1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach rozwiniętych rak prostaty przewodzi w niechlubnym rankingu zagrożeń nowotworowych wśród mężczyzn. Dobra informacja jest taka, że prawidłowo zdiagnozowany ma bardzo wysoką wyleczalność. O nowoczesne metody leczenia pytamy urologa dr Pawła Salwę. 

Dzięki rozwojowi nauk medycznych wszyscy żyjemy dłużej. To jednak stawia przed medycyną kolejne wyzwania, ponieważ pojawia się więcej przypadków chorób związanych ze starszym wiekiem. Wiek wskazywany jest jako jeden z czynników ryzyka m.in. raka prostaty. Dopiero od niedawna głośno o nim mówimy, a jak się okazuje, to bardzo powszechna choroba.

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. To może wynikać z tego, że Polacy mniej się badają, co zmienia statystyki, ale niekoniecznie oznacza, że zachorowań jest rzeczywiście mniej niż na Zachodzie.

Rak prostaty to bardzo niejednolita choroba, bo choć wszystkie postacie są złośliwe, to na bardzo różnym poziomie. Pojawiają się więc opinie, że z tą chorobą można żyć. I rzeczywiście dla mocno starszego pacjenta, który skarży się na wiele innych poważnych problemów zdrowotnych, niewielki rak prostaty może mieć mniejsze znaczenie. Ale zupełnie w innej sytuacji jest na przykład sześćdziesięcioletni mężczyzna, przed którym jeszcze wiele lat życia. Ważne jest więc, żeby wykryć raka na etapie, gdy możemy go skutecznie leczyć, i to w najmniej inwazyjny sposób, a dziś mamy metody, które gwarantują zachowanie dobrej jakości życia na długo po leczeniu. Jeżeli chodzi o czynniki ryzyka wystąpienia raka prostaty to naukowo udowodnione są dwa: wiek oraz występowanie tej choroby w rodzinie.

Dlaczego ryzyko zachorowania wzrasta z wiekiem?
Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wystąpienie choroby wiąże się z funkcjonowaniem gruczołów płciowych, które są stworzone do współdziałania przy reprodukcji. Kiedy okres reprodukcyjny się kończy, załóżmy około 40. roku życia, to te narządy nie są używane w pełni zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W efekcie może dojść do zmian nowotworowych, ale jako lekarze nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnej przyczyny zachorowania. Oczywiście do tego prowadzą pewne mutacje genetyczne, ale nie wiemy, dlaczego w pewnym wieku do nich dochodzi. Pojawia się wiele hipotez, na przykład ta związana z liczbą wytrysków (bo z wiekiem mężczyzna ma mniej wytrysków) i wydzieliną, która zalega w narządzie, co ma wywoływać nieprawidłowy profil substancji chemicznych. Ale to bardzo skomplikowane zagadnienia, jeszcze niesprawdzone naukowo... Wiemy tylko, że z wiekiem ryzyko rośnie i nie mamy metod skutecznej profilaktyki.

Jako drugi czynnik ryzyka zachorowania na raka prostaty wskazał pan przyczyny genetyczne. Czy możemy powiedzieć, na ile zwiększa on ryzyko zachorowania?
Choroba w rodzinie kilkakrotnie zwiększa ryzyko zachorowania u męskiego potomka. Współczynnik zmienia się w zależności od stopnia pokrewieństwa, ale ryzyko jest znaczne. Choroba może też pojawić się wcześniej. Sam mam pacjentów poniżej 40. roku życia. Przypadki zachorowań w młodym wieku są zresztą bardziej agresywne.

W ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania genetyczne. Można dzięki takim badaniom wykryć skłonność do zachorowania na raka prostaty?
Faktycznie, te badania idą do przodu. To może być przydatna wiedza, ale trzeba być ostrożnym w interpretacji, ponieważ za zachorowanie nie odpowiada jeden gen – jak BRCA 1 i 2 w przypadku raka jajnika czy raka piersi, który notabene również podwyższa ryzyko zachorowania na raka prostaty – lecz pewien zespół genów. A z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci, którzy dowiadują się o podobnych predyspozycjach, żyją od tego momentu z pewnego rodzaju piętnem. Skutki psychologiczne takiej wiedzy są dość ciężkie. Osobiście uważam, że ważne jest to, co dzieje się tu i teraz.

Skoro mówimy o psychologii, to na ile pańskim zdaniem diagnoza raka prostaty wpływa na psychikę mężczyzn?
Na pewno zależy to od typu człowieka, ale sądzę, że generalnie dotyka ich dużo mocniej niż inne choroby, i to bardziej niż chcieliby się przyznawać, bo to choroba w obszarze narządów płciowych, co dodaje jej w opinii publicznej element tabu. Jako lekarze pracujemy nad zmianą tego odbioru, bo bardzo przeszkadza w leczeniu. Mężczyźni wstydzą się mówić o raku prostaty, a dodatkowo wizja powikłań funkcjonalnych, czyli nietrzymania moczu i braku erekcji, wywołuje dużą presję i lęk u pacjentów. Ten lęk jest uzasadniony o tyle, że starsze metody leczenia, takie jak operacja otwarta czy laparoskopowa, rzeczywiście często prowadziły do takich zaburzeń. A one bardzo dotykają mężczyzn – i fizycznie, i psychicznie.

Jacy mężczyźni zgłaszają się do pana po diagnozę?
Najczęściej ci, którzy dowiedzieli się o raku prostaty od innych mężczyzn z podobnym problemem i leczyli się u mnie lub u innych kolegów. Oni są już odpowiednio uświadomieni i działają trochę jak ambasadorowie. Zawsze proszę pacjentów, żeby zachęcali do badań kolegów. Niech to nie będzie temat tabu ani wstydliwy. Dziś mamy już możliwość dobrej diagnostyki, świat nie kończy się na badaniu PSA ani badaniu palcem. Metodą, która nam najbardziej pomaga, jest rezonans magnetyczny prostaty. To pozwala lepiej wykryć nowotwór, a potem lepiej go zoperować.

Na czym polega profilaktyka?
Nie ma udowodnionych metod skutecznej profilaktyki raka prostaty. Na pewno na zdrowie, a więc i na mniejszą zachorowalność na tę chorobę, dobrze wpływa zdrowy styl życia, czyli choćby odżywianie i ruch, ale nie da się jeszcze tego skwantyfikować i w sposób odpowiedzialny stwierdzić, jakie konkretnie działanie i w ilu procentach zmniejsza ryzyko zachorowania.

Dużą popularnością cieszą się pewne szwedzkie badania, z których wynika, że pięć wytrysków tygodniowo zmniejsza ryzyko zachorowania o 20 proc. Pięć wytrysków w prawdziwym życiu to więcej niż średnia, a jeszcze każdy tydzień z gorszym wynikiem załamuje statystykę, a z drugiej strony – redukcja o 20 proc. nadal oznacza wysokie ryzyko.

Znalazłam informacje w „The Journal of Epidemiology” z 2001 roku o badaniach przeprowadzonych w Waszyngtonie na grupie mężczyzn ze zdiagnozowanym nowotworem prostaty w wieku od 40 do 64 lat, których pytano o liczbę dotychczasowych partnerek seksualnych. Ci, którzy deklarowali współżycie z ponad 30 partnerkami, mieli bardziej agresywną formę raka.
Badania epidemiologiczne są bardzo trudne do interpretacji. W przytoczonym przypadku można by doszukiwać się przyczyny zachorowania w zakażeniu wirusowym, bo choć przy prostacie nie udowodniono dotychczas istnienia takiego czynnika, to jest on wyobrażalny, a przy takiej liczbie partnerek ryzyko jest wyższe... Jeszcze inny trop – skoro pacjenci mieli wiele partnerek, to mieli duży popęd, czyli wysoki testosteron, a o raku prostaty mówimy, że karmi się testosteronem... Być może określone zachowanie przyczynia się do wystąpienia choroby, ale związek przyczynowo-skutkowy nie został udowodniony, więc traktowałbym taką wiedzę w kategoriach ciekawostki, zwłaszcza że przy dzisiejszym rozwoju nauk medycznych 2001 rok to zamierzchła przeszłość. Najważniejsze jest wczesne wykrycie, bo to pozwala na skuteczne leczenie, gwarantujące dobrą jakość życia później.

Kiedy najlepiej zgłosić się do lekarza na badania kontrolne?
Jeśli w rodzinie były zachorowania, to dobrze jest zbadać się w wieku 45, a nawet 40 lat, a w każdym przypadku nie później niż w wieku 50 lat. Badanie jest wskazane także wtedy, gdy pojawią się jakieś dolegliwości ze strony układu moczowego, takie jak np. problemy z oddawaniem moczu, które same w sobie mogą być efektem łagodnego rozrostu prostaty, a nie raka. Jednak jedno drugiego nie wyklucza, więc dobrze wykorzystać wizytę u urologa, żeby się przebadać.

Jak często należy powtarzać badania?
To zależy od wyniku. Jeżeli jest rewelacyjny, to można kontrolować stan prostaty raz na pięć lat, ale generalnie warto badać poziom PSA częściej, na przykład przy okazji innych badań kontrolnych albo okresowych. Norma różni się w zależności od wieku, ale ogólnie mówi się, że wynik powyżej 4 nanogramów na mililitr jest patologiczny i wymaga, żeby zająć się problemem.

A co powinno być sygnałem alarmowym?
Rak prostaty nie daje spektakularnych objawów, w przypadku 90 proc. diagnoz pacjenci czuli się doskonale... Jeżeli ktoś ma objawy, to może mówić o szczęściu, bo choroba nie rozwija się w sposób ukryty. Do lekarza powinny zawsze skierować nas ostre objawy urologiczne, ślady krwi w moczu lub nasieniu, które mogą świadczyć też o raku pęcherza. Badanie PSA i wizyta u urologa pozwalają wykryć chorobę na wiele lat przed objawami. Dobrze zdiagnozowany rak prostaty ma wysoką wyleczalność, nawet jeśli jest to postać agresywna.

Na czym polegają obecne metody leczenia raka prostaty?
Obowiązują dwie główne metody: leczenie operacyjne i radioterapia. Jako urolog wolę wypowiadać się na temat metod operacyjnych. Operacyjne usunięcie nowotworu polega na usunięciu całej prostaty wraz z nowotworem. Przy okazji usuwa się również pęcherzyki nasienne, a niekiedy także węzły chłonne odpowiedzialne za prostatę. To zależy od stopnia agresywności nowotworu. Prostatektomia otwarta, czyli operacja skalpelem, jest znana od ponad 100 lat. Metoda została oczywiście przez lata ulepszona, ale idea pozostała bez zmian. Jej rozwinięciem jest laparoskopia, stosowana od około 30 lat. To technika mniej inwazyjna, ale trudna. Opiera się na zastosowaniu prostych zminiaturyzowanych narzędzi na długich wysięgnikach. Najnowszą metodą, która święci triumfy od kilkunastu lat, jest metoda robotyczna da Vinci. To doskonałe narzędzie, które pozwala na przeprowadzenie operacji pod powiększeniem dziesięcio- czy dwudziestokrotnym, gdy usuwa się chorą tkankę, a zostawia tę pożądaną, odpowiedzialną za trzymanie moczu i erekcję. Jednak trzeba podkreślić, a dowodzą tego wyniki badań, że to nie robot gwarantuje sukces, tylko doświadczony operator, czyli taki, który przeprowadził ponad 500 operacji. Tak zwana krzywa uczenia jest bardzo długa i te 500 operacji oznacza wiele lat nauki pod opieką mentora, który wprowadza w tajniki metody.

Jak przebiega rehabilitacja?
W przypadku zastosowania metody da Vinci pacjent wychodzi ze szpitala po trzech, czterech dniach po operacji i może już normalnie funkcjonować: prowadzić samochód, chodzić, prowadzić aktywność fizyczną. Zalecamy jednak sześć tygodni „oszczędzania się”, co oznacza m.in. powstrzymanie się od jazdy na rowerze, na nartach, gry w tenisa, chodzenia do sauny czy dźwigania ciężarów przekraczających 10 kg. Prawidłowe leczenie pozwala w większości przypadków przeżyć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat od diagnozy, czyli tyle, ile wynosi oczekiwana długość życia, tak jak gdyby raka nie było.

Jak wykryć nowotwór prostaty?

  • Badanie PSA (ang. prostate specific antigen): proste badanie polegające na pobraniu krwi i oznaczeniu w nim stężenia PSA.
  • Badanie per rectum: jest wykonywane na leżąco przez odbyt, lekarz delikatnie bada palcem okolicę, w której znajduje się prostata.
  • Rezonans magnetyczny: urządzenie przypomina wyglądem tomograf komputerowy. Pacjent leży na ruchomym stoliku, który wjeżdża i wyjeżdza z „tuby” rezonansu. Badanie trwa ok. 40 minut, w jego trakcie podawany jest kontrast przez dostęp do żyły.
Dr Paweł Salwa ekspert urologii robotycznej, ordynator Kliniki Urologii w Medicover Warszawa. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Czy mężczyźni potrafią rozmawiać o seksie?

Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. (Fot. iStock)
Szczera rozmowa o seksie zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca, przed kolegą, który jest też rywalem – mówi psycholog i seksuolog dr Marek Jasiński.

Poprzednio o seksie rozmawiałem z kobietą, co wydawało mi się jakoś naturalne. A teraz czuję się niezręcznie, trochę jak hipopotam. Nie przypadkiem będziemy rozważać, dlaczego mężczyźnie z innym mężczyzną o seksie rozmawiać tak niezręcznie?
Nie jest naszym przywilejem czy cechą nas wyróżniającą dzielenie się wrażeniami, odczuciami, poruszeniami duszy. Mężczyzna w tradycji bardziej działał, niż mówił, bardziej zdobywał, niż się dzielił; refleksja nad stanem duszy i ciała to nie jest jego specjalność. Sięgając w przeszłość – człowiek pierwotny, oczywiście ten płci męskiej, musiał być skoncentrowany na działaniu, nie miał czasu na refleksje. To groziło utratą zdobyczy albo nawet własnego życia.

Konieczna była gruba skóra, by przetrwać, gdy macierzyństwo z natury musi być miękkie. Tu mieszka źródło każdej czułości. A do serdecznej rozmowy o intymnych sprawach potrzebna jest czułość. Dlatego kobiecie z kobietą jakby łatwiej...
Miękkość, czułość, tkliwość – to cechy pożądane u mężczyzny, ale w sytuacji kiedy potrafi zaspokoić kobietę w zakresie „bycia mężczyzną”, a więc zapewnić rodzinie odpowiedni byt, poczucie bezpieczeństwa, zadbać o fundamenty domu. Wtedy może spokojnie ożywić w sobie drzemiące pokłady kobiecości. I może znaleźć czas na intymne rozmowy.

Rola domu rodziców w seksualnym wychowaniu chłopca?
Kiedy prowadziłem badania, to rodzina była zawsze na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o informacje o seksie...

Teraz jest Internet, telewizja, poradniki bezwstydne. I wszystko tak szybko się zmienia. Też zmienia się nasza osobowość, płci się zbliżają. Dla mnie jest oczywiste, że dzisiaj kobiety są bardziej męskie, zaś mężczyźni kobiecy. I że to stała tendencja...
Tak, zacierają się role i nie istnieje już ścisły podział na to, co męskie, a co kobiece. Ma to duży wpływ na funkcjonowanie par, gdyż wymaga adaptacji do nowych warunków obcowania ze sobą. I wcale nie ułatwia mężczyznom pełnej identyfikacji z rolą seksualną. Wielu mężczyzn ma tendencje do ucieczki, stosuje autokastrację jako sposób unikania niepowodzeń w spełnianiu coraz bardziej wygórowanych oczekiwań kobiet.

Autokastracja… Jezus Maria, na czym to polega?
Mężczyzna rezygnuje bądź anuluje swoją potencję seksualną, by obronić się przed wymaganiami seksualnymi kobiety. Woli od razu ujawnić przed kobietą, że ma problemy z seksem, niż zostać negatywnie oceniony.

Zawsze było mi łatwiej o intymnych sprawach rozmawiać z kobietą niż z mężczyzną – nie mówię o partnerce, to co innego – ale ze znajomą lub nawet z nieznajomą. Ma to coś z flirtu i wydaje się naturalne. Czy ma pan podobne osobiste doświadczenia, oczywiście poza terapią?
Rozmowa z mężczyzną o intymnościach często zahacza o preferencje seksualne. Oczywiście, nie musi tak być, ale gdzieś w tle w niejednym mężczyźnie mogą powstać takie obawy. Jeszcze rozmowa o parametrach, osiągach seksualnych przystoi, ale już elementy czułości czy tkliwości nie mieszczą się w repertuarze tzw. normalnego faceta.

Pytałem o pana osobiste doświadczenia, a pan mi ucieka… A przecież to intymność zupełnie anonimowa, gdy chodzi o innych. Pan zapewne teraz powie, że terapeuta nie powinien...
Chcę decydować o tym, komu się będę zwierzał ze swojej intymności, i nie jest to związane z blokadą. Prawdą jest natomiast, że jako terapeuta psychoanalityk powinienem jak najmniej ujawniać siebie, a szczególnie nie epatować swoją seksualnością. I nie ma tu znaczenia płeć. Znam też kobiety, które w ogóle nie potrafią w sposób szczery i komunikatywny dzielić się swoimi odczuciami intymnymi.

Ale o ileż częściej i łatwiej one mówią niż faceci. Mężczyzna z mężczyzną o seksie pomilczy lub poświntuszy. Znamienne jest to męskie świntuszenie jako zastępcza forma rozmowy, grube dowcipasy, chamskie, wulgarne opowieści. Nieraz tak zachowują się nawet ci, dla których seks nie jest pozbawiony uczuć. Nie potrafią o tym mówić, brak im słów, nie ma tradycji...
Kiedy zaczynałem pracować w Zakładzie Seksuologii i Patologii Więzi Międzyludzkich w Warszawie, większość moich męskich pacjentów nie była w stanie powiedzieć, na czym polega ich seksualny problem. A problem był. Opisywali jakieś szczegóły techniczne, nie jak się z tym czują, co przeżywają i co czują ich partnerki... Z mojej praktyki seksuologicznej pamiętam, że dla mężczyzn musieliśmy stwarzać szczególnie dobre warunki w zakresie poczucia bezpieczeństwa. Musieli mieć pewność, że nie zostaną skrytykowani, upokorzeni, że nie będzie z mojej strony drwin. Więc zawsze był potrzebny czas na oswojenie. Potem otwierali się, tylko często brakowało słów na wyrażenie złożoności odczuć seksualnych. Tu już wychodziły braki wychowawcze i nawet najlepsza atmosfera nic w tym zakresie nie zmieniała.

Ale nastał nam Internet, co ułatwia intymną rozmowę o wszystkim.
Anonimowość jest tu ważna.

Jednak sprzyja też chamstwu i wulgarności.
Ponieważ anonimowość to też bezkarność. Ale może być również szansą, by ujawnić, co w nas miękkie i subtelne. Mężczyźni i kobiety korzystają często z Internetu, by pokazać się z możliwe dobrej strony. Robią to najczęściej mężczyźni z poczuciem niższości. Udają kogoś, kim chcieliby być. Choć na chwilę mogą wcielić się w postać, za którą tęsknią, ale której nie zdołaliby ujawnić w życiu codziennym. Można jednak przy okazji pokazać to, co miękkie i ukryte, a w Internecie to bezpieczne. Mężczyzna tradycyjnie jest nastawiony na walkę i na konkurencję, często boi się, że ktoś wykorzysta jego słabość, szczególnie tam, gdzie walka ma źródło pierwotne, czyli właśnie w seksie. Nie przypadkiem w wieku dorastania chłopcy chwalą się sukcesami, zwłaszcza w seksie. Kto lepszy. A przynajmniej kto nie gorszy. To jest istotą ich rozmów, a nie dzielenie się słabościami, problemami. Sądzą, że byłoby to ryzykowne...

Wielki jest lęk przed wyśmianiem. Szczególnie w tak delikatnej materii jak choćby problemy z erekcją, co zdarza się czasami na początku... ze strachu. Dla młodych ważne, by mieć zaliczony ten pierwszy raz. Nikt tu nie chce być gorszy. I wiele nieszczęść wynika z tego gorączkowego pośpiechu. I z poczucia, że inni już tak, a ja nie. Ciągle jednak łatwiej mi sobie wyobrazić, że dziewczęta zwierzają się sobie: „jeszcze nie miałam chłopaka...”. W świecie chłopców taka rozmowa jest nie do pomyślenia. Bo jak nie miałem jeszcze dziewczyny, to jestem fujara, i już...
To prawda, obserwujemy coraz większe zacieranie się różnic między płciami. Nie ma praktycznie czegoś takiego, co wypada chłopakowi, a nie wypada dziewczynie. Ale nadal chłopcom strasznie trudno przyznać się do porażki, niedomogi seksualnej, braku posiadania dziewczyny. W świecie męskim obowiązuje konkurencja, rywalizacja, a przyznanie się do słabości, roztkliwianie się nad sobą to oddawanie pola innym samcom. Powiedzmy jasno: mężczyźni w ogóle mają problemy, by mówić o emocjach. A o seksie najchętniej mówią w kategoriach technicznych. Myślenie o zbliżeniu plasuje się w kategorii sukcesu lub porażki. Dać orgazm kobiecie, nie myśląc nawet o swojej przyjemności, to jakby przejmować nad nią władzę, dowartościowywać się w roli męskiej. Mam pacjenta, który posiada wielkie wyobrażenie o swej potencji seksualnej, ale tego nie realizuje. Ze strachu, a nuż nie wyjdzie. Boi się weryfikacji, konfrontacji z własnym wyobrażeniem o swojej ogromnej potencji. Bezpieczniej gromadzić możliwości, sprawdzian to ryzyko ujawnienia, że nie jestem wcale taki dobry, jak o sobie myślę... Mężczyźni lubią budować dla siebie wizję supersamca o superpotencji, bez możliwości konfrontacji. Szczera rozmowa to też mogłaby być dekonspiracja.

To jasne, że im więcej fikcji w seksie, tym trudniejsza szczera, intymna rozmowa.
Szczera rozmowa zmuszałaby wielu mężczyzn do ujawnienia prawdy o sobie, więc posługując się umiejętnościami aktorskimi, zatajają prawdę albo szybko przechodzą na inny temat, bo nie czują się na siłach, by odgrywać rolę supersamca przed kolegą, który jest też rywalem.

Nigdy nie ufałem tym, którzy o seksie dużo gadają i przechwalają się – ta rycząca krowa też nigdy za wiele mleka nie daje...
O tak, często takie gadulstwo w seksie to pozorna łatwość w poruszaniu tych zagadnień. Dużo mówię, więc jestem swobodny i nie mam kompleksów. Oczywiście, to często fasada skrywająca nieśmiałość czy erotyczną niemoc. Nie bez powodu utarło się powiedzenie: erotoman gawędziarz, na określenie faceta, który jedynie przechwala się, a w konkretnym działaniu jest bardzo nieporadny i wycofany.

A byłoby naturalne i zdrowe, gdyby młodzi mężczyźni ze sobą rozmawiali o seksie, dzielili się doświadczeniami, obawami. O tym jednak nie ma mowy. Brak tu też tradycji. Ale widzę również inny problem – źle, jeśli mówi się za łatwo o seksie – jak o sporcie czy jedzeniu. Gdzie tu uczucia? One z kolei bywają zbyt intymne, by je ujawniać znajomemu, one umierają wyjęte z tajemnicy. Trudno więc o nich mówić, ale też niedobrze zupełnie milczeć...
Czasami seks wyrażany w słowach i gestach przez mężczyzn jest strywializowany, pozbawiony otoczki emocjonalnej, bardzo powierzchowny. A oceniamy ludzi zwykle po tym, jak się wyrażają, w jaki sposób ujawniają i opisują uczucia – tu wielu mężczyzn nie zdaje egzaminu. Ale należy pamiętać, że nie jest to jednoznaczne z płytkością życia uczuciowego mężczyzn. To byłoby uproszczenie.

Marek Jasiński doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii. Posiada m.in. międzynarodowy certyfikat psychoanalityka wydany przez IPA (International Psychoanalytical Association) oraz certyfikat seksuologa klinicznego. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się wokół zagadnień psychoanalizy i seksuologii, a w szczególności obejmują problematykę patologii więzi międzyludzkich, problemów tożsamości płciowej i psychoterapii.

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

  1. Zdrowie

Szparagi - ruszył sezon

Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi są zdrowe, niskokaloryczne i koją nerwy. Sezon na nie trwa krótko, nie przegap go!

Pierwsze szparagi pojawiają się na warzywnych straganach już na początku marca. Przyjeżdżają do Polski z południowej Europy. Jednak prawdziwi smakosze czekają na zbiory lokalne - bo dobre szparagi, to świeże szparagi, czyli takie, które nie musiały jechać tysięcy kilometrów.

Jak gotować szparagi?

W Polsce nie ma silnych tradycji jedzenia szparagów, ale z roku na rok rośnie liczba gospodarstw, uprawiających zielone i białe pędy. Ich wielbiciele, oprócz walorów smakowych, doceniają fakt, że rośliny te są niezwykle proste w obsłudze. Zwłaszcza zielone, których nie trzeba obierać. Wystarczy opłukać i odłamać zdrewniałą końcówkę. Najlepiej gotować je na stojąco w lekko osolonej wodzie. Chodzi o to, żeby nie rozgotować i nie uszkodzić główki - najdelikatniejszej i najpyszniejszej części szparaga. Ugotowane szparagi podaje się z sosem holenderskim. Można też polać je masłem zasmażonym z bułką tartą.

Jeśli trafisz na cieniutkie zielone szparagi, usmaż je na grillowej patelni. Umyte i osuszone pędy wystarczy lekko skropić oliwą i przytrzymać na patelni do lekkiego zarumienienia z dwóch stron. Potem trzeba je lekko posolić. Można też  posypać parmezanem. Szparagi z patelni mają niezwykle intensywny smak – bardziej "szparagowy" niż te z wody. A do tego są przyjemnie chrupkie i mają ładny kolor.

Można też szparagi upiec. Wystarczy rozłożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, skropić oliwą i wsadzić do piekarnika  rozgrzanego do 210 stopi C. na 10 min.

Dlaczego warto jeść szparagi?

  • Bo to witaminowa bomba. Szparagi są cennym źródłem kwasu foliowego, bez którego nasz układ nerwowy nie działa poprawnie. Prawidłowy poziom kwasu foliowego oraz witaminy B12, poprawia naszą sprawność umysłową oraz szybkości reakcji. Wystarczy zjeść 10 szparagów, by zapewnić organizmowi dzienną dawkę witaminy K, niezbędnej do prawidłowej absorpcji wapnia w kościach. Poza tym zielone i białe pędy pełne są witamin z grupy C, E  i B oraz beta-karotenu, potasu, sodu, żelaza, fluoru, wapnia, magnezu, fosforu.
  • Odtruwają i poprawiają urodę. Szparagi zawierają wiele przeciwutleniaczy, które usuwają z organizmu nadmiar wolnych rodników, chroniąc przed infekcjami, chorobami i przedwczesnym starzeniem. Pełno w nich asparaginy o działaniu moczopędnym. Składnik ten wspomaga pracę nerek - dzięki niej organizm szybciej pozbywa się z organizmu nadmiaru płynów, soli i toksyn. Dodatkowo asparagina obniża ciśnienie tętnicze, rozszerza naczynia krwionośne i usprawnia pracę serca.
  • Pomagają w odchudzaniu. W 100 g szparagów jest zaledwie 20 kcal i aż 2,1 g błonnika, który zapewnia uczucie sytości i reguluje trawienie.
  • Zachęcają do miłości. Już od starożytności falliczny kształt tego warzywa prowokował myśli i wzmagał popęd seksualny. Dziś znamy kilka naukowych faktów, które potwierdzają, że szparagi są afrodyzjakami. Wszystko za sprawą mieszanki odpowiednich witamin i pierwiastków wzmagających libido oraz fitoestrogenów, działających podobnie jak estrogen – jeden z żeńskich hormonów.
 

  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Styl Życia

Zasady zdrowego stylu życia. Rozmowa z Mariolą Bojarską-Ferenc

- Jeśli ktoś chce uchodzić za osobę zadbaną, to aktywność fizyczna powinna być częścią jego stylu życia, podobnie jak dbałość o jakość odżywiania, radzenie sobie ze stresem, umiejętność odpoczynku i zabawy - mówi Mariola Bojarska-Ferenc. (Fot. iStock)
- Jeśli ktoś chce uchodzić za osobę zadbaną, to aktywność fizyczna powinna być częścią jego stylu życia, podobnie jak dbałość o jakość odżywiania, radzenie sobie ze stresem, umiejętność odpoczynku i zabawy - mówi Mariola Bojarska-Ferenc. (Fot. iStock)
Aktywność fizyczna i zbilansowana dieta przekładają się nie tylko na jakość życia, ale mają też wpływ na nasze relacje z innymi ludźmi. O sztuce dobrego odżywiania opowiada Mariola Bojarska-Ferenc.

Artykuł archiwalny. 

Spopularyzowała pani w Polsce około 200 form aktywności, m.in. aerobik, callanetics, pilates. Dziś mamy tych form jeszcze więcej. Czym się kierować przy wyborze najlepszej dla nas?
Jeśli ktoś chce uchodzić za osobę zadbaną, to aktywność fizyczna powinna być częścią jego stylu życia, podobnie jak dbałość o jakość odżywiania, radzenie sobie ze stresem, umiejętność odpoczynku i zabawy. To wszystko ma wpływ na naszą karierę i na relacje z innymi ludźmi. Człowiek czuje się wtedy pewniejszy siebie, zdrowo wygląda, jest pod każdym względem zadowolony. Ruch, do którego zachęcam od ponad 25 lat, jest niezwykle ważny, a jego forma powinna być dopasowana do naszego trybu życia, temperamentu, sylwetki czy koordynacji ruchowej. Jeśli ktoś lubi tańczyć, niech tańczy, nie każdy musi iść na siłownię. Przyjemność, której dostarcza dany rodzaj aktywności, jest ważna, bo tym chętniej coś robimy, im bardziej to lubimy. Każdy z nas jest inny i nie ma jednej metody dobrej dla wszystkich. Dobry trener potrafi zaserwować taki zestaw ćwiczeń swojej klientce, który jej posłuży i będzie dla niej najlepszy. Nie bójmy się też pytać trenerów o ich kwalifikacje, tu przecież chodzi o nasze zdrowie. Źle dobrane ćwiczenia mogą doprowadzić do kontuzji i spowodować trwałe szkody w organizmie.

Optymalny dla nas sposób odżywiania plus ruch i odpoczynek – to niezawodny sposób na zdrowe i piękne ciało?
Sposób odżywiania rzeczywiście jest niezwykle istotny, by utrzymać prawidłową wagę, ale i dobrą formę psychiczną, a także koncentrację uwagi. Zdrowa dieta pełni rolę prewencyjną – zapobiega wielu dolegliwościom i schorzeniom. W Polsce nadal jeszcze stawia się na leczenie dolegliwości, podczas gdy na świecie stara się im zapobiegać. Właśnie poprzez prawidłowe odżywianie i ruch. Świadomi ludzie myślą o spożywaniu właściwych produktów, zanim pojawią się symptomy choroby. Kształtują zdrowe nawyki także u swoich dzieci. W dłuższej perspektywie to się bardzo opłaca, bo pozwala zadbać o zdrowie od najmłodszych lat, poznać swój organizm i nie martwić się o dietę i ruch, gdy zaskoczy nas choroba, np. nadciśnienie czy cukrzyca.

To, co jemy, wpływa też na nasze samopoczucie i wygląd.
Wszystko odbija się na wyglądzie, także stres – zestresowaną osobę od razu poznajemy po mimice twarzy, przygarbionej sylwetce. Natomiast ktoś, kto czuje się ze sobą dobrze – jest wyprostowany, uśmiechnięty, pewny siebie, życzliwy, ma pozytywne nastawienie do świata.

Jak dobierać składniki, by nas odżywiały, wzmacniały?
Jest teraz taka metoda do zastosowania od zaraz – promuję ją też w mojej książce „Sztuka dobrego życia” – posługująca się wskaźnikiem gęstości energetycznej i odżywczej posiłku. Chodzi o nagromadzenie witamin i minerałów w produkcie na 100 gramów. Im więcej tych odżywczych składników, tym większa gęstość odżywcza, a im mniej cukru i tłuszczu, a więcej błonnika i wody – tym mniejsza gęstość energetyczna. Do takich produktów należą: warzywa, owoce, chude ryby, chude mięsa, jajka, mleko i napoje mleczne. Ważny jest błonnik w diecie – im większa jego zawartość w posiłku, tym większe poczucie sytości – to jest istotne zwłaszcza dla tych osób, które lubią podjadać między posiłkami i odżywiają się nieregularnie. Trzeba wybierać produkty o niskiej gęstości energetycznej, a wysokiej gęstości odżywczej, bo to zapobiega otyłości, cukrzycy, wzmacnia odporność organizmu i koncentrację.

Przyzna pani, że można się pogubić – tu tabele kaloryczne, tam indeks glikemiczny, teraz jeszcze gęstość odżywcza i energetyczna. Czy można to jakoś uprościć do kilku zasad?
Bardzo proszę. Generalnie chodzi o to, że aby organizm był syty, żołądek musi być wypełniony do końca. Przyjmijmy, że żołądek jest wielkości wysokiej szklanki, która przede mną teraz stoi – jeśli ktoś zje plasterek tłustego boczku i nic więcej, bo policzy, że spożył właśnie 300 czy więcej kilokalorii na kolację, to dalej będzie głodny. Ale jeśli zje 300 kilokalorii w postaci sałaty z pomidorami i np. łososiem, to zapełni żołądek i ten, wypełniony po brzegi, nie będzie domagał się więcej. To chyba najrozsądniejszy sposób jedzenia w dzisiejszych czasach, tak żywią się Japończycy. Można zjeść dużo, ale mądrze dobranych produktów. Zimą zamiast sałaty mogą być gotowane warzywa – chodzi o to, by były to produkty lekkie, bez dużej ilości tłuszczu, i takie, które wypełniają żołądek do końca.

Jak komponować poszczególne posiłki, czyli co jeść na obiad, a co na kolację?
Trzy czwarte talerza – nieważne, czy jest to obiad, śniadanie czy kolacja – powinny zajmować warzywa. Im bardziej kolorowo, tym lepiej – niektórzy zastanawiają się, czy dostarczają organizmowi wszelkich potrzebnych składników, jakie witaminy są w papryce, jakie w pomidorze – więc prosta zasada jest taka: im więcej kolorów na talerzu, tym więcej witamin sobie dostarczamy. Jedną czwartą talerza przeznaczamy na białko – może to być chude mięso, ryba lub warzywa strączkowe. Ja jestem za rybami, uważam, że Polacy za mało ich jedzą. A zawierają one niezwykle cenne dla naszego zdrowia i urody kwasy omega-3. Mało też jemy białka roślinnego, a to również cenne źródło białka. Trzecia prosta zasada to: jeść powoli. Dopiero po 20 minutach dociera do mózgu sygnał, że jesteśmy najedzeni. Gdy przełykamy szybko, w pośpiechu, to się objadamy, i potem, gdy minie te 20 minut, już ciężko nam wstać od stołu i ruszyć gdzieś dalej do swoich zajęć. Przejedzenie powoduje spowolnienie pracy jelit, ospałość, zmniejsza koncentrację, spowalnia metabolizm, i w konsekwencji prowadzi do nadwagi.

A nadwaga do innych chorób. Dlatego kolejna zasada mówi, by jeść co trzy godziny.
Oczywiście, bo w ten sposób rozkręcamy nasz metabolizm. Żeby nie doprowadzać do spadku poziomu glukozy we krwi, warto co trzy godziny coś zjeść, ale to nie może być pięć dużych posiłków. Najlepiej jest skupić się głównie na śniadaniu, które powinno być największe, oraz na obiedzie i kolacji, a te dwa dodatkowe posiłki – przekąski – to np. jabłko, maliny albo jagody. Owoce o dużej gęstości odżywczej.

Często mówi się, że zdrowe jedzenie jest drogie. Z kolei tanie jedzenie nam szkodzi. Jak zatem znaleźć kompromis?
Tanie jedzenie przede wszystkim nam nie służy i powoduje wiele chorób. Jeśli tylko możemy, sięgajmy po produkty pełnowartościowe, z ekologicznymi certyfikatami. To inwestycja w siebie, przekłada się na nasze zdrowie, wygląd i samopoczucie. Jedzeniem można zapobiegać wielu dolegliwościom.

Nasze polskie największe błędy żywieniowe?
Główny grzech to nieregularność posiłków. Ciągle nam się wydaje, że można wyjść z domu bez śniadania i jakoś tam będzie. A jednak, by nie dochodziło do gwałtownych spadków i skoków glukozy w organizmie, powinniśmy coś zjeść w ciągu godziny od wstania z łóżka. Nasz organizm potrzebuje rano energii. Kolejny błąd to zbyt długie przerwy między posiłkami i „rzucanie” się potem na jedzenie. Jeśli już chcemy zjeść pieczywo, to wybierajmy pełnoziarniste, unikajmy pszenicy. Jemy też za mało warzyw, a błonnik jest bardzo potrzebny, wypełnia żołądek, syci na wiele godzin. To dobre rozwiązanie dla tych, którzy sporą część dnia spędzają w pracy.

Jaką rolę pełni w zdrowym odżywianiu woda?
Woda jest niezbędna, organizm ludzki składa się w sporej części właśnie z niej. Pijąc ją regularnie, wypłukujemy toksyny. Gdy dbamy o linię, szklanka wody przed posiłkiem sprawi, że mniej zjemy.

Z wiekiem zmienia się nasz metabolizm – w pewnym momencie zauważamy, że nawet jeśli jemy mniej, to i tak tyjemy.
Dojrzały człowiek nie potrzebuje tyle jeść, co młody. W młodości więcej się ruszamy, jesteśmy bardziej aktywni, mamy szybszy metabolizm. Łatwiej zużywamy tę energię. Przeciętna osoba w dojrzałym wieku potrzebuje więcej warzyw, błonnika i białka, a mniej węglowodanów i tłuszczów. Do tego dochodzą zaburzenia hormonalne – kobiety często mają niedoczynność tarczycy, cukrzycę, a w czasie klimakterium zmienia się także kształt ich sylwetki. Warto w wieku dojrzałym skonsultować się z dietetykiem.

Zatem, by utrzymać formę, zdrowie i sylwetkę, musimy z wiekiem coraz bardziej się starać?
No nie zjemy już bezkarnie pół tortu, jak 20 lat temu… Zrzucenie kilograma po pięćdziesiątce graniczy z cudem. Zwłaszcza jeśli tkankę tłuszczową hodowaliśmy latami. W ciągu miesiąca nie uda nam się tego nadmiaru zrzucić, a nawet jeśli, to też nie jest dobrze – bo to niezdrowo, a efekt jo-jo murowany. Zdrowe odżywianie należy łączyć z ruchem, bo wszystkie badania mówią, że jeśli odchudzamy się wyłącznie poprzez dietę, to waga powróci, ale to samo ze sportem – jeśli do ruchu nie włączymy diety, zrzucone kilogramy wrócą.

Sztuka dobrego życia do końca życia?
Właśnie tak. Program nie na chwilę, ale na lata. W Polsce dopiero się tego uczymy. Trzeba sobie powiedzieć, że po pierwsze – dla swojego zdrowia z pracy nad sobą nigdy nie rezygnuj, a po drugie – patrz po pierwsze!

Mariola Bojarska-Ferenc trenerka fitness, absolwentka Akademii Wychowania Fizycznego, autorka książek o zdrowym stylu życia, dziennikarka telewizyjna.