1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Meteoropatia - jak pogoda może wpływać na nasze zdrowie i samopoczucie?

Meteoropatia - jak pogoda może wpływać na nasze zdrowie i samopoczucie?

Ponad 60 proc. Polaków boleśnie odczuwa wahnięcia ciśnienia, przepychanki niżu z wyżem i gwałtowne zmiany temperatury. Jesteśmy meteoropatami. (Fot. iStock)
Ponad 60 proc. Polaków boleśnie odczuwa wahnięcia ciśnienia, przepychanki niżu z wyżem i gwałtowne zmiany temperatury. Jesteśmy meteoropatami. (Fot. iStock)
Zachmurzenie, opady i spadek ciśnienia. Dla wielu osób to wyrok: ból głowy i rozdrażnienie gwarantowane. 

Hipokrates przestrzegał zasady, by w czasie pogodowych perturbacji unikać puszczania krwi i jakiegokolwiek używania noża. Starożytny lekarz nie znał zapewne pojęcia meteoropatii, ale liczył się z pogodą jako z czynnikiem wpływającym na zdrowie i samopoczucie człowieka.

Dziś ponad 60 proc. Polaków boleśnie odczuwa wahnięcia ciśnienia, przepychanki niżu z wyżem i gwałtowne zmiany temperatury. Jesteśmy meteoropatami. Nasze organizmy kiepsko reagują na zmianę aury, dolegliwość można już nazwać chorobą naszych czasów. Co jest tego przyczyną? Naukowcy przypuszczają, że winę ponoszą przemiany cywilizacyjne. Do rzesz meteoropatów dołączają bowiem częściej mieszkańcy dużych miast, żyjący w mikroklimacie betonu i spalin, przeciążeni pracą. W takich warunkach naturalne zdolności przystosowawcze organizmu ulegają osłabieniu. Układ nerwowy staje się wrażliwszy od najczulszego barometru. Nie lubi pracować jak na huśtawce, woli, by wszystko odbywało się miarowo i stabilnie. Nie przepada za takimi niespodziankami jak burza, wichura, nagły spadek ciśnienia, skoki temperatury... – zaczyna się wtedy irytować. A że w organizmie odpowiada za kontrolowanie czynności mózgu, które nie zależą od naszej woli (oddychanie, bicie serca, termoregulację), boleśnie odczuwamy jego wzburzenie.

Polska nie stanowi oazy pogodowego spokoju. Przyszło nam mieszkać na trakcie częstych starć ciepłych mas powietrza z zimnymi – fronty atmosferyczne wędrują po niebie średnio 140 dni w roku.

Wiosną bardziej cierpimy z powodu dolegliwości gastrycznych, letnie burze są prawdziwym koszmarem dla astmatyków, a jesienią i zimą rośnie liczba osób ulegających zawałom serca – twierdzą lekarze. Przed nagłą zmianą pogody notuje się też więcej wypadków drogowych.

Czy na zmianę pogody możemy się przygotować?

Do badania związku między czynnikami klimatycznymi a ludzkim organizmem powołuje się w wielu krajach zespoły specjalistów bioklimatologów. Dzięki temu wiemy, że na przykład ciepły front obniża aktywność tarczycy, a polarne powietrze pobudza przysadkę mózgową – oba te organy zawiadują wydzielaniem ważnych hormonów. Kiedy zaczynają szwankować, w organizmie rozregulowują się różne systemy kontrolne, a my stajemy się drażliwi i zdekoncentrowani.

Komunikat biometeorologiczny, który słyszymy w prognozie pogody, jest jedynie częściową pomocą. W USA o wszelkich tego typu anomaliach zawiadamia się służby socjalne i to one troszczą się wtedy o ludzi starszych i chorych. Programy osłony zdrowotnej, które wykorzystują dane bioklimatyczne, opracowuje się również na Węgrzech i we Włoszech. W Polsce badania nad biomedem prowadzi Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie.

Jednak wielu z nas wcale nie potrzebuje ostrzeżenia ekspertów. Niektórzy wyczuwają na przykład zbliżającą się burzę: stają się wtedy rozdrażnieni, łupie ich w kościach... Dzieje się tak za sprawą „szóstego zmysłu” wyostrzonego na promieniowanie elektromagnetyczne, które powstaje na linii frontu, niosąc ze sobą deszcz, czy burze z piorunami i zakłócając sprawne funkcjonowanie układu nerwowego nadwrażliwców.

Uzdrowiska pod lupą

W Hiszpanii badania klimatologów wykorzystują urbaniści przy planowaniu miast. Okazuje się że układ metropolii może potęgować lub osłabiać działanie czynników klimatycznych w danym rejonie.

W Polsce tego typu badaniami zajmuje się prof. Krzysztof Błażejczyk z Zakładu Klimatologii Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN w Warszawie. Z wieloletnich obserwacji profesora wynika, że latem, szczególnie w aglomeracjach miejskich, na 28 stopni Celsjusza możemy reagować jak na niewyobrażalny 65-stopniowy upał. Aby określić na przykład odczuwalną temperaturę, uczony stworzył system Menex, który jest rodzajem kalkulatora klimatu. Wylicza jej wartość na podstawie temperatury podawanej przez synoptyków, wilgotności powietrza, prędkości wiatru, rodzaju zachmurzenia, daty, czasu i położenia geograficznego.

Z badań prof. Błażejczyka wynikły też ciekawe obserwacje dotyczące polskich uzdrowisk – miejsc, gdzie klimat „sprzedaje się” w ofercie jako wyjątkowo sprzyjający leczeniu różnych schorzeń.

– Lekarze często kierują swoich pacjentów do sanatoriów, nie biorąc pod uwagę panujących tam warunków bioklimatycznych – mówi prof. Błażejczyk. – Tymczasem okazuje się, że nie istnieje w Polsce uzdrowisko idealne: wszystkie mają jakiś bioklimatyczny mankament.

Zastrzeżenia do najpopularniejszych są następujące: w Ciechocinku, Polanicy Zdroju, Połczynie Zdroju występuje duża zmienność bodźców atmosferycznych – nie powinni przyjeżdżać tu ludzie chorzy na nadciśnienie. W Krynicy Zdroju często są parne dni, co nie sprzyja leczeniu chorób układu oddechowego. Natomiast w nadmorskich uzdrowiskach ukojenia nie zaznają kuracjusze cierpiący na choroby stawów.

Halo, posłuchaj mnie!

Na szczęście nie na wszystkich zmiany pogody działają tak destrukcyjnie. Ale niewielu też takich, którym obojętne są ołowiane chmury i niekończąca się mżawka. Czy w ogóle musimy przez to przechodzić? Niestety, wpływu pogody nie da się całkiem zneutralizować, ale... gdy częściej będziemy wsłuchiwać się w rytm natury i potrzeby swojego organizmu, bardziej mu dogadzać, a mniej z nim walczyć (np. próbując za wszelką cenę zachować kreatywność i koncentrację), o wiele łatwiej zniesiemy wszelkie pogodowe zawirowania. Kiedy organizm podpowiada nam: „Nie chcę tabletki, wolałbym chwilę odpocząć”, posłuchajmy go. Im więcej sposobów radzenia sobie z pogodą, tym lepiej, bo ona wcale nie zamierza nas rozpieszczać.

I na niż, i na wyż

Z badań amerykańskich specjalistów z Columbia University wynika, że:
  • działanie frontu chłodnego z burzami można neutralizować, łykając magnez i łagodzące nerwy witaminy z grupy B,
  • na niż dobra jest kawa i produkty węglowodanowe (makarony, ryż),
  • front ciepły, który zjawia się po niżu i przynosi deszcze, wahania ciśnienia, a co za tym idzie, senność i zaburzenia koncentracji, można spróbować zwalczyć, podnosząc ciśnienie własnego organizmu (dobrze robi aktywność fizyczna).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dziurawiec - ziołowy sekret na przesilenie

Żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. (Fot. iStock)
Żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Brak sił? Smutek? W marcu, gdy organizm na tyle wyjałowiony jest z pierwiastków i zmęczony zimą, że czarne myśli czepiają się nas jak paprochy ubrania, dziurawiec to trampolina dla nastroju. Warunek? Właściwe jego przyrządzenie.

Wiele osób uważa, że antydepresyjna moc dziurawca jest przesadzona. Bo piją napar z tego zioła i być może lepiej trawią, jednak nastrój cały czas im nie dopisuje. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. I żeby dziurawiec zadziałał niczym Prozac, potrzebna jest na niego specjalna receptura. Jaka?

Substancje przeciwdepresyjne magazynowane są w drobniutkich zbiorniczkach na żółtych płatkach kwiatu dziurawca, które przypominają malutkie dziurki. To im właśnie roślina zawdzięcza swoją nazwę. Ich sekret kryje się w tym, że aktywizują się nie w wodzie, ale w tłuszczach lub alkoholu. Na lifting samopoczucia zadziała więc mocna nalewka z dziurawca, a jeśli ktoś woli stronić od alkoholu – czerwony syrop z tego zioła np. na oliwie.

W sieci możemy znaleźć liczne przepisy na antydepresyjny wywar z dziurawca. Niestety wywar taki nie istnieje. Pijąc herbatę z tego zioła, możemy liczyć natomiast na inne dobroczynne działania. Dziurawiec w postaci naparu reguluje doskonale pracę wątroby i dróg żółciowych oraz wspomaga leczenie wrzodów i nieżytów żołądka.

Jeśli melancholia, na jaką cierpimy, jest sezonowa i umiarkowana, terapia nalewką lub olejem z dziurawca to lepszy pomysł niż antydepresanty, w których spożyciu bijemy światowe rekordy. Nasze ziołowe lekarstwo możemy pić jedynie w pochmurną pogodę lub najwyżej przy niewielkim słońcu. Substancje aktywne rośliny wchodzą bowiem z promieniami słonecznymi nim w groźną dla skóry interakcję i może skończyć się poważnym uczuleniem. Dlatego między majem a wrześniem cudowny eliksir chowamy do szafki. Jest jeszcze jedno zastrzeżenie. Z dziurawcem nie można łączyć preparatów przeciwzakrzepowych, przeciwwirusowych i niesteroidowych leków przeciwzapalnych.

  1. Zdrowie

Grzybica - intruz bez kapelusza

Spadek odporności organizmu, osłabienie, antybiotykoterapia, przyjmowanie leków sterydowych czy pigułek antykoncepcyjnych, nadmiar słodyczy w diecie, a także cukrzyca oraz niektóre zaburzenia hormonalne to czynniki sprzyjające rozwojowi grzybicy. (Fot. iStock)
Spadek odporności organizmu, osłabienie, antybiotykoterapia, przyjmowanie leków sterydowych czy pigułek antykoncepcyjnych, nadmiar słodyczy w diecie, a także cukrzyca oraz niektóre zaburzenia hormonalne to czynniki sprzyjające rozwojowi grzybicy. (Fot. iStock)
Mikroorganizmy zwane grzybami niedoskonałymi nie powodują chorób, jeśli nasz organizm jest w równowadze. Tyle że o tę równowagę w dzisiejszym świecie bardzo trudno... Jak więc ustrzec się przed grzybicą? Jak zapobiec jej nawrotom? Na te pytania odpowiadają nasi specjaliści.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Spadek odporności organizmu, osłabienie, antybiotykoterapia, przyjmowanie leków sterydowych czy pigułek antykoncepcyjnych, nadmiar słodyczy w diecie, a także cukrzyca oraz niektóre zaburzenia hormonalne to czynniki sprzyjające rozwojowi grzybicy. Tę niegroźną, choć bardzo dokuczliwą chorobę można na szczęście stosunkowo łatwo wyleczyć – pod warunkiem jednak, że kurację będziemy kontynuować przez kilka tygodni po ustąpieniu dolegliwości. Zbyt wczesne jej zakończenie powoduje bowiem odnowienie się infekcji.

Jeśli jednak – mimo całkowitego wyleczenia – zdarzają się nawroty grzybicy, trzeba ustalić tego przyczynę (potrzebne bywają badania w kierunku anemii, zaburzeń hormonalnych, zakażenia wirusem HIV, różnych schorzeń przewlekłych).

Warto też wiedzieć, że grzybicy paznokci i skóry sprzyja uszkodzenie warstwy ochronnej naskórka, do którego dochodzi wskutek rozmiękczania przez wodę i pot. Dlatego właśnie osoby uprawiające sport, często korzystające z sauny oraz mające kontakt z wodą łatwiej zapadają na tę chorobę, zwłaszcza jeśli zapominają o bardzo dokładnym osuszaniu skóry.

Skuteczne w leczeniu nawracających grzybic mogą okazać się leki homeopatyczne, a szczególnie Sulfur i Silicea. Obydwa środki są godne polecenia zwłaszcza wtedy, gdy chorobie towarzyszy uporczywy świąd. Odporność skóry na zakażenia grzybicze wzmocnią także Arsenicum album i Graphites (także pod postacią maści).

21 dni pod znakiem nagietka

Świeży napar z nagietka skutecznie leczy grzybicę i zapobiega jej nawrotom. 2 łyżki ziół zalewamy 1/2 l wrzątku i parzymy pół godziny. 2–3 razy dziennie wypijamy szklankę naparu, a resztą smarujemy zainfekowaną skórę i błony śluzowe. Kuracja powinna trwać 21 dni i w razie potrzeby można ją powtarzać po mniej więcej tygodniowej przerwie.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Grzybica skóry, paznokci, pęcherza moczowego, błon śluzowych (w tym także pochwy, przewodu pokarmowego) to przykre, przewlekłe schorzenie. Wywołuje je grzyb Candida albicans, który stale jest obecny w naszym organizmie. Wystarczy jednak, że zakłóceniu ulegnie równowaga między trzema czynnikami fizjologicznymi, czyli Chi, Shara, Badgana, i pięcioma żywiołami, by doszło do infekcji grzybiczej. Tak się dzieje wskutek np. spadku odporności, niewłaściwej diety, stresu, przyjmowania leków. Objawy grzybicy są tak dokuczliwe, że kurację najlepiej zacząć od nowoczesnych leków w postaci tabletek i maści, które błyskawicznie znoszą świąd i pieczenie. Ale ustąpienie dolegliwości nie oznacza wyleczenia! Warto więc nowoczesną terapię wzbogacić o wskazówki medycyny orientalnej. Wtedy szybciej przywrócimy organizmowi równowagę i zapobiegniemy nawrotowi choroby.

Ponieważ grzybica jest efektem skumulowania się w organizmie wilgoci i flegmy, co prowadzi do zaburzeń trawiennych (szczególnie w wątrobie), trzeba stosować dietę podnoszącą przemianę materii, rozgrzewającą i energetyzującą. Jedzmy więc lekkostrawne gotowane posiłki, których głównym składnikiem powinny być warzywa. Przynajmniej przez pierwszych 21 dni należy unikać cukru, wszelkich słodyczy i nabiału, bo sprzyjają one zaflegmieniu tkanek. Zwłaszcza przy nawracających infekcjach warto skonsultować się z lekarzem medycyny orientalnej, bo dysponujemy skutecznymi metodami walki z grzybicą. Należą do nich m.in. specjalne zioła, które zaleca się w formie naparu, a w przypadku grzybicy pochwy także jako płukanki. Doskonałe efekty przynoszą również zabiegi akupunktury i moksoterapii, a także kontrolowane upuszczanie krwi z obszaru skóry zajętego grzybicą.

Kompresy z kombuczy

Zmienione miejsca szybciej się zagoją, jeśli codziennie będziemy stosować ciepły kompres z wyciągu z kombuczy (nazywany bywa „cudownym grzybem”, choć uważa się, że jest raczej swoistą symbiozą bakterii i drożdży; więcej informacji można znaleźć na stronach internetowych). W wywarze moczymy sporą bawełnianą szmatkę, składamy kilka razy i przykładamy na chorą skórę. Doskonałe efekty daje także kąpiel z dodatkiem herbatki lub octu z kombuczy. Przy grzybicy pochwy polecam nasiadówki, które należy przygotować z 2 l ciepłej wody wymieszanych z 300 ml herbaty lub 30 ml octu. Kuracja powinna trwać 3 tygodnie.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Grzybicę porównuję do choroby zwanej w ajurwedzie dadru. Jej główne objawy to świąd i czerwonawe łuskowate wykwity, które niekiedy przechodzą w sączące się pęcherze. Zmianom np. na skórze głowy często towarzyszy miejscowe łysienie. Zakażone paznokcie zaś stają się grube, odbarwione i czasem się kruszą.

Według ajurwedy przyczyna tego schorzenia leży we wzroście energii kapha (jest ciężka, zimna, gęsta i lepka) i vata (jest zimna, sucha, delikatna i ruchliwa). Kiedy dochodzi do infekcji, rośnie dosza pitta, która symbolizuje ogień. Dlatego odczuwamy m.in. palenie i swędzenie.

Aby wyleczyć grzybicę, musimy zrównoważyć wszystkie trzy dosze. Powinniśmy więc unikać potraw smażonych w głębokim tłuszczu, pikantnych, kwaśnych, bardzo słodkich oraz białej mąki i przetworzonego mleka. Polecam zaś kiełki, świeże owoce sezonowe, mleko kokosowe i arbuzy. Doskonale działają: kitcheri (fasola mung gotowana z ryżem), cukinia, dynia, szparagi, buraki, marchew i zielona fasolka. Można spożywać zieloną i czerwoną soczewicę, od czasu do czasu twaróg, świeże, ciepłe mleko (nie UHT!) i maślankę.

Trzeba też pamiętać o zachowaniu maksymalnej higieny. Chodzi przede wszystkim o to, by nie dotykać chorych miejsc, często myć ręce. Ręczniki i ubrania należy prać jak najczęściej i bez kontaktu z odzieżą zdrowych domowników.

Sposoby na zmiany:

  • Dodawaj sól morską do kąpieli, a nawet stosuj bezpośrednio na zmiany grzybicze.
  • 2–3 razy dziennie smaruj skórę wyciągiem z pestek grejpfruta.
  • 2–3 razy dziennie smaruj zainfekowane miejsca olejkiem z drzewa herbacianego lub żelem z aloesu. 2–3 łyżeczki żelu warto także zażywać na czczo – to doskonale oczyszcza organizm z toksyn.

  1. Zdrowie

Pajączki - sygnał, że naczynia krwionośne wymagają leczenia

Warto pamiętać, że można ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. (Fot. iStock)
Warto pamiętać, że można ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. (Fot. iStock)
Popękane naczynka na nogach i żylaki to nie tylko defekt kosmetyczny. To także sygnał, że naczynia krwionośne wymagają intensywnego leczenia.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Pękające naczynka oraz żylaki mogą być efektem wrodzonego osłabienia struktury ścian naczyń krwionośnych. W takiej sytuacji im wcześniej podejmie się działania profilaktyczne, tym większa szansa na uniknięcie problemu. Warto jednak pamiętać, że żylaki pojawiają się także u osób bez obciążeń dziedzicznych, jeśli są one narażone na tzw. czynniki ryzyka, jak praca siedząca lub stojąca, nadwaga, wzdęcia, zaparcia, a nawet noszenie ubrań uciskających w pasie. Ujawnianiu się żylaków sprzyjają również przewlekłe stany zapalne (zwłaszcza dotyczące samych żył), niepełnowartościowe odżywianie lub złe trawienie prowadzące do niedoborów witamin i minerałów, niektóre leki, a także cukrzyca i schorzenia wątroby.

W zależności od przyczyny dolegliwości trzeba dobrać odpowiednie leki homeopatyczne. Aesculus wzmacnia osłabione żyły, przeciwdziała powiększaniu się żylaków, a stosowany systematycznie może nawet obkurczyć rozszerzone naczynia, jeśli tylko ich ściana nie została zupełnie uszkodzona. Z kolei Hamamelis pomaga na żylaki, nawet jeśli występują krwawienia i zapalenie żył. Zmniejsza także zastój krwi w nogach i skłonności do obrzęków.

Osoby z tendencją do pajączków i żylaków powinny dbać o zróżnicowaną dietę, a zwłaszcza o to, by nie zabrakło w niej kaszy gryczanej, z której zresztą wytwarzane są leki wzmacniające żyły.

Dr Partap S. Chauchan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Według ajurwedy bezpośrednią przyczyną powstawania na nogach pajączków i żylaków jest zwiększone ciśnienie w dolnej połowie ciała. Otyłość, ciąża, zmiany hormonalne są najczęstszymi przyczynami wywołującymi to zjawisko. Ale powody mogą też być inne, np. długotrwałe stanie, sporty obciążające nogi, zbyt obcisłe spodnie, unikanie aktywności fizycznej oraz niewłaściwa dieta. Zauważono także, że osoby z dominującą doszą vata cierpią z powodu żylaków bardziej niż inne.

Aby przeciwdziałać powstawaniu kłopotów, należy postawić na dietę, która przyczyni się do uelastycznienia ścianek naczyń krwionośnych. Jadajmy więc jak najczęściej produkty zawierające pełne ziarna, świeże owoce (niedobory witaminy C przyspieszają pękanie naczynek krwionośnych) oraz te wysokobiałkowe (poza czerwonym mięsem). Doprawiajmy posiłki imbirem, czosnkiem, cebulą, które ułatwiają wchłanianie białka. Nieocenione okażą się też marchew i szpinak.

W profilaktyce oraz leczeniu przydatne będą ajurwedyjskie zioła brahmi. Doskonałe efekty przynosi też ruch: regularna praktyka jogi (szczególnie pozycje pługu i świecy); ćwiczenia, choćby rozciągające mięśnie nóg, wymachy, rowerek; chodzenie po schodach itp.

Dr n. med. Ocz  Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Żylaki mogą się robić zarówno na żyłach, jak i tętnicach. Trzeba też pamiętać, że pojawiają się one nie tylko tuż pod skórą, gdzie są widoczne gołym okiem, lecz także na naczyniach głęboko położonych i dowiadujemy się o nich dopiero wtedy, gdy zaczynamy odczuwać ból i inne dolegliwości. Dlatego warto, by każda osoba po 55. roku życia, zwłaszcza z grupy ryzyka, wykonała tzw. USG dopplerowskie ukazujące m.in. drożność naczyń, by w razie potrzeby jak najwcześniej podjąć leczenie (niestety, stany zaawansowane wymagają interwencji chirurgicznej, która niekiedy daje powikłania).

Kolejnymi czynnikami sprzyjającymi powstawaniu żylaków są zablokowane kanały energetyczne wątroby, nerek i narządów rodnych, a także podwyższony poziom lipidów we krwi. Zauważono również, że częściej na żylaki zapadają osoby, które mają nie do końca sprawnie działający układ wegetatywny, co objawia się m.in. zimnymi stopami i dłońmi, a także cierpiące z powodu obrzęków.

Możemy jednak ograniczyć ryzyko wystąpienia żylaków, dbając o profilaktykę. Na co dzień powinniśmy unikać wszelkich używek oraz tłustych pokarmów, zastępując je białym gotowanym mięsem, blanszowanymi (lub gotowanymi) owocami i warzywami, prażoną z masłem ghee kaszą jaglaną. Popijajmy w dużych ilościach lekkie kompoty bez cukru. Konieczne są też ćwiczenia. Polecam zwłaszcza świecę, stanie na głowie, wymachy nóg w przyklęku, chodzenie na palcach i piętach na zmianę oraz wszystkie ćwiczenia rozciągające mięśnie i ścięgna nóg. Kobiety powinny na zmianę nosić buty na wysokich obcasach i zupełnie płaskie. Warto także co jakiś czas poddawać się moksoterapii, akupunkturze oraz mongolskiemu masażowi punktowemu momp. Te zabiegi poprawiają przepływ energii w całym organizmie i udrażniają naczynia.

  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza?
Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy?
Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami?
Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu.
Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował?
Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy?
Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ...
To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać.
A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności?
Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia?
Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk?
Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów?
Nie ma.

Po co to robimy?
W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności?
To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę.
Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać?
To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane.
Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł?
W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO?
Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto?
Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski?
Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych.
A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami.
To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze.
Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin.
Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy?
Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński
jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zdrowie

Zespół cieśni nadgarstka - przyczyny, objawy, leczenie

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Zaliczasz się do grupy współczesnych „korposapiens” i spędzasz  wiele godzin dziennie, stukając palcami w klawiaturę? Uważaj, bo może ci grozić zespół cieśni nadgarstka. 

Kiedyś zespół cieśni nadgarstka rozwijał się u kobiet w wieku 50–60 lat i to na ręce dominującej (tzn. częściej używanej, a więc u praworęcznych był to prawy nadgarstek). Obecnie ze względu na pracę z komputerem dotyka on wszystkich „korposapiens” i to już w okolicach trzydziestki! Przy czym kobiety mają większe tendencje do rozwoju cieśni ze względu na wahania hormonów: w drugiej połowie cyklu i w czasie ciąży, kiedy we krwi krąży więcej progesteronu, nasze ciała mają skłonność do obrzęków.

Jak do tego dochodzi?

Kanał nadgarstka można porównać do zwężenia na autostradzie. Jest na niej spory ruch: nerwy i ścięgna to całkiem gruba wiązka komunikacyjna. Biegnie swobodnie, ale w kanale nadgarstka jest tunel i zwężenie jezdni. Kiedy choć jeden z elementów przebiegających przez ten tunel ulega pogrubieniu, reszcie przestaje być wygodnie: robi się już nie tylko ciasno, elementy zaczynają się nawzajem uciskać. Najczęściej pogrubieniu ulegają pochewki ścięgien mięśni zginaczy – czyli, ogólnie mówiąc, grubieją ścięgna. Dlaczego? Z przepracowania: nasze ścięgna w kanale nadgarstka przechodzą niezłą siłownię przez wiele godzin dziennie: prowadzenie samochodu, głaskanie psa czy wreszcie praca na klawiaturze to właśnie taka siłownia. Wszystko, co zmusza nadgarstki i palce do wykonywania powtarzalnych i wielokrotnych ruchów, prowadzi w końcu (zwykle po latach) do pogrubienia ścięgien, a w rezultacie zespołu cieśni nadgarstka.

Jakie są objawy?

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. Drętwienie początkowo dokucza w bezruchu, dlatego pojawia się głównie w nocy. Jest na tyle nieprzyjemne, że potrafi obudzić! Myślimy wtedy zazwyczaj: „Mocno spałam, leżałam na ręce, krążenie osłabło” i staramy się rozmasować zdrętwiałą dłoń. Wiele osób mówi, że pomaga strzepywanie palców – określają to „strzepywaniem bólu”. Ale takie zabiegi pomagają tylko na początku. W kolejnych stadiach ból i drętwienie pojawiają się także w ciągu dnia; z czasem dołącza do nich problem z precyzyjnym chwytem – potrafi nam nawet wypaść szklanka z ręki. Ten etap wymaga już interwencji chirurga.

Czy mnie to dotyczy? Zrób test Phallena

Jeśli drętwieją ci dwa najmniejsze place, to raczej oznacza problem z nerwem łokciowym, a drętwienie całej ręki wskazywałoby na kłopoty z kręgosłupem szyjnym lub barkiem. Jeśli chcesz sprawdzić, czy dotknął cię zespół cieśni nadgarstka, możesz zrobić bardzo prosty test Phallena: wyciągnij ramię przed siebie i zrób maksymalne dłoniowe zgięcie nadgarstków (dłoń wygnij w kierunku wnętrza i przytrzymuj drugą dłonią). Wytrzymaj tak do dwóch minut. W ten sposób zamkniesz kanał nadgarstka, czyli zwiększysz ucisk na nerw pośrodkowy. Jeżeli pojawi się ból i drętwienie, to prawdopodobnie masz zespół cieśni nadgarstka. Ponieważ jednak jeden test nigdy nie daje całkowitej pewności, najlepiej jest zrobić też USG nadgarstka, by zbadać przepływy nerwu pośrodkowego.

Jak zapobiegać? Jak leczyć?

Ulgę w cierpieniu z pewnością przyniosą odpowiednie ćwiczenia. Można je również traktować jako profilaktykę. Warto przynajmniej 2-3 razy w tygodniu wykonywać okrężne ruchy nadgarstka przez kilka minut, a poprawi się ukrwienie i zapobiegniemy powstawaniu przykurczów. Regularna gimnastyka sprawi, że nadgarstki będą w dobrej kondycji i uchroni je przed kontuzjami i przeciążeniami. Wskazane są także krótkie przerwy przy długotrwałej pracy nadgarstków, podczas których ćwiczy się ręce, szyję i barki.– Pomocne mogą okazać się także zimne okłady zmniejszające obrzęk. Zdecydowanie należy unikać ciepłych kompresów. Jeśli dopada mrowienie, pomaga zginanie i prostowanie palców – radzi dr Alina Blacha, specjalista ortopedii. Zastrzega jednak, że jeśli profilaktyczne ćwiczenia okażą się niewystarczające, konieczna jest wizyta u lekarza, który skieruje na odpowiednie badania. Ważne jest, aby nie zwlekać z decyzją o diagnostyce i leczeniu tego schorzenia, gdyż zbyt długo trwający ucisk nerwu prowadzi do nieodwracalnych zniszczeń w samym nerwie.

W zapobieganiu pojawienia się zespołu cieśni nadgarstka lub jego leczeniu pomogą także ergonomiczne akcesoria komputerowe, takie jak podkładka pod nadgarstek wypełniona żelem czy funkcjonalna klawiatura. Dzięki ergonomicznej klawiaturze ręce układać będą się w naturalnej pozycji i umożliwiać palcom bezwysiłkowe naciskanie klawiszy. Ale podstawą jest właściwa pozycja. Przy pisaniu na klawiaturze ręce powinny być zgięte pod kątem prostym w taki sposób, aby nadgarstki były ułożone równolegle do blatu biurka. Ważne, aby mieć proste plecy i nie pochylać do przodu ramion a nogi zginać w kolanach pod kątem prostym.