1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Świat u naszych stóp

Świat u naszych stóp

Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Chodź boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. (Fot. iStock)
Stopy komunikują się z nami codziennie, sygnalizując problemy na poziomie ciała i emocji. Są naszym symbolem obecności w świecie, a i tak najczęściej chowamy je w skarpetkach i butach. Wstydzimy się ich, nie lubimy. Dziennikarka i fotografka Katarzyna Sołtan pyta kobiety o ich stopy. A potem je fotografuje.

Ludzka stopa składa się z 33 stawów, 107 ścięgien i więzadeł oraz 26 kości, co oznacza, że w samych tylko stopach znajduje się jedna czwarta wszystkich kości naszego organizmu. Ich niewielka powierzchnia utrzymuje nasze ciało nawet w bardzo trudnych warunkach. A nie mają z nami lekko – codziennie robimy średnio 5 tysięcy kroków, a w ciągu całego życia uderzamy nimi o podłoże średnio 10 milionów razy. Do tego dochodzi jeszcze poruszanie się po twardej powierzchni, czasem w niewygodnych lub niewłaściwie dobranych butach.
Powiedzmy sobie szczerze − na co dzień nie dbamy o stopy tak, jak o włosy, cerę czy ręce. Przypominamy sobie o nich dopiero wtedy, gdy nadchodzi lato lub dzieje się z nimi coś nie tak. Tak było w moim przypadku. Miałam kompleks na punkcie stóp. Cieszyłam się, kiedy nadchodziły chłodniejsze miesiące, bo mogłam ukryć je w szczelnym pancerzu martensów. W gorące miesiące przeżywałam katusze – zakryte buty były prawdziwą męczarnią, ale wolałam odczuwać dyskomfort niż włożyć sandały. Byłam przekonana, że odsłaniam w ten sposób bardzo intymną część ciała, w dodatku – w mojej ocenie – nieładną. Dopiero całkiem niedawno, gdy otworzyłam się na medytację i jogę, poczułam, jak ważne są stopy. W jodze stopa jest podstawą i każdy brak równowagi w życiu zaczyna się właśnie od niej.

Medytacja drzewa

− Stopy są dla mnie cudem, dzięki któremu mogę w ogóle doświadczać chodzenia po ziemi – mówi Green, tancerka i projektantka tworząca w duchu recyklingu. Green uważa, że największą mocą stóp jest możliwość kontaktu z ziemią. To właśnie przez stopy ziemia przekazuje nam energię, dzięki której łączymy się z naturą. − Wystarczy stanąć boso na ziemi i już mamy dostęp do bezpośredniej wiedzy − przekonuje.

Podobne odczucia ma Kinga Wdowiak, którą od zawsze fascynowała właśnie ta część ciała. W liceum lubiła robić rysunki swoich stóp, a latem biegała boso wszędzie, gdzie tylko się dało. Chciała mieć kontakt z ziemią. Skupiała się wtedy na samej czynności chodzenia, co przeradzało się w medytację. Kinga praktykuje to do dziś, ale już świadomie jako buddystka i nauczycielka jogi. – Stopa to nasz fundament, miejsce zapuszczania energetycznych korzeni – tłumaczy. – Dlatego w jodze zaczynamy skanowanie całego ciała od stóp i w ten sposób przyciągamy do siebie energię.

Filozofie Wschodu od dawna podkreślają, jak ważna jest interakcja pomiędzy energią ziemi a energią ciała człowieka. Według niektórych wschodnich wierzeń żeńska energia jest energią przyciągania, czyli „siłą dośrodkową” wpływającą do ciała kobiety przez stopy, dlatego też nazywana jest siłą uziemienia. Ta potężna energia sprawia, że domownicy chcą przebywać blisko osoby o najwyższej energii dośrodkowej, czyli zwykle wokół matki. Kinga uważa, że świadome skierowanie uwagi na stopy może być też świetnym sposobem na wyciszenie w stresujących momentach. Wystarczy wyobrazić sobie, że nasz oddech zaczyna się od stóp i wędruje przez całe ciało. Odczucia płynące z podstawy naszych nóg wygłuszą natrętne myśli, pozwolą nawiązać kontakt ze sobą i przywrócą równowagę. – Stopy nauczyły mnie, jak wiele energii jest dostępnej w asanach. Gdy stoję w pozycji drzewa i łapię równowagę, moja silna stopa utrzymuje mnie, jestem stabilna i nic nie jest w stanie mnie ruszyć – twierdzi Kinga.

Kinga uważa, że stopy, podobnie jak ręce, są przepiękną częścią kobiecego ciała. Tym bardziej dziwi ją to, że kobiety mają na ich punkcie kompleksy. Tak było w przypadku Pauliny Wycichowskiej, tancerki i choreografki. Już od dzieciństwa katowała je ćwiczeniami w szkole baletowej, ale nie widziała efektów – były twarde i nieustępliwe. Zabezpieczyły ją przed wieloma kontuzjami, ale wtedy nie potrafiła tego docenić. Wstydziła się ich. Wszystko zmieniło się w trakcie studiów tańca współczesnego w Londynie. Zaczęła pracować z nimi świadomie i z wyczuciem – i wtedy nawet trochę zmieniły swój kształt. Ta wzmocniona uwaga zwrócona na stopy pozostała jej do dzisiaj, a gdy przypominają o sobie bólem, Paulina już wie, że chcą uwagi i dotyku. W tańcu natomiast są jej łącznikiem z ziemią. – To niesamowite, że tak misterne konstrukcje, jakimi są stopy, absorbują duże siły uderzenia, na przykład podczas skoku, gdy przyjmują zwielokrotniony siłą przyciągania ciężar naszego opadającego ciała – zachwyca się.
Prowadzi warsztaty rozwijania świadomości ciała, które nazwała „I mind the step”. − Uważam, że świadomość każdego kroku przekłada się na świadomość ruchu i ciała, a może nawet na świadomość poszczególnych chwil życia − podsumowuje. Praca ze stopami sprawia, że lubi patrzeć na stopy innych, szczególnie latem, bose i w sandałkach, naturalne lub z pomalowanymi paznokciami. Żałuje jednak, że kobiety wciąż rzadko podkreślają ich piękno pierścionkami lub bransoletkami.

Śladami bogów

Magda Adamow, nauczycielka i fotografka, należy do tych kobiet, które uwielbiają ozdabiać swoje stopy subtelną biżuterią. Uważa, że jest w nich, podobnie jak w dłoniach, niezwykła zdolność zmysłowego odbierania świata. − Są niesamowicie chwytne i wrażliwe na bodźce sensualne, chociażby wtedy, gdy chodzimy boso po piasku, zanurzamy je w ciepłej wodzie lub dotyka ich ktoś bliski. Kontakt ze światem przez stopy to niemal metafizyczne doznanie – mówi Magda. I chociaż stopy w niczym nie ustępują dłoniom, notorycznie zakrywamy je skarpetami, wciskamy w buty i chowamy przed innymi. Może dlatego, że są daleko od głowy, którą uznajemy w naszej kulturze za niezwykle ważną? Traktujemy je bardziej instrumentalnie jako część ciała służącą do przemieszczania się z punktu A do punktu B. Tymczasem stopy były i są bardzo ważnym elementem świata duchowego. W wielu tradycjach to właśnie one są ucieleśnieniem naszej duszy i przypominają, że gdy bogowie zeszli na Ziemię, pozostawili na niej swoje święte ślady, którymi obecnie podążamy. W niektórych kulturach pokłony składane guru lub starszym osobom w rodzinie połączone są z dotknięciem ręką ich stóp – tworzy to delikatny krąg wymiany energii i jest oznaką najwyższego szacunku. W buddyzmie guru witany jest przez wyznawców przez pokłon lub pocałunek w stopy. Co ciekawe, wizerunek samego Buddy był niegdyś tabu, dlatego symbolem jego obecności były odciski stóp, które do dziś możemy oglądać w postaci grawerunków pokrytych rozmaitymi symbolami. Znaczenie stóp zakodowane jest również w języku, kiedy mówimy o miejscach „nietkniętych ludzką stopą”, gdy „składamy cały świat u stóp” ukochanej osoby lub gdy „mamy coś lub kogoś u swych stóp”.

stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)stopy to nasz fundament, miejsce łączności z ziemią, zapuszczania energetycznych korzeni. (Fot. Katarzyna Sołtan)

W cieniu Kopciuszka

Historia zna też mniej chlubne i dalekie od metafizyki przykłady, w których stopa sprowadzona była do atrybutu męskości lub kobiecości. W średniowieczu duża męska stopa oznaczała siłę, dlatego panowie z upodobaniem nosili ciżmy. Buty z długim noskiem, mające podkreślać walory i pozycję mężczyzny, nie weszły do mody na stałe, może dlatego, że utrudniały swobodne przemieszczanie się nie tylko ich właścicielowi, lecz także reszcie otoczenia.
Z kolei wabikiem średniowiecznej damy była mała stopa. Również przez wiele stuleci wielkością stopy mierzono wartość kobiety w Chinach. Fetysz miniaturowych stóp zawładnął wyobraźnią Chińczyków do tego stopnia, że zaczęto krępować kobiece stopy bandażami w taki sposób, by zatrzymać ich naturalny proces rośnięcia, o czym opowiada chociażby książka „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz” Lisy See. Miniaturowe stopy były symbolem piękna i wyjątkowości, zupełnie jak w baśni o Kopciuszku, którego stopa była tak mała, że jej pantofelek nie pasował na żadną inną kobietę.

Dziś, bardziej niż o wciskaniu stopy w trzewiczek, marzymy o jej nienagannym wyglądzie. I choć w reklamach pojawia się zwykle proporcjonalna, gładka i smukła stopa, w rzeczywistości wyróżniamy trzy jej typy: egipską, rzymską i grecką. Stopa egipska uznawana jest za idealną ze względu na jej harmonijną budowę i smukłość. Paluch jest w niej najdłuższy, a reszta proporcjonalnie maleje. Z kolei grecki typ ma najdłuższy drugi palec. W starożytnej Grecji taki układ palców oznaczał inteligencję i wysokie pochodzenie. Typ rzymski jest najrzadszy − pierwsze trzy palce są niemal identycznej długości, a dwa ostatnie wyraźnie krótsze od pozostałych.
Niezależnie od kształtu stopa to lustro wszystkich naszych organów wewnętrznych. To właśnie tutaj znajduje się mnóstwo receptorów, mapa ludzkiego ciała. Doskonałym znawcą tej mapy jest refleksolog, który leczy rozmaite dolegliwości, uciskając poszczególne receptory na stopach. Może to pomóc między innymi w: bezsenności, migrenie, bólach stawów i kręgosłupa, w problemach skórnych i żołądkowo-jelitowych. Na śródstopiu w ujęciu refleksologii znajdują się nasze narządy wewnętrzne, więc przyciskając piętę do śródstopia masujemy żołądek, jelita czy śledzionę. Dlatego tak ważne są codzienny masaż stóp, gimnastyka i chodzenie boso.

Historie w stopach zapisane

Techniki automasażu wykorzystuje coraz popularniejsza w Polsce gimnastyka słowiańska. Stopy, podobnie jak w jodze, służą tu do uziemiania się, więc dobrze ćwiczyć w bliskim kontakcie z ziemią, żeby otworzyć się na płynącą z niej energię. − Stopa w relacji z ziemią odzwierciedla naszą relację z matką. Jeśli coś pojawia się na stopach, to sygnał, że coś w tej relacji jest nie tak − tłumaczy Kasia Muchowska, terapeutka Mizan. – Na przykład przy płaskostopiu większa część stopy dotyka ziemi, co wyraża pragnienie bliskości z matką, więc to znak, że prawdopodobnie nasza matka jest emocjonalnie nieosiągalna. Z kolei narastanie naskórka to otoczenie się skorupką przed teraźniejszością.
Kasia przyznaje, że stopa to część ciała, którą najłatwiej zakryć, a nasze kompleksy biorą się z porównywania i przekonania, że to, co mamy, nie jest wystarczająco dobre. − Gdy ćwiczę gimnastykę słowiańską z dziewczynami, często zdarza się, że mają stopy zakryte rajstopami lub skarpetkami – zauważa. Przyznaje, że zanim pokochała swoje stopy, karmiła się obrazami z prasy i telewizji. – Wiedziałam, że latem muszę o nie zadbać, pomalować paznokcie i wygładzić pumeksem, a jeśli są suche, wetrzeć krem – mówi. − Podczas pracy z gimnastyką słowiańską zaczęłam się zastanawiać, dlaczego skóra na moich stopach jest taka sucha. Gdy zaczęłam ćwiczyć i doceniać moje stopy, to się zmieniło. Narodziła się we mnie wdzięczność za moje stopy. Przestałam je oceniać i traktować przedmiotowo.
Kasia mówi, że jej stopy wyglądają teraz inaczej. Wie już, że krem jest tylko czymś w rodzaju plastra, ale nie zmieni energetycznej kondycji stóp.
O tym, jak trudno jest pokochać swoje stopy, przekonała się również Green. – Moje kompleksy na ich punkcie wynikają z tego, że w mojej rodzinie kobiety mają dość żylaste stopy, więc jeśli założę buty na obcasie, to wygląda to mało estetycznie. Ale moje stopy są też tym, co pozwala mi się ugruntować, poczuć siebie, ustabilizować i za to jestem im wdzięczna – podsumowuje.

Zbawienne rytuały

− Stopa i jej wygląd mówią wiele o budowie ciała, wadach postawy, problemach z układem kostno-stawowym i chorobach układu krążenia – mówi Lidia Zerek, podolog. Podpowiada, jak pielęgnować stopy i paznokcie w zaciszu domowym oraz jak dobierać obuwie i wkładki korygujące. − Wiele moich klientek nie lubi swoich stóp. Wynika to najczęściej z utrwalonych kanonów piękna pokazywanych w mediach. Każda reklama dotycząca pielęgnacji stóp to obrazek młodej, zgrabnej kobiety, która pokazuje nienagannie wypielęgnowane stopy. W rzeczywistości każdy z nas jest inny, więc i nasze stopy się różnią – przekonuje. Ważne, żeby o nie właściwie zadbać. Nie zakrywajmy zmienionych chorobowo paznokci lakierem i nie kupujmy skarpetek złuszczających, ponieważ w ich składzie są kwasy, które zaburzają procesy prawidłowej keratynizacji naskórka. Powinniśmy też unikać tarek i pumeksów, ponieważ pocieranie stopy powoduje wzrost temperatury, a to również zaburza keratynizację i nasze stopy zamiast być gładkie, robią się szorstkie. Naskórek złuszcza się samodzielnie i odbudowuje co 28 dni. Jeśli proces ten przebiega prawidłowo, trudno go nawet zauważyć. Rytuałem powinno stać się codzienne mycie stóp w ciepłej (ale nie gorącej) wodzie, do której możemy dodać odrobinę specjalistycznej soli lub olejku, a po umyciu dokładne wycieranie stóp i przestrzeni międzypalcowych. Pielęgnację warto zakończyć delikatnym masażem, podczas którego wetrzemy preparaty podologiczne mające w składzie odpowiednio skoncentrowane naturalne tłuszcze, delikatną lanolinę, ekstrakty z owoców, preparaty zwalczające działanie wolnych rodników i kompleksy witaminowe, które łagodzą podrażnienia naskórka i wspomagają jego odbudowę.
Co dzieje się, kiedy zapominamy o fundamencie naszego ciała? − Stopy, nieustannie narażone na przeciążenia i tarcie w nieodpowiednim obuwiu, buntują się – tłumaczy Lidia. Powstają odciski, nagniotki, pękają pięty, rosną haluksy, odczuwamy piekący, kłujący ból w obrębie pięt, a nawet całej kończyny dolnej i układu szkieletowego. Unikajmy zatem obuwia, które jest za ciasne i za ciężkie. Szpilki zostawmy na specjalne okazje. Przy zakupie nowych butów zwróćmy uwagę przede wszystkim na wygodę, aby stopa miała odpowiednią ilość miejsca i nie była ściśnięta, oraz na podeszwy, które powinny być elastyczne i lekko amortyzujące. Jeśli do tego będziemy myśleć o swoich stopach z wdzięcznością, zabiorą nas w niejedną fascynującą podróż. Bo niezależnie od wielkości i kształtu stopy komunikują się z nami codziennie i dzielą się mądrością na temat naszego zdrowia, sił życiowych i blokad emocjonalnych.
Zacznij od ćwiczenia: przejdź się boso po plaży, trawie lub podłodze. Na początku stopy będą unikać nierówności, kamyków i gałązek, ale z czasem się do nich przyzwyczają. Poczuj swoje kroki tu i teraz. Za tydzień będą pewnie inne. Podobają ci się ślady, które zostawiasz na ziemi? 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.

  1. Zdrowie

Waga zmiany – epidemia otyłości [RAPORT]

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Z jednej strony karmieni jesteśmy reklamami szczupłych, idealnych ciał. Z drugiej – tyjemy w tempie ekspresowym. Jest i trzecia strona – ruch body positive. Moje ciało jest moje i nikomu nic do tego – słyszymy. Jak znaleźć złoty środek?

Wiedziałam, że jest mnie za dużo. Miałam świadomość ryzyka zdrowotnego, wyobrażałam sobie swoje otłuszczone organy, wysiłek, jaki musi wykonać serce, żeby pompować krew – opowiada Dorota Zygmunt, ambasadorka kampanii „W Nowym Kształcie”, skierowanej do osób zmagających się z otyłością. – Bliscy zawsze mnie akceptowali, ale od obcych ludzi doświadczałam ośmieszania, wytykania palcem. Pamiętam szczególnie jedno wydarzenie. Moment dla mnie przełomowy. Byliśmy w Łebie. Zawsze uwielbiałam wakacje nad morzem, choć już sama myśl o wciskaniu się w kostium i wychodzeniu na plażę była trudna. Uparłam się, żeby popłynąć rowerem wodnym. Chętnych było dużo, czekaliśmy, a kiedy w końcu wsiedliśmy, okazało się, że rower przechyla się niebezpiecznie na stronę, po której siedziałam. Pan z obsługi powiedział, że nie da rady. Musimy wysiąść. Patrzył na nas, na mnie, tłum ludzi. Wstyd, jaki wtedy czułam, pamiętam do dziś. Dotarło do mnie, że muszę sobie pomóc.

Boli własne odbicie w lustrze. I nie tylko to. – Nikt, kto nie był otyły, nie zrozumie przeżyć otyłego – mówi Dorota. – Tego, co czuje w samolocie, co, kiedy musi usiąść na leciutkim krzesełku na szkolnych akademiach dzieci, co, gdy biegnie do autobusu, gdy uprawia seks. To zawsze ogromna samotność. Nawet jeśli ktoś, kogo kochasz, mówi ci: „Jest OK”. Otyli bywają weseli, przymilni, swoim zachowaniem walczą o akceptację. Ale to jedynie maska.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka, dodaje: – Osoby otyłe często mówią, że kiedy idą alejką pośrodku samolotu czy autokaru, widzą, jak wszyscy patrzą z przerażeniem: usiądzie koło mnie czy nie? W dodatku takie przekonanie potrafi siedzieć im w głowie, nawet kiedy zgubią już nadmiarowe kilogramy. Znam chłopaka, który schudł z otyłości olbrzymiej do normy. I w samolocie nadal wydawało mu się, że wszyscy na niego patrzą. W głowie ciągle był gruby. Z drugiej strony – są ludzie, którzy zmianę w życiu odkładają do czasu, aż schudną. „Mam beznadziejną pracę, ale zacznę szukać nowej, kiedy schudnę”. Albo: „Nie układa mi się z mężem, ale o tym, czy chcę z nim być, pomyślę, kiedy już będę szczupła”. Nie są tak naprawdę gotowi na kolejną zmianę, więc hamują tę pierwszą.

Kod E66

Problem dotyczy wielu z nas. Bo jako społeczeństwo tyjemy. Najszybciej w Europie. Szybciej niż Ameryka. Około 58 proc. Polek i 68 proc. Polaków ma zbyt wysoką masę ciała. Na otyłość choruje 25 proc. z nas. Rok pandemii, rok, który wielu z nas spędziło, pracując w domu, zrobił swoje. Wstajemy od komputera często tylko po to, by sięgnąć do lodówki. Zamknięte siłownie usprawiedliwiają brak aktywności fizycznej. Przed ekranem (komputera czy telewizora) spędzamy o półtorej godziny więcej, a na wadze przybywa nam średnio 1,8 kilograma. Przy czym osoby z nadwagą przytyły 1,98 kilograma, a otyłe – 3,2 kilograma. Profesor Piotr Myśliwiec, chirurg bariatra, ekspert kampanii „W Nowym Kształcie”, mówi: – Problem rośnie. Moim zdaniem wynika to z braku ruchu i z niezdrowego odżywiania. Może to kwestia mentalności, może wygody? Zmęczeni rodzice nie idą z dzieckiem na rower, na spacer. Włączają telewizor, dają komputer: „Zajmij się”.

Nawet szczupłe dzieci nie mają wystarczająco dużo ruchu. A są przecież i takie, które mają skłonność do otyłości. Rodzice otyli to 70 proc. prawdopodobieństwa, że w wieku dorosłym dziecko też będzie otyłe. Czy to kwestia genów? – Wiemy, że są geny, które warunkują otyłość, choć nie zidentyfikowaliśmy ich wszystkich – mówi profesor Myśliwiec. – Są pojedyncze mutacje, które sprawią, że człowiek będzie otyły, nawet leczenie operacyjne nie da pożądanego efektu. Ale częściej występują geny predysponujące do otyłości. Jeśli jednak odżywiamy się prawidłowo, otyłość się nie ujawni.

Otyłość jest chorobą. Od roku 1996. Na liście opublikowanej przez WHO oznaczona została kodem E66. Jest też matką innych chorób. Każdy nadmiarowy kilogram masy ciała to większe ryzyko zawału czy nowotworu złośliwego. Profesor Myśliwiec tłumaczy: – Otyłość musimy leczyć, by przedłużyć życie. Poprawić jego jakość. Zapobiec powikłaniom cukrzycy, chorób serca. Jest cała lista chorób, których częstość zmniejsza się po operacji otyłości – od udaru mózgu, migreny, przez zaburzenia miesiączkowania, niepłodność i nietrzymanie moczu, po nowotwory, takie jak rak przełyku, trzustki, jelita, piersi czy trzonu macicy. Ludzie otyli mają bezdech senny, nie wysypiają się w nocy, zasypiają w środku dnia, trudno im skupić uwagę. A chorzy otyli mają dużo mniejsze szanse wyzdrowienia z ciężkiej postaci COVID-19 – ich płuca już na początku są uciśnięte przez wysoko ustawioną przeponę z powodu dużej ilości tkanki tłuszczowej w jamie brzusznej. Nazywamy to małą rezerwą oddechową. To główny czynnik śmiertelności w zakażeniu koronawirusem.

Zostają z tym sami

Brak ruchu, zła dieta to z pewnością najważniejsze przyczyny otyłości. Ale wydaje się, że jest coś jeszcze. Praprzyczyna, z której dwie powyższe wynikają. To braki w edukacji. Na żadnym etapie nauki szkolnej uczniowie nie poznają zasad właściwego odżywiania. Nic więc dziwnego, że jako dorośli nie umieją się na tym polu poruszać.

Mówi dietetyczka Katarzyna Błażejewska-Stuhr: – Z jednej strony masowo kupujemy poradniki, ogromną popularnością cieszą się programy kulinarne, w których mówi się także o tym, jak kupować, na co zwracać uwagę, jak ważne jest czytanie składu produktów. Magda Gessler idzie do kuchni restauracji i robi to samo, co robiła dziesięć sezonów wcześniej, czyli wyrzuca mrożoną, wysokoprzetworzoną, „chemiczną” żywność. Gdyby restauratorzy ze świadomością obejrzeli choć jeden odcinek, powinni wiedzieć, co dobre, a co złe.

Może nie chcemy tego rozumieć? Zwłaszcza że na drugim biegunie są reklamy. Na przykład „zdrowy” wafelek dla dzieci: mleko i orzechy. Kupujemy, sumienie mamy czyste. – Mój mąż w dobrej wierze karmił córkę płatkami „dla dzieci” – mówi Katarzyna Błażejewska-Stuhr. – Dla mnie to najgorsze świństwo. On słyszał, że siedem witamin i żelazo i był pewny, że daje dziecku to, co najlepsze – a dawał cukier i chemię. To, co uzależnia, truje i wprowadza na ścieżkę do otyłości.

Nie pomagają też lekarze. W gabinecie otyli pacjenci słyszą: „Musi pani schudnąć”. Albo: „Trzeba się więcej ruszać”. I tyle. – Takie słowa nie są czarodziejską różdżką – mówi Dorota Zygmunt. – Nie motywują. Lekarze nie edukują pacjentów. Może sami nie wiedzą, co z tym zrobić. Albo nie potrafią na tak delikatny, drażliwy, bo dotyczący także wyglądu temat rozmawiać. Poza ogólnymi hasłami, tak naprawdę pustymi, nie dają nam żadnych konkretów. Osoby otyłe wychodzą potem z gabinetu i zamiast iść na siłownię, pocieszają się kolejnym batonikiem. Mnie lekarze podsuwali ulotki, wspominali, że są tabletki odchudzające, że diety. I już.

Zostawałam z tym sama. Próbowałam, na chwilę działało. Potem kilogramy wracały z supergratisem. Bo proces chudnięcia to jedno, a utrzymanie wagi, codzienna praca ze słabościami, z nawykami – to coś zupełnie innego. Nikt tego nie uczy. Choćby – że po jedzenie trzeba sięgać dopiero, kiedy czuje się głód. Fizyczny głód, nie smutek, nie radość, nie stres. Nikt nie mówi o mechanizmach, które rządzą często działaniem osób otyłych, o zajadaniu emocji. O roli jedzenia jako pocieszyciela: jest mi smutno, wiem, że jestem za gruba – to osłodzę sobie życie. Albo wchodzi przekora. OK, i tak jestem gruba, to zjem jeszcze jednego gofra. Teraz pocieszenia szukam już w spacerze, nie w czekoladzie. Ale to długa droga – droga budowania świadomości.

Zgubne nawyki

Codziennie podejmujemy ok. 250 decyzji związanych z jedzeniem. Gdybyśmy każdą z nich analizowali osobno i racjonalnie, oszalelibyśmy. Musimy więc w dużej mierze kierować się przyzwyczajeniami. I to robimy. Problem w tym, że te przyzwyczajenia często nie są właściwe. Przy półce z jogurtami w supermarkecie Polak spędza średnio sześć sekund. Francuz – 15. Kupujemy „to, co zawsze” i biegniemy dalej, nie ma co tracić czasu na rzeczy nieważne! Coraz więcej się mówi o konieczności czytania składów, ale niewielu z nas to robi.

Warto raz wykonać pracę, przeanalizować, które marki mają produkty o dobrym składzie, i na zakupy iść z listą. Nie kupować niczego, czego na niej nie ma. – Miniemy w ten sposób półkę z ciasteczkami, bo tych na listę nie wpisaliśmy. Jeśli w domu są słodycze, to zawsze gdy na nie spojrzymy, musimy podjąć decyzję: „Nie zjem tego”. Tak dokładamy sobie problemów – uważa Katarzyna Błażejewska-Stuhr. Radzi też, by uważać na… ekopułapkę. – Producenci – choćby jogurtów – robią jogurty bio, bo takich szukamy – mówi Katarzyna. – I dodają do nich biocukier. Jak mówi koleżanka dietetyczka: „OK, to będziemy mieć biocukrzycę”. Często ludzie płacą trzy razy więcej, tymczasem to, co kupują, niczym się nie różni od innych produktów – poza certyfikatem.

Kolejny zgubny nawyk to jedzenie non stop. Między posiłkami. Podjadanie. Kilka orzeszków, jabłko, batonik, drożdżówka – to przecież nie posiłek. Tymczasem właśnie tak rozregulowujemy metabolizm.

Tyją dzieci. – Teraz, w pandemii, urywa mi się telefon od zaniepokojonych rodziców – mówi Katarzyna Błażejewska-Stuhr. – Nagle zobaczyli, po co dzieci sięgają, jakie mają żywieniowe nawyki. A że wszyscy są zmęczeni, rodzice wolą już kupić dzieciom to, czego one chcą, niż walczyć, żeby jadły warzywa. Nie pomaga skład produktów dla dzieci – wszystko jest dosładzane! Ostatnio chciałam kupić naturalny sok z marchwi. W większości sklepów – nie do dostania. Wszystkie to głównie jabłko albo banan. A jak już jest sama marchew, to dosładzana miodem. Trzeba mieć świadomość i zaparcie, żeby kupić coś naturalnego.

50 lat temu w klasie było średnio jedno otyłe dziecko. Nie miało lekko, było „niezdarą”, „grubasem”. Teraz dzieci z nadwagą jest więcej. Mniej stygmatyzacji, wyśmiewania, przezywania. Lepiej. Z drugiej strony – oswajamy nadwagę. Staje się ona nową normą.

To się leczy

Otyłość buduje się latami. Nie ma więc sposobu, żeby znikła w miesiąc czy dwa. Trzeba znaleźć w sobie motywację i gotowość na ciężką pracę. – Po urodzeniu pierwszego dziecka ważyłam 90 kilogramów – opowiada Dorota Zygmunt. – Zaczęłam się odchudzać i w efekcie... doszłam do 123 kilogramów przy 164 centymetrach wzrostu. Jakiś czas dieta, potem złe z niej wychodzenie, efekt jo-jo – i tak bez końca. Brak konsekwencji, brak świadomości. Nie potrafiłam zrozumieć, że o tym, jak wyglądam, decyduje, co, kiedy i jak jem. To trochę tak jak z alkoholikiem. Wieczne samousprawiedliwianie. Winy szukamy gdzie indziej. Że problemy endokrynologiczne. Obciążenie genetyczne. Grube kości. I tak to trwa. Któregoś dnia weszła do mojego biura koleżanka, która poddała się operacji bariatrycznej. I przycisnęła mnie do ściany. Nie byłam gotowa na tę rozmowę, ale ona nie dała się zbyć. Niby wiedziałam, że są takie operacje, ale myślałam, że to dla wybrańców, że kosztuje majątek. Wtedy zrozumiałam, że może to dla mnie jedyna droga.

– Powyżej pewnego etapu otyłości leczenie dietą nie zda egzaminu – potwierdza profesor Myśliwiec. – Bo nawet jeśli straci się ileś kilogramów, jest duże prawdopodobieństwo, że wrócą one z nawiązką. Statystyki pokazują, że zaledwie 1 proc. osób z BMI powyżej 40 trwale zmniejsza masę ciała bez operacji. U osób operowanych to powyżej 80 proc.

Jednak sama operacja nie kończy sprawy. – Wielu pacjentów i, co gorsza, chirurgów, uważa, że wykonanie operacji zmieni ich życie – tłumaczy profesor Myśliwiec. – Nie jest to prawda. Operacja zmniejsza żołądek, często apetyt i, przejściowo, masę ciała. To tylko narzędzie, które pacjent dostaje i które może wykorzystać lub nie. Ale jeśli nie towarzyszy mu zmiana nawyków żywieniowych i aktywność fizyczna, jest to nietrwałe. Ja pacjentom po operacji mówię, że teraz rodzą się na nowo. Muszą nauczyć się jeść, chodzić, biegać, jeździć rowerem. Staramy się do chorych dotrzeć. Tłumaczymy, że konieczne jest leczenie zespołowe, że potrzebują wsparcia dietetyka, psychologa, fizjoterapeuty, mających doświadczenie z pacjentami bariatrycznymi. Otyłość jest trudną chorobą, sama operacja nie zmienia podświadomości. Wystarczy na chwilę odpuścić, a zaprowadzi nas do lodówki.

W standardach operacyjnego leczenia otyłości są przynajmniej po dwie wizyty przed operacją u dietetyka i psychologa. Po operacji niezbędny jest regularny nadzór, a nie wszystkie ośrodki mają psychologów i dietetyków. Profesor Myśliwiec od lat czeka na takie poradnie leczenia otyłości, jak na przykład w Danii, gdzie pacjent znalazłby kompleksową opiekę, z konsultacjami różnych specjalistów w ciągu jednego dnia dla jego komfortu i lepszych wyników leczenia.

Akceptacja

Jesteśmy karmieni reklamami i programami kulinarnymi z jednej strony, z drugiej – szczupłymi kobietami z boskimi ciałami. W kwestii żywienia często mówi się o wyglądzie: „Zjesz to, nie zjesz tamtego, to schudniesz”. Rzadko: „Będziesz mieć więcej energii, wątroba będzie mniej otłuszczona, a tętnice czystsze”. Panuje terror szczupłego ciała. – A ja zawsze uważałam, że cudowna jest różnorodność kobiet – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. – To, że są małe, szczupłe, wysokie, krąglejsze. A dziś takie piękne kobiety jak Marilyn Monroe nazywa się grubymi. To absurd, skandal i w gruncie rzeczy przemoc. Zaprzeczamy czemuś tak normalnemu jak kobiece kształty.

Dlatego pewnie ruch body positive padł na podatny grunt. Nie chcemy, żeby ktoś dyktował nam, jak mamy wyglądać, mówimy: „Odczepcie się, moje ciało jest moje, nic nikomu do tego”. Katarzyna Miller uważa, że rzeczywiście, akceptacja siebie jest niezwykle ważna. – Ale „akceptuję siebie” nie znaczy: „nie rozwijam się”. Zawsze lubiłam jeść. I zawsze to w sobie lubiłam – opowiada. – Jak każda kobieta mogłam sobie powiedzieć, że tu czy tam jest za dużo, ale lubiłam moje ciało. Nadal uważam je za moje kochane ciało, ale na schody trudno mi się wchodzi, trochę mi niewygodnie, no i boli mnie kręgosłup. Poszłam na dietę. Zmieniłam styl jedzenia. Nie będę mówić, ile zrzuciłam, bo nie o wyniki chodzi, ważne, że zaczęłam proces. Nie zamierzam się katować, będę taka, jak mi to wyjdzie. Na coś mnie stać, to to robię. Oczywiście mam system zaprzeczeń, każdy ma, każdy troszkę się sam oszukuje, takie jest życie. Czasem się zostawiam, ale potem wracam i za to zostawienie się przepraszam. I znowu sobie towarzyszę. Wolę mówić właśnie o towarzyszeniu sobie niż o braniu się za siebie. Nie można traktować siebie jak przedmiotu. I trzeba mieć do siebie dystans. Czasem kiedy do kogoś dzwonię, mówię: „Kasia Miller, wie pan, ta gruba ruda”. „Ale dlaczego pani tak o sobie mówi?” – słyszę. – Tak mówię, bo taka jestem. Gruba i ruda. Wszystkim się podobać nie będę, ale to dla mnie nie problem.

Mówimy o akceptacji ciała, ale kiedy tylko wychodzi słońce, atakują nas w sieci hasła: „Przygotowanie do bikini”, „Gotowa na plażę?”, „Pięć kroków do idealnej sylwetki”. – Tak jakby ktoś, kto ma za dużo kilogramów, nie miał prawa na tę plażę wejść. I jakby na plaży wszyscy myśleli tylko o tym, żeby obejrzeć każdy centymetr twojego ciała – śmieje się Katarzyna Miller. – Dlaczego nieustanne poddajemy się ocenie? Dlaczego nie mówimy o radości z ciała, o spontaniczności, o używaniu ciała do przyjemnych rzeczy? Zachęca się nas do aktywności fizycznej, owszem, ale ta aktywność ma służyć „odpowiedniemu wyglądowi”. Pamiętam, kiedy byłam młodą dziewczyną, pewien fajny chłopak chciał ze mną pojechać na wakacje. I co od razu pojawiło się w mojej głowie? Oczywiście: „Muszę schudnąć!”. Ale szybko oprzytomniałam: „Zaraz, zaraz, po pierwsze, nie mam ochoty. Po drugie, on wie, jak wyglądam, i właśnie mnie na ten wyjazd zaprosił. Po trzecie, jak mu się nie będę podobać, to trudno”. Poddajemy się ocenom innych, jesteśmy zewnątrz­sterowni. I cała masa ludzi przez to cierpi. Niepotrzebnie.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr mówi jednak o tym, że często osoby z otyłością oddzielają się od swojego ciała. Nie akceptują go. – Jeśli nie lubię mojego ciała, jeśli się go brzydzę, to nie ma szans, żebym o nie naprawdę zadbała i karmiła kiszoną kapustą i sałatą. Myślę, że body positive to dobry trend. Nie chodzi o gloryfikowanie otyłości. Jeśli jednak dzięki temu ruchowi będziemy mówić, że 90 proc. kobiet ma cellulit, że jesteśmy piękne, bo jesteśmy różne, że niedoskonałość jest normalna i dobra, to zaczniemy patrzeć na nasze ciała z sympatią i troską. Jeśli będziemy traktować ciało jako integralną część nas, myśleć, że jest z nami na dobre i na złe – i raczej na dobre, że pozwala nam chodzić, biegać, pracować, tańczyć, uprawiać seks – będziemy chciały dać mu więcej dobrego. To najlepsza motywacja żywieniowa. A nie – że się odchudzimy, zagłodzimy i wciśniemy w kostium kąpielowy w rozmiarze 34. Ruch body positive może spuścić z nas napięcie, uświadomić, że nie chodzi o dążenie do nieosiągalnego ideału, ale o traktowanie siebie z mądrą miłością.

Profesor Myśliwiec: – Jestem za tym, by każdy akceptował siebie takim, jaki jest, co nie znaczy, że nie powinniśmy robić wysiłków, żeby być zdrowym. Można zaakceptować bóle kręgosłupa, stawów i brać tabletki, a można zmniejszyć ilość niezdrowego jedzenia, ćwiczyć i czuć się lepiej. Mam pacjentów, którzy po latach odzywają się do mnie: „Doktorze, odmienił pan moje życie. Mogę iść z synem na rower. Poznałem kogoś, z kim jestem szczęśliwy czy szczęśliwa”. A szczęście to chyba dobra motywacja.

  1. Seks

Kochasz tak, jak oddychasz

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kiedy podczas seksu oddychamy głęboko, w naturalnym rytmie, doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała przekazują sobie uczucia, skóra staje się bardziej wrażliwa – mówi Grzegorz Pawłowski, autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”.

Ciało. Są na nim miejsca, których pieszczenie daje nam szczególnie wiele przyjemności. Ale bywa, że przyjemności towarzyszą zaskakujące uczucia zażenowania lub nawet dreszcze niechęci czy bólu. Pupa na przykład jest szczególnie wrażliwa na dotyk. Jednak też w pupę dostawaliśmy jako dzieci zawstydzające klapsy, bolesne uderzenia paskiem czy zastrzyki. Kiedy mężczyzna głaszcze, pieści, całuje pośladki kobiety – jest jej cudownie. Bywa jednak, że zmysłowej przyjemności towarzyszy cień zawstydzenia, niechęci, a nawet bólu. Skąd? Łatwo pomyśleć, że ona po prostu nie chce, by ją dotykał, że go nie kocha. Wcale nie. Jej odczucia mogą wypływać z przeszłości, z tego, co przeżyła jako dziecko, o czym wydawało się, że nie pamięta. Nie pamięta, ale jej ciało te bolesne odczucia jakby zapisało. A teraz dzięki poruszeniu, jakie wzbudził seks, to, co wtedy czuła, „wyszło z ciała na powierzchnię świadomości”. Jeśli zabraknie jej ciekawości, skąd ta niechęć, może uznać, że nie lubi pieszczot albo nawet w ogóle seksu. Może urazić bliskiego sobie człowieka, odrzucając go.

– Szkoda by było, bo ciało można oczyścić z bolesnych przeżyć i otworzyć na naturalne odczuwanie przyjemności – mówi Grzegorz Pawłowski, trener i life coach pracy z oddechem. – Transformujący oddech nam w tym pomoże.

To technika polegająca na uwolnieniu się od bolesnych przeżyć poprzez pracę właśnie z oddechem. Psychiatra Wilhelm Reich i psycholog Alexander Lowen to prekursorzy psychoterapii poprzez ciało i oddech. Ich drogę kontynuuje Grzegorz Pawłowski, twórca praktyki transformującego oddechu.

– Zastosowanie transformującego oddechu nie wymaga stu lat praktyki ani szczególnych umiejętności – wyjaśnia life coach. – Na początek wystarczy skupić się na oddechu, wyobrażając sobie, że dociera on właśnie w to miejsce, które odczuwa zawstydzenie czy ból. Zwizualizować sobie, że tym miejscem w ciele oddychamy. Wówczas razem z każdym wydechem ciało się oczyszcza, a my odzyskujemy naturalny sposób odczuwania.

Oczywiście, nie dzieje się to od razu, czasem koniecznych jest kilka sesji, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była przyczyna „zaburzenia”, oddech pomaga.

– Seks jest przestrzenią okołoterapeutyczną, bo może obudzić zaskakujące doznania. Uruchamia uczucia, od których dawno się odcięliśmy – mówi Grzegorz Pawłowski. – Dlatego czasem w łóżku kobieta płacze, a mężczyzna czuje złość lub odwrotnie – mężczyzna czuje się małym chłopcem, a kobieta jest rozczarowana. Nieważne, jakie uczucie się pojawiło, razem z nim pojawia się ten, kto go doświadczył, czyli zazwyczaj my z czasu, kiedy byliśmy dziećmi.

Oddech transformujący może pomóc płaczącej dziewczynce i złoszczącemu się chłopcu. Energia skrzywdzonej dziewczynki blokowała w dorosłej kobiecie seksualność. Tak jak energia skrzywdzonego chłopca blokowała w mężczyźnie kontakt z męskością.

Teraz ich życie seksualne może zostać uzdrowione. Ważne więc, by gdy pojawiają się np. łzy czy frustracja, nie uciekać. A jeśli już, to wrócić i podzielić się tym, co się przemyślało: „Chcę, żebyś wiedział, że poczułam w seksie coś, czego się przestraszyłam”. Warto nie uciekać od takich doświadczeń, bo dzięki oddechowi możemy odnaleźć przyczynę swojego lęku i oczyścić z niej ciało, uczucia i umysł. Kochać, przeżywać więcej dobrych uczuć i móc doświadczać pełniej pieszczot.

Blokujące przekonania

– Są kobiety i mężczyźni, którzy twierdzą, że seksu nie lubią. Są też tacy, którzy mówią, że palą, bo lubią – śmieje się trener. – Niechęć do seksu bywa rezultatem nieświadomego zakazu, bo seks jest czymś naturalnym i żeby go nie chcieć lub nie lubić, trzeba mieć jakieś przykre, blokujące doświadczenia. Na ich podstawie podejmujemy wówczas decyzję, że seks jest nie dla mnie. I ta decyzja małego dziecka, które przeżyło szok zawstydzenia czy lęku, zakłóca dorosłą miłość.

Przekonania, które kontrolują nas i naszą seksualność, powstają z myśli, którym towarzyszyły silne emocje. Patrząc np. na zawstydzoną, upokorzoną nagością mamę, córka uczy się, że ciało i seksualność są złe. Silne emocje powodują reakcje ciała: skulenie, rumieńce itp., ciało je zapamiętuje jako reakcję na nagość czy bliskość fizyczną. W życiu zawstydzonej dziewczynki nagie ciało nie będzie przyjmowane naturalnie. Przekonania zakłócają i zubożają nasze reakcje i odczucia także dlatego, że zakłócają oddech: spłycając go i wydłużając przerwy między wdechem a wydechem. Kiedy się rodzimy, kiedy śpimy głębokim snem, nasz oddech jest płynny: wdech przechodzi w wydech. Nie ma między nimi przerw. Kiedy przeżywamy silne emocje – a do nich należy lęk przed bólem czy poniżeniem – odruchowo wstrzymujemy powietrze. Robimy to automatycznie tak jak wtedy, gdy kulimy się, kiedy chcemy ochronić się przed ciosem. Wstrzymanie oddechu pomaga nam odciąć się od ciała, od tego, co ono czuje, i od tego, co czuje nasze serce.

Jeśli mocno i długo doświadczaliśmy lęku czy wstydu, zapewne został zakłócony na stałe nasz naturalny rytm oddechu – interwały między wdechem a wydechem są znaczne. Trudniej nam też powiedzieć, co czujemy. Wstrzymując oddech, odcinamy się nie tylko od bólu czy trwogi, ale też od rozkoszy.

Kobiecość jako zagrożenie

Oddech wody – tak nazywa się jedna z technik oddechowych, która oczyszcza energię kobiecości. Polega m.in. na delikatnym wysuwaniu miednicy do przodu, a następnie cofaniu, przy czym ruch do przodu wykonujemy na wydechu, a do tyłu na wdechu. Elementem oddechu wody jest także ruch kolisty bioder przy właściwej sekwencji wdechu i wydechu. Jeśli tym, wydawać by się mogło, prostym ćwiczeniom towarzyszy świadomy oddech, w ciele mogą się pojawić zaskakujące odczucia i myśli, np. niechęć do własnej kobiecości: „Tak tyłkiem ruszają tylko puszczalskie!”.

– Podczas sesji transformującego oddechu kobiety podobnie jak mężczyźni często odkrywają w sobie nieuświadomione, wyniesione z kultury, blokujące oddech przekonania. Radość życia i miłości zakłócają im często nieświadome przekonania dotyczące kobiecości (np. że jest „brudna i grzeszna”) albo męskości („On chce tylko jednego, wykorzysta i odejdzie”). Wówczas praca z transformującym oddechem może pomóc, by ciało stało się w umyśle kobiety „piękne i niosące rozkosz”, a mężczyzna „opiekuńczy i silny”.

– Zazwyczaj u kobiet te przekonania wyrażają się w formie oporu przed odczuwaniem przyjemności zmysłowej – tłumaczy Grzegorz Pawłowski. – W ich ciele zapisana bywa pamięć babć czy matek, a nawet całych pokoleń kobiet, które cierpiały z powodu przyjemności seksualnej. Bo przecież kobieta otwarta na zmysły, atrakcyjna nazywana bywa łatwą. Ten motyw obecny jest choćby w filmie „Malèna”. Z tego lęku stanowiącego dziedzictwo kulturowe kobiet można się oczyścić, a dzięki transformującemu oddechowi odzyskać kontakt ze swoją kobiecością.

Po co terapia oddechem?

– Kobiety często przychodzą na sesje oddechowe, by pomóc sobie w depresji czy w poczuciu życiowego zagubienia. Powodem może być kryzys w związku, rozstanie czy problemy w pracy, nie bywa nim natomiast brak ochoty na seks, kłopoty z orgazmem czy wstyd – mówi Grzegorz Pawłowski.

Ale podczas sesji transformującego oddechu razem z energią życiową można – nawet nie myśląc o seksualności – odzyskać libido. Przykład uzdrawiającego działania oddechu to np. doświadczenie 35-letniej kobiety, od której odszedł mąż, zostawiając ją samą z trojgiem małych dzieci. Nie chciała żyć, a co dopiero się kochać. Po kilku sesjach oddechowych odzyskała radość życia mimo odczuwanej ciągle straty. Zaczęła też promieniować erotyzmem, który każdy w niej wyczuwał. Szybko pojawił się zainteresowany nią mężczyzna i mogła dokonać wyboru, czy chce nowego związku.

– Kiedy ktoś mówi: „Czuję się zablokowany seksualnie”, to zaczynamy pracę nad tym zablokowaniem – tłumaczy trener. – Jeśli stwierdzi: „Chcę sobie pozwolić czuć więcej przyjemności”, to mamy punkt wyjścia. Może się okazać, że podczas pracy nad oddechem pojawi się w ciele jakieś odczucie, a wraz z nim myśl, np. że dotyk jest „brudny”. Wtedy zaczynamy nad tym pracować i uwalniamy potencjał erotyczny.

Dwa rodzaje seksu

Warto zainteresować się tym, jak oddychamy, kochając się, bo ze względu na oddech możemy mówić o dwóch rodzajach seksu i o tym, czy on buduje emocjonalną więź między kochankami.

Pierwszy rodzaj: kiedy wstrzymujemy oddech. Wtedy zazwyczaj nasza seksualność nastawiona jest na szybkie rozładowanie napięcia, czyli na sam orgazm. To stereotypowo męska postawa. Taki seks nie buduje bliskości.

Drugi rodzaj seksu i oddychania oparty jest na naturalnym rytmie wdechu i wydechu: głębokim, z małymi interwałami. Dwoje tak oddychających ludzi nastawionych jest na czułość, delikatność – na współodczuwanie. Na bliskość. Tradycyjnie taki rodzaj seksu jest bardziej kobiecy.

Kiedy więc podczas miłości oddychamy świadomie – czego można się nauczyć – doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała komunikują się, przekazują sobie uczucia.

– Gdy wyobrazimy sobie, że „oddychamy” miejscem, które dotykamy u partnera, jego i nasza skóra stają się bardziej wrażliwe. Bardziej też jesteśmy obecni, bardziej tu i teraz. Intymniej ze sobą – mówi Pawłowski.

– Ludzie nie przychodzą do mnie po to, aby mieć lepszy seks. Ale dzięki zmianie, jaka dokonuje się w ich życiu za sprawą siły transformującego oddechu, ich życie seksualne staje się dużo bardziej żywe. Esencją mojej pracy z oddechem nie jest sam oddech, ale to, żeby czuć radość bycia sobą w każdej chwili, i kiedy jesteś sama, i kiedy jesteś z bliską osobą, i kiedy jesteś w grupie. To nie stan wieczny i ekstatyczny, ale może się pojawiać coraz częściej. To podstawa udanego życia i udanego związku. Odrzucam mit dwóch połówek, które muszą się ze sobą skleić, by tak się poczuć.

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. Oddech pomaga jej odkryć pełnię doznań ciała. Poczuć, jak przepływa energia seksualna. Energia ta nie musi być od razu rozładowana w sypialni. Po prostu można się nią cieszyć, czuć, jak płynie przez ciało. Kobieta cała emanuje taką seksualnością, co sprawia, że staje się wyjątkowo atrakcyjna. Kiedy poznaje mężczyznę świadomego swojej seksualności, otwartego, to jej życie diametralnie się zmienia. Seks? Nie on jest najważniejszy, najważniejsze jest spotkanie z samą sobą poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Oddanie siebie i bycie zaakceptowaną.

– Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma wszystkie narzędzia, by być szczęśliwymi. – mówi Grzegorz Pawłowski. – Warto znaleźć te, które okażą się pomocne nam samym. Może będzie to właśnie transformujący oddech?

Dzięki praktycznym poradom i ćwiczeniom nauczysz się w prosty sposób wykorzystywać oddech do poprawienia jakości swojego życia. Poznasz wartościowe narzędzia i przyswoisz cenne umiejętności. I co najważniejsze – szybko zaczniesz widzieć i czuć efekty w codziennym życiu.

  1. Zdrowie

Zespół metaboliczny — czym jest, kogo dotyczy i jak często występuje

Zbilansowana dieta i regularna aktywność fizyczna to profilaktyka wielu schorzeń, w tym zespołu metabolicznego. (Fot. iStock)
Zbilansowana dieta i regularna aktywność fizyczna to profilaktyka wielu schorzeń, w tym zespołu metabolicznego. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się, czy problem zespołu metabolicznego dotyczy również ciebie? Brzmi dość niepozornie, ale powoduje spustoszenie w całym organizmie. Wśród elementów tego zespołu znajdziemy otyłość brzuszną, która bardzo łatwo rozwija się w kierunku cukrzycy typu 2, chorób układu krążenia czy dolegliwości w obrębie stawów. Ponadto zespół obejmuje jeszcze insulinooporność, zaburzenia gospodarki lipidowej i nadciśnienie tętnicze. Jak widać, każde z tych schorzeń brzmi poważnie i stanowi zagrożenie nawet dla życia, a co dopiero, gdy wystąpią razem jako cały zespół metaboliczny. Należy zadać sobie pytanie, co zrobić, by nie dopuścić do pojawienia się tego zespołu, albo co zrobić, by zminimalizować jego skutki.

Profilaktyka – regularne badania mogą w odpowiednim momencie zwrócić naszą uwagę na kondycję organizmu. Im wcześniej dowiemy się, z czego wynikają zwiększony obwód brzucha czy przewlekłe uczucie zmęczenia, tym szybciej i skuteczniej zmienimy nasze podejście do jedzenia, aktywności ruchowej, długości snu bądź stresu.

Kiedy mamy do czynienia z zespołem metabolicznym?

Jednoznaczne wytyczne co do diagnozowania zespołu metabolicznego rodziły sporo kontrowersji. Ostatecznie udało się ustalić następujące parametry:

  • otyłość brzuszna mierzona w obwodzie pasa (mężczyźni > 102 cm; kobiety > 88 cm)

+ minimum dwa czynniki ryzyka:

  • stężenie trójglicerydów na czczo > /= 150 mg/dL (1,7 mmol/L)
  • stężenie HDL cholesterolu [mężczyźni < 40 mg/dL (1,04 mmol/L); kobiety < 50 mg/dL (1,29 mmol/L)]
  • ciśnienie tętnicze > /= 130/85 mm Hg
  • stężenie glukozy na czczo > /= 100 mg/dL (5,6 mmol/L)

Ponadto w zespole metabolicznym często występują również skłonności do pojawiania się zakrzepów i stanów zapalnych. Chociaż nie dają one objawów klinicznych, to mogą wskazywać na zwiększone ryzyko miażdżycy tętnic, chorób serca, udaru mózgu, chorób nerek czy przedwczesnej śmierci. Nieleczone schorzenia wchodzące w skład zespołu metaboliczne-
go spowodują powstanie powikłań w ciągu piętnastu lat. Jeśli jesteś osobą palącą i masz zespół metaboliczny, to te rokowania są jeszcze gorsze.
Przyczyną rozwoju zespołu metabolicznego są przede wszystkim złe nawyki żywieniowe i siedzący tryb życia. Rozpoznaje się go często u osób z niedawno wykrytym nadciśnieniem tętniczym i ze źle kontrolowaną cukrzycą. Tutaj można już zadać sobie pytanie: skoro tyle schorzeń i powikłań zdrowotnych tak ściśle jest związanych z żywieniem, a właściwie nieodpowiednią dietą i złymi nawykami, to być może da się odwrócić tę karuzelę i zmieniając sposób żywienia, wyleczyć lub chociaż zminimalizować stany chorobowe i zapalne w organizmie? Warto nad tym pomyśleć.

Wszystkie czynniki związane z zespołem metabolicznym są współzależne. Otyłość, zwłaszcza w obrębie brzucha, oraz brak aktywności fizycznej i złe nawyki żywieniowe prowadzą do insulinooporności. Ta wywiera negatywny wpływ na syntezę tłuszczów w wątrobie, zwiększając produkcję cholesterolu LDL i poziomu trójglicerydów we krwi i obniżając jednocześnie HDL. W wyniku tych zaburzeń dochodzi do odkładania depozytów tłuszczowych w ścianach tętnic, co z czasem prowadzi do chorób sercowo-naczyniowych, zakrzepów krwi i udarów.

Nadmiar insuliny zwiększa retencję sodu w nerkach, co powoduje wzrost ciśnienia tętniczego krwi i może prowadzić do nadciśnienia. Z kolei przewlekle podwyższone stężenie glukozy we krwi uszkadza naczynia krwionośne i narządy oraz prowadzi do rozwoju cukrzycy.

Jak to się zaczyna?

Badacze nie są jednomyślni, jeśli chodzi o ustalenie przyczyn zespołu metabolicznego, natomiast najczęściej jako wspólny mianownik wskazują otyłość wisceralną jako punkt wyjścia do stanów zapalnych i pojawienia się kolejnych schorzeń, charakterystycznych dla zespołu metabolicznego.
Wszystko zaczyna się w brzuchu, więc trzeba skupić na nim szczególną uwagę, poznać zasady funkcjonowania, potrzeby i – wychodząc im naprzeciw – zmienić nawyki żywieniowe, a tym samym zapobiec rozwojowi zespołu metabolicznego. Ponadto brak ruchu i wysokoenergetyczna dieta to kolejne czynniki zwiększające ryzyko chorób. W pierwszej kolejności z reguły pojawia się otyłość brzuszna i/lub insulinooporność, a dalej już lawinowo uruchamiają się kolejne schorzenia.

Zespół metaboliczny występuje u mniej niż 6% mężczyzn o prawidłowej masie ciała, natomiast znacznie częściej u mężczyzn z nadwagą czy otyłością (odpowiednio u 22% i 60%). Według badań przeprowadzonych w Polsce dotyczy on około 20% dorosłej populacji, czyli mniej więcej 5,8 miliona rodaków. Częściej występuje też u kobiet niż u mężczyzn. Na świecie problem ten może dotyczyć nawet 33% populacji Stanów Zjednoczonych, 27% populacji Chin, a w Europie od 15% Francuzów do 34% Włochów i Finów.

Zespół metaboliczny wiąże się ze zwiększoną częstością występowania cukrzycy, zdarzeń sercowo-naczyniowych i śmiertelności.
Według wielu badań dwuipółkrotnie zwiększa ryzyko wystąpienia zawału mięśnia serca, półtora raza groźbę śmiertelności całkowitej i dwukrotny wzrost incydentów sercowo-naczyniowych. O ile zespół metaboliczny diagnozuje się około sześćdziesiątego roku życia, o tyle otyłość brzuszną czy insulinooporność już u nastolatków, więc jeśli w porę nie zostaną wyeliminowane, to diagnoza zespołu metabolicznego może być stawiana nawet o dwadzieścia lat wcześniej.

Ankieta wspomagająca wstępną diagnozę choroby

  • Twój obwód pasa w stosunku do obwodu bioder przekracza 1
  • Twoje ciśnienie tętnicze przekracza 130/90
  • Poziom glukozy na czczo przekracza 110
  • Twoja aktywność fizyczna ogranicza się do 1–2 razy w ciągu tygodnia lub nie ma jej wcale
  • Jesz nie więcej niż 3 posiłki w nieregularnych odstępach
  • Twój wskaźnik BMI wynosi >25
  • Palisz papierosy
  • Towarzyszy ci uczucie zmęczenia i miewasz spadki energetyczne w ciągu dnia
  1. Styl Życia

Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Lato to doskonały czas, by dopieścić swoje ciało. Spokojnie, nikt nie zapomniał o psyche. Jest obecna i zadowolona, bo kobieca dusza bardzo lubi swoje ciało – czy to dusza Japonki, Francuzki, czy Słowianki. Która jest ci najbliższa? Katarzyna Droga testuje egzotyczne i rodzime teorie pielęgnacji z popularnych poradników.

”Kobieta powinna być dla siebie ważna!” – to najładniejsze zdanie, jakie znajduję na stronach poradników urodowych, których na rynku bez liku. Chcę być dla siebie ważna, więc buszuję wśród metod i teorii dotyczących naturalnej, zdrowej, przyjemnej pielęgnacji, także diet i ćwiczeń. Programów i pomysłów tyle co kultur, filozofii i doświadczonych terapeutek czy kosmetyczek. Który najlepszy? Ten dostosowany do osobowości. Kim jesteś w głębi duszy? Wdzięczną Francuzką, harmonijną joginką czy może rodzimą Słowianką? Ja każdego dnia wcieliłam się w jedną z nich. Do jakich wniosków doszłam?

Indyjska Parwati - piękno po indyjsku

Promienna, szczęśliwa i spokojna. Najłagodniejsza z żon Śiwy, piękna bogini z odsłoniętymi piersiami. A jednak…. Parwati robi, co chce. Zirytowała boskiego męża, bo usnęła z nudów, gdy czytał jej Wedy. Jeśli czujesz z nią więź, weź kurs na Indie, ku odwiecznej mądrości ajurwedy. Spodoba ci się, ale pod warunkiem że:

  • próbowałaś ćwiczyć jogę lub masz na to ochotę,
  • masz naturę spokojną, lubisz ciszę lub łagodną muzykę,
  • pociąga cię słowo „harmonia”,
  • podoba ci się pomysł, by piękno emanowało z wnętrza kobiety,
  • wierzysz w siłę oddechu.

Kasia Bem w książce „Happy uroda. Piękno jest w tobie” (wyd. Edipresse 2017) proponuje specjalny program zadbania o ciało i duszę, oparty na technikach jogi, naturalnej diecie i ćwiczeniach oddechowych. Plan „Happy uroda w 6 krokach” kończy się 3 holistycznymi programami dla ciała i duszy. Najistotniejszy jednak jest cel: piękno, które emanuje z kobiety nie dlatego, że zna arkana makijażu i mody, waży tyle, nie tyle i tuszuje wiek – ale dlatego że zna i akceptuje siebie. Jak to może wyglądać w praktyce?

Słoneczny poranek witam z wdzięcznością. Pierwszy pokarm dla ciała to woda z połówką cytryny. Ćwiczę świadomy oddech, który uświadamia mi, że prawdziwe życie przebiega tu i teraz. Jest wiele technik oddychania, ja lubię kwadrat. Daje energię i uspokaja, a do tego jest prosty: licząc do 4, wykonujesz powolny wdech, zatrzymujesz powietrze, też licząc do 4, wydychasz je w rytmie 4 i znów zatrzymujesz. Kwadrat powtarzam 10 razy. Potem kilka ćwiczeń jogi, na przykład: „pies z głową w dół” potem „pozycja dziecka”. To, co ważne, a nie pamięta o tym pospieszna cywilizacja Zachodu: energia kumuluje się w bezruchu. Każdą sesję jogi warto zakończyć śavasaną, czyli pozycją trupa. Brzmi fatalnie, ale jest to przyjemne 20 minut spokojnego leżenia przy muzyce relaksacyjnej. Rzeczywiście wchodzi się w dzień z nową energią. Tego dnia nie jem mięsa, piję toniki upiększające, które są miksem owoców i warzyw. Dieta dla zdrowia i urody opiera się dziś na kaszy jaglanej, zielonych warzywach, tłuszczu dostarczy awokado. Po drodze joga twarzy – kilka prostych ćwiczeń, wieczorem pielęgnacja naturalnymi kosmetykami: maseczka z avocado, peeling kawowy lub cukrowy, aromatyczna kąpiel, masaż olejkami. I jeszcze pudełko wdzięczności, do którego wrzucasz karteczki z tym, za co jesteś wdzięczna. Moim zdaniem może być też zeszyt, a nawet chwila refleksji, by podziękować za to, co przyniósł dzień. A przyniósł i wymagał wiele. Happy uroda wymaga sporo zachodu, odpowiednich zakupów i przygotowań. Choćbym chciała, nie umiem przeprogramować dnia, by skupić się tylko na tym. Mogę jednak do swojej codzienności wprowadzić cenne elementy.

Co biorę?

Na przykład pozytywne hasło na poranek – od dziś mówię sobie: „przydarzą mi się same dobre rzeczy” – i głęboki kwadratowy oddech przed oknem. Potem mały relaks „na trupa” w ciągu dnia (nieruchomo leżę przez kwadrans przy muzyce, przykryta kocykiem), kasza jaglana od czasu do czasu i koniecznie całowanie sufitu (podnoszę podbródek i wysyłam całusa do sufitu – wierzę, że wpłynie zbawiennie na owal twarzy).

Dumna Marianna - piękno po francusku

Marianna to symbol wolności, Francji, no i naszego myślenia o francuskich kobietach. Te zaś są inne niż wszystkie, bo potrafią żyć wdziękiem i radością. Jak to robią? Mireille Guilliano, która ujawniła już światu, dlaczego Francuzki nie tyją, w kolejnej książce „Francuzki nie potrzebują liftingu” (wyd. Znak 2016) podpowiada, jak – po francusku – zachować wieczną młodość. To trop dla ciebie, jeśli:

  • jesteś żywiołowa, masz poczucie humoru,
  • słowa: „systematycznie”, „wysiłek”, „mozoł” budzą twoją niechęć,
  • lubisz ładne buty, a jeszcze bardziej ładne i wygodne,
  • lubisz seks, śmiejesz się często, śpisz smacznie.

No i rób tak dalej. To, co urzeka w stylu francuskim, to zero przymusu. W życiu ma być przyjemnie! Marianna do każdego wyzwania podchodzi tak, jakby było stworzone dla jej radości. Dieta? Nie, dziękuję. Diety uzależniają, stają się zmorą życia. Nie znaczy, że jedząc jak Marianna, jem byle jak. Jadam teraz ślicznie i kreatywnie. Dbam, by spożywać pięć kolorów: na talerzu ma być białe (twarożek), czerwone (papryka, buraczek), żółte (ser, cytryna, kurkuma), zielone (choćby brokuł), brązowe (chleb, ziemniak). Marianna chętnie wypije kieliszek wina i dużo więcej wody, najlepiej w dobrym towarzystwie. Ruch? Bez spinki. Żadnych ćwiczeń na siłowni, biegania w pocie czoła ani reżimu aerobiku. Ruch staje się częścią mojego dnia. Marianna po zakupy jedzie rowerem, na randkę idzie pieszo, tańczy, bo lubi, a spośród wszystkich form aktywności ciała preferuje seks. Jej życie płynie zgodnie z naturą, więc oznacza pobudkę o poranku, a sen wczesny i długi, bo nie ma lepszego kosmetyku niż smaczne spanie. Marianna unika jedzenia przed komputerem, sztucznego światła i dusznych pomieszczeń. Jej dzień, czyli też i mój, zaczyna się od uśmiechu, a kończy przyjemnościami sypialni – od niej zależy, czy są to słodkie sny w miękkiej pościeli czy doznania we dwoje.

Co biorę?

Zasadę trzech darów natury. Są to: woda, światło, powietrze. Jako stałe elementy codzienności działają jak najlepsze antyoksydanty i źródła energii. Coś dla szczupłej sylwetki: aktywność przed śniadaniem, choćby rozciąganie lub taniec przy muzyce. Organizm czerpie wtedy z zapasów, i spala tkankę tłuszczową. No i to kolorowe menu (przynajmniej raz dziennie), a także każdą możliwą zamianę środków lokomocji na rower lub piechotę. Oraz życiowe motto: „działaj z pasją, a będziesz wiecznie młoda”!

Madame Butterfly - piękno po japońsku

Właściwie tragiczna, lecz piękna i pełna wdzięku. Dla świata – ikona japońskiej kobiecości. Była niezwykle urodziwa i bardzo kochała mężczyznę z obcej kultury. Dla miłości złamała zasady własnej tradycji i zapłaciła za to najwyższą cenę. Symbolizuje istotę tego, co uznajemy za godną zazdrości urodę Azjatek o nieskazitelnej cerze. Jesteś (bywasz) Butterfly jeśli:

  • interesujesz się kulturą Dalekiego Wschodu,
  • lubisz owoce morza,
  • zależy ci na pięknej cerze,
  • jesteś systematyczna, spokojna, delikatna,
  • wiele poświęcasz dla miłości.

Skąd w Azjatkach tyle uroku, jak to robią, że po czterdziestce mają cerę niemowlęcia? Otóż potrzebę dbania o urodę i wiedzę o tym, jak to robić, dziedziczą z pokolenia na pokolenie – czytam w książce Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek” (wyd. Znak 2016). Chroń twarz przed słońcem, oczyszczaj, nawilżaj, zdrowo jedz, unikaj stresu – właściwie wszystkie dobrze znamy te zasady. Ale... Azjatki mają zdecydowanie lepsze wyniki niż białe kobiety. Czy chodzi o geny? Cho zdecydowanie twierdzi, że nie, a ja sądzę, że chodzi o pewną filozofię. „Sekrety urody Koreanek” opisują cały proces krok po kroku. Jak pielęgnować skórę: od powolnego, dokładnego oczyszczania, ze szczególną czułością dla powiek, poprzez nawilżanie, aż do delikatnego makijażu, który jest a jakoby go nie było. Solidnie, codziennie, od chwili, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, bynajmniej nie wtedy, gdy ujrzymy pierwszą zmarszczkę. Pielęgnacja i kult skóry staje się rytuałem, sztuką i przyjemnością. Wspiera ją dieta bogata w owoce morza, dużo wody i zielonej herbaty, minimum używek. Cho proponuje program „dbanie o skórę twarzy w dziesięciu krokach”. Owszem, kusi mnie dokładność, personalizacja, wyniki porannych i wieczornych działań przed lustrem, ale prawdę mówiąc, nie do zrobienia codziennie, przynajmniej dla mnie. Za to przekonuje mnie pasja i uważność dla swojej skóry i urody, którą kobieta dostała od natury.

Co biorę?

Szacunek dla twarzy wyrażany przy codziennej pielęgnacji. Owoce morza od czasu do czasu. Zmianę myślenia o chwilach spędzonych przed lustrem. Żegnajcie pac, pac kremem, pudrem i pośpiesznie nakładany tusz. To ma być zatrzymanie, miłe spotkanie ze sobą.

Słowiańska Dziewanna - piękno po polsku

Dziewanna – polska bogini miłości i wiosny, jej kamień szlachetny to biała perła, jej kolor to czerwień, nosi kwiecistą sukienkę, jest odwrotnością Marzanny. Lubi zmysły – w końcu to królowa lata, biegnie przez łąki z wierną suką i sarenką. Innymi słowy: wracamy do korzeni. Pielęgnacja słowiańska będzie dla ciebie idealna, jeśli:

  • chociaż raz w życiu miałaś ochotę upiec własnoręcznie chleb,
  • jesteś żywiołowa i ciekawa świata,
  • własna tradycja jest dla ciebie wartością,
  • zdarzyło ci się zbierać zioła, hodować miętę i majeranek,
  • kochasz lato i zwierzęta.

„Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji” Ukrainki Raisy Ruder (wyd. Znak 2017) to nic innego jak znakomity poradnik domowego recyklingu i maksymalnego wykorzystania darów natury w zasięgu ręki i z własnego regionu. Babuszka autorki tego programu, także Ukrainka, była zielarką, słowiańską znachorką. Miała radę na wszystko: na sińce pod oczami, na zmarszczki, na porost rzęs, a nawet na szczęście w związku. Mnogość maseczek, jaką proponuje, przyprawia o zawrót głowy: maseczka przed balem absolwentów, przed randką, przed ważnym wystąpieniem, bociankowa, czyli dla pań w ciąży… Miksujemy oleje z przyprawami, truskawki, ogórki, czekoladę. Brzmi smakowicie i działa. Jestem z Podlasia, więc niektóre sposoby znam od dawna: piwo albo jajko na włosy, sok z cytryny, który działa jak pianka powiększająca objętość fryzury. Maseczka z ogórka lub ze startego jabłka na rozjaśnienie cery. Kompresy herbaciane na podpuchnięte oczy. Nowe było dla mnie zastosowanie aspiryny: jako przeciwłupieżowy dodatek do szamponu. Ciekawa baza produktów, bo podstawowe składniki magii babuszki to ziemniaki, woda, mleko, oliwa i jajka. Jakie to słowiańskie i odległe od awokado i imbiru… Chociaż babuszka nie gardzi egzotycznymi roślinami. Dlatego może być fajnie zaufać jej miksturom! Masz wątpliwość, czy warto ubijać w moździerzu zioła w czasach, gdy można kupić wszystko? Babuszka grozi palcem: kupujesz trzy razy drożej, w dodatku marnujesz resztki żywności.

Co biorę?

Inaczej będę patrzeć na skórki ogórka i łupiny cebuli, przynajmniej czasami. To nie tylko oszczędność – także wolność, bo nie zależysz od koncernów kosmetycznych, tylko od własnej kreatywności. Można w każdej chwili urwać się z codzienności, zamknąć w kuchni wśród naturalnych produktów i żyć naturalnie jak Dziewanna.

Piękna Europa

Mitologiczną Europę uważano za najpiękniejszą kobietę na świecie. Królewna była tak cudna, że bóg wszystkich bogów – Zeus – musiał ją mieć i porwał do groty na Krecie. My, Europejki, córy królewny, też będziemy piękne i pożądane, takie jak chcemy. Na koniec program uniwersalny adresowany do Europy. Jesteś nią, jeśli:

  • często i z przyjemnością używasz słowa „dziękuję”,
  • lubisz podstawy naukowe wszelkich teorii,
  • wierzysz w energię i potęgę miłości,
  • nie obawiasz się lustra, kartki i flamastrów. Uwaga – zupełnie nie musisz umieć rysować.

„Pokochaj swoje ciało w 30 dni” Małgorzaty Gąski (wyd. Fabryka Siebie) to książka i program, który odwołuje się do fizyki kwantowej i filozofii, którą znam z metody dwupunktowej. Wszystko jest energią, nasze ciało jest zbiorem wibrujących cząsteczek, możemy na nie wpływać z poziomu uczuć – a z tych najsilniejsza jest miłość i wdzięczność. Mamy tu do czynienia z dzienniczkiem wdzięczności, ale nastawionym na ciało. Myśl podstawowa: jakiekolwiek jest, zasługuje na podziw i wdzięczność. Według metody Ewy Gąski należy energię dobrego uczucia, nakierowaną na daną część ciała, łączyć z czynnością motoryczną: rysować! Całą siebie, kolejne części ciała, z wdzięcznością i marzeniem, jakie mogłyby być. Śladem wskazówek obdarzam uwagą i rysuję kolejno: oczy, usta, plecy, nogi, strefy intymne, dłonie, biodra. Każdej dziękuję. Brwiom, że chronią oczy i są właściwą tylko mi dekoracją twarzy. Plecom, że tak wiele noszą, skórze, że oddziela mnie od całego świata… Co mogę dla was zrobić? Plecy wyprostować, skórę nawilżać i karmić, stopy masować. I tak przez 30 dni.

Co biorę?

Osobistą odpowiedź na pytanie, za co siebie kocham i poczucie, że mam wpływ na swój wygląd i zdrowie. Dzienniczek wdzięczności? Znam od dawna, polecam. To naprawdę działa.