biegu, minęłam sąsiadkę, która dziarsko maszerowała z kijkami. Padał deszcz i wiał silny wiatr, więc stwierdziłam na głos: „Ojej, w taką pogodę chce się pani uprawiać nording walking. Podziwiam wytrwałość”. Sąsiadka popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, powiedziała: „Kochana pani, ja mam 86 lat, to idę, żeby iść, chodzę, żeby nie leżeć” i minęła mnie, pewnie nie bardzo rozumiejąc moje zagajenie. Odwróciłam się, żeby jeszcze chwilę na nią popatrzyć. Szła dziarskim krokiem, wyprostowana. Jej ciało sprawiało wrażenie silnego i bardzo sprawnego – ja stałam przygarbiona z zimna, w każdej z rąk trzymałam coś: w jednej torbę z laptopem, w drugiej pojemnik z obiadem, a pod pachą jeszcze butelkę z wodą. Wyszłam z domu jakieś 40 minut temu, pokonałam drogę z mieszkania do garażu, a teraz z samochodu do windy. Czekał mnie zwykły dzień pracy: pięć 50-minutowych sesji z pacjentami, pomiędzy 10-minutowe przerwy na zrobienie herbaty czy na „siusiu”, pod warunkiem że sesja się nie prze- dłuży, i jedna dłuższa przerwa na zjedzenie (w pośpiechu) obiadu, a na koniec droga z gabinetu do samochodu i z samochodu do mieszkania.

Z powodu stresu w pierwszej kolejności cierpi twoje ciało. Stres powoduje napięcie mięśni, każde przewlekłe napięcie to dla ciała ciągły stres, a długo utrzymujący się stres ma szkodliwy wpływ na ciało. I mamy błędne koło.

W czasach, w których gloryfikowany jest sukces, odpuszczenie czegokolwiek kojarzy się z porażką. Dlatego warto spróbować nauczyć się odpuszczać z poziomu ciała – przede wszystkim przezwyciężyć lęk przed porażką, którą na fizycznym poziomie można utożsamić z lękiem przed upadkiem. Ów lęk jest naszym najbardziej pierwotnym lękiem i dotyczy zarówno upadku fizycznego, jak i moralnego czy upadku autorytetu.

Kiedy tego dnia (po spotkaniu sąsiadki „od chodzenia”) wróciłam do domu, odczuwałam w ciele coś dziwnego . Nie do końca rozumiałam, co chciało mi ono powiedzieć. Nie potrafiłam też nazwać tego, co się ze mną działo: to nie było zmęczenie, nic też mnie nie bolało, to „coś” chyba najbardziej przypominało odczucie ekscytacji – jakby dreszcze w oczekiwaniu na niespodziankę . Czułam, że muszę podnieść się z kanapy. Wstałam, choć głowa mówiła: „Hej, jesteś zmęczona, odpocznij sobie, należy ci się” . I nagle moje ciało doskonale wiedziało, co robić: jeden ruch, potem drugi, trzeci i cała sekwencja ruchów . Przypominało to jakiś dziwny taniec. Czułam się lekko, zmęczenie dnia minęło. Potem pojawiła się konkretna emocja . Była jak wiadomość od mojego ciała do mojej głowy, ode mnie do mnie...

Po raz pierwszy od dawna byłam tak bardzo blisko siebie samej .

Jak ciało reaguje na stres? W stresie ciało reaguje tak zwanym ogólnym zespołem adaptacyjnym, który składa się z trzech faz.

  • Pierwsza to reakcja alarmowa: w odpowiedzi na stres nasz organizm uwalnia hormony rdzenia nadnerczy, które mobilizują ciało do walki. Jeśli stres związany jest z fizycznym urazem ciała, reakcja alarmowa przebiega w postaci stanu zapalnego. Jeśli ta reakcja okaże się skuteczną metodą poradzenia sobie ze stresem, ciało rozluźni się i powróci do stanu równowagi.
  • Jeśli natomiast stres będzie się utrzymywał, organizm uruchomi drugą fazę zespołu adaptacyjnego – fazę przystosowawczą, w której kortykosteroidy (hormony nadnerczy) będą działały przeciwzapalnie . Ten proces jest dla ciała wysokoenergetyczny i długotrwały, przejdzie w fazę wyczerpania – ciało nie ma już energii, by wytrzymać stres, i zaczyna się załamywać. We współczesnych czasach staramy się jak najdłużej wytrzymywać stres, dlatego faza wyczerpania, objawiająca się zmęczeniem, które nie mija po krótkotrwałym odpoczynku, czy przewlekłym brakiem sił – występuje najczęściej . Generalizując – większość z nas w rezultacie długotrwałego stresu powstałego w wyniku napięć mięśniowych jest na granicy wyczerpania.  Owe napięcia mięśniowe to nie tylko efekt sytuacji, które nas przerastają, ale to także napięcia wynikające z chęci niepoddawania się, „dawania rady” czy przekonania: „muszę wytrzymać”.  Owe napięcia zużywają tak wiele energii, że w efekcie brakuje jej nam na radzenie sobie z codziennymi problemami. Bez energii nie jesteśmy sobie w stanie poradzić także ze stresem i koło się zamyka.
Więcej w książce "Kiedy Twoja wrażliwość staje się zaletą"