1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Polka stworzyła aplikację dla chorych na hashimoto

Polka stworzyła aplikację dla chorych na hashimoto

Aplikację Hashiona stworzyła Ewa Galant, która na hashimoto choruje już od ponad 14 lat. (Ilustracja: iStock)
Aplikację Hashiona stworzyła Ewa Galant, która na hashimoto choruje już od ponad 14 lat. (Ilustracja: iStock)
Choć na hashimoto cierpi ponad 12 proc. populacji, nadal wiemy o tej chorobie bardzo mało. Jest trudna do wykrycia, daje niejednoznaczne objawy, a po jej zdiagnozowaniu często należy diametralnie zmienić swój styl życia i dotychczasowe nawyki. Dlatego właśnie powstała Hashiona - aplikacja niosąca pomoc ludziom chorym na hashimoto. 

Aplikacja Hashiona ma być miejscem, w którym wszyscy chorzy na hashimoto będą mieli wszelką potrzebną im wiedzę na wyciągnięcie ręki, za darmo. Stworzyła ją Ewa Galant, która na hashimoto choruje już od ponad 14 lat. Aplikacja łączy telemedycynę, fachową wiedzę i edukację, oraz samośledzenie pacjentów ułatwiające im zarządzanie życiem i nadczynnością tarczycy. Zapoznanie się z diagnozą i uporządkowanie nowego harmonogramu może być czasem przytłaczające i zniechęcające, szczególnie jeśli dopiero zaczynasz przygodę z hashimoto i niedoczynnością tarczycy. Jesteśmy tutaj, aby pomóc ci śledzić objawy, wesprzeć w codziennym funkcjonowaniu, pomóc, gdy tej pomocy potrzebujesz - czytamy na stronie internetowej aplikacji.

Hashiona sprawdzi się zarówno dla osób, które zmagają się z chorobą od dziesięcioleci, jaki tych, którzy zostali zdiagnozowani niedawno. Będzie to miejsce, z którego korzyści płyną w obie strony - dzięki niej chorzy na hashimoto otrzymują pomoc i stają się częścią społeczności, a jednocześnie dostarczają badaczom i naukowcom cennych informacji, które pomogą opracować skuteczniejsze leczenie i wsparcie dla wszystkich pacjentów. Bo mimo tego, że hashimoto jest nazywane "chorobą cywilizacyjną", nadal pozostaje tajemnicą dla naukowców.

Celem aplikacji jest informowanie o najnowszych badaniach naukowych dotyczących Hashimoto, wpływu choroby na organizm oraz o skutecznym leczeniu. Dzięki niej będzie można skorzystać z porady odpowiednich ekspertów, m.in. endokrynologów, dietetyków, psychologów, i skonsultować z nimi objawy, zaczerpnąć informacji o niezbędnych zmianach trybu życia. Hashiona umożliwi konsultacje i leczenie przez specjalistów bez konieczności czekania na wizytę, a wszystkie rozmowy z lekarzami będą ściśle poufne.

Co więcej, dzięki aplikacji będzie można dokładnie śledzić chorobę i w jednym miejscu przechowywać cały "przebieg choroby". Hashiona bowiem przypomni, kiedy wziąć leki, na kiedy zaplanowano kolejną wizytę u lekarza, kiedy powinnyśmy zrobić USG tarczycy. Będzie można w niej rejestrować wszystkie codzienne czynność i objawy, tym samym utrzymywać prawidłowe odżywianie i odpowiedni styl życia.

Aplikacja Hashiona jest jeszcze w fazie testów, ma trafić na system Android już za kilka miesięcy. Jednak wszyscy, którzy już teraz chcą sprawdzić jej działanie, mogą ją pobrać za darmo ze strony internetowej www.hashiona.com - tam też można znaleźć wszelkie potrzebne informacje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Duchowość w medycynie chińskiej – jakie są podstawowe zasady zachowania zdrowia?

Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
„Wielka Księga Żółtego Cesarza”, która powstała około 3 tysiące lat temu, jest pierwszym przekazem traktującym o Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. W tradycyjnym przekazie uważa się, że to Duch stwarza wszystko.

Co możemy zrobić, według tradycyjnej medycyny chińskiej, żeby żyć długo i w dobrym zdrowiu? - Jeśli wierzymy, że istnieje dusza, jesteśmy już blisko życia i dbania o nie.

Pierwsza najważniejsza zasada: być szczęśliwym i wdzięcznym za życie.

Druga zasada: postępować zgodnie z naturą. Żółty Cesarz w rozdziale pierwszym księgi mówi, że trzeba respektować prawa Wszechświata. To Tao – droga naszego życia. W praktyce oznacza harmonię życia. Żeby ją wdrożyć w codzienność, należy zrozumieć cykl pięciu niebiańskich ruchów: Wody, Drzewa, Ziemi, Ognia i Metalu. To jest program życia – droga do integracji Ying i Yang, ziemi i nieba. Życie według rytmu pór roku. Woda generuje Drzewo – wiosną wysiewamy nasiono, podlewamy je, wyrasta roślina. Zaczyna się życie, by latem, wraz z ruchem do góry, przeżyć pełen rozkwit – tak przejawia się energia Ognia. Jesienią rośliny przestają już rosnąć – wszystko zasysane jest do Ziemi. Zawiązują się nowe nasiona – twarde jak Metal. Wiosną znowu będą potrzebować wody, by wzrosnąć. I tak będzie się działo rok za rokiem. Żyjąc zgodnie z prawem czterech pór roku, wiosną zasilajmy naszą energię i działajmy, latem wyciszajmy się i zażywajmy spokoju, jesienią koncentrujmy swoją energię, zima ją magazynujmy.

Trzecia zasada: przyjmować dobre jedzenie. W Chinach mówi się: „jedz ziemię, jedz niebo”. Oznacza to, żeby spożywać naturalną energię pochodzącą z tych jakości, czyli – nie jeść nic sztucznego. Chińskie pałeczki, służące do jedzenia, mają jeden koniec okrągły symbolizujący ziemię, a drugi kwadratowy na znak nieba. Podczas jedzenia palec środkowy między pałeczkami jest nieruchomy zgodnie z zasadą Yin. Porusza nimi energią Yang palec wskazujący.

Jakości nieba i ziemi odżywiają naszą florę bakteryjną w jelitach. Chińczycy traktują ją jako dodatkowy, odrębny organ, mamy jej 10 razy więcej niż komórek ciała. Niestety, współczesny przemysł przetwórczy, leki i chemikalia, niszczą florę bakteryjną. Efekt to choroby autoimmunologiczne, udary mózgu, nadciśnienie tętnicze, nowotwory, depresja. Te choroby pochodzą z supermarketów. Jedzenie tam sprzedawane jest wysokoprzetworzone i pełne toksyn. Podawane są one w tak małych stężeniach, że organizm nie ma szans się obronić gdyż nie jest w stanie wykryć tych śladowych ilości – niestety z czasem dochodzi do kumulacji toksyn i pojawiają się typowe symptomy zatrucia organizmu. Te trucizny są dla ciała niewidzialne, a przez to bardziej szkodliwe. I jeszcze jedna ważna rzecz: jedzenie musi nam smakować, być przyjemnością. Inaczej ciało nie będzie miało z niego pożytku.

Czwarta zasada: odreagować stres. Chińczycy uważają, że stres uszkadza duszę, ponieważ zaburza emocje. Stres nas wyniszcza, bo nie mamy czasu na harmonizację naszego wnętrza, na równowagę. Negatywne emocje to przede wszystkim: złość, nienawiść, zazdrość, frustracja, obawy, zamartwianie się, niepewność. Powinniśmy czuć je i uwalniać. Doskonałym do tego narzędziem jest medytacja. W naszym ciele jest dusza, w której zawarty jest swoisty kod życia. Jeżeli emocje niszczą duszę, niszczy się kod naszego przetrwania. Program życia zaczyna się mutować i pojawiają się choroby. Miejcie więc na uwadze szanowanie emocji.

  1. Styl Życia

Podlaskie szeptuchy – jak żyją i czym się zajmują?

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Jedni uważają je za uzdrowicielki w sprawach beznadziejnych. Inni za szarlatanki. Albo za praktykujące czarną magię. One same powołują się na dar boży, którym dzielą się z innymi modlitwą. Jak w XXI wieku funkcjonują podlaskie szeptuchy, które zdrowie, miłość i bogactwo zamawiają u Boga – sprawdza dziennikarka Izabela Cieplińska.

Ty masz na sobie urok, dziecko” – orzekła koścista starowinka z chustą na głowie. Wskazała krzesło w kuchni i spytała: „Z czym przychodzisz, Ania?”. Ania przyjechała z egzemą. Wysypka pojawiła się na jej dłoniach kilka lat wcześniej, podczas studiów doktoranckich. Zanim trafiła do drewnianej chatki na Podlasiu, odwiedziła wielu specjalistów medycyny akademickiej, w tym słynną dermatolożkę z Białegostoku, która była jej ostatnią deską ratunku. „Siedziałam w poczekalni pełna nadziei. Bez żadnych badań lekarka zdiagnozowała łuszczycę. Nie byłam zaskoczona, to samo mówili specjaliści, u których byłam wcześniej. Ale nie pomógł żaden z przepisanych przez nich leków ani maści i sterydy. Co więcej, pani doktor powiedziała, że nie zajmie się leczeniem skóry rąk, ponieważ łuszczyca jest chorobą przewlekłą i nie da się jej wyleczyć. A ona lubi sukcesy” – wspomina swoją wizytę Ania. Po wyjściu z gabinetu przepłakała kilka godzin. Nie mogła uwierzyć w ten brak profesjonalizmu i zwykłej empatii ani pogodzić się z tym, że nie ma dla niej ratunku.

Ale pomoc przyszła, choć z dość niespodziewanej strony. Od podlaskiej szeptuchy.

Znała moje imię

Ania nie wiedziała, czego ma się spodziewać, gdy za namową przyjaciółki pojechała z problemem do wsi Orli. „W sieni czekało kilka kobiet. Gdy otworzyły się drzwi od innego pomieszczenia, ze środka wyszły dwie kobiety. Jedna krzyczała, druga płakała. Jak się później dowiedziałam, ta płacząca miała raka. Szeptucha nie mogła jej już pomóc” – opowiada Ania i dodaje: „Wtedy wskazała na mnie. Powiedziała, że przyjechałam z daleka, więc przyjmie mnie w pierwszej kolejności”.

Szeptucha zaskoczyła ją swoją wiedzą jeszcze nieraz. „Znała moje imię, mimo że jeszcze się nie przedstawiłam. Znała imię mojej prababci, chociaż nie było popularne – Ksaweryna. Skarżyła się na dzieciaki bawiące się na zewnątrz, chociaż okna były zasłonięte, a w izbie było cicho jak makiem zasiał” – wymienia Ania. Zanim przeszła do rytuału uzdrawiającego, szeptucha powiedziała o rzuconym uroku. Wymieniła nazwiska osób odpowiedzialnych za klątwę. „Zapytała, czy ma ją zdjąć, bo to będzie miało swoją cenę. Zgodziłam się. Nie dopytałam, jaka to będzie cena. Chciałam się oczyścić. Jeszcze zanim przyjechałam do szeptuchy, słyszałam opowieści, że te wizyty zawsze coś kosztują i nie chodzi o pieniądze. Mówi się, że one coś dają i coś odbierają” – wyjaśnia Ania.

Staruszka założyła jej na głowę białą chustę, spaliła paczuszkę lnu i okadziła ciało dymem. Cały czas się modliła. Na początku wolno i głośno, później coraz szybciej i szybciej, aż przeszła w bełkot. W pewnym momencie całkowicie ucichła i zdjęła chustkę. „Powiedziała: »Nie bój się«. Odpowiedziałam, że się nie boję, na co ona zaczęła się śmiać. Ten śmiech był dość demoniczny. Gdy dotknęła mnie, poczułam, że jest bardzo gorąca” – wspomina Ania. Wychodząc, dostała zalecenie, że ma przyjechać jeszcze dwa razy, i pracę domową. Nie zdradzi jaką, to tajemnica. Poza tym każdy dostaje inną. Na przykład należy wylać wodę pod krzyżem, spalić kawałek papieru o konkretnej godzinie, odmówić różaniec, zjeść kawałek chleba, schować stearynę z roztopionej świeczki pod poduszką. Ania po wizycie czuła się bardzo zmęczona. Gdy wróciła do domu, padła na łóżko i długo spała. Wkrótce jej życie miało się zmienić…

Boży dar

Szeptuchy na Podlasiu znają wszyscy. To uzdrowicielki. Lekarki pierwszego kontaktu dla mieszkańców podlaskich wsi i ostatnia instancja w sprawach beznadziejnych dla przyjezdnych.

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę, choć trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Znają zaklęcia ludowe i modlitwy prawosławne, którymi leczą ciała i dusze. Formuły wypowiadają zazwyczaj szeptem (stąd ich nazwa), niewyraźnie, melorecytując w języku polskim

i staro-cerkiewno-słowiańskim. Twierdzą, że to nie one leczą, a tylko zamawiają zdrowie u Boga. „Dla tożsamości szeptuch kluczowy jest wątek daru bożego. To, co robią, nie jest ich decyzją, ale darem od Boga. One pełnią swoją posługę” – tłumaczy Małgorzata Anna Charyton, etnolożka, antropolożka medyczna, popularyzatorka kultury Podlasia, która przez wiele lat badała praktyki szeptuch. Poznała większość z nich.

Ekspertka wyjaśnia, że medycyna akademicka, w antropologii nazywana biomedycyną, ponieważ opiera się na naukach przyrodniczych, jest integralną częścią kultury Zachodu wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. Ta pierwsza przez wieki miała swoich wykształconych lekarzy. Druga lekarzy z ludu, do których właśnie należały szeptuchy.

Utrudniony dostęp do medycyny akademickiej mieli też podlascy Białorusini, rdzenni mieszkańcy tych ziem, wyznawcy prawosławia, którzy na skutek postanowień traktatu ryskiego zostali przyłączeni do Polski. „Praktyki szeptuch są ściśle związane z językiem białoruskim, dialektami i gwarami lokalnymi, z całą symboliką chrześcijańską w odmianie wschodniej. Podlaskie szeptuchy stanowią pewną lokalną odmianę szerszego zjawiska występującego na Białorusi, Ukrainie i Rosji. Prawosławni uzdrowiciele wywodzili się z Rusinów, później ulegli dywersyfikacji. Tutaj została ta bardziej konserwatywna część szeptuch, która praktykuje to samo, co przed wojną. Ich wiedza opiera się tylko na przekazie ustnym. Różnią się nazwą od tych ze Wschodu, u nas nazywają się szeptuchami, na Białorusi i Ukrainie – szeptunami. Ale to są ludzie stąd, nawet mówią o sobie: »tutejsi«” – dodaje Małgorzata Charyton. Szeptuchy niezależnie od miejsca zamieszkania łączy ten sam mianownik: pośrednictwo między człowiekiem a siłą wyższą, boski dar, cenny prezent, którym trzeba dzielić się z innymi. Jak pomagają? Twierdzą, że wystarczy wierzyć w uzdrowienie.

Róża, wiatr, kołtun

„W życiu nie ma przypadków, ale czy wyzdrowienie córki jest zasługą szeptuchy, tego nie wiem. Wiem za to, że faktycznie problem zniknął” – mówi Małgosia, dziennikarka z Warszawy. Jej córka chorowała na zapalenie ucha. Pierwszy raz obudziła się z bolącym uchem tuż przed czwartymi urodzinami, dwa miesiące po pójściu do przedszkola. Standard. Tylko że ten pierwszy raz rozpoczął cały maraton chorobowy. W ciągu dwóch miesięcy zachorowała trzykrotnie. Laryngolog dał skierowanie do szpitala na operację założenia sączków z możliwym usunięciem trzeciego migdała, ponieważ konsekwencją chorób był niedosłuch. Terminy zabiegu były odległe. Przyszło lato, problem ustał. Jesienią wrócił ze zdwojoną siłą. „Nie chciałam tej operacji, ponieważ nie zawsze przynosi rezultaty, ale czułam się bezradna” – wyznaje Małgosia. O szeptusze usłyszała od znajomej znajomych. „Możliwe, że nie zdecydowałabym się, gdyby nie fakt, że można to było zrobić zdalnie. Wyglądało to tak, że po umówieniu się telefonicznym miałam przesłać na podany adres koszulkę córki, a dokładnie nową koszulkę kupioną specjalnie na tę okazję, w której przespała noc. Do koperty dorzuciłam zdjęcie córki i 20 złotych. Słyszałam, że daje się co łaska” – relacjonuje. Wkrótce potem Małgosia zapomniała o sprawie. Głównie dlatego, że córka przestała chorować. „Miewała katar, ale już nigdy nie zakończył się zapaleniem ucha. O szeptusze przypomniała mi przyjaciółka, która po prostu o nią kiedyś zapytała. Nie wiem do końca, czy to jej zasługa, czy córka wyrosła z tej choroby. Ale cieszę się, że wyzdrowiała i obeszło się bez operacji” – dodaje.

„Mama mówiła, że bałam się wody, co było dość powszechnym powodem zabierania dzieci do szeptuch” – wspomina Ewelina Sadanowicz, etnolożka, doktorantka w Instytucie Socjologii i Kognitywistyki Uniwersytetu w Białymstoku, która zajmuje się naukowo szeptuchami. „Pamiętam, że kobieta wodziła czymś nad moją głową, a później dała mi herbatniki, które miałam jeść przez kilka dni po wizycie” – opowiada. Przyznaje, że chociaż rytuały wciąż są takie same, to przyczyny, z którymi przyjeżdża się do szeptuch, są różne. „Począwszy od bardzo poważnych chorób jak nowotwory, przez problemy skórne i inne choroby, na które lekarze medycyny klasycznej machnęli ręką, po kłopoty miłosne albo finansowe. W kwestiach zdrowotnych szeptuchy zachowały ogólną ludową klasyfikację chorób, którą można było spotkać na całej Słowiańszczyźnie na początku XX wieku” – wyjaśnia etnolożka. Cały świat bolączek dzielą na pięć problemów. „Pierwszy to róża, czyli najróżniejsze zmiany i choroby dermatologiczne. Drugi to wiatr, czyli przewianie powodujące bóle szyi, korzonków, przeziębienia. Są jeszcze przestrach i urok, będące przyczynami chorobowymi, a nie samą jednostką chorobową, i ostatni, najpoważniejszy, nerw-kołtun. Wierzenia ludowe mówią, że każdy człowiek ma w sobie wrażliwą istotę, która – podrażniona – zaczyna wędrować po ciele i powodować różne dolegliwości, np. guzy, paraliże, a nawet nowotwory. Jest odpowiednikiem współczesnego stresu” – mówi Ewelina Sadanowicz.

Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)

Rogaty za piecem

„Słyszałam o przypadkach, że osoba, która rzuciła na kogoś urok, po zdjęciu go przez szeptuchę, umarła. Wśród szeptuch istnieje bardzo duża wiara w ciąg przyczynowo-skutkowy, który można nazwać karmą” – dodaje etnolożka.

Szeptuchy często posądzane są o czerpanie siły od diabła. Na forach internetowych można przeczytać, że babcia ma „rogatego za piecem”. Szeptuchy wierzą, że tego nie robią, natomiast zdanie mieszkańców Podlasia jest podzielone. „Większość szanuje je i wierzy w to, co czynią, ale są takie osoby, zwłaszcza ortodoksyjnie wierzące, które uważają, że szeptuchy są zagrożeniem, ponieważ nie wiadomo, od kogo czerpią swoją moc. Kiedy zapyta się duchownych katolickich czy prawosławnych, zawsze mówią, że trzeba uważać. Oficjalnie Kościół katolicki i Cerkiew prawosławna zakazują praktykowania i korzystania” – podsumowuje Małgorzata Charyton. Tyle w teorii, w praktyce bardzo wiele osób korzysta z ich pomocy, nie przyglądając się źródłom pochodzenia uzdrowicielskich mocy.

Pomogą czy zaszkodzą?

To ciężka praca i niemalże dożywotnia posługa, bo szeptucha nie może zrezygnować ze swojej praktyki, zabrałaby bowiem ludziom coś ważnego. Nigdy nie odmawia. Przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt prawosławnych i niedziel. Pracuje po osiem godzin dziennie, a trzeba pamiętać, że szeptuchy mają swoje lata. Do tego nie dostaje za swoją pracę wynagrodzenia.

Małgorzata Charyton podkreśla, że szeptucha nie ma cennika, kasy fiskalnej, nie żąda zapłaty i nie weźmie pieniędzy do ręki. Ale – jak mówi ekspertka – ludzie mają taką potrzebę, żeby zapłacić choćby 5 zł na świeczkę, którą później zapali w cerkwi w intencji chorego. Często ludzie, którzy przyjechali z daleka i wydali mnóstwo pieniędzy na inne badania i konsultacje, chcą zapłacić więcej, tak jak za normalną wizytę. Wtedy mogą usłyszeć, że połowa tego wystarczy za całą rodzinę.

Kiedyś gratyfikacją dla szeptuch był kapitał społeczny. Cieszyły się szacunkiem i uznaniem. Nawet współcześnie wielu lekarzy medycyny akademickiej patrzy na nie przychylnym okiem. Antropolożka przyznaje, że zna lekarzy, którzy zetknęli się z szeptuchami i polecają je, ponieważ wiedzą, że zachodnia medycyna ma swoje ograniczenia.

Doktor nauk medycznych, specjalista ginekolog-położnik Tadeusz Oleszczuk, który słynie z holistycznego podejścia do pacjenta, potwierdza, że jeśli medycyna akademicka nie przynosi oczekiwanych efektów, trudno się dziwić, że osoby szukają takich porad. „Sam pamiętam, że kiedy miałem kilka lat, moja babcia odprawiała nade mną jakieś czary. Coś szeptała, robiła jakieś znaki nad głową i delikatnie spluwała obok każdego ucha” – opowiada lekarz. Przyznaje, że medycyna ludowa stara się patrzeć na choroby i człowieka całościowo – na to, co on je, jak żyje, w jakim środowisku przebywa. Odwołuje się do naturalnych środków wzmacniających odporność, poprawiających pracę jelit. Ale też przestrzega: „Najgorzej jest, kiedy leczenie nowotworu rozpoczyna się od medycyny ludowej. Tracimy cenny czas i zmniejsza się szansa na skuteczne leczenie nowoczesną medycyną akademicką. Sukcesy leczenia onkologicznego zależą od zaawansowania nowotworu w chwili rozpoczęcia leczenia. To jest bardzo ważne i nie można marnować czasu. Trzeba wykonać określone badania, aby potwierdzić lub wykluczyć nowotwór. Badania przede wszystkim”.

Siła kobiet

Chociaż zapotrzebowanie na pomoc przedstawicieli medycyny ludowej jest większe, to szeptuch jest coraz mniej. Jak twierdzi Małgorzata Charyton, wykańcza je kapitalizm, chrystianizacja i propaganda. Dziś szacunek nie wystarcza, starsze kobiety nie znajdują swoich następczyń. „Przekazy ludowe mówią, że szeptucha musi przekazać swój dar. Jeśli tego nie zrobi, będzie miała problemy z odejściem z tego świata. Ale podlaskie wsie z roku na rok pustoszeją, więc tego daru nie ma fizycznie komu przekazać” – wyjaśnia Ewelina Sadanowicz. Być może tradycję uchroni marketing szeptany, bo przypadków uzdrowień jest bardzo wiele.

Ania wspomina, że po trzeciej wizycie czuła się inaczej. Oczyszczona. Jej ręce wyglądały dużo lepiej. Zrobiła tak, jak zasugerowała szeptucha. „Wykonałam wiele testów alergicznych i okazało się, że pewne produkty muszę wyeliminować z diety, bo mi szkodzą. Ale nawet jeśli się złamię i zjem coś, czego nie powinnam, skóra na rękach nigdy nie wraca do stanu sprzed wizyty u szeptuchy. Teraz też rozumiem jej zalecenie z pierwszego spotkania, gdy powiedziała: »Nie rób tego, czego ci nie wolno«” – opowiada. Przyznaje jednak, że drugi raz by już nie poszła. „To jest bardzo silne przeżycie. Mistyczne. Całe Podlasie jest mistyczne, ale wizyta u szeptuchy to mistyka razy sto” – mówi Ania. Małgorzata Charyton zwraca uwagę, że na fali ruchów feministycznych dochodzimy do wniosków, że kobiety nie są słabą płcią, że mają moc. „A szeptuchy mają moc w odmianie pogańskiej” – puentuje.

  1. Zdrowie

Chorzy ozdrowieńcy

Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Niektórzy nie czują zapachów i smaków. Inni są osłabieni – tak, że trudno im wejść po schodach. Mają problemy z koncentracją, z ciśnieniem. To mogą być długofalowe skutki przejścia COVID-19. Jak leczyć te dolegliwości? Mówi kardiolog, doktor nauk medycznych Michał Chudzik, twórca poradni zajmującej się pomocą tym, u których choroba pozostawiła ślady.

Często koniec choroby nie jest końcem sprawy. Później – czasem dużo później – mogą pojawić się problemy. Rozmaite.
Widzimy to od początku, bo zajmujemy się tym już prawie rok – że sam etap choroby COVID-19 to jedno, a potem bywa różnie. Bo o ile w pierwszych miesiącach pandemii chorzy mieli dolegliwości pocovidowe od razu po przechorowaniu tego ostrego etapu, to teraz coraz częściej widujemy pacjentów, którzy chorowali w domu, przebieg był lekki albo bardzo lekki, a problemy zaczynały się znacznie później.

Czy jest korelacja między przebiegiem COVID-19 a późniejszymi problemami? Łagodny przebieg – niewielkie dolegliwości?
Jednym z parametrów, którymi posługujemy się w ocenie, jest wysoka temperatura. Jeśli ktoś w warunkach domowych miał powyżej 38 stopni, to jest to istotny czynnik, który wpływa na częstość powikłań zapalnych serca. Innych zależności na razie nie widzimy. Są jednak czynniki, które wpływają na sam przebieg choroby. I tu dużo zależy od stylu życia chorych. Jeśli wcześniej były wysoki cholesterol, intensywna praca, wręcz przepracowanie – to ciężkość przebiegu choroby jest istotnie większa. Bardzo ważny jest sen. Osoby, które późno chodzą spać, nie mają zdrowego snu – a to niezwykle ważny czynnik regenerujący organizm, wzmacniający odporność – będą COVID-19 przechodziły ciężej.
Porównaliśmy osoby, które mają dolegliwości po chorobie, i te, które ich nie mają – u kobiet pojawiają się one częściej. Na płeć nie mamy wpływu, ale na styl życia już tak.

Jakie są podstawowe grupy pocovidowych problemów?
Mamy kilka grup dolegliwości: zespół przewlekłego zmęczenia, tak zwana mgła mózgowa, problemy sercowo-naczyniowe i zaburzenia węchu i smaku. Te ostatnie mogą się długo utrzymywać i bywają kłopotliwe, ale nie stanowią istotnego zagrożenia, jedynie dyskomfort. Natomiast zespół przewlekłego zmęczenia i mgła mózgowa to już znacznie poważniejsze problemy. I nie da się ich zlikwidować za pomocą jednej tabletki. Mgła mózgowa przypomina zespoły otępienne, znamy to z medycyny geriatrycznej. Wpływ na to mają trzy czynniki. Wysokie ciśnienie krwi – staramy się więc je obniżać. Wysoki poziom glukozy – hiperglikemia źle wpływa na krążenie mózgowe. I trzeci aspekt, w sumie miły – życie społeczne, aktywność ruchowo-sportowa, na poziomie rekreacyjnym oczywiście. Te trzy rzeczy ewidentnie ograniczają zespół otępienny, a więc i mgłę mózgową. Ważne też, by umysł ćwiczyć. Stawiać przed nim wyzwania. Uczyć się nowych rzeczy, czytać, rozmawiać z ludźmi.
Mamy aparat z Politechniki Łódzkiej, do tej pory był stosowany do oceny powikłań naczyniowych w cukrzycy i wydolności u sportowców. My teraz wykorzystujemy go, by u pacjentów po COVID-19 ocenić, jakie podłoże ma to zmęczenie – wtedy możemy wybrać drogi regeneracji i rehabilitacji.

A jakie to drogi?
Fizjoterapia tradycyjna. Najpierw więc określamy zdolność do wysiłku. Chory maszeruje po korytarzu sześć minut, patrzymy, ile metrów w tym czasie pokona, jaka jest saturacja, oceniamy, czy wymaga rehabilitacji pulmonologiczno-kardiologicznej, czy to problem zmęczenia, oceniamy siłę mięśniową. To bardzo ważne. Mięśnie słabną szybko. Ale możemy pomóc. W naszej poradni mamy unikalną możliwość rehabilitacji chorych – oddychanie powietrzem o małej i dużej zawartości tlenu. Ono mobilizuje mitochondria do większej produkcji energii. Tak jak u sportowców, którzy jadą wysoko w góry, żeby przed zawodami trenować tam, gdzie jest mało tlenu. My robimy to samo, w sposób kontrolowany.
Zajmowanie się chorym po COVID-19 to sprawa kompleksowa. Czyli dobra dieta, czasem z odpowiednią suplementacją; niekiedy wsparcie psychologa, bo chory musi chcieć powrócić do sprawności, ta sfera jest niezwykle ważna.

Objawy pocovidowe mogą sprzyjać depresji?
Za często używamy słowa „depresja”. Oczywiście zawsze wykonujemy ocenę psychologiczną, bo depresja to poważna sprawa, musi być prowadzone fachowe leczenie psychiatryczne. Ale jeśli jest to tylko podwyższony niepokój, poczucie lęku, które widzimy u większości chorych, wystarczy wsparcie psychologiczne. Już samo wykonanie badań i uświadomienie chorego, że nie ma poważnych powikłań w sercu, płucach, mózgu, może dużo zdziałać. „Okej, jestem zmęczony, słaby, ale po rehabilitacji wrócę do pełni sił”. Badania robimy też po to, żeby pacjentów mobilizować, mówić im: „Teraz dużo zależy od pana czy pani nastawienia, od pracy włożonej w to, by jak najszybciej wrócić do normalnego funkcjonowania, bo da się wrócić”.
Mgła mózgowa to wielki problem. Czasem słuchamy poruszających opowieści ludzi, którym się zawaliło dotychczasowe życie, nie są w stanie pracować, funkcjonować jak wcześniej. To dramaty, bo dotyczą ludzi młodych, średnia wieku naszych pacjentów to 48 lat.

A co z objawami sercowo-naczyniowymi?
Najczęściej dochodzi do dysregulacji ciśnienia: staje się ono bardzo wysokie u 80–90 proc. chorych, u 10 proc. odwrotnie, ciś­nienie się obniża. Cały „urok” COVID-19 polega na tym, że to choroba nieprzewidywalna. U większości pacjentów ciśnienie jest wysokie, co niekorzystnie wpływa na serce, mózg, trzeba to leczyć, na ogół tabletkami. Dla wielu chorych to problem, bo nigdy wcześniej nie przyjmowali żadnych leków. Są osoby, u których nagle pojawia się wysoki cukier, zaczyna się cukrzyca. To dwa czynniki, które mogą powodować mgłę mózgową. Trzeci problem to zmiany zapalne w sercu – stwierdzamy je u 25–30 proc. chorych. A u 6 proc. dochodzi do uszkodzenia serca i to oczywiście także wymaga leczenia kardiologicznego. Mamy nadzieję, że to będą zmiany odwracalne.

Na początku pandemii lekarze mówili o zmianach zwłóknieniowych w płucach, ale jednocześnie twierdzili, że zmiany te się cofają. Czy rzeczywiście tak to wygląda?
Tu precyzyjniej wypowiedzieliby się pulmonolodzy, ale tak, w większości się cofają. Tylko u naprawdę nielicznych pacjentów zostają w postaci utrwalonej.
Natomiast co do serca i nadciśnienia – tego jeszcze nie wiemy, serce wymaga dłuższej obserwacji. Za jakiś czas dopiero będziemy wiedzieli na pewno, czy zmiany się cofają i czy nie spowodowały istotnych komplikacji, jak zaburzenia rytmu. Z dobrych informacji jest ta, że zmiany zapalne, które widzimy w rezonansie, nie powodują groźnych dla zdrowia czy życia zmian rytmu serca. Wykonujemy badania EKG metodą Holtera, widzimy rejestr pracy serca przez dzień i noc, na ogół nic groźnego się nie dzieje. U kilku procent chorych dochodzi jednak do zatrzymania pracy serca na kilka sekund. I ta grupa wymaga stałej obserwacji kardiologicznej, bo przy zmianach zapalnych – wiemy to też z wcześniejszych publikacji i doświadczeń – zdarza się, choć na szczęście rzadko, że taki chory w ciągu kilku lat umiera. Nie możemy dopuścić do tego, żeby ci młodzi ludzie mieli tak poważne problemy.

Kolega po przejściu COVID-19 ma chyba nietypowe objawy: zapalenie żołądka, alergia, obrzęki, bóle stawów. Czy spotyka się pan z takimi komplikacjami?
Tak. Niezbyt często, ale to się zdarza. Te dolegliwości wynikają ze stanu zapalnego organizmu. COVID-19 uruchamia reakcję obronną, czyli cytokiny, które mają bronić przed zapaleniem. Ale te cytokiny również zwiększają proces zapalny w narządach, czyli jeśli ktoś ma utajoną chorobę, ona po przejściu COVID-19 się ujawnia. Niestety, tu nie mamy wielu możliwości terapii poza leczeniem przeciwzapalnym. Ale to leczenie agresywne, bo kiedy wprowadzamy sterydy, nie możemy z góry przewidzieć, czy uzyskamy pełne wyleczenie, czy tylko ustąpienie dolegliwości. Sterydy dają liczne objawy uboczne, więc czasem wycofanie się z terapii i wytłumaczenie choremu, dlaczego to robimy, jest lepsze. Nie mamy tabletki, która trafiłaby precyzyjnie akurat do tej komórki i powstrzymała proces zapalny.

A co z pacjentami, którzy po chorobie czują się tak osłabieni, że nie są w stanie wejść po schodach, pójść na dłuższy spacer, a w ciągu dnia muszą się położyć, bo nie dają rady?
Niestety, to mnie nie dziwi. W czasie COVID-19 często leżeli, aktywność równała się zeru – a wiemy, że mięśnie bardzo szybko zanikają. Nie mamy świadomości, jak szybko, czasem wystarczy tydzień czy dwa… Drugi aspekt – był COVID-19, były masywne procesy mikrozakrzepowe w malutkich naczyniach włosowatych, które doprowadzają krew do komórek mięśniowych. Kiedy komórki nie mają tlenu, nie mogą produkować energii, a jak nie ma energii, to nie ma siły, żeby chodzić czy biegać. My tych zakrzepów nie widzimy. Tu trzeba pracować z chorym, nie otworzymy książki i nie przeczytamy, co robić, bo w książkach tego jeszcze nie ma. Musimy działać, analizować, myśleć, pytać chorego. Tworzymy właściwie własną szkołę.

Czyli pracujecie autorsko, reagujecie na to, co się dzieje?
Tak, dlatego ma sens tworzenie centrum, w którym możemy prowadzić obserwacje, wyciągać wnioski. Jeśli dziesięciu chorych pójdzie do dziesięciu różnych terapeutów, to nikt nie nabierze doświadczenia. Kiedy mamy ich w jednym miejscu, budujemy wiedzę i możemy przekazać ją dalej. A ta wiedza jest ekspercka.
Dysponujemy przyrządami do badań, pomiarów, do fizjo­terapii, pełnym zapleczem do rehabilitacji. To organizacyjnie ogromne przedsięwzięcie. No i mamy ten komfort, że pracujemy z zespołem specjalistów. Nie wszyscy są pod tym samym adresem, ale pulmonologia, reumatologia, neurologia i kardiologia – tak. Współpracujemy też z dermatologami, to bardzo ważne. Bo pojawił się problem wypadania włosów u kobiet po COVID-19.

Nie słyszałam o tym…
Tak, i to są naprawdę dramatyczne sytuacje. Zdarza się, że włosy wychodzą garściami... Jako pierwsi w Polsce z profesor Joanną Narbutt realizujemy program naświetlania niebieskim światłem (Blue Light), które poprawia nastrój, bo to jakby promienie słoneczne. Wydzielają się endorfiny, a to też ogranicza wypadanie włosów. Wydaje się, że ten problem ma podłoże psychiczne. Chorzy odczuwają duży, czasem ekstremalny stres. Lęk. Dermatolodzy dysponują metodami farmakologicznymi, ale często dla pełnego wyleczenia potrzebne jest wsparcie psychiki. Stąd naświetlanie. Powstają dziś placówki uniwersyteckie psycho­dermatologii, czyli zmian skórnych na tle psychicznym. To nie żadne hochsztaplerstwo, ale wiedza naukowa i akademicka. Pokazuje to, w którą stronę idzie medycyna. W każdej specjalności próbujemy dotrzeć do psychiki. Wiele dolegliwości i chorób zaczyna się w mózgu i tą samą drogą trzeba je próbować leczyć.

Znalazłam taki cytat: „Naukowcy ostrzegają przed neurologicznymi powikłaniami po przejściu COVID-19, które występują także po wyleczeniu. Ich zdaniem konsekwencją może być też rozwój choroby Alzheimera”. Czy nie za wcześnie na takie wnioski?
Zmiany takie jak mgła mózgowa to nie jest w medycynie nic nowego. Takie objawy widzimy na 10–15 lat przed pojawieniem się choroby Alzheimera. Określamy je jako łagodne zaburzenia poznawcze. Dlatego kiedy obserwujemy je u pacjentów
po COVID-19, musimy się zastanawiać: cofnie się czy będzie nasilać? Wielu chorych mówi, że czują się, jakby się postarzeli o 10–15 lat. Trzeba za wszelką cenę starać się to zatrzymać. I dlatego tak ważne są te trzy rzeczy, o których już wspominałem: ciśnienie, cukier, aktywność społeczna i fizyczna, sport. Bo udowodniono, że można opóźnić rozwój choroby Alzheimera. Nie mamy na alzheimera tabletki, ale stylem życia możemy wpływać na to, czy i kiedy się rozwinie.
Jeśli po COVID-19 czujemy się źle, nie dramatycznie, ale nie tak jak przed chorobą – mamy czekać, aż przejdzie, czy iść do lekarza?
Takie objawy mogą się utrzymywać do czterech tygodni po zakończeniu choroby. Jeśli to się przedłuża, konieczna jest konsultacja lekarska. Namawiam, żeby z nią nie zwlekać. 

Informacje o programie na stronie: www.stop-covid.pl

Dr n. med. Michał Chudzik, kardiolog z 20-letnim doświadczeniem. Jego zainteresowania to także medycyna przeciwstarzeniowa i stylu życia. Twórca i koordynator programu STOP-COVID – opieki nad chorym po COVID-19.

  1. Styl Życia

W centrum Warszawy powstał mural dedykowany kobietom

(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
(Fot. Michał Dziurkowski/materiały prasowe)
Mural nawiązuje do kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której celem jest jest pokazanie Polkom,  jak ważne jest mówienie o emocjach.

Mural to przenośnia – feeria barw i elementów symbolizujących emocje i to, co siedzi w naszych głowach. Jest tam wiele piękna, które zaopiekowane – rozkwita – mówi Beata Śliwińska, Barrakuz, autorka projektu muralu. I dodaje: Jestem niezwykle szczęśliwa, dokładając się do ważnej misji, projektując mural, który możemy już podziwiać przy Rondzie ONZ w Warszawie. Ten projekt jest mi bliski nie tylko jako kobiecie, ale również dlatego, że zdrowie psychiczne jest czymś dla mnie w rodzaju siły, którą kiedyś utraciłam. Dzięki fachowej pomocy i wsparciu stałam się znów silna. Teraz doceniam istotę mówienia o tym, jak ważne jest to, co i jak czujemy, jak higiena psyche jest ważna w obecnych, bardzo wymagających czasach oczekiwań i presji. Buduję tę siłę poprzez myślenie o sobie dobrze, dbanie o siebie, samo-przytulenie. Chciałabym, żebyśmy jako kobiety nie dusiły w sobie złości, dawały upust emocjom, robieniu tego co zgodne z nami.

Kolorystyka i symbolika nowo powstałego muralu nie jest przypadkowa. Nawiązuje do akcji „Emocje w centrum”, która miała miejsce 31 maja pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie i została zrealizowana w ramach kampanii na rzecz zdrowia psychicznego kobiet #wKobiecejGłowie, której głównym partnerem jest firma Gedeon Richter Polska. W czasie trwania akcji kobiety wyzwalały swoje emocje w symboliczny, niekrzywdzący siebie oraz innych sposób – poprzez rzucenie balonem z kolorową farbą w białe płótno. Każdy kolor symbolizował inną emocję, dla przykładu: pomarańczowy był kolorem radości, intensywny róż kolorem miłości, a czerwony – złości. Każda kobieta sama decydowała o wyborze – w ten sposób mogła wyrazić to, co czuła.

Skąd pomysł na akcje? Chodziło o zwrócenie uwagi na zdrowie psychiczne kobiet, a przede wszystkim na potrzebę wyrażania przez nie emocji, bo według badania zrealizowanego na zlecenie Instytutu LB Medical tylko 14% Polek mówi o swoich emocjach, co oznacza, że aż 86% kobiet woli ich nie ujawniać. Organizatorzy kampanii chcą pokazać Polkom, że mówienie o emocjach to klucz do zachowania zdrowia zarówno na poziomie psychicznym, jak i fizycznym. Natomiast muralem zachęcać oraz przypominać wszystkim kobietom, że każda z nich ma prawo mówić o swoich emocjach.

Gedeon Richter jest kobietą. Od 120 lat jesteśmy partnerem kobiet, wspieramy je, edukujemy, oraz odpowiadamy na ich najpilniejsze potrzeby. Dlatego, cieszymy się, że jako mecenas zdrowia kobiet mogliśmy zrealizować ten kobiecy mural, który powstał z myślą o kobietach i o kobiecych emocjach. Radość, miłość, smutek, strach czy złość – bez względu na to, co kryje się #wKobiecejGłowie, wyrażajmy to, co czujemy! Jeżeli jesteśmy szczęśliwe – dzielmy się tym ze światem! Jeżeli jesteśmy smutne – nie bójmy się prosić o pomoc i mówić o tym, co nas boli. Jeśli czujemy, że powinnyśmy odwiedzić gabinet lekarza psychologa czy psychiatry – zróbmy to! Nie bójmy się emocji, nie wstydźmy się mówić o nich publicznie. To podstawowe filary dbania o swoje zdrowie! – mówi Aneta Grzegorzewska, Dyrektor Pionu Korporacyjnego i Relacji Zewnętrznych, Gedeon Richter Polska.

Mural znajduje się w Warszawie, w okolicach Ronda ONZ, przy ul. Jaworzyńskiej 7/9.

  1. Kuchnia

Hawaje na talerzu – kulinarne inspiracje, pełne egzotycznych smaków

Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki
Wybrane przepisy na zdrowe, smaczne i egzotyczne posiłki. Na zdjęciu saimin (fot. z książki "Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem" Karoliny i Macieja Szaciłło)
Dzień hawajski w kuchni, w dodatku w wersji wegetariańskiej? – Hawajskie „aloha” to słowo, które kojarzyło mi się z surfingiem i powitaniem. Stosunkowo niedawno dowiedziałem się również, że „aloha” jest piątą zasadą huny - filozofii współistnienia z naturą, opartej na dawnych wierzeniach hawajskich – pisze Maciej Szaciłło w książce „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”.

Aloha to życie w chwili obecnej, tu i teraz, w zgodzie ze sobą i w miłości. Dzielenie się tą wypełniającą nas radością z innymi. „Maciek, wiesz, że nasza kuchnia, nasz sposób myślenia o jedzeniu jest właśnie »aloha«” - zauważyła Karola... Coś w tym jest. „Najdłuższą podróżą, jaką odbywamy w życiu, jest ta z głowy do serca” - przeczytałem gdzieś, kiedyś. Zapamiętałem dobrze to zdanie. To właśnie w kuchni, odkąd pamiętam, pokonuję najdłuższe fragmenty owej podróży...

Hawajska owsianka na śniadanie

Dr Max Bircher-Brenner, specjalista z zakresu zdrowego odżywiania, wpadł na pomysł zalania płatków owsianych wodą (a nie gotowania) już na początku XX w. Tak przygotowany owies zachowuje wszystkie swoje właściwości zdrowotne, jednocześnie nie tracąc „rozgrzewającej mocy". Dodatek soku ananasowego, mleka i uprażonych wiórków kokosowych sprawia, że ta hawajska owsianka nadaje się zarówno na deser, jak i na śniadanie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 200 g płatków owsianych (można użyć oczyszczonych bez glutenu)
  • 400 ml soku ananasowego (bez dodatku cukru)
  • 1-2 garści niesiarkowanych rodzynek
  • 1 garstka poszatkowanych migdałów
  • 2 łyżki uprażonych na suchej patelni na złoty kolor wiórków kokosowych
  • ok. 100 ml mleka roślinnego dobrej jakości (np. sojowego, owsianego czy ryżowego)

Grillowany ananas (opcjonalnie):

  • 1/4 dojrzałego ananasa pokrojonego w plasterki
  • olej kokosowy do posmarowania

Płatki zalewamy sokiem ananasowym i odstawiamy na noc do namoczenia. Rano wszystkie składniki owsianki mieszamy. Możemy podać ze zgrillowanym ananasem: posmarowanego olejem kokosowym ananasa grillujemy z dwóch stron na patelni (ok. 2 minut z jednej strony).

Na obiad: hawajskie szaszłyki i dressing z mango

Rozgrzewający ananas chyba wszystkim kojarzy się z Hawajami. Te szaszłyki swoją wyjątkowość zawdzięczają właśnie jemu i marynacie łączącej sok ananasowy z sosem sojowym. Do tego prosta sałata z dressingiem z mango, cebuli i octu jabłkowego.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Podstawą są marynowane warzywa i dodatki, które trzeba przygotować dzień wcześniej:

Marynata:

  • 1/2 szklanki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • 1/4 szklanki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka wybranej substancji słodzącej (np. melasy, słodu czy syropu)
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 1 łyżeczka suszonego imbiru
  • 1 łyżeczka czosnku w proszku
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryczki chilli w proszku (opcjonalnie)
  • 800 g warzyw i dodatków: czerwona papryka pokrojona w kostkę, ananas pokrojony w kostkę, cebula pokrojona w ćwiartki, cukinia pokrojona w jednocentymetrowe półplasterki, tofu (ok. 200 g) pokrojone w kostkę

Przygotowujemy marynatę: wszystkie składniki marynaty mieszamy. Marynatę przelewamy najlepiej do plastikowej, zamykanej torebki (lub do plastikowego, zamykanego pojemnika). Następnie wkładamy do niej wszystkie warzywa, tofu i ananasa oraz dokładnie obtaczamy je w marynacie. Całość wkładamy na noc do lodówki.

Sałata z dressingiem z mango:

  • ok. 100 g roszponki lub liści „baby” sałaty rzymskiej
  • 1/2 ogórka pokrojonego w plasterki
  • kilkanaście pomidorków koktajlowych

Dressing z mango:

  • ½ dojrzałego mango pokrojonego w kostkę
  • ½ szatkowanej cebuli
  • 3-4 łyżki octu jabłkowego
  • 3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżka zimnotłoczonego oleju (lnianego, z lnianki lub rzepakowego)
  • nierafinowana sól do smaku

Ponadto ok. 200 g ryżu jaśminowego lub krótkoziarnistego do sushi ugotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Przygotowujemy szaszłyki: warzywa, tofu i ananasa nabijamy na szpikulce. Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 230°C (najlepiej z funk­cją grillowania od góry i termoobiegiem). Szaszłyki pieczemy ok. 20-25 minut. W trakcie pieczenia kilkakrotnie przewracamy szaszłyki i smarujemy marynatą (najlepiej przy użyciu pędzelka). Szaszłyki podajemy z sałatą z ogórkiem, pomidorkami koktajlowy­mi z dressingiem z mango oraz ryżem. Przygotowujemy sałatkę: wszystkie składniki łączymy i polewamy dressingiem z mango. Przygotowujemy dressing z mango: wszystkie składniki miksuje­my ręcznym blenderem do uzyskania jednolitej emulsji. Na zakoń­czenie dodajemy sól do smaku.

Deser z mango pod kokosową kruszonką

„Kruszonka ze skórkę cytrynową? Nie brzmi dobrze” - zauważyłam, kiedy Maciek powiedział mi o swoim pomyśle. Nie ugiął się jednak pod naporem moich argumentów. Uparcie podążał za głosem swojej intuicji kulinarnej. Tym razem miał rację. Może kruszonka ze skórką cytrynową i mango nie brzmi dobrze, ale smakuje wybornie.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Kokosowa kruszonka:

  • 50 g płatków owsianych (można użyć certyfikowanych, oczyszczonych z glutenu)
  • 2 łyżki wiórków kokosowych
  • 2 łyżki oleju kokosowego (może być rafinowany)
  • 2 łyżki wybranej substancji słodzącej (np. słodu, syropu lub melasy)
  • szczypta nierafinowanej soli
  • sok z 1/2 cytryny
  • skórka otarta z 1/4 cytryny
  • 1 dojrzałe mango pokrojone w kostkę
  • listki mięty do przybrania
  • mleko kokosowe dobrej jakości do podania (opcjonalnie; bez konserwantów, minimum 75% miąższu kokosowego)

Przygotowujemy ciasto na kruszonkę: wszystkie składniki mie­szamy (bez mięty i mleka kokosowego). Mango układamy w pła­skim żaroodpornym naczyniu wysmarowanym olejem kokoso­wym. Na mango wykładamy równomiernie kruszonkę. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 170°C z termoobiegiem. Pieczemy, aż kruszonka będzie przyrumieniona (ok. 20-25 minut). Możemy podać przybrane listkami mięty i z mlekiem kokosowym. Uwaga: jeśli kruszonka zacznie się przypalać, trzeba zmniejszyć temperaturę.

Saimin na kolację

Zainspirowana japońskim ramenem, chińskim mein i filipińskim pancit. Jest trochę ostra, słodka i słona. Łączy w sobie różne wpływy i tradycje. Reprezentuje podstawowe założenia huny - życia w zgodzie z naturą oraz współistnienia kultur i religii. Na Hawajach koegzystują one w smacznej symbiozie. „Sercem” saiminu jest wywar. Dodatki mogą być przeróżne. My wybraliśmy pieczarki, tofu i kapustę.

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło

Składniki:

  • 2 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ½ drobno poszatkowanej cebuli
  • 2 drobno poszatkowane ząbki czosnku
  • obrany i drobno poszatkowany kawałek imbiru wielkości kciuka
  • ok. 1 drobno poszatkowanej czerwonej papryczki chilli (opcjonalnie; z pestkami lub bez)
  • 2 pokrojone na cienkie paseczki wędzone śliwki
  • 1 l wywaru warzywnego lub 2 ekologiczne kostki rosołowe, warzywne dobrej jakości (bez polepszaczy smaku) rozpuszczone w 1 l wrzątku
  • świeżo mielony pieprz do smaku
  • dobrej jakości sos sojowy do smaku (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 200 g makaronu ryżowego lub sojowego przygotowanego zgodnie z instrukcją na opakowaniu

Dodatki:

  • 3 łyżki oleju roślinnego (najlepiej ryżowego)
  • ok. 150 g grubo poszatkowanej kapusty pekińskiej lub pak choi
  • ½ szklanki wody
  • 100 g tofu pokrojonego w plasterki
  • 3 łyżki sosu sojowego dobrej jakości (bez glutaminianu sodu)
  • ok. 150 g pieczarek pokrojonych na pół
  • drobno poszatkowana dymka do podania

W garnku na oleju podsmażamy cebulę, czosnek, imbir, chilli i śliwki, aż będą szkliste. Uważamy, aby ich nie przypalić. Wywar wlewamy do podsmażonych cebuli, czosnku, imbiru, chilli i śliwki. Całość gotujemy na małym ogniu. Pod koniec gotowania dodaje- my sos sojowy do smaku (zupa powinna być dość słona, aby zrównoważyć słodycz warzyw). W tym czasie na oleju (2 łyżki) podsmażamy z dwóch stron tofu (ok. 2 minut z każdej strony). Na koniec podlewamy 2 łyżkami sosu sojowego. Analogicznie postępujemy z pieczarkami (1 łyżka oleju i 1 sosu sojowego). Na końcu pod przykryciem dusimy kapustę z wodą. W misce układamy porcję makaronu, tofu, pieczarek i kapusty. Wlewamy ciepłą zupę i podajemy posypane dymką.

Przepisy z książki Karoliny i Macieja Szaciłło „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem” – 2 część bestsellera.