1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. O czym szumią zioła

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Zdrowie

Chaber i jego lecznicze właściwości

W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
Kiedyś chaber bławatek traktowany był jako zbożowy chwast, dziś coraz częściej trafia na rabaty. I nic dziwnego, bo szafirowe, fioletowe albo różowe kwiaty są bardzo ozdobne. A przy tym to właśnie w płatkach ukrywają się cenne składniki zdrowotne.

Mnogość regionalnych nazw chabra bławatka przemawia za tym, że w Polsce od dawna występuje on powszechnie. Niektóre określenia, jak żytny kwiatek, odnoszą się do miejsca występowania, inne, np. kościan czy szczotkarz, wzięły się prawdopodobnie stąd, że łodyga jest dość szorstka w dotyku. W większości jednak honorują kolor płatków, jak modrak, modrzeniec, bławacz, a nawet niebo. I słusznie, gdyż surowcem zielarskim są kwiaty, bogate przede wszystkim w liczne antyoksydanty oraz flawonoidy. Oprócz nich w płatkach rośliny znajdują się również garbniki, sole mineralne (wysokie stężenie potasu, magnezu i manganu), związki gorzkie, śluzy oraz witamina C.

Płatki chabra zbiera się przy suchej i słonecznej pogodzie i suszy się krótko, ponieważ przy przedłużającym się suszeniu tracą swoją przepiękną barwę – bledną na skutek rozpadu niebieskiego barwika, cyjaniny. Wysuszony surowiec trzeba przechowywać w szczelnym opakowaniu, w suchym i zacienionym miejscu, co pozwala na długotrwałe utrzymanie dobroczynnych właściwości.

W starym zielniku i na aptecznej półce

Chaber jest rośliną leczniczą o długiej historii. W starych księgach zielarskich na temat jego właściwości czytamy m.in.: „Krew z nosa i ran tamuje, gdy się go wącha, korzeń chabrowy na szyi nosząc, a proszkiem z niego rany posypuje”. Używano go przy problemach z wątrobą, na ukąszenia żmij czy zapalenie dziąseł. Proszkiem z kwiatów posypywano z kolei trudno gojące się rany.

Chaber zasłużył się także w ludowej „okulistyce”, a dziś nadal można znaleźć go w składzie produktów do zwalczania zapalenia brzegów powiek oraz spojówek. Sprawdza się przy łagodzeniu skutków nadwrażliwości oczu na promieniowanie słoneczne czy – to informacja przydatna dla nas wszystkich – z monitorów komputerowych. Na bazie wyciągu wodnego z kwiatów chabra bławatka produkuje się ponadto krople oczne o działaniu ściągającym i usuwającym podrażnienia.

Naparu z kwiatów można również używać do płukania gardła, ponieważ chaber bławatek działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie na błony śluzowe jamy ustnej.

W twojej kosmetyczce

Dobroczynny wpływ wyciągu z chabra bławatka stawia go w rzędzie cenionych składników kosmetycznych. Można go znaleźć m.in. w:

  • kremach i tonikach do skóry trądzikowej i tłustej – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i zmiękczająco,
  • kremach pod oczy – łagodzi podrażnienia, zaczerwienienia oraz niweluje widoczne sińce pod oczami,
  • preparatach do cery naczynkowej – wzmacnia naczynia i łagodzi zaczerwienienia,
  • preparatach do cery suchej – zmniejsza łuszczenie oraz przywraca jędrność i elastyczność skóry,
  • szamponach – dzięki dużej zawartości antocyjanów ma właściwości łagodnie myjące oraz pomaga w walce z łupieżem,
  • płukankach do pielęgnacji włosów siwych – niweluje odcień żółci i nadaje włosom jasny, popielatoniebieski kolor,
  • hydrolatach bławatkowych – działa przeciwzapalnie i tonizująco,
  • olejkach eterycznych – są wykorzystywane w przemyśle perfumeryjnym.

Na upalne dni

Chaber to nie tylko roślina lecznicza i składnik używany w kosmetykach, ale także w kuchni. Oto przepis na domową lemoniadę orzeźwiającą z jego dodatkiem:

  • 1/2 l płatków kwiatu
  • 4 l wody
  • miód
  • 2 cytryny lub pomarańcze

Sposób przygotowania:

  • Wodę gotujemy, studzimy i dosładzamy miodem.
  • Płatki chabra wkładamy do słoika, zalewamy wodą i odstawiamy w słoneczne miejsce.
  • Po tygodniu przecedzamy, dodajemy świeżo wyciśnięty sok z cytryn lub pomarańczy. Przelewamy do butelek, wstawiamy do lodówki.
  • Można również dodać kilka kropli.
  1. Zdrowie

Trawa cytrynowa na zdrowie i… na komary

Kojarzysz charakterystyczny aromat cytrynowy w herbatach? Liście trawy cytrynowej (twarde, przypominające „pałeczki”; inna nazwa cytronela lub palczatka cytrynowa) są najczęściej wykorzystywane właśnie do aromatyzowania herbat. (fot. iStock)
Kojarzysz charakterystyczny aromat cytrynowy w herbatach? Liście trawy cytrynowej (twarde, przypominające „pałeczki”; inna nazwa cytronela lub palczatka cytrynowa) są najczęściej wykorzystywane właśnie do aromatyzowania herbat. (fot. iStock)
Trawa cytrynowa (podobnie jak mój ukochany wetiwer) należy do tzw. „pachnących traw tropikalnych”. Jak się okazuje, ich zapach skutecznie odstrasza również… komary. To jeden z olejków eterycznych, których „nie trawią” insekty. Z tego właśnie powodu są często dodawane do preparatów odstraszających komary i szamponów dla zwierząt – pisze Karolina Szaciłło w książce „Przyprawy, które leczą”.

W czym jeszcze może nam pomóc trawa cytrynowa?

Co na temat trawy cytrynowej ma do powiedzenia starożytna ajurweda? Jej zdaniem trawa cytrynowa wychładza i nawilża. Ma smak ostry i gorzki. Dobrze wpisuje się szczególnie w potrzeby osób z nadmiarem ognia w organizmie (pitta). Po trawę cytrynową może sięgać również kapha. Jednak na właściwości trawy powinna uważać z natury wychłodzona vata. Specjaliści od ajurwedy uważają, że trawa cytrynowa świetnie działa na naszą odporność, układ limfatyczny (i krew) oraz układ krążenia. Potwierdzają właściwości przeciwdepresyjne trawy cytrynowej. Trawa pobudza tarczycę, pomaga przy infekcjach nerek i likwiduje opuchliznę.

Oprócz tych wielu wymienionych powyżej zdrowotnych właściwości, ajurweda uważa trawę cytrynową za środek moczopędny, łagodzący układ nerwowy. Ponieważ jej smak jest przede wszystkim ostry, stosuje się ją także jako środek napotny, ale także przeciwgorączkowy. Jest także rzadkim ziołem, które podnosi ogień trawienny bez nadmiernego pobudzania doszy pitta. Poprzez swoje łagodzące działanie używa się jej także przy zapaleniach stawów. Jest też zalecana w trakcie długich, nużących podróży oraz w stanach osłabionej koncentracji (szczególnie olejek eteryczny). Jak piszą Light i Bryan Miller, co roku destyluje się blisko 2 miliony kilogramów trawy cytrynowej! Następnie stosuje się ją w przemyśle kosmetycznym (dodatek do mydła, kosmetyków etc.).

Warto wiedzieć

Olejek lemongrasowy, nalewka z trawki lemongrasowej jak i napar z niej przygotowany działają przeciwdepresyjnie, usprawniają procesy kojarzenia, zapamiętywania i postrzegania. Znoszą nerwice wegetatywne. Pobudzają wydzielanie soków trawiennych, krążenie krwi, rozgrzewają ciało i wzmagają diurezę. Mają silne właściwości fungistatyczne (hamujące rozwój grzybów), pierwotniakobójcze i bakteriostatyczne. Olejek trawki lemongrasowej działa głównie na bakterie gram dodatnie. Trawka cytrynowa wyraźnie hamuje rozwój drożdżaków, np. Candida. Zastosowana na skórę zmniejsza wydzielanie łoju, odświeża, znosi zapach potu i wspomaga leczenie chorób grzybicznych, wirusowych i bakteryjnych. Polecam olejek i nalewkę lemongrasową do leczenia opryszczki (smarować co 1–2 godziny).(…) – pisze dr Henryk Różański na swojej stronie (www.rozanski.li). Później dodaje, że ta niezwykle aromatyczna roślina działa również antyseptyczne, przeciwzapalnie i odświeżająco. Preparaty przygotowane na jej bazie mogą łagodzić stany zapalne gardła, jamy ustnej, krtani i oskrzeli. Przynosi ulgę w czasie kataru i zapalenia zatok. Na bazie olejku eterycznego można przyrządzać inhalację lub spożywać napar. Znosi wzdęcia. Co ciekawe, największe uprawy trawki cytrynowej znajdują się w Indiach.

Jak stosować trawę cytrynową?

  1. Maciek wielokrotnie dodawał trawę cytrynową do tajskich curry i zup. Jednak absolutnym objawieniem była dla nas poniższa herbata…
  2. Chcesz poprawić nastrój lub pobudzić wydzielanie soków trawiennych? Przyrządź napar z trawy cytrynowej. Jak radzi dr Henryk Różański, w tym celu zalej 2 łyżki suchej rozdrobnionej trawy 2 szklankami wrzącej wody. Przecedź po 15 minutach. Kiedy przestygnie, możesz dosłodzić naturalnym miodem. Pij kilka razy dziennie.
  3. Chcesz przygotować domowy spray na owady? Jak radzą redaktorzy www.dziecisawazne.pl (bardzo spodobał nam się ten pomysł tym bardziej, że ze Sri Lanki zawsze przywozimy podobny spray z citronellą, który jest niezwykle skuteczny), 100 ml oleju (np. migdałowego lub słonecznikowego tłoczonego na zimno) zmieszaj z 50 kropelkami olejku z trawy cytrynowej. Umieść w butelce z atomizerem i aplikuj bezpośrednio na ciało.
  4. Pragniesz się odświeżyć i bardziej skoncentrować? Skrop kamyk kilkoma kropelkami trawy cytrynowej (najlepiej w połączeniu z cytryną i limetką) i postaw w samochodzie lub na biurku. To rada z książki Aromaterapia. Leksykon roślin leczniczych Marion Romer.
  5. Napar z trawy cytrynowej będzie doskonałym remedium na przeziębienia, kaszel, grypę. W tym celu kilka jej ździebeł należy wrzucić do wody z kilkoma goździkami, szczyptą kurkumy i paroma listkami dobrej herbaty. Wodę doprowadzić do wrzenia i pogotować przez 3–5 minut. Pić ciepłe.
  6. Chcesz wspomóc proces usuwania toksyn z organizmu? Korzystając z rad Przemka, 2 krople olejku z trawy cytrynowej dodaj do kąpieli lub do namaczania stóp!

Herbata z cytrynową chai masalą

Fot. Karolina i Maciej SzaciłłoFot. Karolina i Maciej Szaciłło
  • 400 ml mleka roślinnego (my użyliśmy owsianego)
  • 400 ml wody
  • 4 łyżeczki czarnej herbaty
  • 4 pałki świeżej trawy cytrynowej pokrojone w plasterki
  • 1 /2 łyżeczki mieszanki chai masala
  • 4 łyżki syropu klonowego

Wszystkie składniki (za wyjątkiem syropu klonowego) doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy ogień do minimum, tak aby herbata się praktycznie nie gotowała. Gotujemy przez 2–3 minuty. Dodajemy syrop klonowy. Przecedzamy przez sitko i podajemy gorące.

Fragment książki „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

  1. Zdrowie

Słodki smak trucizny – jak cukier wpływa na nasze zdrowie?

Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. (Fot. iStock)
Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. (Fot. iStock)
Bohater kultowego filmu Barei badał zawartość cukru w cukrze. Dziś miałby dużo szersze pole badawcze, ponieważ sacharoza jest wszechobecna – trafia do ketchupu, leków, ba, nawet do pasty do zębów. Dziennikarka Ewa Nowak zbadała, jak sztuczna słodycz wpływa nie tylko na jej organizm, ale i samopoczucie. I doszła do wniosku, że wysiada z białej karuzeli.

Przez rok przeciętny Polak zjada ok. 43 kilogramów cukru, co oznacza 29 łyżeczek dziennie! Cukier – słodycze – pyszności – rodzina – dobre chwile... Taki łańcuch skojarzeń ma większość z nas. Cudowne wspomnienia z dzieciństwa związane ze słodyczami łączą nas silnej niż patriotyzm. Pieczenie ciast, wyprawa z rodzicami na lody, żelki, ciastka czy bita śmietana to w naszej kulturze symbol miłości, bezpieczeństwa, rodziny, nagradzania dzieci i okazywania im, że są ważne. Gorąca czekolada czy budyń z sokiem nikomu nie kojarzy się z trucizną i niszczeniem białek – a na tym cukier bazuje. Im więcej o nim czytam, tym bardziej mam wrażenie, że to nie substancja chemiczna, ale przebrany Obcy, który chce po cichutku zniszczyć nasz gatunek. I jak na razie znakomicie mu idzie, bo statystki, wskazują, że liczba chorych na cukrzycę stale wzrasta.

Hans-Ulrich Grimm, autor książki „Żywność pełna kłamstwa”, pisze: „wiele substancji, które zjadamy w produktach spożywczych, wywołuje uczucia”. Trudno się z tym nie zgodzić. Cukier bezsprzecznie wywołuje uczucia, i to jakie! Niby wiemy, że „trzeba z tym skończyć”, a jednocześnie sięgamy po słodycze. Co takiego on w sobie ma, że nie można mu się oprzeć?

Słodki eksperyment

Zjadam krówkę na czczo i czekam, co się stanie – czuję rozkosz już po minucie – cukier spowodował wyrzut większej dopaminy, hormonu wywołującego uczucie szczęścia. A od poczucia szczęścia nietrudno się uzależnić... Gdybym zjadła krówkę z jabłkiem czy pajdą gryczanego chleba, cukier nie działałby aż tak bardzo, bo ważne jest, w jakim towarzystwie trafia do naszego organizmu. Jeśli wraz z błonnikiem (w warzywach, owocach, razowej mące), to wzrost poziomu glukozy będzie niższy niż ten wywołany przez „samotny” cukier. Dobrym towarzystwem są też zdrowe tłuszcze.

Cukier wywołuje we mnie bardzo konkretne uczucia, silnie wpływa na moje samopoczucie i zachowanie. Przez pierwszą godzinę po zjedzeniu krówki energia mnie rozsadza. Jestem zadowolona, mam przypływ sił witalnych, ale i problem ze skupieniem. Po godzinie czuję skradające się zdenerwowanie, które przekształca się w ostrą irytację, gdy poziom glukozy spada. Po niej następuje faza gwałtownego pogorszenia samopoczucia. Mam lekko depresyjne uczucie pustki, czuję silne napięcie, nawet lęk. Jestem zła, nie mogę się skupić i chce mi się czegoś słodkiego. Agresywny głos w głowie szantażuje, że nie pozwoli mi nic zrobić, dopóki mu czegoś nie dam.

Psychologia zachcianek

Naszym organizmom wystarczyłaby od czasu do czasu fruktoza, czyli cukier zawarty w owocach. Od czasu do czasu! Bo mitem jest, że można je jeść w każdej ilości. Dla przykładu stężenie fruktozy po zjedzeniu całej kiści winogron lub ośmiu mandarynek to dla człowieka za duże obciążenie. Nawet jeśli zjadamy poprawnie – tylko jedną porcję owoców dziennie – sacharozą jesteśmy dosłownie zasypywani. „Jeśli do tego dołoży się nadwagę i siedzący tryb życia, nasze komórki stawiają insulinie coraz większy opór (…). Przemęczona trzustka zużywa się, wydzielając coraz mniej insuliny, a komórki stają się coraz bardziej oporne na działanie tego hormonu. Stan taki nazywamy opornością na insulinę” – piszą dr Richard Jacoby, specjalista chorób nerwów obwodowych, i Raquel Baldelomar w głośnej książce „Cukier. Cichy zabójca”.

Jedzenie cukru doprowadza również do zjawiska leptynoodporności, a więc braku skutków działania leptyny – hormonu informującego mózg o odżywieniu organizmu. Uporczywa wysokocukrowa dieta powoduje nawykowy deficyt uczucia sytości. Jemy, ale nie czujemy się najedzeni. Stąd na przykład absurdalna potrzeba zjedzenia całej warstwy ptasiego mleczka naraz czy wszelkie kompulsywne pochłanianie słodyczy.

Jak widać, jesteśmy skażeni i odtrucie cukrowe będzie trudne. W tym stwierdzeniu nie ma słowa przesady, ponieważ cukier wywiera ogromny wpływ na nasze samopoczucie.

„Po zdecydowanym odstawieniu wszelkich słodyczy czujemy się niepewni i chorzy, niespokojni i nerwowi, a wreszcie zmuszeni do znalezienia czegoś słodkiego i zjedzenia, przekonani, że tego pokarmu bezzwłocznie musimy sobie dostarczyć. Czy możemy skupić się na pracy, wiedząc, że w szufladzie leży tabliczka czekolady? Zapewne nie – a jedynym rozwiązaniem jest jej zjedzenie” – czytam u Jacoby'ego i Baldelomar. Póki będziesz jeść cukier, będziesz atakowany przez słodkie zachcianki. Już on tego dopilnuje!

Pożegnanie z cukrem

Statystyki straszą: jedna trzecia dzieci urodzonych w latach 2006–2016 będzie miała cukrzycę typu drugiego z powodu nieprawidłowej diety. Wiele osób ma świadomość swojego uzależnienia, które zaszczepia potem dzieciom, ale ciągle uważamy, że to „tylko” uzależnienie psychiczne. „Wezmę się za siebie i z tym skończę”. Ale jeszcze nie teraz… A cukier zżera nas systematycznie, i to nie tylko w przenośni.

Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. Soczewka oka, naczynia krwionośne, włókna kolagenowe w skórze, ścięgna, stawy – białka budują wszystkie struktury naszego ciała i wszystkie są tak samo unicestwiane przez cukier. Lista schorzeń, do których się przyczynia, jest przerażająco długa: choroba Alzheimera, stwardnienie rozsiane, depresja, alergie, kruchość kości, zaburzone ciśnienie krwi, a do tego – jak podaje dr Richard Jacoby – najgroźniejszy jest jego wpływ na neuropatię, czyli zapalenie nerwów. Do tej pory nikt nie kojarzył diety wysokocukrowej ze schorzeniami neurologicznymi. A szkoda! Cukier niszczy nasz układ nerwowy. Odczuwamy to jako ból, a w dłuższej perspektywie jako niedołęstwo.

Nie masz wyjścia. To już nie kwestia poglądów czy nastawienia. Świat nauki mówi jednym głosem: jeśli chcesz w zdrowiu dożyć emerytury – rzuć sacharozę, a potem cukier pod każdą dosładzającą postacią. Choć stewia (z liści stewii południowoamerykańskiej) czy ksylitol (z kory brzozy) mają, owszem, znacznie niższy indeks glikemiczny, to używając ich, nie odzwyczaisz się od potrzeby odczuwania nadmiaru smaku słodkiego. To samo dotyczy sztucznych słodzików. Większość z nich, raz przyjęta, nigdy nie rozkłada się w naszym ciele, a mimo to wielu dietetyków wciąż uważa je za wsparcie w drodze do eliminacji cukru. Błąd! Proces odwyku, poza obszarem fizjologicznym, musi dotyczyć też obszaru gastrycznego. Chodzi o to, żeby przywrócić kubki smakowe do takiego stanu, w którym znów poczują słodycz surowej marchewki. Słodziki nam w tym nie pomogą. A miód?

Odkąd się dowiedziałam, co cukier robi moim białkom, słowo „glikacja” trzeszczy mi w głowie. Nie chcę trzymać w domu trucizny. Pozbyłam się całego cukru, nie mam nawet żelaznej rezerwy dla gości, ale z miodem nie dałam rady. Mam za duży szacunek dla pracy pszczół lub jestem po prostu z Polski i serce mi nie pozwala wyrzucić miodu. Po prostu więcej już go nie kupię, ale ten muszę powoli „dojeść”.

I co teraz?

Cukier, czyli sacharoza, jest dosłownie we wszystkim. Dlatego moja koleżanka uważa, że nie warto się tym przejmować. Każdy z nas jest skazany na cukrzycę, więc należy jeść rurki z kremem i popijać colą, póki jeszcze możemy, żeby potem, gdy już nam zdiagnozują cukrzycę, nie żałować. Koleżanka jest przekonana, że będzie miała cukrzycę typu drugiego. I rzeczywiście – przy takim podejściu ma to jak w banku! Ale ja widzę siebie jako zdrową, aktywną starowinkę z obwodem w pasie poniżej 78 cm (mężczyzna nie powinien mieć więcej niż 100 cm, bez względu na wzrost) bez cukrzycy, demencji i z piękną cerą. Zatem wysiadam z białej karuzeli!

A ty, drogi Czytelniku? Przeczytałeś trzy strony o cukrze, i co teraz? Wyśmiewasz strach przed nim, a może od dawna już go nie jadasz? Na jakim etapie drogi do zmian w jedzeniu cukru dziś jesteś? Określ to teraz. Lepszego momentu nie będzie.

Jak mawiał filozof Arthur Schopenhauer: „Każda prawda przechodzi przez trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem zaprzeczana, a na końcu uważana za oczywistą”.

Koła ratunkowe w morzu cukru

  • Pij białą morwę. Zawiera witaminy z grupy B, PP oraz wysokie stężenie flawonoidów o silnym działaniu detoksykacyjnym. Polecana przy konieczności wyrównywania poziomu cukru we krwi. Pomaga ciału poradzić sobie z codziennym tsunami cukru.
  • Do pracy noś zdrowe przekąski: marchewki, jabłka, czerstwe gryczane pieczywo, naturalne jogurty. Musisz to mieć pod ręką, bo trzeba jeść regularnie. Zbyt długie przerwy prowadzą do hipoglikemii (nadmiernego spadku poziomu glukozy we krwi) kończącej się sięganiem po słodycze.
  • Jedz bezcukrowe śniadania. Najlepiej owsiankę lub jajka (tylko zerówki albo jedynki od szczęśliwych kur).
  • Wyeliminuj z menu napoje słodzone. W jednej szklance jest 8 łyżeczek cukru (tyle samo, co w szklance soku pomarańczowego). Zamiast soków z owoców – pij warzywne.
  • Pilnuj spożywania zdrowych tłuszczów. „Pragnienie cukru bywa czasem domaganiem się przez organizm tłuszczu, którego mu nie dostarczyliśmy” – pisze dr Jacoby.
  • Nawadniaj organizm. Jeśli pijesz za mało, będziesz czuć podwyższone łaknienie i szukać cukru. Kropka.
  • Wysypiaj się. Nasz organizm często myli niezadowolone ciało migdałowate z głodem i zapotrzebowaniem na cukier. Chce ci się czegoś słodkiego? Nie możesz się niczym najeść? Zdrzemnij się, a łaknienie zniknie.
  • Czytaj etykiety. Jeśli cukier jest wymieniony na jednym z pięciu pierwszych miejsc, to oznacza, że produkt jest uzależniający i chorobotwórczy, więc niech zostanie na półce w sklepie.
  • Gdy jesz poza domem, postępuj według metody 80/20. Nie zawsze dasz radę uniknąć żywności z dodatkiem cukru, więc zachowuj czystość w ośmiu przypadkach na dziesięć, a te dwa od czasu do czasu wkalkuluj w koszta życia. Nie popełniaj błędu ortodoksji, polegającego na tym, że gdy raz złamiesz zasady, od razu rzucasz dietę. Metoda 80/20 jest duża bardziej skuteczna.