1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Kompulsywne objadanie się – choroba, która atakuje ciało, myśli i emocje

Kompulsywne objadanie się – choroba, która atakuje ciało, myśli i emocje

Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. (Fot. iStock)
Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. (Fot. iStock)
Jeśli dotyczy cię kompulsywne podjadanie – nie wystarczy dieta. Potrzebujesz pomocy psychologicznej. Pierwszy krok to odkrycie, jakie wydarzenia życiowe uruchamiają w tobie potrzebę zajadania emocji.

Gdy jesz, by poczuć się lepiej, obniżyć napięcie i stres – ssanie w żołądku odczuwane po lekkim śniadaniu czy nawet jego braku nie jest przejawem głodu, tylko niepokoju związanego z nadchodzącym dniem. W twoim przypadku śniadanie ma bowiem na celu nie posilić cię, ale odwlec moment wyjścia z domu i rozpoczęcia kolejnego dnia w pracy („Szef znów będzie mieć uwagi do mojego projektu”), a zbyt późny obiad czy wieczorna przegryzka przed telewizorem – mimo wyrzutów sumienia typu: "Znowu zjadłem za dużo i za późno" – utulić złe myśli i uczucia. Bo choć po jedzeniu czujesz się ociężały i senny, to pełny brzuch i błoga sytość są takie przyjemne, że wszystkie troski minionego dnia powoli odpływają w niepamięć. (Właśnie owa ,,błoga sytość”, zapewniająca znane z dzieciństwa poczucie bezpieczeństwa, to coś, za czym najbardziej tęsknią pacjenci będący w trakcie odchudzania).

Jedzenie jak nałóg

Twoja nadwaga to przykrywka dla wielu poważniejszych problemów, niezwiązanych jedynie z przemianą materii czy złymi nawykami żywieniowymi. Wystarczy mały problem, który wytrąci cię z równowagi, ale także drobny sukces, np. uda ci się schudnąć kilka kilogramów, a natychmiast sięgasz po jakiś ,,zakazany owoc”, by poprawić sobie humor albo się za coś nagrodzić. Zajadasz swoje emocje, bo jedzenie jest jedyną znaną ci metodą na rozładowanie napięcia, natychmiastową, ale niestety krótkotrwałą. Po chwilowej uldze pojawiają się jeszcze silniejsze i bardziej bolesne emocje: wstyd, poczucie winy, lęk, obrzydzenie do samego siebie.

W miarę upływu czasu jest coraz gorzej. Zdarza ci się wstawać w nocy, by skubnąć coś z lodówki, albo jechać na stację benzynową, bo w domu zabrakło słodyczy. Bywa, że budzisz się rano i obok łóżka zauważasz ślady nocnej uczty, której w ogóle nie pamiętasz. Być może podjadasz w ukryciu, w szufladach biurka chowasz czekoladki, a na przyjęciu ograniczasz jedzenie, by zaraz po powrocie do domu nadrobić zaległości. Kompulsywne objadanie się to nałóg, podobnie jak alkoholizm czy narkomania. To choroba, która atakuje twoje ciało, myśli i emocje. Sama dieta nie pomoże ci wyzdrowieć.

Dietetyk kieruje do psychologa

Gdy Anna, 29 lat, trafiła do gabinetu dietetyka, był upalny czerwiec. Kobieta była wstrząśnięta swoją tuszą, powiększoną o kolejne kilogramy. Wizyta z początku przebiegała typowo. Najpierw wywiad: wiek, wzrost, przebyte choroby... Następnie: ocena składu ciała, wieku biologicznego, omówienie chorób i dolegliwości. Wszystko przebiegało standardowo do momentu, gdy dietetyk poprosił, by Ania dokładnie opisała, co jadła w ciągu ostatnich 3 dni. Pacjentka nie mogła sobie przypomnieć żadnego posiłku. Trochę lepiej pamiętała wczorajszy dzień: – Wstałam o tej samej porze co zwykle, czyli o 7.00. Wypiłam wodę z cytryną, później była kawa, do samochodu i szybko do pracy. Tam to, co zwykle: dużo stresu i zero jedzenia. Nie mam na nie czasu. Zresztą odchudzam się i dlatego w pracy staram się nic nie jeść.

Po długim zastanowieniu dodała: – Zjadłam jednak jabłko, kilka, nie, kilkanaście śliwek, no i wypiłam ze 3–4 kawy. Po pracy umówiłam się ze znajomymi w restauracji i zamówiłam zupę. Jaką? Chyba tajską i do tego skubnęłam kilka krewetek, trzy, a może cztery… Czy były w cieście? No, zdaje się, że tak. Do domu wróciłam około 19.00 i, niestety, dopadł mnie głód. Na szybko zjadłam dwie–trzy kanapki z żółtym serem. Zrobiłam sobie warzywa na patelni, bo dietetyczne, wypiłam kieliszek wina. W nocy obudził mnie głód, dlatego zjadłam opakowanie migdałów.

Ania jest pacjentem, który oprócz dietetyka potrzebuje pomocy psychologa. Sięga po jedzenie, podobnie jak wiele innych kobiet – niedowartościowanych, żyjących w stresie, przeciążonych obowiązkami domowymi i pracą – po to, by poprawić jakość swojego życia. Bezwiednie podjadają, przeważnie słodycze, np. rodzynki w czekoladzie (130 g, 559 kcal) czy słupek ptasiego mleczka, składający się z 5 sztuk (jedna to 52 kcal). Dlatego pierwszym krokiem w terapii dietetycznej – jeśli się na nią zdecydują – jest zwykle założenie dzienniczka żywieniowego, w którym mają precyzyjnie opisywać, co, ile i kiedy zjadły, skrupulatnie notując też swoje tzw. słabe dni, podczas których nie mogły powstrzymać się przed podjadaniem. Dzienniczki omawiane są na sesjach z dietetykiem przez co najmniej 3 miesiące.

Zadanie domowe

Weź zeszyt i załóż swój „Dzienniczek myśli”. Każdą kartkę podziel na cztery części: „wydarzenie”, „myśli”, „emocje”, „jedzenie”. Ilekroć poczujesz ochotę kompulsywnego sięgnięcia do lodówki albo do szafki po coś słodkiego, zatrzymaj się na chwilę i pomyśl, skąd ten impuls. Co wydarzyło się tuż przed pojawieniem się kompulsji (przymusu, nieodpartej ochoty)? Jeśli np. poczułeś chęć zjedzenia czegoś po rozmowie przez telefon z matką, zapisz: wydarzenie (zadzwoniła mama), myśli („O co znowu będzie mieć do mnie pretensje?”), emocje (lęk, wściekłość, bezradność...).

Po tygodniu prowadzenia dzienniczka, podkreśl na czerwono wydarzenia, po których najczęściej podjadasz. Jeśli okaże się, że po rozmowie z matką – przez najbliższych kilka dni nie odbieraj od niej telefonów albo to ty dzwoń do niej, ale tylko wtedy, kiedy poczujesz gotowość na taką rozmowę.

Zajadacz stresu

Rodzynki w czekoladzie (opakowanie 130 g zawiera 5 porcji po 25 g). Na opakowaniu producent informuje, że porcja (czyli 25 g) zaspokaja aż 18 proc. zapotrzebowania na cukier i 11 proc. na tłuszcze. Ktoś, kto nie kontroluje tego, co je, nie ma świadomości, że wraz z jednym opakowaniem pochłonął właśnie 8 łyżek cukru i łyżkę niezdrowego tłuszczu nasyconego. Rodzynki w czekoladzie to przykład typowego "zjadacza stresu".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy stres powoduje zaburzenia odżywiania?

Zaburzenia odżywiania to najczęściej wynik nieumiejętnego radzenia sobie ze stresem. (fot. iStock)
Zaburzenia odżywiania to najczęściej wynik nieumiejętnego radzenia sobie ze stresem. (fot. iStock)
Stres niewątpliwie jest czynnikiem wpływającym na nasze nawyki żywieniowe i może powodować utrwalenie istniejących w tym obszarze zaburzeń.

Doświadczamy stresu od początku naszego życia. Pierwszym silnie stresującym doświadczeniem są narodziny, później nieuchronnie frustrują nas rodzice i opiekunowie, którzy nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie potrzeby dziecka. Następnie pojawia się stres szkolny oraz trudne doświadczenia w relacjach z rówieśnikami. W dorosłym życiu można tylko mnożyć kolejne czynniki stresujące. Od najmłodszych lat wykształcamy mechanizmy radzenia sobie z tymi sytuacjami. Często, jako dzieci, w swoim otoczeniu obserwowaliśmy niekorzystne dla zdrowia czy rodziny sposoby odreagowywania napięcia. Przy niewłaściwych wzorcach i braku zrozumienia i oparcia u bliskich w trudnych sytuacjach, mogą powstać destrukcyjne mechanizmy radzenia sobie ze stresem, do jakich należą zaburzenia odżywiania.

Jedzenie kompulsywne

Anna codziennie po pracy opróżnia zawartość swojej lodówki. Robi to automatycznie. Dopiero, gdy poczuje przyjemną błogość, przestaje jeść. Ten schemat powtarza się od lat, od kiedy zaczęła robić karierę w międzynarodowej korporacji. Szybki awans sprawił, że stara się wykazać jeszcze bardziej. Od dziecka była ambitna i świetnie zorganizowana, w domu i w szkole stawiana jako wzór. Zawsze wiedziała, że w realizowaniu zadań i spełnianiu oczekiwań innych jest naprawdę dobra. Gorzej wychodziły jej kontakty towarzyskie, nigdy nie lubiła się bawić, uważała, że to strata czasu. Tak jest do dziś, weekend staje się prawdziwym koszmarem. Kiedy wysprząta dom i zrealizuje „zobowiązania towarzyskie”, przychodzi moment zagubienia i pustki. Jedzenie stało się dla Anny jedynym źródłem przyjemności. Codziennie czeka na te wyjątkowe chwile po pracy, dokładnie planuje swoją ucztę, ale po wszystkim okazuje się, że zjadła za dużo, że przyjemność trwała krótko, a w efekcie źle się czuje. Anna trafiła do gabinetu psychoterapeuty w momencie, gdy zbyt mocno przytyła i nie jest w stanie przez dłuższy czas stosować żadnej diety.

W przypadku Anny duża ilość zadań oraz wysokie wymagania w pracy sprawiają, że mocno kontroluje swoje emocje i zachowanie. Objadanie się jest jedynym momentem w ciągu dnia, kiedy Anna traci nad sobą kontrolę. Jest to wyuczony od dziecka mechanizm, a także nieumiejętność odczuwania przyjemności, radości, czy odprężenia w inny, niż jedzenie, sposób. Zawsze słyszała, że najważniejsze jest, żeby się dobrze uczyła, teraz sama wymaga od siebie świetnych wyników w pracy. Nastawienie Anny jest powodem silnego stresu odczuwanego na co dzień, dla którego ujściem stało się niekontrolowane jedzenie.

Bulimia

Ewa choruje na bulimię od czternastego roku życia. Problemy zaczęły się od krytycznego stosunku ojca Ewy do jej zmieniającego się ciała. Właśnie wtedy przytyła, nabrała pełnych kształtów, stawała się kobietą. Ojciec zaczął z niej szydzić, zawstydzać ją przy innych osobach. Nastąpiła fala gwałtownego odchudzania. Jednak kiedy wymagania szkolne rosły i relacje z rówieśnikami stawały się trudniejsze, reakcją dziewczyny na stres było sięganie po słodycze. Pełna niechęci do siebie i przybywających jej kilogramów, nauczyła się w ukryciu wymiotować. Dzisiaj Ewa ma 25 lat, wpada w błędne koło objadania się i poczucia winy, najczęściej wtedy, gdy pojawiają się trudne sytuacje w relacji z jej chłopakiem, gdy czuje się przez niego odepchnięta lub źle potraktowana, a także kiedy dochodzą wyzwania w pracy.

Mechanizm bulimii jest podobny do kompulsywnego jedzenia. Wyrasta na silnej potrzebie kontroli sytuacji zewnętrznej, ale też własnego zachowania i wyglądu. Kompulsywne objadanie staje się wówczas spustem dla tego napięcia, które towarzyszy chęci sprawowania kontroli. Paradoksalnie osoba kontrolująca się kompletnie traci wtedy tę zdolność. W bulimii dochodzi jeszcze do głosu silne poczucie winy, ale też niechęć do siebie, brak akceptacji dla własnych słabości. Bulimiczki karzą siebie za tę utratę kontroli, a nawet nienawidzą się za to.

Kiedy stres prowadzi do zaburzeń odżywiania

Zaburzenia odżywiania powstają w rezultacie szczególnych doświadczeń w życiu danej osoby. Z czasem stają się utrwalonym sposobem radzenia sobie ze stresem, z napięciem, które towarzyszy w zasadzie każdemu. Stres jest nieodzownym elementem funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, jednak już w dzieciństwie wykształcamy mechanizmy radzenia sobie z negatywnymi emocjami. Jeśli w odpowiedzi na stres szkolny lub napięcie panujące w domu rodzinnym, zaczynamy sięgać po jedzenie lub uczymy się nagradzać swój wysiłek w ten sposób, istnieje duże ryzyko, że stanie się to naszą stałą reakcją na podobne sytuacje. Jeżeli na etapie naszych wczesnych doświadczeń panuje dużo chaosu i niepokoju, a ze strony opiekunów zabraknie pomocy w uporządkowaniu tych uczuć, istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojawią się skłonności do nadmiernego kontrolowania własnych emocji i zachowania, co często daje efekt utraty kontroli w formie nadmiernego objadania się. Gdy powyższe sposoby utrwalają się w czasie i nie korzystamy z innych, bardziej zdrowych dla naszego organizmu form odreagowania napięcia, łatwo wówczas zacząć chorować na jedną z opisanych form zaburzeń odżywiania się.

Jak inaczej, niż objadając się lub nadmiernie kontrolując jedzenie, radzić sobie ze stresem:

  • Określ najczęstsze powody stresu w twoim życiu.
  • Zastanów się, jakimi przekonaniami się kierujesz, trwając w trudnych sytuacjach.
  • Rozpoznaj emocje, które przeżywasz pod wpływem tych sytuacji.
  • Zrób listę możliwych rozwiązań dla tych problemów.
  • Rozmawiaj z bliskimi o tym, które rozwiązania warto zastosować.
  • Wracając po stresującym dniu do domu, zaplanuj i w pierwszej kolejności zrealizuj czynności, które pozwolą ci się zregenerować.
  • Jak najczęściej zadawaj sobie pytanie: „Co lubię robić, na co mam dziś ochotę?”. Każdego dnia, oprócz codziennych zadań, znajdź czas na chwilę przyjemności.
Justyna Glińska: psycholożka, certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi terapie w Centrum-Ja.

  1. Zdrowie

Uzależnienie od słodyczy. Coraz więcej osób traci kontrolę nad „cukrowym” nałogiem

Jedzenie słodyczy - nałóg naszych czasów, coraz trudniejszy do opanowania i niebezpieczny dla zdrowia. Prowadzić może do rozwoju insulinooporności i cukrzycy. Świadczy o tym, jak bardzo nie umiemy radzić sobie ze stresem (fot. iStock)
Jedzenie słodyczy - nałóg naszych czasów, coraz trudniejszy do opanowania i niebezpieczny dla zdrowia. Prowadzić może do rozwoju insulinooporności i cukrzycy. Świadczy o tym, jak bardzo nie umiemy radzić sobie ze stresem (fot. iStock)
Słodycze lubi prawie każdy. Coraz częściej spotykamy się jednak z problemem silnego uzależnienia, gdy „ochota na coś słodkiego” przechodzi w kompulsywne objadanie się. Kiedy tracimy kontrolę nad umiłowaniem do słodkości i wpadamy w „lepkie” sidła nałogu? – O coraz bardziej powszechnym zjawisku cukrowego uzależnienia mówi Mikołaj Choroszyński, psychodietetyk, autor książki „Uzależnienie od słodyczy - skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”.

Jak poważnym problemem jest uzależnienie od słodyczy? Z czym spotyka się Pan na co dzień w swojej pracy psychodietetyka? Problemem ten dotyka osób w każdym wieku. Zauważyłem, że szczególnie zaognił się w czasie lockdownu, kiedy w marcu ludzie zamknięci w domach przestali radzić sobie ze stresem. Moje materiały odnośnie uzależnień od cukru, czy słodyczy zyskały znaczną popularność, a w ankietach większość osób zgłosiła mi, że cukier i słodycze oraz żywność komfortowa są dla nich poważnym zagrożeniem. Sam zauważyłem na swoich social mediach bardzo wzmożoną aktywność i dużo zapytań odnośnie tego, jak poradzić sobie z problemem uzależnienia, stąd też rozwiązaniem jest moja książka.

Przytoczyć mogę tutaj mój post, w którym zapytałem zebranych osób, czy uważają, że słodycze są dla nich problemem… i w przeciągu 2 godzin otrzymałem około 500 komentarzy. Niektóre z nich były naprawdę emocjonalne i chwytające za serce. To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję, aby wyciągnąć dłoń do osób potrzebujących, które często nie znają drogi wyjścia z błędnego koła.

„Mam problem i to poważny. Jak jem słodkości to nie panuję nad tym. Chowam się przed mężem, córkami. Czekam tylko na okazję, włącznie z nocami…” – wypowiedź internautki
Czy mamy jakieś wiarygodne statystyki i badania z ostatnich lat w kwestii uzależnienia od cukru, na które warto się powołać? Kiedyś nikt nie uważał tego za problem... Faktycznie, kiedyś niewiele się o tym wspominało, ale nasze środowisko zmieniło się znacznie w przeciągu ostatnich 30 lat. Żywność wysoko przetworzona i komfortowa atakuje nas z reklam i stron internetowych. Wszechobecny stres i napięcie oraz brak sposobów radzenia sobie z trudnymi emocjami powodują, że łatwo jest sięgnąć po coś działającego doraźnie. W tym miejscu pojawiają się słodycze.

Nie mamy co prawda dokładnych danych statystycznych, jednak obserwuję tu pewną tendencję. Dobrze ją widać na przykładzie rozwoju insulinooporności. Szacuje się, że insulinooporność w najbliższych latach może dotknąć nawet 70% społeczeństwa. Natomiast nieleczona, w przeciągu 20-30 lat, może zamienić się w pełno wymiarową cukrzycę drugiego typu oraz szereg chorób metabolicznych, niezwykle niebezpiecznych dla zdrowia.

Problem uzależnienia od cukru jest tak istotny, że wszystkich pacjentów nie jestem w stanie przyjąć. Dlatego od maja prowadzę webinary na temat uzależnienia od słodyczy, przedstawiając skuteczne narzędzia do zmiany nawyków. Staram się, aby proces ten był łatwy i przyjemny. W moim przypadku bardziej przypomina on grę polegającą na poszukiwaniu sposobów i prowadzeniu pamiętnika.

Co powoduje, że tak łatwo uzależniamy się od cukru? Czy jednym z powodów jest to, że cukier obecnie dodawany jest do większości produktów? Smak słodki jest pierwszym smakiem jaki poznajemy dostając pokarm od mamy. W tym wypadku cukier dodawany do produktów spożywczych jest wynikiem naszego pożądania smaku słodkiego, a nie powodem dlaczego go pożądamy. Wystarczy nawet niewielka ilość dodana do produktów wytrawnych, by pobudzić zmysły odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Nasz organizm bazuje na glukozie, czyli cukrze prostym bez którego nie ma życia. Glukoza jest nam tak niezbędna, że potrafimy ją wytworzyć nawet z innych substratów, takich jak białka czy tłuszcze. Nawet w trakcie głodu organizm zawsze zachowuje odrobinę cukru, aby zasilać mózg i erytrocyty, czyli czerwone komórki krwi.

Mamy poza tym dobrze wykształcony sensor smaku słodkiego, stąd też dodaje się cukier do różnego rodzaju produktów, nawet tych wytrawnych, żeby podbić ich smakowitość, a nas pobudzić do zjedzenia większej ich ilości. W niektórych badaniach na zwierzętach cukier i pożądanie smaku słodkiego były silniejsze od narkotyków, takich jak metamfetamina czy kokaina, a zwierzęta wybierały częściej wodę, która była z rozpuszczoną glukozą niż z narkotykiem.

Jak wygląda mechanizm uzależnienia? W przypadku alkoholu, czy narkotyków mamy do czynienia ze stanem odurzenia. Palacz wchodzi w stan lekkiej euforii i ukojenia.  A co nam daje cukier? Mechanizm uzależnienia od słodkich produktów jest bardzo podobny do uzależnienia od alkoholu czy narkotyków. Cukier oddziałuje na mechanizmy nagrody bardzo silnie, więc wydziela produkcję dopaminy - ważnego neurotransmitera, który odpowiada za utrzymanie naszej motywacji. System ten jest również zaangażowany w powstawanie uzależnienia. Dostarczając substancję psychoaktywną wyzwala się całą kaskadę endorfin dających nam niesamowite uczucie przyjemności. Jednak z  czasem układ nerwowy staje się odporny, więc dawka zaczyna wzrastać, aby dać ten sam poziom przyjemności…  czyli mamy tutaj znowu bliźniaczy mechanizm, jak w przypadku uzależnienia od innych substancji.

„Dla mnie słodycze stały się problemem, który spędza mi sen z powiek. Mówię często o sobie, że jestem gorsza od alkoholika. Jak idę w tango, to niekiedy 2-3 tygodnie jem tylko słodycze, od rana do wieczora.” – wypowiedź internautki
Opinie, którymi dzieliły się ze mną niektóre osoby, były naprawdę poruszające. Część osób jest w stanie powstrzymać się od cukru, zrobić sobie cukrowy detoks. Jednak później, jeśli chociaż kęs słodkiego pojawia się w ich diecie, wpadają w ciąg, który może trwać tygodniami lub nawet miesiącami. Zupełnie jak alkoholik po pierwszej lampce czy kieliszku. Spotkałem się z przypadkami osób, które w takim ciągu potrafią od rana do wieczora jeść same słodycze. Dziennie kilka tabliczek czekolady i jakieś ciasteczka, nie jedząc żywności konwencjonalnej. Żadnej kanapki, żadnego warzywa, nic.

Czy częściej uzależniają się kobiety, czy mężczyźni? Jest to wyjątkowo interesujące pytanie, ponieważ sam szukam na nie odpowiedzi. Zauważyłem, że większość osób, zgłaszających się do mnie lub biorących udział webinarach, to blisko w 95% kobiety. Praktycznie wszystkie 500 komentarzy pod moim postem było napisanych przez kobiety. Z pewnością zachodzą pewne różnice w fizjologii mężczyzn i kobiet, to też zauważa się w przypadku uzależnienia od alkoholu czy nikotyny (kobiety mają większe skłonności do uzależnień według niektórych badań). Natomiast ja zastanawiam się, czy kobiety po prostu nie szukają części pomocy opowiadając o swoim problemie. Mężczyźni są bardziej skryci, a w naszym społeczeństwie mężczyźni nie potrafią opowiadać otwarcie o swoich emocjach i potrzebach… co też przekłada się na długość życia (statystycznie żyją około 8 lat krócej niż kobiety). Różnice te zacierają się w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie panuje większa świadomość. Tak więc problem może dotyczyć również mężczyzn, tylko, być może, nie ma społecznego pozwolenia na to, aby mężczyzna otwarcie mówił o swoich słabościach.

Niektórzy wybierają tak zwane „zdrowe rozwiązania”: miód, syrop daktylowy lub inny, ksylitol – czyli zdrowsze zamienniki, niby pod kontrolą, ale tak naprawdę pokazują, że ze słodkiego smaku po prostu nie mogą czasem zrezygnować… Zawsze lepsze rozwiązanie będzie miało również lepsze korzyści dla zdrowia. To, że łakniemy smaku słodkiego jest faktem. W książce opisuję zasadę 80/20: jeżeli zadbamy odpowiednio o swoje żywienie to nawet, gdy produkty przetworzone będą stanowiły 20% kaloryczności diety, organizm jest w stanie to obciążenie wytrzymać. Nasze zalecenia żywieniowe wskazują, żeby ilość cukru w diecie nie przekraczała 10%, co dla przeciętnej osoby wynosi około 50 g. (czyli równowartość czterech łyżek cukru lub dwóch łyżek miodu)… a weźmy pod uwagę fakt, że cukier dodawany jest również do produktów, które normalnie konsumujemy, takich jak płatki śniadaniowe, sosy, dressingi, gotowe dania garmażeryjne, czy jedzenie serwowane na mieście. Cukier pojawia się w napojach, jogurtach, nawet w wędlinach znajdziemy dodatek cukru. U niektórych pacjentów, z którymi współpracuję, całkowita rezygnacja jest jedynym wyjściem, żeby wyrwać się z nałogu. U innych wystarczy więcej samokontroli.

„Dopóki nie musiałam przestać jeść ich całkiem, nie sądziłam, że jestem uzależniona. Przy odstawianiu był problem. Walczyłam kilka razy, po kilka tygodni, miesięcy…” – wypowiedź internautki
W swojej książce „Uzależnienie od słodyczy” porusza Pan temat wychodzenia z nałogu i odzyskiwania kontroli nad nawykami żywieniowymi. Jak można z tego wyjść? Proponuję mój autorski 5-stopniowy model zmiany nawyków żywieniowych FitMIND, gdzie przechodzimy przez 5 etapów. Etap pierwszy to zatrzymanie procesu, etap drugi to odzyskanie kontroli nad zachowaniem, etap trzeci to zmiana zachowania i dopiero etapem czwartym jest wprowadzenie indywidualnego modelu odżywiania. Z kolei etap 5, moim zdaniem najważniejszy, to utrzymanie nowych nawyków. Warto zwrócić uwagę na to, ile osób jest w stanie zrzucić kilogramy, albo zrezygnować z cukru, jednak dlaczego prawie nikt nie jest w stanie tego utrzymać? Jeżeli mamy ograniczone zasoby, energię i czas to warto skierować na ten ostatni etap szczególną uwagę rozpoczynając współpracę ze specjalistą. Natomiast wiele osób, zaczynając zmianę i chcąc zrezygnować z cukru czy słodyczy, zaczyna od razu od diety. Więc przeskakują trzy pierwsze etapy! Bez przejścia poprzez poszczególne stopnie nie ma możliwości trwałej zmiany nawyków i wyeliminowania słodyczy na dobre, a właściwie do odzyskania nad nimi kontroli, bo to jest celem całej terapii.

Na jak długą pracę nad sobą trzeba się przygotować rzucając „słodyczowy” nałóg? Ile czasu trwa proces wychodzenia z nałogu? Ma Pan liczne doświadczenia w pracy z takimi osobami. Uważa się, że im dłużej trwa niechciane zachowanie, tym więcej czasu będzie trzeba przeznaczyć, aby z niego całkowicie zrezygnować. Tak więc na pierwszy etap potrzeba około dwóch miesięcy, lecz żeby go utrwalić potrzeba jednego miesiąca na każdy rok trwania niechcianego nawyku. Tak więc, jeżeli od pięciu lat słodycze są problemem to będzie potrzeba 2 miesięcy wychodzenia + 5 miesięcy utrzymania - czyli regularnej pracy, aby trwale pozbyć się tego nawyku. Wiem, że wydaje się długo, dlatego przedstawiam sposoby na to, aby praca nad nowym nawykiem była ekscytująca i pełna zabawy. Można dobierać różne rozwiązania, żonglować nimi i wszystko notować w dzienniku, aby znaleźć najlepszą drogę dla siebie. Wiedzę z książki przekazuję też od maja na webinarach, które są praktycznym rozwiązaniem pokazującym jak wprowadzić nawyk w życie. Dodatkowo prowadzę grupę „uzależnienie od słodyczy - skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”, w której wzajemnie sobie pomagamy i dzielimy się swoimi trudnościami oraz sukcesami. Grupa prężnie się rozrasta, więc serdecznie zapraszam wszelkie osoby, które szukają pomocy lub wsparcia.

„Potrafię wyjść do sklepu po np. sól, a wrócić z torbą słodyczy…” – wypowiedź internautki
Co może być skuteczną motywacją dla cukrowego nałogowca, żeby wyjść z uzależnienia? Hasło „Zdrowie”, jak wiadomo, nie działa na każdego… Przede wszystkim potrzebna jest wiedza i świadomość. Zdrowie może być tylko pustym hasłem, lecz jeżeli poznamy, co kryje się po drugiej stronie - z pewnością dokonamy właściwych wyborów, aby chronić nasze zdrowie i nasze życie. W imię zasady, że lepiej być zdrowym biedakiem niż schorowanym milionerem. Jak mawiał pewien indyjski filozof odnośnie palenia papierosów „możesz palić papierosy, lecz proszę cię, rób to świadomie. Jeżeli ze świadomością będziesz palił każdego papierosa to nie rzucisz palenia, bo rzucane palenie ma tendencję do powrotu. Paląc świadomie papieros sam wypadnie z ręki”. Badania to potwierdzają, że wystarczy przed posiłkiem zastanowić się, chociaż przez chwilę, jak wpłynie on na moje zdrowie? Czy jedząc słodycz nie pozbawiam  się możliwości zjedzenia czegoś dużo bardziej odżywczego, regenerującego i wspierającego pracę mojego organizmu? W końcu jesteśmy tym, co jemy.

Fragment książki „Uzależnienie od słodyczy”

...Mechanizm ten może wyglądać następująco. Nie wysypiasz się tyle, ile potrzebujesz. Organizm odczuwa zmęczenie jako stres, więc sięgasz po coś na ząb, by złagodzić nieprzyjemne objawy. W wielu badaniach potwierdza się, że nawet godzina snu mniej, wiąże się z większą zachcianką na słodycze i jedzenie komfortowe oraz większą ilością spożywanych kalorii. Różnice były spore, średnio sięgały 385 kcal dziennie! Ponadto wiele osób konsumuje dodatkowe kalorie całkowicie podświadomie. Przeważnie w postaci smakowitych dodatków lub przekąsek. Czasami w ciągu dnia skuszą się na jakąś słodycz w przelocie lub wieczorem chapną coś w kuchni na stojąco. Co ciekawe zapytani później, nawet tego nie pamiętają.

Tak więc przykładowy dzień po krótszej nocy może wyglądać Tak: Rano nie mamy energii, aby wstać, przesuwamy moment wyjścia z łóżka do ostatniej chwili. W ciągu dnia jeszcze wszystko jest ok. Można ratować się kawą, herbatą czy energetykiem (pamiętajcie, że herbata jest również mocnym stymulantem!). Często w ciągu dnia stymulanty działają tak skutecznie, że nie odczuwamy efektów niedospania. Problem zaczyna się wieczorem. Po całym dniu w pracy czy szkole wracamy do domu i całkowicie puszczają wszystkie hamulce. Nie ma już wystarczająco siły na trzymanie mentalnej gardy, a siły nie ma, bo noc była zarwana... Wracając więc do domu, wieczorem zaczyna się uaktywniać syndrom szperacza-podjadacza.

Błędne interpretowanie sygnałów płynących z naszego organizmu i nieumiejętność prawidłowego nazywania emocji ma też swoją fachową nazwę - aleksytymia. Aleksytymię można porównać do daltonizmu. W jednym zaburzeniu nie rozpoznaje się kolorów, nie można więc dokładnie opisać tego, co się widzi. W drugim zaburzeniu, nie można trafnie opisać tego, co się czuje, więc trudno znaleźć prawidłowe sposoby na poprawę samopoczucia...

Mikołaj Choroszyński jest magistrem żywienia i dietetyki oraz absolwentem studiów podyplomowych na kierunku psychodietetyka (Uniwersytet SWPS), obecnie w trakcie doktoryzacji z nauk medycznych. Jest wykładowcą akademickim w Wyższej Szkolenie Inżynierii i Zdrowia w Warszawie i Warszawskiej Uczelni Medycznej im. Tadeusza Koźluka oraz właścicielem poradni dietetycznej Bdieta. Specjalizuje się w dietetyce klinicznej. Jest także autorem pierwszej na polskim rynku książki o diecie przeciwdziałającej chorobom neurodegeneracyjnym „Dieta MIND. Sposób na długie życie”. Od maja 2020 prowadzi darmowe webinaria i grupę wsparcia w zakresie radzenia sobie z uzależnieniem od tzw. comfort foods (słodycze, fast food, słone przekąski).

  1. Zdrowie

Problem otyłości - kilka faktów

Przyczyn otyłości może być wiele. Jednak bez względu na to, czy są to przyczyny hormonalne, psychologiczne, czy dotyczące złych nawyków, otyłość powinno się leczyć. (Fot. iStock)
Przyczyn otyłości może być wiele. Jednak bez względu na to, czy są to przyczyny hormonalne, psychologiczne, czy dotyczące złych nawyków, otyłość powinno się leczyć. (Fot. iStock)
Nie możemy zapominać, że to, jak się ze sobą czujemy, wpływa też na to, ile i co jemy, a także jak wyglądamy. I na odwrót. Coraz częściej, badając przyczyny otyłości, mówi się o jej psychologicznych aspektach.

Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta, uważa, że otyłość ma olbrzymi związek z płcią i statusem: bogaty mężczyzna tyje, bogata kobieta chudnie, biedny mężczyzna chudnie, a biedna kobieta tyje.

Pierwsze źródło otyłości jest wspólne dla obu płci i wiąże się ze sposobem regulacji emocji w rodzinie pochodzenia – twierdzi Droździak. – Wiele matek okazuje dziecku uczucia poprzez jedzenie. Karmienie jest sposobem uspokajania, okazywania miłości, przepraszania, pocieszania. Jest sposobem na wszystko. Jeśli czuję się samotny, opuszczony – to muszę czymś tę pustkę zapełnić, czyli coś zjeść. No i mamy błędne koło, bo jedzenie ponad miarę prowadzi do otyłości, ta do kompleksów, a kompleksy do frustracji, która jest regulowana przez jedzenie.

Jak zauważa prof. dr hab. n. med. Magdalena Olszanecka-Glinianowicz, prezes Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, także w samym nazewnictwie, np. sformułowaniu „walka z otyłością” czyha psychologiczna pułapka, bowiem walka oznacza krótkotrwałą mobilizację, by uzyskać szybki efekt, podczas gdy leczenie otyłości to powolny proces. – Jeżeli człowiek podchodzi do problemu otyłości jak do walki, to zawsze będzie przegrany. Nawet jeśli schudnie, będzie miał poczucie krzywdy wynikające z faktu rezygnacji z wielu przyjemności. W związku z tym prędzej czy później do nich powróci. Z kolei jeśli nie schudnie, to ma tak silne poczucie porażki, że zaczyna zajadać stres.

Chorobę się leczy

Ci, których dotknęła otyłość, powinni uzbroić się w cierpliwość i podejść do swoich nadprogramowych kilogramów nie tylko jak do problemu natury estetycznej, ale też jak do choroby, z której wyjście zajmie więcej niż kilka miesięcy. Dobrze byłoby też rozważyć, czy otyłość nie jest objawem głębszych problemów – zdrowotnych albo natury psychologicznej. Żeby rezultat był trwały, należy nie tylko zmienić tryb życia,nawyki żywieniowe, ale i sposób myślenia o świecie i o sobie samym. Być pod stałą opieką lekarzy, samemu też troszczyć się o siebie.

Potrzebne są kompleksowe i długoterminowe działania, by zdezorientowany pacjent nie pogubił się w zaleceniach – mówi prof. Magdalena Olszanecka-Glinianowicz. Uważa też, że powinna powstać specjalizacja dedykowana otyłości, bo lekarze często rozpoznają u swoich pacjentów cukrzycę czy nadciśnienie, ale o otyłości rozmawiają niechętnie, w obawie, że urażą pacjenta albo zwyczajnie nie wiedzą, jak mu pomóc, bo nie ma, póki co, leku na otyłość, który można przepisać na receptę.

Kilka faktów na temat otyłości

1. Otyłość może prowadzić do innych chorób, takich jak: cukrzyca, nadciśnienie, choroby serca, problemy ortopedyczne, przewlekłe choroby żylne, nowotworowe, zaburzenia ruchu i inne. Dochodzą do tego problemy ginekologiczne, seksualne, położnicze. Choroby, które często określa się schorzeniami towarzyszącymi otyłości, są jej powikłaniami. BMI powyżej 35 świadczy o II stopniu otyłości, a powyżej 40 to otyłość skrajna. Aż 80 proc. chorych ze wskaźnikiem masy ciała powyżej 35 BMI ma liczne powikłania zdrowotne.

2. W Polsce na otyłość choruje blisko 8 mln osób (21% według ostatnich danych CBOS). Wskazanie do leczenia operacyjnego (operacja bariatryczna, czyli polegająca na zmniejszeniu żołądka) ma około 0,5 mln pacjentów (z tzw. otyłością patologiczną).

3. Na otyłość częściej chorują mężczyźni. Jednak to głównie kobiety zgłaszają się do lekarza (70 proc. wszystkich operacji bariatrycznych). Może to być wynikiem tego, że otyłość wśród mężczyzn jest bardziej akceptowana przez społeczeństwo.

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie.
Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku?
Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk?
Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić?
Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek?
Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić?
Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć?
Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej?
Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…?
Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania.
To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki?
Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia?
Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów!
Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.

  1. Psychologia

Wieczór bez drinka. Kiedy nawyk staje się uzależnieniem

Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. (Fot. Getty Images)
Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. (Fot. Getty Images)
- Jeśli co wieczór pijemy piwo, na przykład w trakcie oglądania filmu, to po pewnym czasie, gdy tylko pomyślimy, że mamy ochotę na film, pojawia się też ochota na piwo. Obie czynności stają się powiązane, nieodłączne. Wytwarza się nawyk, a to jest pułapka. Nawyk prowadzi do uzależnienia. Uzależnienie to równia pochyła – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jest cienka granica między „lubię alkohol” a „muszę się napić”.
I bardzo łatwo ją przekroczyć, co najczęściej dzieje się w sposób niezauważalny. Według norm amerykańskich wystarczy pół butelki piwa dziennie wypite przez kobietę i jedna cała wypita przez mężczyznę, żeby mówić o uzależnieniu. Znajoma psychoterapeutka powiedziała mi, że wygląda na to, iż 90 procent młodych kobiet i mężczyzn jest na granicy uzależnienia. Alkohol wśród młodych ludzi jest, niestety, modny; to element subkultury. Picie jest powiązane z rytuałem. Mecz, impreza, imieniny, czipsy, piwo, coś mocniejszego. Są ramy, w których alkohol stanowi ważny stały element – i to stanowi niebezpieczeństwo.

Pomówmy o zagrożeniach.
Jako dziecko byłem świadkiem nadużywania alkoholu przez wiele osób z mojego środowiska – sąsiadów, członków rodziny, kolegów, przyjaciół. Z przerażeniem patrzyłem, jak alkohol przejmuje nad nimi władzę, jak tracą kontakt ze sobą, z bliskimi i ze światem. Alkohol odcina od prawdziwych, bliskich relacji, generuje konflikty, przemoc, agresję. Ojciec, który nadużywa alkoholu, jest obecny w domu fizycznie, ale nie ma z nim kontaktu emocjonalnego, więc to tak, jakby go nie było. W wieku 30 lat z powodu alkoholu zmarł mój kolega, silny, potężny mężczyzna. Nie dlatego, że się zapił, ale że pił regularnie. Alkohol zrujnował narządy wewnętrzne. Miał mocny organizm, więc wydawało mu się, że sobie radzi, że może pić. Zostawił żonę, dziecko. Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, byłem w szoku.

Co dzieje się w organizmie pod wpływem alkoholu?
Świadomość, percepcja rzeczywistości ulegają zakłóceniu, zniekształceniu. Tracimy dostęp do wewnętrznych zasobów. Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. Pogarsza się koordynacja wzrokowo-ruchowa, język się plącze, co negatywnie wpływa na procesy poznawcze i emocjonalne. Trudno porozumieć się z człowiekiem, który nadużywa alkoholu. Przestajemy mieć do czynienia z indywidualnością tej osoby, zamiast niej zostaje coś, co jest chore, patologiczne. Oczywiście, alkohol czasem rozluźnia – jednak to rozluźnienie nie jest pełne ani zdrowe, ponieważ nie można go utrzymać, gdy nie ma alkoholu. Jeśli co wieczór pijemy piwo, na przykład w trakcie oglądania filmu, to po pewnym czasie, gdy tylko pomyślimy, że mamy ochotę na film, pojawia się też ochota na piwo. Obie czynności – oglądanie filmu i picie piwa – stają się powiązane, nierozłączne. Wytwarza się nawyk, to jest pułapka. Nawyk prowadzi do uzależnienia. Uzależnienie to równia pochyła.

Takie niewinne piwo.
Piwo jest bardzo intensywnie reklamowane. Właściwie nie jako alkohol, raczej jako napój, jak coca-cola, red bull. Jest traktowane jak kiedyś oranżada: gdy jesteś spragniony, napij się piwa. I jaki wybór! Weźmy piwo Dębowe Mocne. Producenci odwołują się do archetypów – dąb to siła, odporność, piękno. A „Lech to nie grzech”. Więc nie grzeszymy, nie robimy nic złego. Piwo z sokiem owocowym, a przecież sok jest zdrowy. I tak dalej, i tak dalej. Są jeszcze mocne trunki. Na przykład drinki. Miałem klienta, mężczyznę w dojrzałym wieku, samodzielnie wychowującego dzieci, który co wieczór przyrządzał sobie swój ulubiony drink. Drink wypity w samotności po stresującej pracy stał się rytuałem kończącym dzień, chwilą rozluźnienia. Widziałem niepokojące zmiany; napuchniętą twarz, przekrwione oczy. Przyznawał, że rano trudno mu się dobudzić, potrzebuje trzech kaw. Od popołudnia myślał już o swoim wieczornym drinku. A jednak był przekonany, że nie jest uzależniony. Zaproponowałem, żebyśmy to sprawdzili: tydzień bez drinka. Nie udało się. Może więc co drugi dzień, co trzeci albo zamiast drinka lampka wina, żeby przełamać nawyk, wprowadzić więcej elastyczności. Po wielu tego typu eksperymentach okazało się, że w tym zakresie nie jest w stanie panować nad sobą. Konieczne stało się podjęcie leczenia w specjalistycznym ośrodku, pod okiem psychoterapeutów i lekarzy. To przykład, który uczy pokory, ponieważ ten mężczyzna mówił, że co prawda robi sobie co wieczór drinka, ale tak w ogóle to alkoholu nie pije!

Jeśli czekam na wieczorny drink czy lampkę wina, to może być sygnał ostrzegawczy?
Nawet wtedy, gdy czekam na weekend, bo wreszcie się napiję. Niebezpieczna jest regularność, picie raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Mam do czynienia z młodymi ludźmi ze świata sztuki i biznesu. Oni w tygodniu ciężko pracują, natomiast od piątkowego wieczoru do niedzielnego popołudnia balują bez przerwy. W weekend wypijają bardzo dużo, upijają się do nieprzytomności. Upijanie się to jak przerwanie tamy, organizm zostaje zalany alkoholem, destabilizuje się metabolizm, system nerwowy. Z czasem organizm przyzwyczaja się do tego, że co pewien czas dostaje silne dawki, i zaczyna się adaptować do tego zmienionego biochemicznego środowiska. Jednak proces degradacji postępuje, alkohol fatalnie wpływa na mózg, wątrobę, nerki, serce, krążenie. Osoby uzależnione piją coraz więcej, szybciej się starzeją. Widziałem 30-letnich mężczyzn wyglądających na 50-latków. Picie to samobójstwo, powolna eutanazja. Najbardziej mylące jest to, że skutków nie widać od razu, szczególnie w przypadku ludzi młodych. Młode organizmy szybko się regenerują, dlatego może się wydawać, że upijanie się to nic takiego – człowiek się otrząśnie, weźmie prysznic, napije się wody, przebiegnie się trochę i szybko wróci do normy. Może tak się zdarzyć – raz czy drugi. Jednak zmiany następują; powoli, więc niezauważalnie.

Dlaczego tak łatwo się napić? Mówimy o alkoholu jako o elemencie subkultury, rytuału, mody, o sugestywnych reklamach piwa, o „lekarstwie” na stres współczesności. Jest jeszcze tradycja: picie z pokolenia na pokolenie na weselach, chrzcinach, imieninach, pogrzebach, jubileuszach, przy świątecznym stole.
„Nie napijesz się? Przy takiej okazji?”. Trzeba być naprawdę świadomym zagrożeń, żeby odmówić. Ale jest tu coś jeszcze. Czytam właśnie książkę „Teleogłupianie”. Autor Michel Desmurget powołuje się na wiele badań potwierdzających, że wystarczy oglądać telewizję dwie godziny dziennie, aby być zagrożonym nadużywaniem alkoholu. Dlaczego? W każdym niemal filmie są sceny, w których ludzie piją alkohol. Piją w filmach wojennych, historycznych, obyczajowych, komediach romantycznych, serialach. Piją wszyscy – czarne charaktery i białe charaktery. Psychologowie zwracają uwagę, że współczesna telewizja przejmuje rolę, którą dawniej odgrywali rodzice, dziadkowie, wujowie, wspólnoty rodzinne i sąsiedzkie. Młodzi ludzie nieświadomie naśladują wzorce, z którymi spotykają się w filmach; nasiąkają tymi obrazami.

Polski serial „Ranczo” oglądało średnio dziewięć milionów ludzi. Jest świetnie zrobiony, w sposób prosty, mądry i zabawny opowiada bliskie nam historie. I w tym serialu wszyscy piją! Nie wszyscy nałogowo, ale jednak. Piją bohaterowie, którzy budzą naszą sympatię i współczucie, grani brawurowo przez znakomitych aktorów.
Alkohol staje się nieodłącznym elementem stylu życia. Niby wiemy, że to tylko film, że tak nie można. Okazuje się jednak, że ten przekaz ma charakter nieświadomy, działa jak ukryta sugestia, wpływa na odruchy, zachowania, wybory, na wiele naszych przekonań. Młodzi ludzie są wobec tych obrazów bezbronni. Są w dramatycznej sytuacji. Dołóżmy do tego niepewność, dezorientację co do stylu życia, systemu wartości, lęk, że nie sprostam wzorcom lansowanym wśród rówieśników, a okaże się, że subkultury grillowania i imprezowania są azylem, gdzie można odetchnąć, zapomnieć, spotkać się z innymi, pogadać. Młodzi ludzie uzyskują w ten sposób dostęp do czegoś pierwotnego, do wspólnoty. Rozmawiamy wreszcie nie o biznesach, studiach, przetrwaniu. Jesteśmy razem i bawimy się. Zapominamy o rzeczywistości. Jednak to namiastka wspólnoty, prawdziwej zabawy. Te imprezy mają charakter destrukcyjny. Wiążą się bardzo często z niekontrolowanym seksem i zdradami, które za chwilę wyjdą na jaw. To generuje ból, cierpienie, rozpad związków. Kac jest nie do zniesienia, więc pijemy znowu, żeby zapomnieć. Błędne koło. Nierozwiązane problemy wydają się nierozwiązywalne.

Co z tym robić? Jak się chronić?
Bezpieczne są niewielkie ilości alkoholu raz na jakiś czas, z przynajmniej kilkutygodniowymi okresami, kiedy nawet nie pomyśleliśmy o alkoholu. Jeśli dbamy o siebie, prowadzimy zdrowy tryb życia, dobrze się odżywiamy, mamy kontakt z przyrodą, jest małe prawdopodobieństwo, że uzależnimy się od alkoholu. Nasz wzmocniony w ten sposób organizm pilnuje równowagi, samoreguluje się. Największym problemem jest przyznanie się, że mam problem: „Ja jestem alkoholikiem? Jestem uzależniony? Chory? Powinienem się leczyć, iść na odwyk? Ja?! W każdej chwili mogę przestać pić. Piję, bo lubię”. Bardzo prymitywny mechanizm zaprzeczania, oszukiwania siebie.

Dlaczego to robimy?
Chcemy mieć złudzenie, że kontrolujemy sytuację, jesteśmy panami siebie, nic nam nie grozi; jesteśmy na tyle silni, żeby sobie radzić. Zaprzeczanie, wypieranie jest elementem tej patologii. Dopiero wtedy, gdy przyznamy się, że mamy problem, możemy podjąć konkretne kroki. Jeśli tego nie zrobimy, możemy być pewni, że będzie coraz gorzej. Miałem do czynienia z wieloma, wydawałoby się silnymi, twardymi mężczyznami, których nałóg zamienił we wraki, a potem w zwłoki.

Jak i kiedy szukać pomocy?
Najpierw profilaktyka, czyli nieodkładanie na później, niebagatelizowanie problemów – w relacjach, w pracy czy jakichkolwiek innych. Im więcej nierozwiązanych problemów, tym większe ryzyko, że sięgniemy po alkohol. To dlatego tak ważne jest rozwiązywanie swoich problemów na bieżąco, a także zajęcie się tymi, które nie zostały rozwiązane w przeszłości. Jeśli ktoś bliski mówi nam: „Przesadzasz z alkoholem”, nie bagatelizujmy tego, to też profilaktyka. Poprośmy przyjaciół o wsparcie, niech nam zwracają uwagę. Jeśli troska bliskich nie pomaga, czas sięgnąć po wsparcie profesjonalne. Jeśli zauważam, że od rana czekam na wieczorny drink, źle się czuję, nie radzę sobie, trzeba natychmiast skorzystać z pomocy; są poradnie przeciwalkoholowe, ośrodki terapeutyczne. Moja rada dla młodych: nie wierzcie telewizji. Nie wierzcie dorosłym, którzy twierdzą, że alkohol to normalka, że „od jednego nic się nie stanie”, a „drugi na drugą nóżkę, dla równowagi”. Nigdy dość ostrożności i czujności na temat ilości i częstotliwości picia. Uważajcie, aby alkohol nie stał się częścią rytuału waszego życia. Celebrujcie życie, cieszcie się sukcesami – bez drinka.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.