1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko

Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Małgorzata Braunek nie zdążyła skorzystać z pomocy medycyny holistycznej. Wielu z nas, nawet gdy medycyna konwencjonalna rozkłada bezradnie ręce, nie myśli nawet, by sięgnąć po alternatywną. Choć też zajmują się nią lekarze. Dlaczego? – to wina medyków i artystów sprzed 300 lat, wina redukcji człowieka do istoty biologicznej i podziału medycyny na dobrą, czyli konwencjonalną, i złą, czyli niekonwencjonalną – mówi prof. Zbigniew Mikołejko. – Powinniśmy znów spojrzeć na medycynę jako na całość. To jednak trudne, bo znajdujemy się w mocy biowładzy.

Odpowiedź na pytanie, czemu nie korzystamy z tzw. alternatywnej medycyny, tylko pozornie jest prosta. Zdaniem krytyka kultury Michela Foucaulta to, co uznamy za wartościowe, nie wynika z obiektywnej prawdy, ale określane jest przez tajemniczą biowładzę.
Odpowiedź nie może być prosta z różnych powodów. Najważniejsza jest presja kultury, która mówi, że byłoby to nieracjonalne, urągające doświadczeniu naukowemu. A nikt nie chce być irracjonalny i nienaukowy. Uwierzyliśmy bowiem medycynie – tej, jaką dziś mamy – że jest jedyną możliwością: naukową i racjonalną. Tak więc nasza pierwotna wiara w magię została zastąpiona przez wiarę w naukę. A to, że tego nie widzimy, wiąże się z niezrozumieniem istoty nauki. Jesteśmy bowiem przekonani, że jak coś zostanie odkryte, to jest pewne, a my poszukujemy pewności. Ale nowoczesna nauka nie na tym polega. To budowanie przybliżonych modeli rzeczywistości, doraźnych hipotez. Rozwój nauki polega na tym, że jedne teorie są falsyfikowane przez kolejne. Nigdy to, co naukowe, nie jest ostateczne. My jednak wyobrażamy sobie, że jest jak w XIX wieku, gdy lekarz brał mikroskop i odkrywał bakterie. To, że racjonalnie pojęta nauka daje pewność tylko w wąskim zakresie, potwierdza doświadczenie potoczne – gdy mimo zastosowania wszelkich naukowych technik i wiedzy mamy chorego bez nadziei albo odwrotnie: gdy wbrew osądom lekarzy chory zdrowieje.

Jeśli więc nieobiektywna prawda różni medycynę konwencjonalną od niekonwencjonalnej, to co?
Nie da się postawić granicy, zwłaszcza że szeroko myślący medycy czy uczeni jej nie widzą. Tomasz z Akwinu stworzył taki aforyzm: „To nie jest tak, że ciało trawi, a dusza myśli. To człowiek trawi i człowiek myśli”. W tej intuicji teologa i mistyka jest coś niezwykle ważnego – Całość. I ja dziś cenię medyków wizjonerów, jak profesor Andrzej Szczeklik, który patrzył na człowieka w całości psychofizycznej. Łączył myślenie nowoczesnej medycyny z praktyką „niekonwencjonalną”, z zestawem „środków bogatych”. Korzystał z wiedzy, jaką niosły nawet mity, jak ten mówiący o naszym związku z Całością, mit o niciach losu. Oplatały świat niewidoczną siecią, łączącą wszystko ze wszystkim. Czymże była ta sieć? Intuicyjnym oddaniem kwantowych powiązań, które nauka odkryła u progu XXI wieku.

Medycyna konwencjonalna odrzuca fizykę kwantową tłumaczącą zasady homeopatii, skoro atakuje się UM w Katowicach za otwarcie studiów podyplomowych dla homeopatów.
Jeśli ktoś widzi w nas tylko mechanicznie pojęte ciało, to ja mu nie ufam. Człowiek to nie tylko proces fizyczno-chemiczny, istnieją jakości duchowe i psychiczne. A medycyna konwencjonalna wycina z tej całości to coś, co podlega prawom chemii. Redukcjonizm antropologiczny to narzędzie biowładzy – okradając nas z człowieczeństwa, medycyna wykreowała siebie na królową życia i śmierci. Jedyną wiedzącą. Fatum starożytnych zastąpiła polityka medyczna. Nowoczesna medycyna rozpoczyna się, gdy człowiek zaczyna być widziany w perspektywie statystyczno-ilościowej, jako mechanizm. Stało się to już w XVII w. za sprawą odkrycia krwiobiegu przez Williama Harveya, stworzenia mechanicystycznego modelu przez Kartezjusza i statystyki przez Williama Petty’ego. Znamienny dla tamtych czasów jest kartezjański obraz psa, którego nie boli, jak go uderzyć, bo nie ma duszy rozumnej. Szczeka, bo tak został skonstruowany, ale nie czuje… Lecz jeszcze u Kartezjusza człowiek ma substancję duchową, której ów pies nie ma. Biowładza zaczyna się, gdy ją traci.

Ale zyskuje: koniec epidemii, powstanie szpitali, rozwój chirurgii itp.
Starożytność miała dwa pojęcia: życie jako takie, czyli bios, oraz zoe – życie jednostki. W XVII wieku życiem biologicznym zainteresowała się władza. Owszem, idą za tym dobre rzeczy: higienizacja, wydłużenie życia, zdrowotność. Ale też złe, bo skoro jesteśmy bytem biologicznym, to śmierć ma znaczenie wyłącznie statystyczne. Przestaje mieć wymiar transcendentny. Geniuszem, który przewidział, co się stanie, był Rembrandt. Spójrzmy na obraz „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Rembrandt był wielkim panem, ale choć żył wśród władzy i pieniądza, przejrzał na oczy. Co widzimy na tym obrazie? Ubranych w kapelusze, przy orderach, bo niebawem pójdą na ucztę, ludzi pieniądza, władzy, medycyny, rozumu. Tytułowy doktor Tulp rzuci medycynę i zostanie członkiem rządu. A na obrazie on i inni lekarze nie interesują się tym biednym Adriaanem Adriaanszem, złodziejem płaszcza, który został tego poranka za kradzież powieszony i jest poddawany w theatrum anatomicum sekcji zwłok. Ci wystrojeni medycy patrzą ponad nim w atlas anatomiczny Vesaliusa i robią sekcję w sposób, w jaki się jej nie robi! Zaczynają od ręki i to tylko z pozoru lewej. Rembrandt znał anatomię, ale spłatał figla rozumowi, medycynie, władzy i mieszczaństwu – po to, byśmy widzieli, że po raz drugi ta władza, pieniądz, pycha karze rękę, która sięgnęła po cudzą własność. Rembrandt wiedział, co się stanie, to, co dziś obserwujemy: zespolenie władzy, pieniądza, medycyny, rozumu w jeden węzeł. Ten obraz to opowieść o władzy nad ciałem sprawowanej przez medycynę, politykę, rozum i pieniądz.

Człowiek stał się przedmiotem…
Nawet zabawką. Wraz z odkryciem elektryczności niektórzy lekarze w XIX w. jeździli po Europie i pokazywali, co można robić ze zwłokami przestępców, gdy podłączy się je do prądu. Że ich ciała będą się poruszały, twarze wykrzywiały, a palce wskazywały widzów. Reakcje były różne, jedni mdleli, inni mieli atak serca, a jeszcze inni chcieli, by straconych szubieniczników – rzekomo przywróconych do życia – powiesić ponownie albo wychować na uczciwych i ożenić. Już więc nie Bóg decydował o zmartwychwstaniu: martwe ciała dzięki medykom i elektryczności „ożywały”, a ludzie weszli w miejsce stwórcy. Anatomowie i artyści chcieli zobaczyć, czy sztuka przedstawia rzetelnie obraz ukrzyżowania i do dziś w Royal Academy of Arts w Londynie przechowuje się „Anatomiczne ukrzyżowanie” – gipsowy odlew zwłok powieszonego, którego odarto ze skóry i przybito do krzyża. To studium ukazuje brutalnie, że już nie możemy zmartwychwstać tak, jak chce religia. Dyskurs medyczny zastępuje wiarę. Od podobnych rzeczy zaczyna się nowoczesna medycyna, która – nie licząc jej wielkich osiągnięć – doprowadzi i do eksperymentów doktora Mengelego. Bo biowładza to władza nad ciałami. Zeświecczona, odarta ze świętości władza nad człowiekiem w jego biologicznym wymiarze. Ma jasne strony, ale i mroczną postać.

Kiedy się tego słucha, jeży się włos na głowie!
I kultura europejska protestuje! Pierwsza kobieta – Mary Shelley. Chodzi na wykłady medyczne, dyskutuje o tym, jakie potwory stworzyć może umysł medyka i pisze „Frankensteina”. Powstają też „Doktor Jekyll i pan Hyde” oraz „Porywacz ciał” Roberta Louisa Stevensona. Bram Stoker pisze „Drakulę” zainspirowany sprawą Kuby Rozpruwacza – jak mówię studentom – pierwszego człowieka nowoczesnego, który był, jak się podejrzewa, jednym z dziwnych londyńskich medyków, skoro tak sprawnie dokonywał operacji na ofiarach. Mamy więc reakcje kultury wysokiej, a potem masowej – kino niemieckie i choćby „Gabinet doktora Caligari”. Dziś te postaci nadal żyją w nas, ale już bez świadomości grozy, i dlatego możemy wierzyć w medycynę i nie chcemy wiedzieć, na jakiej potworności wyrosła.

Ale dyskutujemy o potwornościach: eutanazji dzieci i śmierci mózgowej. Czy jest równoznaczna ze śmiercią, a więc czy pobieramy organy od nieżywych, czy żywych...
Jesteśmy zaniepokojeni tym, co się dzieje z medycyną, ale by uśpić lęk – śmiejemy się z tych, którzy protestują przeciw jej postępowi. Nauka świat odczarowała, ale sama jest niepojęta i opresyjna. Sztuka dziś nie protestuje przeciw biowładzy – powiela bunty, o których wspominałem, albo idzie za dyktatem biowładzy, organizując pokazy anatomiczne czy dokonując wiwisekcji na wartościach uniwersalnych, które się jeszcze ostały.

Stąd „Golgota Picnic” i miłość do doktora House’a, który choć odhumanizowany, ratuje ludzkie życie?!
Można mówić o medycynie w kategoriach skuteczności, nieskuteczności itd., ale ja chciałem porozmawiać o medycynie jako o pewnego rodzaju zaczarowaniu naszej świadomości, które to zaczarowanie kiedyś podlegało krytyce, a teraz już nie, bo biowładza przenika wszystkie sfery życia i nie widzimy, że lekarze stali się bogami, kapłanami naszego świata. Wygłaszają formułki, których przeciętny człowiek nie zrozumie. Nie wie, że jest czarowany choćby rytuałami szpitalnymi, jak obchód czy obdukcja. Oto kroczy najpierw arcykapłan ordynator, który może wszystko, a za nim kapłani i adepci… Wyróżniają ich utensylia, namaszczone gesty, odpowiednie formułki i stroje. Te stroje wynikają z potrzeby sterylności, ale też sterylność to znak: ja jestem czysty, a ty na swój sposób nieczysty. Czystość jest po stronie nowych kapłanów, po stronie sacrum, a my po stronie profanum, tego, co świeckie, więc nieczyste. Jesteśmy brudnymi chorymi obiektami poczynań medyków. Nie mamy podmiotowości, a więc i prawa do decydowania o swoim losie, o rodzaju terapii. Nie daje się nam rozeznania, co by nam pomogło, a co nie, za to serwuje się wyroki – orzeczenia kategoryczne, które mogą być błędne i często są.

„Zostały panu trzy miesiące życia”, bez: „zgodnie z moją wiedzą”.
I człowiek, który miał nadzieję, którego nadzieja mogła unosić, zostaje z niej odarty. Traci siły i wiarę, że mu się uda, a gdyby taką wiarę miał, to a nuż by się udało? A tak, nie ma już szans, bo lekarze jak kapłani mają sprzęt diagnostyczny, który pełni również funkcję magiczną, bo to on „obiektywnie” stawia diagnozę! I jak taką naukową diagnozę wróżbę podważyć?

Pod pretekstem mówienia prawdy medyk zrzuca też z siebie brzemię odpowiedzialności. A powinien – jeśli nie ma nadziei – towarzyszyć w odchodzeniu ze świata. Tak było, kiedy człowiek był podmiotem. Teraz jest numerem choroby. W ferowaniu wyroków śmierci jest też pycha. Bezkarna, bo gdy zaskarżymy lekarza, zderzamy się z solidarnością kapłańskiej kasty pewnej swojej naukowości, która zagarnęła miejsce religii, magii i innych mentalnych porządków, które pomagały nam ongiś rozumieć i ogarniać świat.

Jeśli nawet, to czy my nie powinniśmy wiedzieć, kiedy umrzemy?
Nie powinniśmy. Życie staje się wtedy oczekiwaniem na dzień egzekucji. Przemieniamy się, ale punktem podstawowym naszych działań i myśli staje się dzień śmierci – i nie działamy już na rzecz życia. Stajemy się na swój sposób zombi. I dziś mamy do czynienia z polityką zombi tworzącą z nas żywych nieżywych: otumanionych lekami, otumanionych dyskursem lęku. Ot, czytam na przykład o komarach: w Polsce jest ich 50 gatunków, nie są groźne, ale – uwaga! – lada moment mogą się stać!

Skoro lekarz konwencjonalny jest bogiem kapłanem, to kim jest lekarz alter- natywny, zwalczany przez kolegów często z tej samej uczelni?
Kapłan zwalcza heretyka, czyli i lekarza, który idzie własną drogą, wyrzekając się wszechmocy konwencjonalnej medycyny. I mamy kolejną podpowiedź, dlaczego ci, którzy usłyszeli od kapłanów medycyny wyroki śmierci, nie idą do tych, którzy mogliby im powiedzieć coś innego. Nie idą, bo to heretycy rozumu i naukowości. Naznaczeni! Heretyków się naznacza i każdy, kto ich dotknie, zostaje też naznaczony. Lekarze niekonwencjonalni są więc niczym czarownice, które leczyły ziołami, a potem były oskarżane przez tych, którym pomogły. Działał ten sam porządek: chęć wymazania naznaczenia, które się przydarzyło, gdy prosili o pomoc kogoś, kogo nie wolno prosić. Polowania na czarownice rozgorzały w XVI–XVII wieku, gdy pojawiła się nowoczesna nauka, bo to dla niej zielarki były konkurencją. Wrzask, który się podnosi, gdy idziemy do lekarza niekonwencjonalnego, ma więc także wymiar ekonomiczny, dajemy zarobić konkurencji.

Mamy przecież demokrację?! W jaki sposób biowładza jest sprawowana?
Dyscyplinuje nas standardami mądrego i racjonalnego postępowania, które – niepisane – fruwają w powietrzu. Jak bohater komedii „Mieszczanin szlachcicem” nie wiedział, że mówi prozą, tak my nie wiemy, że jesteśmy we władzy dyskursu biowładzy. Foucault pisze, że ten dyskurs daje jednym prawa do orzekania o losie innych i marginalizuje pozostałe drogi, dyktując praktyki postępowania ze sobą samym. Trzeba im sprostać, bo inaczej spotka nas kara, czyli choroba. I nam się wydaje, że sami stanowimy o sobie, sami wybieramy ścieżkę leczenia. Tymczasem nie mówimy, lecz „jesteśmy mówieni”, bo zewsząd nas pouczają, że tędy się chodzi „normalnie”, a tamtędy „przesądnie”. Za naszym z pozoru wolnym i racjonalnym wyborem stoją miliardy słów i obrazów, które wskazują drogę. Masz się zapisać do takiej instytucji, łykać leki, które ci przepisano, i pokornie pozwolić sobie robić zastrzyki w pupę. A jak nie, zostaniesz napiętnowany i trzeba się od ciebie trzymać z daleka. Człowiek albo należy do systemu, albo trafia poza jego granice. Wolałbym dostać moje pieniądze, które poszły na ubezpieczenie zdrowotne, i sam decydować, jak, gdzie i czym będę się leczyć. Jednak zostały one oddane systemowi, co ogranicza moją wolność. A tam, gdzie ją mam, sugeruje się mi upojnie, co jest dobre, a co złe w trosce o zdrowie.

Ograniczeniem jest m.in. lista dopuszczalnych leków. O takiej sytuacji mówi oscarowy film „Witaj w klubie”. Jak ratować się przed biowładzą?
Odczarowywać ją, czyli o niej mówić. Skoro jest węzeł gordyjski, ale nie ma miecza do jego przecięcia, bo mogłaby nim być władza polityczna, a jest powiązana z władzą medyczną, to spróbujmy go rozluźnić. Szukajmy lekarzy, wielkich lekarzy, którzy nie dali się zwieść dyktaturze jednego paradygmatu, tej pozornej naukowości, redukcji człowieka do ciała mechanizmu, nie dali się zwieść Kościołowi medycyny. Ja sam, mając różne dolegliwości, wiem, że najlepiej pomagają środki bogate. Medycy powinni zatem dokonać integracji różnych widzeń, metod, paradygmatów – taki jest ratunek. Nie może być myślenia albo-albo. Rozdwojona wizja jest wizją diabelską. Nie na darmo diabolos to „rozdwojnik, kłamca”. Obie strony muszą zaakceptować siebie, bo i jedni, i drudzy mają część racji, tylko część.

Zbigniew Mikołejko, profesor, filozof i historyk religii. Kieruje Zakładem Badań nad Religią w PAN. Autor wielu książek, m.in. „Żywoty świętych poprawione” i najnowszej – „We władzy wisielca. Z dziejów wyobraźni Zachodu”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Zdrowie jest w nas

Dr Preeti Agrawal (Fot.: Yashoda Emam/ materiały prasowe IMC)
Dr Preeti Agrawal (Fot.: Yashoda Emam/ materiały prasowe IMC)
Dr Preeti Agrawal, ginekolog i zarazem lekarka specjalista medycyny intergracyjnej, nie ma co do tego wątpliwości. Uważa, że nasze ciało ma wszystkie narzędzia, które są nam potrzebne. Problem w tym, że go nie słuchamy. Nie rozpoznajemy sygnałów, nie umiemy czytać potrzeb. Stąd pomysł na Szkołę Świadomego i Zdrowego Stylu Życia. Powstaje ona we Wrocławiu, przy IMC – Centrum Medycyny Integracyjnej.

Wiemy coraz więcej. O sobie, o swoim zdrowiu. Śledzimy nowe osiągnięcia medycyny, czytamy o przełomowych badaniach. – Tak, medycyna jest wspaniała – mówi dr Preeti Agrawal. – I wiedza jest niezbędna, ale ona sama nie wystarczy. Musimy docenić nasze ciało. I poznać je. Tak naprawdę. Nie tylko „opakowanie”, zewnętrzność, a głębiej – jego potrzeby, jego sygnały.

Tylko to, według dr Agrawal, pozwoli nam wejść na ścieżkę zdrowia. – Ciało – tłumaczy – ma wszystkie narzędzia, które są nam potrzebne. Jeśli nauczymy się rozpoznawać, co do nas „mówi”, jeśli nauczymy się o nie dbać, odpowiednio je karmić, we właściwy sposób oddychać, ćwiczyć jogę – ale nie mówię o ćwiczeniach czysto fizycznych, nie tylko o rozciąganiu, ale o całym systemie filozoficznym, który za jogą stoi – ono nam się odwdzięczy.

Żyjemy w czasach obfitości. I nadmiaru. Wszystkiego jest dużo, może nawet za dużo. Zalewają nas zarówno dobra materialne, jak i informacje. – Kolejny krok, który musimy zrobić, jest nie w stronę obfitości, a świadomości – tłumaczy dr Preeti Agrawal. – Pandemia pokazała nam, jak bardzo się zapędziliśmy. Powiedziała: stop. Takie zatrzymanie było chyba konieczne, żeby uświadomić nam, gdzie jesteśmy. Bo pędziliśmy za szybko. I zbyt nieuważnie. Mówi się teraz, że lekiem na całe zło są szczepionki. I oczywiście pomogą, ale wiele osób pyta, czy to na pewno rozwiązanie długofalowe, bo problem tego czy innego wirusa może wrócić. Jesteśmy przyzwyczajeni, że na wszystko jest tabletka. Medycyna, ta klasyczna, zawłaszczyła sobie prawo do naszego życia. Nauczyła, że badania i szczepienia to profilaktyka, a tabletka to leczenie. Musimy nauczyć się filtrować informacje, patrzeć na siebie inaczej.

Tylko jak to zrobić?

Dr Preeti Agrawal postanowiła stworzyć Szkołę Świadomego i Zdrowego Stylu Życia. Pomysł kiełkował od lat, ale pandemia przyspieszyła działania. – Chcemy ludziom opowiedzieć o nich samych – o ich ciele, emocjach, o tym, jak wszystko się w nas harmonijnie łączy – opowiada.

Program jest przewidziany na pół roku. Ma osiem modułów. – Zaczynamy od holistycznego podejścia do zdrowia, mówimy o wpływie ruchu na zdrowie i o tym, jaki ruch jest wskazany dla kogo, uczymy właściwych technik oddechowych, pranajamy, mówimy o medytacjach i afirmacjach, pokazujemy podstawy medycyny chińskiej, ajurwedy i najnowszy kierunek – medycynę integracyjną – tłumaczy dr Agrawal. – Łączy ona komplementarnie Wschód z Zachodem. Uczymy tak, żeby nie zasypać zbędną teorią, ale naprawdę pomóc. Zajęcia są on-line. Filmy, webinary, panele dyskusyjne, wymiana doświadczeń, wreszcie – to ostatni moduł, jedyny stacjonarny – zajęcia praktyczne. To program dla każdego. I dla lekarza czy pielęgniarki, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę i kompetencje, i dla wszystkich, którzy chcą sami sobie pomóc.

– Marzę o tym – dodaje dr Preeti Agrawal – żeby firmy fundowały takie kursy swoim pracownikom – żeby rozwinąć świadomość. Żeby zobaczyć, że jest alternatywa dla recepty i tabletki, tylko o niej nie wiemy i dlatego mało kto z niej korzysta. Żebyśmy sami zaczęli brać odpowiedzialność za swoje zdrowie.

Badania profilaktyczne – tłumaczy dr Agrawal – są ważne i powinniśmy je wykonywać, ale one nie załatwią sprawy. Bo badania mają na celu wczesne wykrycie choroby. A my mówimy o takim stylu życia, by chorobie zapobiec. Nie pozwolić, by się rozwinęła.

I dodaje: – Trzeba nam innego spojrzenia, innego paradygmatu myślenia o zdrowiu. Wszyscy chcemy gotowych recept, a to tak nie działa. Myślę, że kiedy nie jesteśmy poddani presji społecznych oczekiwań, umiemy odkrywać swoją moc. Mamy w sobie skarb, a uparcie szukamy go na zewnątrz. Oczywiście to wszystko nie jest takie proste, wymaga konsekwencji, wdrożenia nowych przyzwyczajeń, odruchów, uważności. Trzeba pracować – ale tak jest ze wszystkim. Kiedy uczysz się nowego języka, też musisz poświęcać temu sporo czasu i wysiłku. Ja widzę wszystko prosto. Wierzę w moc ciała. I mam nadzieję, że uda mi się was też do tego przekonać.

Dr nauk medycznych Preeti Agrawal jest specjalistą ginekologii i położnictwa oraz specjalistą medycyny integracyjnej, którą ukończyła na Uniwersytecie w Arizonie, USA.  Założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich. Więcej informacji o Szkole Świadomego i Zdrowego Stylu Życia na stronie: imc.wroc.pl/

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Styl Życia

Magdalena Król: "Pokonam raka"

Magdalena Król:
Magdalena Król: "Pokonam raka". (Fot. Wojtek Biały)
Profesor Magdalena Król nie ma nawet czterdziestki, a już dokonała przełomowego odkrycia. Wymyśliła, jak bezpiecznie dla zdrowych komórek dostarczyć lek do guza nowotworowego. Właśnie wypowiedziała wojnę glejakowi. Jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Ona jest o krok od zwycięstwa.

Styczniowy mroźny wieczór. Przed mikroskopem w warszawskiej SGGW siedzi młoda brunetka. W pokoju jest ciemno. Promienie światła monitora mikroskopu padają na jej skupioną twarz. Profesor Magdalena Król przygląda się, jak po ekranie pływają kolorowe komórki. Ale nic więcej się nie dzieje. Jej współpracownicy są zmęczeni i głodni, cały dzień przygotowywali materiał do badań. Trzeba jednak dokończyć doświadczenie, a to przeciąga się w nieskończoność. Jeden z młodych naukowców podstawia pod obiektyw kolejną szalkę. Profesor Król nie może uwierzyć w to, co widzi. A jednak stało się! Komórka odpornościowa podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią to, co przed chwilą profesor do niej włożyła – białko. „Wow! Nikt wcześniej tego nie odkrył!” – cieszy się. Zmęczenie i głód gdzieś się ulotniły i zespół chce oglądać kolejne takie „pary” – makrofaga i komórkę nowotworową. „Pokonam raka!” – to wtedy, 8 stycznia 2015 roku, 34-letnia wówczas Magdalena Król pomyślała tak po raz pierwszy.

Córeczka tatusia

Nie marzyła o tym, żeby zostać naukowcem, nie mówiąc już o profesurze i szukaniu sposobu na raka. – Ta profesura to efekt uboczny mojej pasji i pracy – śmieje się. Od dziecka chciała być weterynarzem. Miała siedem lat, gdy rodzice kupili jej pierwszego psa. Paco był cudownym rottweilerem, mało jeszcze popularną rasą w Polsce, a co dopiero w rodzinnym Płocku. – Do dziś zachodzę w głowę, jak rodzice wpadli na pomysł, by małej dziewczynce kupić wielkiego psa – śmieje się Magda. Niestety, Paco okazał się chorowity. Mała Magda codziennie musiała chodzić z nim do pobliskiej lecznicy na kroplówki i zastrzyki. – To wtedy zrodziło się marzenie, że zostanę weterynarzem – wspomina. Pod koniec podstawówki zapragnęła mieć własną hodowlę psów. Surrealistyczne marzenie? – W domu byłam małą księżniczką. Jedyne dziecko, ukochana córeczka tatusia, który zgadzał się na wszystko – wyjaśnia. – Dobry, bezpieczny dom. Gdy wracałam ze szkoły, na stole czekał gorący obiad. Mama kończyła pracę o 15, jest główną księgową w płockim sanepidzie. Tata pracował dłużej, bo prowadzenie własnej firmy odbywa się bez limitu czasu. Kiedy z mieszkania w kamienicy przeprowadzili się do własnego domu z ogrodem, pojawił się drugi psiak – bouvier flandryjski, a właściwie śliczna dwuletnia bouvierka Gracja.

Biznes licealistki

Magda pamięta, jak Gracja urodziła pierwsze szczeniaki. Była szczęśliwa i dumna. Ale pracy przy psiakach było coraz więcej: kąpanie, strzyżenie, czesanie, zabawa, spacery, szkolenia, wystawy. – Chętni z całego świata czekali nawet dwa lata na szczeniaka. Ale też moje szczeniaki miały najlepsze geny, bo potrafiłam zamrożone nasienie ściągnąć ze Stanów – zdradza tajniki. – Miałam satysfakcję, gdy mój szczeniak, który wyjechał do Irlandii, został wicezwycięzcą świata, a moja własna sunia została Młodzieżowym Zwycięzcą Europy. W jej hodowli przyszło zresztą na świat wiele międzynarodowych czempionów. Kiedy Magda wyjechała na studia do Warszawy, hodowla spadła na głowę rodziców, aż w końcu trzeba było ją zamknąć. W 2006 roku dostała upragniony dyplom lekarza weterynarii. Praca w klinice okazała się ciężka i niewdzięczna. – To była lecznica całodobowa, pracowałam na czarno za 5 złotych za godzinę. Rano jechałam na uczelnię, a po 15 do kliniki, gdzie pracowałam do 3 nad ranem – i nocnym autobusem jechałam prosto do laboratorium, żeby coś zrobić przy mojej hodowli komórkowej – wspomina dawne czasy. „A więc tak ma wyglądać moje życie?”, myślała. Zamieniła wielką całodobową klinikę na małą osiedlową lecznicę. Nie chciała porzucać wymarzonego zawodu, więc jeszcze trzy lata walczyła z trudami codzienności weterynarza. Żeby utrzymać się w Warszawie, dodatkowo tłumaczyła książki weterynaryjne. I… robiła doktorat.

Rak – co to za twór?

Do lecznicy trafiało coraz więcej suk z rakiem sutka. Już w czasie studiów zastanawiała się, jak to się dzieje, że w naszym organizmie rozwija się twór, który wywodzi się z jego własnych komórek, ale nam szkodzi, a w dodatku nie jest rozpoznawalny przez układ odpornościowy. – Najgorsza była bezradność – mówi Magda. – Co trzeci zwierzak przychodził z rakiem. Widziałam ich cierpienie. Wiedziała, że doktorat poświęci nowotworom gruczołu sutkowego u suk. – Nie sądziłam, że praca naukowa tak bardzo mnie wciągnie – mówi prof. Król i dodaje, że na studiach wcale nie była orłem. Niektóre przedmioty, jak choroby pszczół czy ryb, w ogóle ją nie interesowały. Przyznaje się, że poprawkę miała też z biologii molekularnej, bo była pewna, że w życiu nie przyda jej się do niczego jakiś „PCR” czy „western blot” (metody stosowane w biologii molekularnej do wykrywania produktów określonych genów oraz białek), których dziś używa na co dzień. Tymczasem zafascynowały ją badania. – Może to po babci Zosi, mamie mojego taty, która była mikrobiologiem? – zastanawia się. – To była taka nowoczesna babcia jak na tamte czasy – miała własne laboratorium analiz medycznych i jeździła samochodem. Była kobietą w spodniach. Medyczną pasję miała po ojcu, Edmundzie Giedroyciu, z tych Giedroyciów, który studiował medycynę. Po śmierci swego ojca, czyli mojego prapradziadka, pradziadek musiał jednak rzucić studia i iść do pracy, żeby utrzymać rodzeństwo. Dziadek zaś był chemikiem i dyrektorem gorzelni.

Odkrycie warte Nobla

Po doktoracie Magda wyjechała na staż do Netherlands Cancer Institute w Amsterdamie – czołowego ośrodka, który zajmuje się nowotworami ludzkimi. – Wtedy zaczęłam prowadzić badania już nie tylko pod kątem zwierząt, lecz także ludzi. Nowotwór to nowotwór. Teraz badania też przecież prowadzimy na myszach, choć używamy do tego ludzkich komórek nowotworowych w mysich modelach. Zanim opracuje się terapię na raka, która uratuje ludzkość, trzeba poświęcić sporo mysich żyć – mówi. W Amsterdamie poznała prof. Jeffa Pollarda z Nowego Jorku, który zainteresował ją badaniem interakcji pomiędzy komórkami układu odpornościowego i komórkami nowotworowymi. Niebawem wyjechała do jego laboratorium, do Nowego Jorku. Tam wpadła na pomysł, żeby wykorzystać jedne z komórek odpornościowych – makrofagi – jako dostarczycieli leków antynowotworowych. – Komórki te mają specjalne właściwości – fizjologicznie wędrują do guza, potrafią wydostawać się poza naczynia krwionośne i wchodzić w miejsca nieukrwione guza, niedostępne dla żadnej innej terapii – wyjaśnia prof. Król. I pomyślała, że fajnie byłoby wykorzystać te makrofagi do tego, aby zaniosły lek do guza. Tylko jak zapakować lek do maleńkiej komórki? Poradziła się zaprzyjaźnionych naukowców z Rzymu, którzy pracowali nad różnymi metodami dostarczania leków, między innymi za pomocą białek. Wybrała jedno z białek i w nie postanowiła zapakować leki. – To białko ma budowę klatki, w której można „uwięzić” leki – tłumaczy prof. Król. Najpierw jednak musiała zbadać, czy białko w ogóle zostanie przekazane komórce nowotworowej. 8 stycznia 2015 roku, razem Tomaszem Ryglem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Albertem Boffim z Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie, dokonała przełomowego odkrycia. – Doskonale pamiętam ten moment: siedzę i patrzę w monitor mikroskopu i nagle – wow! W ciągu pół minuty makrofagi są pełne białek-klatek. Potem odkryliśmy, że przekazują te białka komórkom nowotworowym.

Skąd wziąć miliony?

Profesor Król zgłosiła projekt badań do ERC, czyli Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych. To nie takie proste obronić projekt wart 1,5 miliona euro. Dlaczego mieliby je dać właśnie młodej profesor z Polski? Dostała! – Kwota robi wrażenie, ale tak naprawdę to nie jest wiele. Pozyskaliśmy jeszcze środki z innych źródeł. Bo zrobienie terapii komórkowej od A do Z kosztuje 2,5 miliarda dolarów – wylicza prof. Król. Całymi dniami kombinowała, jak to zrobić, żeby wycelować dokładnie w punkt z przeciwnowotworowym lekiem. Bo już wiedziała, że kolejnym etapem jej badań będzie pakowanie leków do klatek białkowych, żeby dotarły do guza. – Dziś mamy już skuteczne leki antynowotworowe, problem polega na tym, że tylko w 1 proc. docierają do chorych miejsc. Pozostała część zabija zdrowe komórki, które napotyka na swojej drodze – wyjaśnia. Prof. Król śmieje się, że często świetne pomysły przychodzą jej do głowy w aucie. – Mam wtedy ciszę, włączam muzykę i myślę – mówi. – Czasem do wieczora noszę te myśli w głowie i potem mi się wszystko śni. Rano wstaję i wiem, jak rozwiązać problem. Tak było z wykorzystaniem makrofagów do tego, by dostarczyć leki do guza. Po prostu wstałam rano i pomyślałam: „A może to zadziała!?”. Zadzwoniła do Alberta i zapytała: „Możesz mi przysłać trochę klatek?”. Było oczywiście sporo niewiadomych: czy makrofag uwolni „przesyłkę”, czy lek da się zapakować do klatki, czy po drodze nie zmieni właściwości, no i przede wszystkim czy nie zabije makrofaga. – Wystarczy zmienić parametry roztworu, w którym klatka się znajduje, wówczas się rozchyla i siły fizykochemiczne wciągają lek do środka, po czym klatka się zamyka – wyjaśnia prof. Król. – Makrofag miał być takim koniem trojańskim, który dostarczy do komórki nowotworowej bombę z opóźnionym zapłonem. I znowu sukces!

Bombą w glejaka

– Z dumą patrzyłam, jak komórka nowotworowa umiera na monitorze mikroskopu: powoli obkurcza się błona, a jądro zaczyna się kondensować – wspomina prof. Król. – Niezapomniany widok. I powtarzalny! Bo Magda Król coraz częściej widziała, jak giną komórki guza płuc czy jajników. Najpierw badania prowadziła na mysich komórkach nowotworowych, szybko jednak przeszła na badanie ludzkich komórek nowotworowych w myszach. One też ginęły! Nie pamięta, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł: A może by tak uśmiercić glejaka? To jeden z najpotężniejszych i najwredniejszych nowotworów – guz mózgu. Jeszcze nikt z nim sobie nie poradził. – Jeden z problemów w leczeniu glejaków polega na tym, że leki nie przechodzą przez barierę krew–mózg. W ciągu 20 lat średnia przeżycia chorych z glejakiem wydłużyła się o trzy miesiące i dziś od diagnozy jest to zaledwie 1,5 roku pomimo postępu medycyny. Tymczasem makrofagi przechodzą przez tę barierę, więc możemy ich użyć jako tego konia trojańskiego, który do glejaka zaniesie lek – cieszy się prof. Król. To oczywiście wymaga skomplikowanych badań. Na szczęście prof. Król dostała na to kolejny grant – prawie 22 miliony złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Od 20 lat nikomu nie udało się tego dokonać. – To jest projekt, który może się zakończyć ogromnym sukcesem, ale też totalną porażką. Ale proste metody zawiodły, trzeba spróbować czegoś kosmicznego – mówi Król. Projekt będzie realizowała z prof. Michaelem Wellerem ze szpitala uniwersyteckiego w Zurychu – to referencyjny ośrodek leczenia glejaków na świecie. Na dokończenie badań prof. Magda Król ma trzy lata. – Co mnie motywuje? Że możemy być pierwszymi, którzy uratują świat przed glejakiem. To kręci – przyznaje prof. Król. Co jest kluczem do sukcesu? – Znalezienie swojej pasji, z której uczyni się codzienną pracę. Dzięki temu, że robię to, co kocham, bezwstydnie przyznam, że w pracy odpoczywam – mówi Magda Król i zaraz się waha, czy powinna tak mówić, bo może wywołać zawiść. Tej akurat doświadcza dość często. Nic dziwnego, młoda, ładna, mądra pani profesor – ludzie źle znoszą cudze sukcesy. – Z powodu zawiści musiałam nawet opuścić macierzysty wydział, na którym zdobywałam wszystkie stopnie naukowe – wspomina prof. Król. Ale ma start-up, który założyła z przyjaciółmi naukowcami, z Tomaszem i Albertem. Została naukowcem przedsiębiorcą.

Nikt nie jest idealny

Może się wydawać, że prof. Magdalena Król jest chodzącym ideałem, ale ona zdecydowanie temu zaprzecza. – Nie można być idealną matką, żoną, pracownicą i jeszcze świetnie wyglądać. Zawsze coś jest kosztem czegoś. Doba ma tylko 24 godziny, a każdy sukces cenę. Ja też ją zapłaciłam – mówi. – Cztery lata temu rozpadła mi się rodzina. Na pewnym etapie rozeszły się nam nasze światy. Mąż zajmował się robieniem specjalizacji z kardiologii, ja zdobywałam kolejne stopnie naukowe. Pewnie zabrakło mu żony, która czeka z obiadem. Na szczęście jest Agatka – mądra dziewięciolatka, która wspiera mamę i często jej towarzyszy. – Kiedy jechałam na konferencję do Budapesztu, zabrałam Agatkę i psa, małego cavaliera Rikę. Czasem też jest ze mną w pracy i mi pomaga, na przykład nabija do pudełka tysiące końcówek do pipet. Albo siedzi i dmucha rękawiczki jak balony, robiąc „potwora Pionę” – mówi Magda. Na pytanie: „Kim jest twoja mama?”, Agatka odpowiada: „Jest profesorem i szuka leku na raka”. Na pytanie: „A kim ty chcesz zostać?”, bez wahania odpowiada: „Weterynarzem, trenerką koni i amazonką albo pisarką, jak dziadek”. Bo tata Magdy po pięćdziesiątce zaczął pisać książki. Jacek Ostrowski, znany też jako Jack Sharp, pierwszą książkę napisał tuż przed narodzinami córki, ale nikt nie chciał jej wydać, więc porzucił pisarskie aspiracje na lata. – Dziś ma na koncie kilka bestselerów – mówi z dumą Magda. – A Agatka napisała już 70 stron swojej powieści! Może ma talent? Jesteśmy, po babci Zosi z domu Giedroyć, spokrewnieni z Adamem Mickiewiczem, może po nim ta literacka pasja.

(Fot. Wojtek Białek) (Fot. Wojtek Białek)

Niezwykłe badania, zwyczajne dni

Jak wygląda dzień prof. Magdaleny Król? – Wstaję koło 7, bo muszę na 8.30 zawieźć córkę do szkoły. Potem wracam jeszcze do domu, żeby spokojnie wypić kawę i zjeść śniadanie – opowiada. – Wszędzie mam blisko, w odległości pięciu minut znajdują się dom, praca, uczelnia. Teraz, w czasie pandemii, staram się odbierać Agatkę jak najwcześniej. Po 15 jesteśmy w domu – obiad, pranie, prasowanie, sprzątanie, codzienność kobiet – wylicza. Zakupy najczęściej robi w sklepie internetowym, kurier przynosi pod drzwi. Woli ten czas spędzić z córką. Chyba że zawiezie Agatkę na konie. Uwielbia gotować, to sposób na zrzucenie ciężaru całego dnia. Wtedy też często przychodzą do głowy pomysły naukowe. Lubi pracować w domu. Gdy Agatka odrabia lekcje, czyta albo już śpi, Magda siada do komputera. Bo córka co jakiś czas pyta: „No to kiedy w końcu będzie ten lek?”. Musi więc szybko znokautować tego glejaka. Obiecała jej, że wtedy dostanie konia. 

Prof. Magdalena Król specjalistka onkologii eksperymentalnej i profesor Instytutu Biologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu. Laureatka wielu nagród naukowych. Otrzymała m.in. stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców, stypendium Pfizer Animal Health, stypendium habilitacyjne L’Oreal i UNESCO dla kobiet. W 2016 roku Europejska Rada ds. Badań Naukowych (ERC) przyznała jej wart 1,4 mln euro prestiżowy Starting Grant, a w 2020 roku otrzymała drugi projekt z tej agencji (jako jedyna Polka). ERC okrzyknęło jej projekt jednym z 10 najważniejszych w minionej dekadzie. Jest pierwszą Polką, która dostała się do ścisłego finału EU Prize for Women Innovator.

  1. Moda i uroda

Czytanie etykiet kosmetyków podstawą świadomej pielęgnacji

Ważnym aspektem filozofii slow beauty jest umiejętność dobierania kosmetyków dostosowanych do naszych potrzeb. (Fot. Getty Images)
Ważnym aspektem filozofii slow beauty jest umiejętność dobierania kosmetyków dostosowanych do naszych potrzeb. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadeszła jesień, a więc idealny czas na zmiany. Może warto pomyśleć o sobie? Chcesz zmienić swoje nawyki pielęgnacyjne, ale nie wiesz od czego zacząć? Agnieszka Pocztarska, założycielka serwisu czytamyetykiety.pl, pomoże ci świadomie zadbać o siebie i odkryć swoje prawdziwe piękno.  

Chcesz dobierać odpowiednie dla siebie kosmetyki, ale od nadmiaru składników na etykiecie kręci ci się w głowie? Czujesz się zagubiona w gąszczu porad dotyczących pielęgnacji? Myślisz, że dbasz o siebie, a tak naprawdę ignorujesz prawdziwe potrzeby swojego ciała? Wiedza o właściwej pielęgnacji i naturalnym pięknie może być przed nami ukryta... Zacznijmy od podstaw.

Piękna skóra i promienny wygląd zależą w głównej mierze od szeroko rozumianego stylu życia - zdrowego odżywiania, mądrej pielęgnacji, aktywności fizycznej, odpowiedniej ilości odpoczynku, a przede wszystkim – akceptacji siebie. Jest to tzw. holistyczne podeście do życia, które w dużej mierze składa się na filozofię slow beauty, której zwolenniczką i propagatorką jest Agnieszka Pocztarska, wydawczyni serwisu czytamyetykiety.pl i autorka książki "Slow beauty. Recepta na piękno" (wyd. Znak). Agnieszka jest również żywym dowodem na to, że da się zmienić złe nawyki i zacząć żyć świadomie i w zgodzie ze sobą. Świadomie, czyli zdrowo, naturalnie i ekologicznie.

Agnieszka Pocztarska (Fot. materiały prasowe) Agnieszka Pocztarska (Fot. materiały prasowe)

Czym slow beauty jest według Agnieszki Pocztarskiej? Z książki jej autorstwa dowiadujemy się, że chodzi tu przede wszystkim o naturalną pielęgnację opartą na świadomym wyborze kosmetyków dostosowanych do indywidualnych potrzeb naszej skóry, włosów i ciała (w tym umiejętność czytania etykiet!), właściwe odżywianie, czyli dieta, która dostarcza nam wszystkim potrzebnych składników i sprawia, że po prostu czujemy się dobrze, a także dobroczynne rytuały składające się na indywidualny schemat pielęgnacji. Na filozofię slow beauty składają się również: troska o siebie, umiejętność dostrzeżenia swoich potrzeb, radość z życia i piękno wewnętrzne.

Książka "Slow beauty. Recepta na piękno" powstała na podstawie wieloletniego doświadczenia popartego rozmowami z ekspertami, w odpowiedzi na rosnącą potrzebę dbania o siebie świadomie oraz w zgodzie ze sobą. "Chcę pomóc kobietom dotrzeć do swojego prawdziwego piękna" - mówi Agnieszka i sama wspomina swoje zmagania na tym polu. We wstępie do książki autorka wraca myślami do okresu liceum: "(...) wiele moich koleżanek zwracało ogromną uwagę na swój wygląd. Wspominając siebie z tamtych czasów, mogę powiedzieć jedno: nigdy wcześniej ani później nie malowałam się tak mocno, nie upiększałam się w takim stopniu jak wtedy. Podkłady, kremy, kreski, róże, peelingi... Wymieniać mogłabym jeszcze długo. Codziennie rano po przyjściu do szkoły patrzyłyśmy na siebie - bardzo krytycznym wzrokiem". Wyznaje też, że jako nastolatka nie miała zbyt dużej wiedzy o właściwej pielęgnacji skóry, co powodowało nie tylko ogromne problemy z cerą, ale przekładało się również na zaniżone poczucie własnej wartości. "Dzisiaj jestem dumna, że poranki poświęcam na rytuał pielęgnacyjny - czynności, które już weszły mi w krew - ale nie robię pełnego makijażu" - wyjaśnia. Na tym właśnie polega idea slow beauty. "Często chcemy wyglądać jak prezenterki, dziennikarki, celebrytki czy modelki. Skupiamy się na tym, co widać na zewnątrz, zamiast na tym jak się czujemy lub jakimi jesteśmy ludźmi" - dodaje.

Dla mnie piękno to nie glow, czyli wygląd, blask zewnętrzny. (...) W moich oczach uroda to wszystko to, co kryje się pod warstwą makijażu. Wierzę mocno, że każda z nas jest piękna, a prawdziwe piękno - prawdziwy blask - kryje się wewnątrz. Piękno jest dla mnie slow.
Jak zatem dbać o siebie świadomie i w zgodzie z samą sobą? Jak rozpoznać potrzeby naszego ciała? Jak nauczyć się samoakceptacji? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka "Slow beauty. Recepta na piękno".

'Slow beauty. Recepta na piękno', Agnieszka Pocztarska, wyd. Znak (2020) "Slow beauty. Recepta na piękno", Agnieszka Pocztarska, wyd. Znak (2020)

Czytanie etykiet - klucz do świadomej pielęgnacji

Ważnym aspektem filozofii slow beauty jest umiejętność dobierania kosmetyków dostosowanych do naszych potrzeb. Na co dzień Agnieszka sprawuje opiekę nad edukacyjnymi serwisami internetowymi: Czytamy Etykiety i Czytamy Etykiety Kosmetyków, na łamach których analizuje składy i przegląda zawartość produktów dostępnych na polskim rynku. Tłumaczy trudne pojęcia, rozszyfrowuje skróty, a także wskazuje, które produkty warte są uwagi. "Każdego dnia uczę czytelników, jak wybierać zdrowe produkty spożywcze i kosmetyczne oraz jak żyć świadomie i odpowiedzialnie na naszej planecie - Ziemi" - pisze w swojej książce, której sporą część poświęciła właśnie czytaniu etykiet.

Każdy z nas znalazł się kiedyś w takiej sytuacji: sięgamy po kosmetyk, znajdujemy skład i... no właśnie, co dalej? Czytanie etykiet produktów na pierwszy rzut oka może wydawać się niesamowicie skomplikowane. Ponadto mnogość produktów na sklepowych półkach i substancji na etykietach przyprawia o zawrót głowy. Mało tego, niektóre z nich nadal mają przed nami dużo tajemnic. Książka Agnieszki pokazuje, że nie taki wilk straszny, jak go malują. Autorka tłumaczy w niej m.in. czym jest zapis INCI i wyjaśnia podstawowe zasady odczytywania składów produktów. "Z czytaniem etykiet jest jak z nauką nowego języka – początki nie należy do najłatwiejszych, jednak lata praktyki mogą uczynić z nas prawdziwych poliglotów. Wystarczy tylko spokojnie podejść do tematu i uzbroić się w cierpliwość".

Jak zatem czytać etykiety, aby wybierać kosmetyki najwyższej jakości - takie, które zaszkodzą ani naszej skórze, ani organizmowi, ani środowisku? Co należy wiedzieć, zanim zaczniemy analizować skład produktu?

Zapoznaj się z terminem INCI. International Nomenclature of Cosmetic Ingredients, czyli Międzynarodowe Nazewnictwo Składników Kosmetycznych to nic innego, jak zapis składów produktów kosmetycznych, który w Europie jest ściśle uregulowany przez prawo. Oznacza to, że każdy kosmetyk na opakowaniu lub ulotce musi mieć podany skład, a producenci mają obowiązek wymieniać poszczególne składniki w odpowiedniej kolejności. Ponadto producenci nie mogą pomijać niewygodnych dla siebie składników. System ten obowiązuje w UE i powstał, aby ujednolicić nazewnictwo stosowanego przez wytwórców kosmetyków oraz ułatwić klientom zapoznawanie się ze składami produktów.

Zawsze czytaj pełny skład. Producenci niektórych kosmetyków często stosują całą gamę sztuczek, aby oszukać swojego klienta. Pełen skład zapisują małymi literami i najmniej widocznym miejscu, natomiast w miejscu rzucającym się w oczy (zwykle na górze i na środku etykiety) zapisują tylko część składników używając określeń typu key ingredients (składniki kluczowe) lub active ingredients (składniki aktywne). Zwykle są to składniki, które brzmią „ekologicznie”, „zdrowo” lub „naturalnie”. Nie daj się na to nabrać.

Zwracaj uwagę na kolejność składników. Nie jest ona przypadkowa. Składniki zawsze są podane w kolejności malejącej i tyczy się to nie tylko kosmetyków, ale też produktów spożywczych. Oznacza to zatem, że substancje, których jest najwięcej będą się więc znajdować na samym początku listy, a te których jest najmniej – na końcu. Producent nie ma jednak obowiązku podawać zawartości procentowej danego składnika, dzięki czemu receptura składniku pozostaje tajemnicą handlową.

Pamiętaj, że "mniej" nie zawsze znaczy "lepiej". Często wychodzimy z założenia, że im krótszy skład, tym mniejsze ryzyko, że kosmetyk będzie zawierał szkodliwe lub uczulające substancje. Niepożądane składniki zdarzają się jednak również w kosmetykach z krótkim składem. Plus jest taki, że wtedy łatwiej jest je wyśledzić. Produkty z małą liczbą składników są również dobre, gdy dopiero zaczynamy przygodę z czytaniem etykiet. Nie należy jednak zamykać się na kosmetyki z bogatszym składem.

Wiedz, że nie wszystko znajdziesz na etykiecie. Są takie informacje np. dane dotyczące dokładnego stężenia, których producent nie ma obowiązku umieszczać na opakowaniu produktu. To kolejny argument, aby przy czytaniu etykiet wzmocnić czujność. To, że na kosmetyku widnieje napis "produkt naturalny", wcale nie oznacza, że jest on wysokiej jakości (surowce mogą być pozyskiwane z niekontrolowanych źródeł, a użyte oleje poddawane procesowi oczyszczania, który przedłuża świeżość, lecz powoduje też utratę części właściwości odżywczych).

Zwracaj uwagę na kompleks kosmetyczny. Może czaić się on nawet pośród zwykłych składników. Kompleks kosmetyczny to zbiór starannie wyselekcjonowanych substancji aktywnych, których skład jest zgodny ze standardami, a skuteczność dokładnie przebadana. Dobiera się go w taki sposób, aby jego składowe wzajemnie się uzupełniały i wzmacniały swoje działanie. Warto tu również zaznaczyć, że działanie kompleksu jest dużo mocniejsze niż działanie każdego z pojedynczych składników. Na liście składników substancje wchodzące w skład kompleksu mogą wyglądać całkiem niepozornie (nie muszą nawet występować obok siebie).

Pamiętaj o tym, że praktyka czyni mistrza. Bądź czujna, czytaj skład do końca i pamiętaj o wyjątkach. Rób notatki, nie kupuj w ciemno, nie zrażaj się, czytaj analizy zaufanych serwisów, oceniaj całokształt i porządkuj wiedzę. To z pewnością pozwoli ci szybko opanować sztukę czytania etykiet, a tajemnicze listy składników kosmetyków wreszcie przestaną być dla ciebie zagadką. Więcej dowiesz się sięgając po lekturę "Slow beauty. Recepta na piękno".

Agnieszka Pocztarska, wydawczyni portalu czytamyetykiety.pl, najlepiej rozwiniętego polskiego serwisu zajmującego się tematyką świadomych wyborów konsumenckich. Autorka książki "Slow beauty. Recepta na piękno". 

  1. Zdrowie

Siła piękna w walce z chorobą

Eryka Sokólska – oficjalna makijażystka marki Max Factor oraz Małgorzata Dogoda - podopieczna Fundacji Piękniejsze Życie. (Fot. materiały prasowe)
Eryka Sokólska – oficjalna makijażystka marki Max Factor oraz Małgorzata Dogoda - podopieczna Fundacji Piękniejsze Życie. (Fot. materiały prasowe)
Fundacja Piękniejsze Życie, która pomaga kobietom przechodzącym leczenie onkologiczne, oraz firma Coty, prezentują serię tutoriali makijażowych z udziałem podopiecznych Fundacji, aby wspólnie wesprzeć pacjentki onkologiczne oraz wzmocnić siłę ich piękna w walce z chorobą.

Kluczowym założeniem projektu stworzonego przez Fundację i firmę Coty jest wzmocnienie przekazu: W chorobie można wyglądać pięknie i dzięki temu czuć się lepiej. Makijaż ma wpływ na poprawę samopoczucia, wystarczą lekko podkreślone oczy, róż na policzkach, błyszczyk lub szminka w soczystym kolorze. W czasie chemioterapii często zapominamy o kosmetykach, które mogą w tak prosty sposób podnieść nas na duchu, dodać kobiecości, zatuszować niedoskonałości. Lekarz mówi o zdrowym stylu życia, a nie wspomina, że kreska zamiast brakujących brwi może zdziałać cuda! podkreśla Małgorzata Dogoda, jedna z podopiecznych Fundacji, która wzięła udział w projekcie.

W  tutorialach wykonanych przez Erykę Sokólską – makijażystkę związaną z marką Max Factor należącą do Coty – pokazane zostały rozwiązania pozwalające z jednej strony uwydatnić atuty urody, z drugiej zaś zamaskować niedoskonałości powstałe w wyniku choroby. Można je wykonać samodzielnie w domu. Makijaż to ważny element w życiu kobiet w ogóle, ale odgrywa szczególną rolę w tak trudnym momencie, jakim jest choroba onkologiczna. W swojej pracy, ale też prywatnie, niejednokrotnie miałam do czynienia z kobietami, które podczas procesu leczenia borykały się z szeregiem problemów zarówno w sferze fizycznej, związanej z urodą, jak i w sferze psychicznej dodaje Eryka Sokólska.

Tutoriale obejmują kluczowe z punktu widzenia pacjentek onkologicznych makijażowe obszary: cerę, brwi i rzęsy. Pierwsza część materiałów poświęcona jest cerze. Eryka Sokólska z udziałem Małgorzaty Dogody, podopiecznej Fundacji Piękniejsze Życie, pokazuje jak za pomocą kosmetyków do makijażu dodać blasku i kolorytu skórze, która w wyniku terapii często jest przesuszona lub przetłuszczona, napięta i z licznymi przebarwieniami. Dwuodcinkowa seria dostarcza niezbędnych informacji o tym, jak dobrać i aplikować podkład, jaki korektor zastosować na przebarwienia, a jaki na cienie pod oczami oraz jak umiejętnie konturować twarz, aby wyglądać pięknie i dzięki temu czuć się lepiej.

Fundacja Piękniejsze Życie już od piętnastu lat wspiera kobiety, które przechodzą leczenie onkologiczne, organizując dla nich warsztaty z pielęgnacji i makijażu w szpitalach w całej Polsce. Inicjatywa ta, pomaga im radzić sobie ze skutkami ubocznymi leczenia, związanymi z wyglądem. Co więcej sprawia, że wciąż mogą czuć się piękne i atrakcyjne. Warsztaty przywracają namacalne atrybuty kobiecości w trudnych momentach leczenia onkologicznego. To mały krok w drodze do zdrowienia, przerywnik podczas szpitalnej rutyny. Warsztaty to również szansa, na spotkanie w kobiecym gronie, oderwanie się na chwilę od codzienności. Kontynuując ideę wsparcia oraz definiując potrzebę dotarcia do jeszcze szerszego grona pacjentek, Fundacja Piękniejsze Życie wraz z firmą Coty oraz marką Max Factor, należącą do Coty, zainicjowała nagranie wyjątkowych tutoriali makijażowych.

Przygotowane tutoriale makijażowe pozwalają Fundacji dotrzeć do pacjentek w szpitalach, co jest obecnie praktycznie niemożliwe ze względu na sytuację związaną z pandemią, ale także otwierają szansę na dotarcie do znacznie większej grupy pacjentek onkologicznych w ogóle. Mam ogromną nadzieję że dzięki temu projektowi i stworzonym w jego ramach materiałom uda nam się dotrzeć do zdecydowanie większej liczby kobiet, nie tylko z naszej Fundacji. Co więcej, po cichu liczę na to, że takie podejście stanie się już tradycją i będzie nowym, dodatkowym sposobem dotarcia do pacjentek – mówi Katarzyna Klatt-Koryszewska, koordynator Fundacji Piękniejsze Życie.

Jesteśmy dumni że od prawie 15 lat możemy wspierać Fundację Piękniejsze Życie zarówno finansowo, jak i w postaci przekazywanych produktów czy działań partnerskich. W ramach tego projektu, wraz z marką Max Factor, realizujemy serię tutoriali makijażowych nie tylko dla podopiecznych Fundacji, lecz także dla pacjentek onkologicznych w ogóle. Mamy ogromną nadzieję że ten projekt pozwoli wesprzeć działania FPŻ i zwiększyć ich zasięg – dodaje Aleksandra Kujawska, Senior Director Corporate Affairs CEE and Russia w firmie Coty Polska.

Ależ zmiana! takie słowa padają z ust pacjentek, które uczestniczą w warsztatach makijażowych. To największy dowód na to, że małe zmiany w wyglądzie, jakich można dokonać za pomocą makijażu, potrafią czynić cuda. A uśmiech pacjentki i duma ze swoich nowych brwi czy wygładzonej cery to koło napędowe do dalszych działań. Makijaż pozwala każdej kobiecie poczuć się atrakcyjnie, szczególnie w chorobie jest pewnego rodzaju terapią, dzięki której można na nowo odkryć swoje piękno. Dbanie o siebie, o swój wygląd, pozwala poczuć się po prostu pięknie i kobieco.