1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Piersi w SPA - samobadanie, pielęgnacja, aktywność

Piersi w SPA - samobadanie, pielęgnacja, aktywność

Regularne samobadanie piersi pozwala nam poznać ich strukturę. (Fot. Getty Images)
Regularne samobadanie piersi pozwala nam poznać ich strukturę. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

SPA to, jak chcieli starożytni, sanus per aquam, czyli, dosłownie, zdrowie przez wodę. Monika Słowińska, od 20 lat pracująca w branży kosmetyki profesjonalnej, nadaje temu terminowi nowe znaczenie. Mówi: SPA, czyli Samobadanie, Pielęgnacja, Aktywność.

Monika Słowińska wprowadziła do wielu salonów kosmetycznych w Polsce program „Piersi w SPA”. Chodzi o profilaktykę chorób piersi. „Stworzyłam kosmetyki do pielęgnacji biustu, ale wtedy kosmetyczki, które miały proponować klientkom specjalny zabieg z ich zastosowaniem, zaczęły sygnalizować, że nie jest to proste. Jest bariera wstydu. Kiedy rozmawiam z kobietami, widzę, że często wynika to z braku akceptacji swojego ciała. Czasem z lęku. Kiedyś na dużym spotkaniu – w sali było ponad 200 pań – rzuciłam pytanie: która z was myła dziś zęby? Rozległ się śmiech, wiadomo, że wszystkie to zrobiły. A która z was w ostatnim czasie badała swoje piersi? Chodziło mi zarówno o badanie palpacyjne, jak i o USG czy mammografię. Zapadła cisza, ręce podniosło 15, góra 20 kobiet. Nie mamy świadomości, jak to ważne, a nawet jeśli mamy, z jakichś powodów od takich badań uciekamy”.

Monika opracowała autorski masaż piersi połączony z samobadaniem, konsultowany przez prof. Agnieszkę Gruszfeld z warszawskiego Centrum Onkologii. „Uczymy tego kobiety. Przekonujemy, jak ważne jest, by znać mapę swoich piersi. Wtedy, przy okazji masażu, można przeprowadzić badanie. Wykonujmy też masaż dołów pachowych, bo tam też mogą umiejscowić się zmiany. Buteleczka z balsamem jest takim »przypominaczem«, jak tubka pasty do zębów.  Korzystajmy z tego” – namawia.

Balsam do pielęgnacji biustu, szyi, dekoltu oraz twarzy, preparat bogaty w naturalne składniki, m.in. nawrot lekarski i witaminę E. (Fot. materiały prasowe) Balsam do pielęgnacji biustu, szyi, dekoltu oraz twarzy, preparat bogaty w naturalne składniki, m.in. nawrot lekarski i witaminę E. (Fot. materiały prasowe)

A poza masażem – obserwujmy siebie. Co najmniej raz w miesiącu stańmy nago przed lustrem. Zwracajmy uwagę na asymetrie, wklęśnięcia, nierówności, „pomarańczową skórkę”, uciskajmy brodawki, żeby sprawdzić, czy nie ma wydzieliny z krwią. Ciało daje nam sygnały – bądźmy na nie uważne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Czy istnieje szybki sposób na idealną sylwetkę? Lipofilling biustu - w 4 godziny wyszczuplisz uda i powiększysz piersi!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Ciągle przepracowane, spędzające wiele godzin przed ekranami monitorów, a w natłoku obowiązków, nieznajdujące wolnej chwili na sport czy chwile relaksu - to opis wielu Polek. I choć jesteśmy ambitne i planowo realizujemy przedsięwzięte cele, nie odbywa się to bez strat, niestety odbijających się nas samych. W efekcie walczymy z miejscową otyłością i nie mamy czasu, aby zadbać o powrót do formy sprzed ciąży. Wciąż jesteśmy zajęte i niezadowolone z własnego wyglądu. O zajęciach fitness wolimy, tak jak Scarlett o’Hara, pomyśleć jutro, a stres, tak jak Bridget Jones, zagryzamy czekoladą, marząc o idealnej sylwetce szybko i bez wyrzeczeń. I właśnie naprzeciw tym marzeniom wychodzi klinika medycyny estetycznej Melitus w Warszawie, oferując lipofilling - zabieg, który pozwala ekspresowo poprawić proporcje ciała. W dodatku bardzo naturalnie!

Lipofilling, w pogoni za pięknem

W dzisiejszych czasach korzystanie z zabiegów medycyny estetycznej jest na porządku dziennym. Dla wielu współczesnych Polek salony piękności i kliniki anti-aging są miejscem zaawansowanej pielęgnacji, z której korzystają bardzo chętnie, o ile tylko znajdą wolny termin w kalendarzu. Bo tym, co dużej części z nas wciąż doskwiera, jest chroniczny brak czasu, wynikający z tempa życia, jakie narzuca XXI wiek.

Medycyna estetyczna to bardzo dynamicznie rozwijająca się dyscyplina. Zmienia się zgodnie z obowiązującymi trendami technologicznymi, społecznymi, filozoficznymi. Najlepszym tego dowodem są liczne zabiegi lunchowe i weekendowe, które - zdaniem dr n. med. Marii Noszczyk z warszawskiej Kliniki Melitus - w tym szybko zmieniającym się świecie okazały się niezwykle pożądane. Lipofilling biustu jest wykonywany coraz częściej i to nie tylko u celebrytów. Z zabiegu korzysta mnóstwo kobiet, być może nawet nasza sąsiadka, utrzymująca, że z medycyną estetyczną, która przecież “nie służy naturze”, nie chce mieć nic wspólnego. A jednak ma!

Lipofilling biustu jest zabiegiem bardzo pożądanym, ponieważ daje nam dokładnie to, o co prosimy - szczuplejszą sylwetkę i bardziej wydatny, ujędrniony biust, bez pobytu w szpitalu, bez długotrwałego dochodzenia do siebie w domu, ale za to szybko, bezpiecznie i bardzo efektywnie. Jak to możliwe? Wystarczy odessać tłuszcz z miejsca, w którym jest go zdecydowanie za dużo i podać  tam, gdzie go brakuje. Z lipofillingiem biustu problem miejscowej otyłości i obwisłych piersi rozwiązuje się sam, z małą pomocą natury.

Oczywiście to tylko uproszczenie. Lipofilling nie jest zabiegiem lunchowym - choć weekendowym już tak. Trwa kilka godzin i mimo, że nie obliguje do pobytu w szpitalu, wymaga wzięcia chwili wolnego. Po podaniu  tłuszczu do biustu, wyjaśnia dr Maria Noszczyk, należy przewidzieć czas na odpoczynek, ale to zwykle nie przekracza dwóch, trzech dni. Trzeba też wiedzieć, że zabiegu nie wykonuje się “od ręki”. Wcześniej konieczna jest rozmowa z lekarzem, kwalifikacja, wykonanie badań z krwi. To kluczowy element większości zabiegów, który przekłada się na bezpieczeństwo, dlatego nie wolno go pomijać. Jednak nawet biorąc pod uwagę okres przygotowawczy i pozabiegowy, lipofilling wciąż pozostaje szybką i skuteczną metodą modelowania sylwetki, bo czy jest jakiś inny sposób, który pozwala jednocześnie wyszczuplić sylwetkę i powiększyć piersi w tak krótkim czasie?

Lipofilling, podążając śladem natury

Lipofilling to sposób modelowania sylwetki autologiczną tkanką tłuszczową. Własny tłuszcz jest materiałem niedocenianym, bo chociaż nie kojarzy nam się zbyt dobrze, kryje w sobie bardzo wartościowe składniki - żywotne adipocyty (komórki tłuszczowe) oraz cenne mezenchymalne komórki macierzyste (które są zdolne do multiplikacji i przemiany w komórki i tkanki innego typu). Podając  je do piersi, czy równie dobrze pod oczy, odbudowuje się ubytki w strukturze tkankowej i stymuluje fibroblasty do produkcji nowego kolagenu. Dzięki temu skóra naturalnie się zagęszcza, ujędrnia i odmładza. Z lipofillingiem wprawdzie nie osiągnie się tak spektakularnej przemiany jak z użyciem implantów - przyznaje dr n. med. Jarosław Zieliński, chirurg plastyczny z Kliniki Melitus - ale uzyskuje się poprawę naturalną, znacznie subtelniejszą i wyraźnie widoczną.

Powiększanie biustu własnym tłuszczem to zabieg dla osób, które chcą zmiany, ale nie wyobrażają sobie noszenia protez czy sztucznych wypełniaczy. To zabieg dla kobiet, które stawiają na naturalne rozwiązania. A takim jest lipofilling. Własny tłuszcz ma jeszcze jedną ważną zaletę. Poza tym, że dokładnie wypełnia ubytki tkankowe i pobudza skórę do biorewitalizacji, traktowany jest przez organizm, jako własny. Według chirurga z Kliniki Melitus, przeszczep tłuszczu bardzo dobrze się przyjmuje, dlatego, że bazuje na materiale o niskiej immunogenności, który nie jest ani toksyczny, ani alergiczny. Skuteczność lipofillingu potwierdzają badania kliniczne. Postępując zgodnie z nowoczesnymi standardami zabiegowymi uzyskuje się bardzo wysoką przeżywalność przetransferowanych komórek, co sprawia, że większość z nich zostaje ukrwiona, zaadaptowana i podążając śladem natury, pracuje na fantastyczne efekty lipofillingu.

Lipofilling, w prezencie dla siebie

Lipofilling twarzy i ciała niesie wiele korzyści. Przede wszystkim pozwala poprawić proporcje sylwetki według własnych oczekiwań. Tkankę tłuszczową  pobiera się z najbardziej newralgicznych miejsc - z brzucha czy ud, które często nie dają się wyszczuplić z pomocą ćwiczeń ani diety. Następnie transferuje się ją tam, gdzie dokładnie potrzeba - w zwiotczałe piersi, ale też dolinę łez czy opadnięte policzki. Nadmiar tłuszczu można dodatkowo wykorzystać do odmłodzenia skóry dłoni lub twarzy - o pielęgnacji których przeważnie zapominamy. Efekty lipofillingu są zatem precyzyjnie wymierzone w potrzeby współczesnych kobiet. Najlepsze jest to, że raz przeszczepione komórki tłuszczowe asymilują się z komórkami endogennymi i funkcjonują razem z nimi dokładnie na tych samych zasadach, zapewniając długotrwały efekt wypełnienia. To prezent, jaki warto sobie sprawić. Tym bardziej, że o własne zdrowie i własny wygląd nie może zadbać nikt poza nami samymi. A taki sposób pielęgnacji nie wymaga większych wyrzeczeń i przynosi mnóstwo satysfakcji.

Materiał powstał przy współpracy z ekspertami z warszawskiej Kliniki Melitus - dermatolog dr n. med. Marią Noszczyk i chirurgiem plastycznym dr n. med. Jarosławem Zielińskim. Więcej informacji na stronie: https://klinikamelitus.pl/

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Styl Życia

Ajurweda na chłody

W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
Chcesz rozgrzać ciało, a jednocześnie się zrelaksować? Uwolnić od bólu i poczuć przypływ sił witalnych? Wyciszyć umysł i emocje? Wszystko to oferują zabiegi wywodzące się z ajurwedy.

Pewnie słyszałaś o trzech doszach – energiach kształtujących nasze ciała, rozróżnianych przez ajurwedę. W wielu książkach czy na stronach internetowych znajdziesz test, który pomoże ci ustalić, która z nich dominuje w twoim organizmie.  Ale niezależnie od tego, czy twoją konstytucją jest vata, pitta czy kapha, polub olej! Dlaczego? Chociażby dlatego, że równoważy doszę vata, bardzo chwiejną niemal u wszystkich. Negatywnie wpływają na nią takie czynniki, jak stres, pośpiech, nadmierny wysiłek, niedosypianie, chłód, zimne posiłki, używki, nieregularny tryb życia...

– Vata uchodzi za królową dosz. Jeśli jest w równowadze, również pozostałe uzyskują stabilny poziom – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska, nauczycielka ajurwedy. – Do tego odpowiada za starzenie się i degenerację organizmu. A krótki masaż głowy, przy użyciu minimalnych ilości oleju, działa odmładzająco.

I właśnie od takiego masażu głowy terapeutka zaczyna zwykle sesję.

Precz z amą!

– Ludzie przychodzą do mnie najczęściej zmęczeni, zestresowani, więc najpierw ułatwiam im się wyciszyć, zostawić za sobą problemy, zabieganie właśnie poprzez masaż. Pomaga też przy bezsenności, depresji, pobudzeniu nerwowym – mówi Żuk-Widmańska.

Taka „przygrywka” odbywa się na siedząco. Ruchy są energiczne, obejmują też barki. Uwaga przenosi się do ciała i można przystąpić do bardziej zaawansowanych działań, do prawdziwego rozgrzania. Choćby do sztandarowego zabiegu ajurwedyjskiego, czyli Abhyangi. Tutaj także główną rolę odgrywa olej sezamowy. I używa się go naprawdę dużo – zwłaszcza dla osób z dominującą vatą.

Ruchy terapeutki są zdecydowane, posuwiste. Do tego dochodzi rytmiczne oklepywanie ciała. W ten sposób porusza się zastałą energię i uwalnia swobodny przepływ prany. – Ten masaż nie może być delikatny, w przeciwnym razie nie spełniłby swojej funkcji – tłumaczy Żuk-Widmańska. Chodzi o oczyszczanie. – Pokarm, który trafia do naszego żołądka, zostaje w procesie trawienia przetworzony na substancje odżywcze oraz odpady. Ale według ajurwedy jest jeszcze trzecia substancja, toksyczna – ama. Podczas gdy na naturalne odpady mamy kanały wydalnicze, lepka, kleista ama odkłada się w tkankach. Dostaje się do krwi, zaczyna podróżować po ciele, gromadzi się w najbardziej osłabionych miejscach. Wywołuje nadciśnienie, bóle stawów, głowy... Żeby pozbyć się amy, trzeba ją niejako zebrać z człowieka i wtłoczyć do układu wydalniczego. Ciepły olej sezamowy, wcierany w ciało, przenika przez wszystkie siedem tkanek, rozpuszcza ją i odrywa. Oczyszczony organizm odżywa – twierdzi terapeutka.

W zależności od szkoły Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. – Przyjmuje się, że przez 35 minut nie powinno się go zmywać, żeby dotarł w głąb każdej tkanki – mówi Elżbieta Żuk-Widmańska. – Poza rozpuszczeniem toksyn ten masaż daje też rozluźnienie, ulgę przy różnych dolegliwościach bólowych i problemach układu nerwowego. Nawilża całe ciało, zostawia je z uczuciem przyjemnego ciepła. Jedyne przeciwwskazania to rany, nadciśnienie i ciąża.

Fosa i stemple

Rozgrzanie wcale nie musi się kończyć na Abhyandze. Chcesz pójść krok dalej? Pozwolić, by uzdrawiające ciepło popłynęło wzdłuż kręgosłupa? Oto Kati Vasti (kati – kręgosłup, vasti – fosa). Leżysz na brzuchu, już rozgrzana, a terapeuta przykleja ci na plecach wałek z ciasta orkiszowego w kształcie kółka. Do powstałej w ten sposób „miseczki” wlewa ciepły olej sezamowy, czasem z dodatkiem kamforowego.

Ten zabieg ma już inny charakter, jest z kolei bardzo statyczny. Ruch jest wręcz niewskazany – każda zmiana pozycji może zniweczyć misterną konstrukcję. Nieporuszona, kontemplujesz więc ciepło. Na początku temperatura jest wysoka – najlepiej taka na granicy wytrzymałości. Błyskawicznie jednak obniża się, więc terapeuta wybiera łyżką olej i ponownie napełnia „fosę”. – Wraz z wylewanym olejem usuwany jest nadmiar vaty – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska. – To skuteczny sposób, żeby się go pozbyć.

Zabieg ten jest świetny na bóle kręgosłupa, dyskopatię, rwę kulszową – zapewnia terapeutka. Leżysz tak 15–20 minut. Albo i 30. W zależności od tego, czego potrzebujesz i ile wytrzymasz w bezruchu. Niewykluczone, że zaśniesz. Potem masz utrzymać ciepło.  Zatem zrezygnuj z ambitnych planów – co najwyżej przygotuj sobie mleko z kurkumą albo wodę z cytryną. I idź do łóżka.

Jeszcze inne możliwości daje masaż sakiewkami (inaczej stemplami), Podi Kizhi (podi – proszek, kizhi – sakiewka). Podstawa to wspomniane (lniane) sakiewki, wypełnione ziołami plus olej sezamowy, choć w niektórych wypadkach stosuje się bardziej skomplikowany wywar, na bazie mleka. Najpierw kładziesz się na brzuch, terapeuta zaczyna masaż od nóg. Nawilża kolejne części ciała, po czym sięga po aromatyczne, ociekające olejem, ciepłe woreczki. Zaczyna stawiać nimi na skórze „stemple”. Rytmicznie, jeden przy drugim. Potem wykonuje nimi koliste ruchy, uciskając. Masaż przynosi ulgę przy bólach mięśni, sztywności stawów czy chronicznych bólach reumatycznych. Usuwa skutki stresu i napięcia. Poprawia krążenie, wspomaga przewodnictwo nerwowe.

Nie tylko ciało

Elżbieta Żuk-Widmańska podkreśla, że każdy zabieg dotyka wszystkich aspektów człowieka: – Piękno zabiegów ajurwedyjskich polega na tym, że wychodzą daleko poza działanie fizyczne.

Jak możesz sama wpłynąć na umysł, stosując zasady ajurwedy? Najprostsza rada dla wszystkich: smaruj się codziennie olejem sezamowym. – Codzienna auto-Abhyanga zapewnia zdrowie i długowieczność. Dobrze pamiętać, że stawy masuje się okrężnymi ruchami, a kości podłużnymi. Że ciało to również stopy, dłonie, twarz, uszy, szyja – wylicza Elżbieta Żuk-Widmańska. – Najlepiej rozpocząć od głowy, tam się wszystko zaczyna.

Elżbieta Żuk-Widmańska terapeutka ajurwedy. Wiedzę i umiejętności zdobywała w Instytucie Jiba Ayurveda w Indiach.

  1. Zdrowie

Kinezjologia - leczenie bez leków

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Leczenie bez skutków ubocznych, bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarz medycyny, pediatra i specjalista rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei. Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów.

Leczenie bez skutków ubocznych? Bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarka medycyny, pediatra i specjalistka rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei.

Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów. Twórcy kinezjologii połączyli następnie zachodnią medycynę (anatomię, fizjologię, punkty neurolimfatyczne z naczyniowymi) z medycyną chińską (przepływ energii życiowej chi, meridiany, oddziaływania punktów akupunkturowych). Udowodnili, że oddziałując pozytywnie na stan energetyczny mięśni, a poprzez nie na pracę organów wewnętrznych, wpływamy na emocje i na duchowość.

Niemożliwe? A jednak: stres, lęk, zmęczenie - zmieniają naszą sylwetkę, bo powodują napięcie lub osłabienie mięśni. To widać. Gdy nagle otrzymujesz złą wiadomość – czujesz jak nogi się pod tobą uginają. Wspaniałą wiadomość – skaczesz  z radości. Czujesz skrzydła u ramion. Kinezjologia pokazuje jak poznać i wykorzystać dla naszego zdrowia połączenie myśli, emocji, ciała z otaczającym nas światem. Zmiany w mięśniach spowodowane stresem widać, ale są też inne, te niewidoczne, związane z zablokowaniem przepływu krwi, limfy, energii życiowej. Przywrócić prawidłowa sylwetkę, to też przywrócić prawidłowe krążenie oraz przepływ limfy i chi. A więc także poprawić nastrój, wzmocnić siły i chęć życia.

- Co mnie w tej metodzie zainteresowało? – mówi dr Dorota Kalwajt. – Test mięśniowy, chciałam się go nauczyć, gdyż widziałam, jak niemieccy lekarze dzięki niemu nie tylko zdiagnozowali chorobę i jej przyczyny, ale też sprawdzali, który z możliwych, czasem koniecznych, leków będzie dla tego chorego najodpowiedniejszy? A to istotny element pracy lekarza, gdyż każdy organizm jest inny, choćby z powodu nietolerancji pokarmowych itp.

Odblokuj punkty energetyczne

Codziennie rano, zanim jeszcze wstaniesz, możesz wykonać masaż punktów na twarzy i ciele oraz parę ruchów gałkami ocznymi, by poczuć przypływ energii życiowej. Łatwiej ci będzie wstać, a wówczas warto jeszcze postymulować punkty nazywane neurolimfatycznymi. To wystarczy, by energia, dobrze znana medycynie chińskiej, oraz krew i limfa zaczęły lepiej krążyć, a więc by ci nie zabrakło sił przez cały dzień.

Jeśli nauczymy się znajdować i pobudzać te miejsca, gdzie nasza energia na skutek stresu została zablokowana, co odczuwamy jako brak sił czy możliwości skupienia się przy pracy, a nawet jako ból, będziemy mogli sami sobie pomóc. Sens kinezjologii opiera się na tym, że zablokowanie energii w jakimś miejscu, zazwyczaj związane z długotrwałym stresem, staje się powodem choroby. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od zaburzeń pracy żołądka.

Kinezjologia, czyli ratunek dla żołądka

Jeśli żołądek boli i nie pracuje tak jak trzeba, to dokładanie mu chemicznych substancji, jakimi są leki, nie zawsze pomoże. Może nawet zaszkodzić, bo to co dzieje się z przewodem pokarmowym ma zazwyczaj źródło w emocjach – przecież obok żołądka mamy splot słoneczny, czyli ich siedlisko. Jeśli więc nie chcemy, żeby brzuch nas bolał, potrzebujemy metody, która pomoże nam pokonać stres, a więc ukoi emocje.

Jakie to są emocje? Możemy poznać je dzięki badaniu mięśni, gdyż w nich są one zapisane. Tam też możemy je „rozładować”, a dzięki temu wzmocnić organizm. Jeśli mamy problemy żołądkowe – jest to często efekt wyłączenia pracy całego systemu trawiennego. A to bywa efektem stresu, bo po co organizm ma tracić siły na trawienie, kiedy jest zagrożone jego istnienie? To mechanizm pierwotny – kształtował się, gdy stres był sygnałem realnego zagrożenia, bo oto na naszej ścieżce pojawił się tygrys. A więc cała energia kierowana jest do mięśni, by przed nim uciec, albo go pokonać. Problem polega na tym, że ten mechanizm działa nadal, choć stres ma inne źródło. Niestety, stał się też permanentny co niszczy pracę układu pokarmowego. Popatrz na swój dzień: stres za stresem. Nie masz chwili wypoczynku, czyli też czasu, by móc strawić pokarm.

Potrzebne ci sposoby, który pomogą ograniczyć niszczące skutki stresu na dany organ, sposoby, które naturalnie wzmocnią twój organizm, czyli poprawią przepływ krwi i odblokują przepływ limfy oraz energii. Dzięki medycynie chińskiej (teoria meridianów, czyli kanałów którymi płynie energia życiowa) i fizjoterapii zachodniej (połączenia między mięśniami a organami wewnętrznymi) wiemy, że  w tym celu warto wzmacniać i stymulować mięśnie.

  1. Seks

Masaż dobry na wszystko

Masaż pomaga na seks - na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. (Fot. iStock)
Masaż pomaga na seks - na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. (Fot. iStock)
Gdy leżę na łóżku do masażu i jestem masowana, wokół pachnie, gra muzyka, a dłonie specjalistki/specjalisty wyczyniają cuda z moimi mięśniami, w takim momencie zazwyczaj myślę o jedzeniu.

Gdy leżę na łóżku do masażu i jestem masowana, wokół pachnie, gra muzyka, wprawne  dłonie wyczyniają cuda z moimi mięśniami, w takim momencie zazwyczaj myślę o jedzeniu.

Oczywiście koncentruję się na oddychaniu, żeby wdech i wydech tworzyły jeden nieprzerwany cykl, oczywiście jestem w ciele, obecna i uważna na to, co się dzieje. Ale myślę o jedzeniu. Leżę i wyobrażam sobie, jak wyjdę z masażu i jak pojadę do domu albo do knajpy i zamówię coś pysznego. Albo leżę i wspominam, jak byłam gdzieś ostatnio i jadłam coś wspaniałego. W przypadku dzisiejszego dnia wspomnienie dotyczyło uczty z owoców morza, którą spożyłam w słoweńskiej miejscowości Portoroz. Czasem sobie wyobrażam, co ugotuję, ale to już jest wyzwanie za poważne jak na warunki bycia masowanym, więc wracam do świadomego oddychania i kulinarnych fantazji.

Dlaczego profesjonalny masaż jest taki ważny? Bo ma niezliczone, pozytywne skutki dla naszego ciała, psychiki i ułatwia osiągnięcie dobrostanu. Wymienię najważniejsze zyski z nim związane.

Masaż czyni cuda

Masaż łagodzi objawy obniżonego nastroju, pomaga w leczeniu depresji i niepokojów, ułatwia redukcję stresu. Dzieje się tak dlatego, że masowanie obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu) w naszym ciele. Co więcej, wzmaga produkcję serotoniny i dopaminy. Wiecie, co tak jeszcze działa? Seks oczywiście. Od masażu i od seksu, nasze ciało czuje się zrelaksowane, odprężone, poprawia nam się cyrkulacja krwi, łatwiej wydalamy toksyny. Masaż na dłuższy czas obniża ciśnienie, wygładzają nam się rysy, a mięśnie dostają to, czego najbardziej potrzebują, uwolnienie od napięć.

Masaż łagodzi chroniczne bóle i wspomaga terapie kręgosłupa i stawów. Masaż medyczny może być oczywiście częścią leczenia, ale nawet relaksacyjny pozwala poczuć się lepiej. Zarówno przy przewlekłych chorobach, jak i w czasie większej zapadalności na infekcje, masaż jest bezcenny, ponieważ aktywizuje nasz system odpornościowy.

Nasz mózg też czuje się zdrowszy. W czasie masażu dajemy mu odpocząć osiągając fale Alfa, takie jak przy indukowanym relaksie. Cichnie szum w naszej głowie, nieustanny monolog słabnie. Po kwadransie masażu głowy będziemy znacznie bardziej skupieni i skoncentrowani. Badania dowodzą, że nawet zadania matematyczne idą łatwiej tym, którzy przed testem mieli zrobiony masaż głowy. Mózg w czasie masażu relaksuje się na tyle, że śpimy mocniej i głębiej.

Gra wstępna

Masaż pomaga na seks. A jakżeby inaczej. Pomaga na poziomie czysto fizycznym oraz psychicznym. Ponieważ stres (czyli nierozładowana reakcja na zagrożenie) gromadzi się w naszym ciele w postaci napięć i przykurczy, masaż ma niezliczone zasługi w uwalnianiu tego napięcia. Przywrócone do normalności mięśnie pozwalają nam naprawdę poczuć nasze ciało (spróbujcie się uszczypnąć, jak macie napięte mięśnie, sami zobaczycie, że prawie nic nie czuć). Ciało, które czujemy i z którym mamy kontakt jest gotowe na doświadczanie seksu. Jak już się rzekło, obniżenie poziomu kortyzolu, które odbywa się w czasie masażu, także dobrze działa na poprawę naszego życia seksualnego. Na poziomie psychicznym masaż przywraca emocjonalny kontakt z ciałem, wspomaga leczenie traum przez poznanie dobrego, bezpiecznego dotyku, wzmacnia odczuwanie zmysłowe i pozwala poznawać reakcje ciała w sytuacjach nieseksualnych. A nade wszystko jest rozkoszny, przyjemny i otwierający, co jest wspaniałym wstępem do nauki rozkosznego, przyjemnego i otwierającego seksu. Jeżeli wystarcza wam powodów, już dziś zapiszcie się na dobry, profesjonalny masaż.