1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Chaber i jego lecznicze właściwości

Chaber i jego lecznicze właściwości

W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
W płatkach chabrów ukrywają się cenne składniki zdrowotne. (Fot. iStock)
Kiedyś chaber bławatek traktowany był jako zbożowy chwast, dziś coraz częściej trafia na rabaty. I nic dziwnego, bo szafirowe, fioletowe albo różowe kwiaty są bardzo ozdobne. A przy tym to właśnie w płatkach ukrywają się cenne składniki zdrowotne.

Mnogość regionalnych nazw chabra bławatka przemawia za tym, że w Polsce od dawna występuje on powszechnie. Niektóre określenia, jak żytny kwiatek, odnoszą się do miejsca występowania, inne, np. kościan czy szczotkarz, wzięły się prawdopodobnie stąd, że łodyga jest dość szorstka w dotyku. W większości jednak honorują kolor płatków, jak modrak, modrzeniec, bławacz, a nawet niebo. I słusznie, gdyż surowcem zielarskim są kwiaty, bogate przede wszystkim w liczne antyoksydanty oraz flawonoidy. Oprócz nich w płatkach rośliny znajdują się również garbniki, sole mineralne (wysokie stężenie potasu, magnezu i manganu), związki gorzkie, śluzy oraz witamina C.

Płatki chabra zbiera się przy suchej i słonecznej pogodzie i suszy się krótko, ponieważ przy przedłużającym się suszeniu tracą swoją przepiękną barwę – bledną na skutek rozpadu niebieskiego barwika, cyjaniny. Wysuszony surowiec trzeba przechowywać w szczelnym opakowaniu, w suchym i zacienionym miejscu, co pozwala na długotrwałe utrzymanie dobroczynnych właściwości.

W starym zielniku i na aptecznej półce

Chaber jest rośliną leczniczą o długiej historii. W starych księgach zielarskich na temat jego właściwości czytamy m.in.: „Krew z nosa i ran tamuje, gdy się go wącha, korzeń chabrowy na szyi nosząc, a proszkiem z niego rany posypuje”. Używano go przy problemach z wątrobą, na ukąszenia żmij czy zapalenie dziąseł. Proszkiem z kwiatów posypywano z kolei trudno gojące się rany.

Chaber zasłużył się także w ludowej „okulistyce”, a dziś nadal można znaleźć go w składzie produktów do zwalczania zapalenia brzegów powiek oraz spojówek. Sprawdza się przy łagodzeniu skutków nadwrażliwości oczu na promieniowanie słoneczne czy – to informacja przydatna dla nas wszystkich – z monitorów komputerowych. Na bazie wyciągu wodnego z kwiatów chabra bławatka produkuje się ponadto krople oczne o działaniu ściągającym i usuwającym podrażnienia.

Naparu z kwiatów można również używać do płukania gardła, ponieważ chaber bławatek działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie na błony śluzowe jamy ustnej.

W twojej kosmetyczce

Dobroczynny wpływ wyciągu z chabra bławatka stawia go w rzędzie cenionych składników kosmetycznych. Można go znaleźć m.in. w:

  • kremach i tonikach do skóry trądzikowej i tłustej – działa antybakteryjnie, przeciwzapalnie i zmiękczająco,
  • kremach pod oczy – łagodzi podrażnienia, zaczerwienienia oraz niweluje widoczne sińce pod oczami,
  • preparatach do cery naczynkowej – wzmacnia naczynia i łagodzi zaczerwienienia,
  • preparatach do cery suchej – zmniejsza łuszczenie oraz przywraca jędrność i elastyczność skóry,
  • szamponach – dzięki dużej zawartości antocyjanów ma właściwości łagodnie myjące oraz pomaga w walce z łupieżem,
  • płukankach do pielęgnacji włosów siwych – niweluje odcień żółci i nadaje włosom jasny, popielatoniebieski kolor,
  • hydrolatach bławatkowych – działa przeciwzapalnie i tonizująco,
  • olejkach eterycznych – są wykorzystywane w przemyśle perfumeryjnym.

Na upalne dni

Chaber to nie tylko roślina lecznicza i składnik używany w kosmetykach, ale także w kuchni. Oto przepis na domową lemoniadę orzeźwiającą z jego dodatkiem:

  • 1/2 l płatków kwiatu
  • 4 l wody
  • miód
  • 2 cytryny lub pomarańcze

Sposób przygotowania:

  • Wodę gotujemy, studzimy i dosładzamy miodem.
  • Płatki chabra wkładamy do słoika, zalewamy wodą i odstawiamy w słoneczne miejsce.
  • Po tygodniu przecedzamy, dodajemy świeżo wyciśnięty sok z cytryn lub pomarańczy. Przelewamy do butelek, wstawiamy do lodówki.
  • Można również dodać kilka kropli.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Fotograf przyrody Paweł Kreft: "Zamiast kolekcjonować kilometry, skup się na wrażeniach"

– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. W poszukiwaniu zwierzęcych modeli zwiedza różne regiony Polski, jednak spokój i poczucie szczęścia daje mu każda wizyta w lesie.

Nastolatki zazwyczaj robią selfie, ty ruszałeś w drogę o świcie, by fotografować ptaki... Skąd ten pomysł?
Przyrodę widziałem częściej niż swoje lustrzane odbicie. To żart, ale dużo w nim prawdy. Wychowywałem się w małej miejscowości na Kaszubach. Mój tata jest leśniczym, więc wspólne wyprawy do lasu były codziennością. Przekazał mi ogrom wiedzy, a co najważniejsze, dzięki niemu zdobyłem doświadczenie i obycie z dziką przyrodą. Babcia uczyła mnie życia w zgodzie i harmonii z naturą, pasjami oglądała ze mną filmy przyrodnicze. Wciąż mam w pamięci stop-klatki wielu z nich i magiczny głos Krystyny Czubówny. Od mamy natomiast dostałem w genach wrażliwość. To chyba brzmi jak przepis na fotografa przyrody.

Pamiętasz swoje pierwsze zdjęcie?
Więcej, wciąż pamiętam te emocje, kiedy pierwszy raz wyciągnąłem z pudełka nowiutką lustrzankę. Miałem wtedy 13 lat. Aparat co prawda tata kupił dla siebie, ale nigdy go nie użył. Natychmiast pobiegłem z nim nad pobliskie jezioro, gdzie udało mi się sfotografować odlatujące żurawie. Po powrocie do domu zacząłem szukać w Internecie informacji na temat fotografii przyrodniczej, inspiracji, wskazówek. Tak trafiłem na galerię Czarka Korkosza, który do dziś jest moim mentorem. Wyjaśniał mi nie tylko kwestie techniczne, ale także moralne i duchowe. To ważne, bo zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od nawet najlepszego ujęcia. Dlatego do kolejnych wypraw podchodziłem już bardziej taktycznie. Na łące nieopodal domu wybudowałem kryjówkę, wchodziłem do niej godzinę przed wschodem słońca, a opuszczałem tuż przed lekcjami. W pewien zimowy poranek udało mi się w ten sposób sfotografować myszołowy. To było moje pierwsze profesjonalne zdjęcie.

Czujność i szybka reakcja to w świecie dzikiej przyrody być albo nie być, dlatego zwierzęta mają niezwykle wyostrzone zmysły. Chyba niełatwo je podejść?
Tropienie zwierząt wymaga wiedzy, odpowiedniego sprzętu, sprytu i... szczęścia. Ruszam w drogę godzinę lub dwie przed świtem, ale zanim wejdę do lasu, ustalam kierunek wiatru, to on determinuje wszystkie moje działania. Nie mogę iść zgodnie z nim, bo zwierzyna szybko mnie zwietrzy i ucieknie. Ale kiedy ustawię się pod wiatr, są duże szanse na to, że uda mi się podejść blisko nawet najbardziej płochliwych saren czy jeleni. Zazwyczaj mam na sobie specjalny strój maskujący, nazywany także snajperskim, dzięki któremu idealnie wtapiam się w otoczenie. Wyglądam w nim jak leśny krzak. Najważniejsze jest zasłonięcie twarzy, bo to jej widoku dzikie zwierzęta boją się najbardziej.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Kiedy robię zdjęcia z tak zwanej zasiadki, jestem ukryty za siatką maskującą, którą rozwieszam we wcześniej upatrzonym miejscu. Natura jest jednak nieprzewidywalna. Bywa, że wbrew moim oczekiwaniom, zwierzęta pojawiają się z zupełnie innej strony i muszę szybko improwizować. Gorzej, jeśli nagle zmieni się kierunek wiatru, a to często się zdarza o wschodzie słońca. Wtedy w jednej chwili mogę zostać zdemaskowany przez zwierzynę i plany na cały dzień legną w gruzach.

Natura weryfikuje wszelkie oczekiwania, to ona rozdaje karty. Czy to nie jest frustrujące?
Fotografowanie przyrody uczy pokory, cierpliwości i akceptacji zdarzeń. Staram się niczego nie planować, ale w praktyce bywa różnie. Często siedząc w lesie bezowocnie kilka godzin, czuję podenerwowanie i niecierpliwość, w głębi duszy, zaczynam wymagać od przyrody, żeby dała mi okazję do zrobienia zdjęcia. Czasami uciera mi nosa, ale bywa też, że pozytywnie mnie zaskakuje. To są chyba najbardziej magiczne momenty, z których powstają najlepsze zdjęcia.

Masz jakieś konkretne na myśli?
Tak, fotografię jelenia, którą nazwałem „Złote serce”. Zdobyła pierwszą nagrodę w XIX edycji konkursu Leśne Fotografie organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie i zapoczątkowała cykl niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Dokładnie pamiętam dzień, w którym zrobiłem to zdjęcie. Był wrzesień, rykowisko, a w lesie nic się nie działo. Zacząłem modlić się do św. Franciszka, patrona przyrodników. Często to robię, ale tym razem poprosiłem, aby dał mi jakiś znak, że to czekanie ma sens. Nic się jednak nie wydarzyło. Dopiero kiedy wracałem do samochodu, drogę przebiegła mi spłoszona chmara jeleni. Było ich co najmniej trzydzieści. Na końcu pojawił się On! Powoli, niezwykle dostojnie wyszedł na drogę przepiękny byk, samiec jelenia. Zatrzymał się jakieś piętnaście metrów ode mnie i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem mu trzy zdjęcia. Kiedy w domu zgrywałem je na komputer, zauważyłem, że byk stał w cieniu, a przebijające się przez konary drzew słońce oświetliło dokładnie jego serce. To było absolutnie mistyczne przeżycie.

Matka natura potrafi czynić cuda.
Bez wątpienia, tym bardziej że ta historia ma ciąg dalszy. Rok później o tej samej porze znów fotografowałem rykowisko jeleni. Rano podchodziłem do ostatniego ryczącego byka, ale teren był trudny, ryzyko, że go spłoszę duże, a szanse na zdjęcie niewielkie. Zatrzymałem się kilkanaście metrów od niego, widziałem nogi zwierzęcia i słyszałem porykiwanie. Nagle byk zaczął iść w moją stronę. Chyba zaintrygował go dźwięk migawki. Podchodził coraz bliżej i bliżej, był na wyciągnięcie ręki, autofokus w aparacie z trudem łapał ostrość. Jestem pewny, że wyczuł już moją obecność, mimo to zupełnie się nie bał. A przecież to z natury bardzo płochliwe zwierzęta. Największy dreszcz emocji poczułem jednak wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że wydarzyło się to dokładnie w rocznicę spotkania ze Złotym sercem.

Przyroda wciąż zadziwia i zachwyca, nawet jeśli obcuje się z nią tak często jak ty?
Dzikich miejsc i lasów ubywa, ich kosztem rozbudowujemy miasta i osiedla. Dlatego kiedy tylko jest okazja, warto podziwiać przyrodę, cieszyć się każdą minutą jej bliskości. Nie jestem pod tym względem ideałem, bywa, że bieżące sprawy przysłaniają mi piękno natury, a media społecznościowe odwracają od niej uwagę. Uwielbiam jednak te dni, kiedy las wygrywa ze wszystkim i pochłania mnie całkowicie. Tak się dzieje zawsze jesienią, w czasie rykowiska. Jest wtedy magia w lesie.

Czasem, żeby spełnić marzenia, trzeba wyruszyć w podróż. Jaka była twoja?
Pojechałem w Bieszczady z nadzieją, że uda mi się sfotografować niedźwiedzia brunatnego. Długo chodziłem po tamtejszych lasach, zrobiłem mnóstwo fantastycznych zdjęć z wyjątkiem tego najważniejszego. Dzień po swoich urodzinach dostałem jednak od przyrody wymarzony prezent – udało mi się zrobić to zdjęcie. Na pewno często będę wracał w Bieszczady, bo wciąż czuję niedosyt i już tęsknię za tamtymi emocjami.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Jakie miejsca jeszcze masz do odkrycia?
W zeszłym roku wyjechałem do Norwegii z grupą trekkingową. Każdego dnia pokonywaliśmy 40 km wzdłuż wybrzeża. Wyjątkowo nie fotografowałem wtedy zwierząt, a ludzi i krajobrazy. To była niezwykle inspirująca przygoda, która pozwoliła mi nieco zmienić perspektywę. Skandynawia to zdecydowanie kierunek, którym chciałbym w przyszłości podążać. Ale marzą mi się wyprawy jeszcze dalej, na koło podbiegunowe, Syberię. A także do Szkocji i Nowej Zelandii na rykowiska jeleni. Planów jest sporo.

Podróżujesz, by być bliżej przyrody. Tymczasem z badań przeprowadzonych przez ekolożkę i botaniczkę Martę Jermaczek-Sitak wynika, że ludzie tolerują obecność dzikich zwierząt, takich jak rysie, wilki czy niedźwiedzie, pod warunkiem że znajdują się... ponad 30 kilometrów od nich. Tęsknimy za dzikością, ale jednocześnie się jej boimy. Widzisz wyjście z tej sytuacji?
Boimy się, tego, czego nie znamy, dlatego trzeba edukować nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy większą część życia spędzają teraz z dala od natury. Żeby zakochać się w przyrodzie, trzeba poznać ją osobiście, wyruszyć do lasu, odkrywać go, oswajać stopniowo. Liczy się nie cel, ale droga sama w sobie. Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach. Widzisz miejsce, w którym są ślady obecności zwierząt? Zatrzymaj się, usiądź, popatrz, nie licz czasu. Spędź tam godzinę, dwie, trzy, w ciszy i spokoju obserwuj otoczenie, są duże szanse na to, że zobaczysz coś niezwykłego. I zamiast strachu poczujesz szacunek.

Nie boisz się czasem?
Kilka lat temu kiedy chmara jeleni biegła w moją stronę, instynktownie wyskakiwałem z kryjówki i uciekałem. Teraz już bym tego nie zrobił. Strach staram się zastępować zdrowym rozsądkiem. Nie szarżuję, ale też nie panikuję. Ile razy w roku słyszymy o tym, że dzikie zwierzęta skrzywdziły człowieka? One boją się nas bardziej niż my ich. Nawet z pozoru groźne niedźwiedzie czy wilki unikają kontaktu z ludźmi. Spotkanie ich oko w oko w naturze to marzenie chyba większości fotografów przyrody. Trzeba jednak mieć olbrzymie szczęście i doświadczenie, by się spełniło.

A czym dla ciebie są podróże do lasów? To już praca czy wciąż pasja?
Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Im jestem starszy, tym bardziej potrzebuję lasu i częściej chcę w nim być sam. Uciekam do niego, gdy muszę podjąć jakąś decyzję, coś przemyśleć, przeżyć. Kiedy pracuję, często fotografuję od świtu do zmierzchu, tracę rachubę czasu. Bywa, że wychodzę przed wschodem słońca, wracam do domu przed południem, a wieczorem ponownie ruszam do lasu. Za każdym razem, kiedy tam jestem, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Paweł Kreft, fotograf dzikiej przyrody, kompozytor, wokalista, autor tekstów, absolwent Szkoły Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu Facebook: @kreftphoto, Instagram: @pkreft_wildlife.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Styl Życia

Najpiękniejsze polskie skanseny: 10 muzeów na wolnym powietrzu, które warto odwiedzić 

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
W Muzeum Wsi Mazowieckiej kupimy warzywa i owoce pochodzące ze skansenowskich upraw, w Maurzycach nauczymy się robić łowickie wycinanki, w Kadzidle spróbujemy regionalnych kurpiowskich potraw, a w Dziekanowicach pomożemy gospodarzom przy młóceniu zboża. Skanseny to nie tylko miejsca, które otaczają opieką zabytki kultury materialnej i starają się przekazywać o nich wiedzę. To przede wszystkim instytucje, które pokazują świat, którego już nie ma. 

W minionym roku popularność mikropodróży oraz zainteresowanie regionalną turystyką były wypadkową szczególnych okoliczności. Odcięci od zagranicznych destynacji zaczęliśmy bardziej wnikliwie przyglądać się najbliższej okolicy, odkrywaliśmy niezwykłe miejsca, które przed pandemią nie wydawały się atrakcyjne. W te wakacje warto zaplanować wycieczki śladami najpiękniejszych polskich skansenów, których w Polsce jest kilkadziesiąt.

Wdzydze Kiszewskie: Kaszubski Park Etnograficzny

Naszą podróż rozpoczynamy na Kaszubach, w malowniczej wsi położonej nad jeziorem Gołuń, około 75 km na południowy-zachód od Gdańska. Skansen we Wdzydzach Kiszewskich to nie tylko jeden z największych obiektów tego typu w Polsce (zajmuje powierzchnię 22 hektarów), ale przede wszystkim pierwsze muzeum na wolnym powietrzu założone na ziemiach polskich. Historia skansenu sięga 1906 r., a jego twórcy, Teodora i Izydor Gulgowscy, urządzili je w osiemnastowiecznej chacie mieszkalnej (checzy gburskiej), odkupionej od miejscowego gospodarza. W jej wnętrzu zgromadzili sprzęty domowe i gospodarskie, typowe dla tego okresu, oraz cenną kolekcję haftowanych złotą nicią czepców, ceramiki i obrazów malowanych na szkle. Dziś na skansen we Wdzydzach składa się ponad 50 obiektów z Kaszub i Kociewia - chałup, dworu, karczmy, kuźni, szkoły, kościoła, warsztatów rzemieślniczych i budynków gospodarczych, których wnętrza odtworzono ze szczególnym pietyzmem. Oryginalne wyposażenie oraz urządzenia gospodarcze uzupełnia wystawa stała poświęcona twórcom skansenu, na której można obejrzeć bazujące na tradycyjnym wzornictwie wyroby rękodzieła i sztuki ludowej lokalnych twórców. Skansen organizuje również wydarzenia poświęcone zwyczajom i obrzędom nawiązującym np. do obchodów nocy świętojańskiej czy święta Matki Boskiej Zielnej, warsztaty dla dzieci z lepienia garnków, kręcenia powrozów czy nauki języka kaszubskiego. W drugiej połowie lipca odbywa się tutaj największy na Kaszubach jarmark sztuki ludowej i rękodzieła.

Dziekanowice: Wielkopolski Park Etnograficzny - Oddział Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy

Dziekanowice. Kościół  ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Kościół ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Piętnaście kilometrów od Gniezna (do którego można podjechać, aby obejrzeć zbiory zgromadzone w Muzeum Początków Państwa Polskiego oraz zobaczyć najnowszą wystawę “Sztukosłowiańskość. Słowiańszczyzna w polskim malarstwie, rysunku i grafice od XIX w.”), we wsi Dziekanowice, funkcjonuje powołane w 1962 r. Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, jedyny w Polsce skansen o charakterze archeologicznym, etnograficznym i przyrodniczym, w którym znajdują się pozostałości grodu Piastów oraz Wielkopolski Park Etnograficzny. Na terenie tzw. Dużego Skansenu znajduje się aż 49 oryginalnych obiektów nieruchomych - w tym najstarsza chałupa z 1602 r., karczma, spichlerze, dom podcieniowy, owczarnia, młyn wodny, kościół i kaplica oraz siedem wiatraków różnego typu. We wnętrzach chałup oraz pozostałych budynków oglądać można meble, bogate zbiory obrazów, wyrobów ceramicznych, narzędzia i maszyny z warsztatów rzemieślniczych oraz charakterystyczne dla Wielkopolski kobiece nakrycia głowy tzw. czepce. Najciekawszym wydarzeniem jest organizowana we wrześniu cykliczna impreza “Pożegnanie lata”, w trakcie której można podejrzeć jak wyglądała obróbka lnu albo młócenie żyta.

Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Sierpc: Muzeum Wsi Mazowieckiej

Kierując się na Warszawę trafiamy do Sierpca, niespełna 20 tys. miasteczka położonego 40 km od Płocka. W powołanym w latach 70. XX w., z inicjatywy okolicznych rzeźbiarzy ludowych, Muzeum Wsi Mazowieckiej, znajduje się grupa 72 obiektów mieszkalnych, gospodarczych, przemysłowych i sakralnych, uzupełnionych o elementy tzw. małej architektury (kapliczki, studnie czy piwnice). We wnętrzach udało się zgromadzić ponad 15 tys. różnego rodzaju większych i mniejszych przedmiotów - mebli, tkanin, zabawek, narzędzi i maszyn rolniczych. Muzeum Wsi Mazowieckiej może pochwalić się również kolekcją ok.1000 rzeźb ludowych twórców z tzw. sierpeckiego ośrodka rzeźby. Na terenie skansenu odbywają się cykliczne wydarzenia, takie jak żniwa czy wykopki, w trakcie których można podejrzeć jak wyglądała praca wiejskich rzemieślników, wziąć udział w warsztatach i kupić ekologiczne warzywa pochodzące ze skansenowskich upraw.

Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Maurzyce: Łowicki Park Etnograficzny

Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Z Sierpca ruszamy na południe Polski w stronę Łowicza, miasta i regionu posiadającego najbardziej rozpoznawalny w Polsce i w Europie folklor, którego charakterystycznymi elementami są wycinanki, ludowe pająki tworzone ze słomy i papieru oraz oryginalny strój łowicki. W Maurzycach, wsi położonej niecałe 7 km od Łowicza, znajduje się skansen, który gromadzi zabytki architektury z terenu dawnego Księstwa Łowickiego. Na terenie muzeum znajduje się około 40 obiektów nieruchomych, które ukazują dwa historyczne układy wsi łowickiej. W obrębie tzw. starej wsi można zobaczyć m.in. chałupę i bogato dekorowane wnętrze z zaaranżowanym miejscem pracy słynnej wycinankarki, Justyny Grzegory, a w trakcie warsztatów organizowanych pod okiem artystek ludowych, nauczyć się robić łowickie wycinanki (tradycyjną metodą, czyli za pomocą ciężkich nożyc, które kiedyś służyły do strzyżenia owiec). Łowickie chałupy zachwycają nie tylko wnętrzami pełnymi ludowych zdobień (oprócz wycinanek, słynne kieraty, czyli ludowe pająki), ale również bogatymi ornamentami kwiatowymi przypominającymi wycinanki, które ozdabiają pomalowane w odcieniach ultramaryny, deski.

Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Łódź: Łódzki Park Kultury Miejskiej

Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)

Choć większość polskich skansenów umiejscowiona została poza obrębem dużych aglomeracji, jednym z nielicznych wyjątków jest Łódzki Park Kultury Miejskiej (dawniej Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej), który znajduje się w samym centrum miasta, tuż obok Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Choć skansen jest dużo skromniejszy od wcześniej opisanych, a na jego terenie znajduje się zaledwie osiem historycznych obiektów, to są one typowe dla zabudowy Łodzi w XIX. i na początku XX w. Drewniane domy przeniesiono z kilku łódzkich ulic, a ich pieczołowicie odtworzone wnętrza opowiadają wielokulturową historię włókienniczego miasta z perspektywy codziennego życia jego mieszkańców. Wystawa “Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie historie” przenosi zwiedzających do domów żyjących od końca XIX w. do lat 80 XX. w. - rodzin niemieckich przemysłowców, ubogich robotników, żydowskiej rodziny czy pracowników wielkich łódzkich fabryk. Na terenie skansenu znajdują się również przepiękna drewniana letnia willa oraz drewniany kościół.

Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Kadzidło: Zagroda Kurpiowska

Jedno z najmniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Polsce znajduje się w Kadzidle, niewielkiej wsi w powiecie ostrołęckim, która jest znaczącym ośrodkiem regionalnej sztuki na Kurpiach. Na obszarze niespełna 1,5 ha zgromadzono trzy chałupy, spichlerz, drewutnię, stodołę oraz warsztaty stolarskie. Na szczególną uwagę tego niewielkiego skansenu zasługuje tradycyjne kurpiowskie budownictwo z dekoracyjnymi zwieńczeniami belek dachowych, w kształcie rogów, toporów lub z chorągiewkami. We wnętrzach chałup, w których znajdują się kilimy i malowane skrzynie, podziwiać można charakterystyczne dla tego regionu kurpiowskie wycinanki i wyklejanki, którymi ozdabiano ściany izby. Odwiedzając skansen w Kadzidle warto spróbować regionalnych potraw, takich jak fafernuchy, rejbak wolkowski czy piwo jałowcowe.

Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)

Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)

Zalipie: Zagroda Felicji Curyłowej

Najsłynniejsza w Polsce “malowana wieś” Zalipie znajduje się województwie małopolskim, półtorej godziny jazdy samochodem na wschód od Krakowa. Zagroda słynnej zalipianki, artystki Felicji Curyłowej, od końca lat 70. działa jako oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Curyłowa zajmowała się malowaniem ścian budynków, mebli oraz zdobieniem sufitów, tworzyła ozdoby z bibuły, barwne wycinanki czy pergaminowe zazdrostki. Ścienne malarstwo, które pod koniec XIX w. zaczęło “wychodzić” z chat, jest dziś najbardziej charakterystycznym zdobniczym elementem skansenu w Zalipiu. Dekoracyjne motywy zdobią dziś we wsi także budynki gospodarskie, stajnie, piwnice, studnie, a nawet budy dla psów. Do skansenu warto przyjechać w weekend po Bożym Ciele, kiedy odbywa się tutaj konkurs “Malowana Chata”.

Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Zalipie.  Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Tarnów: Skansen Taboru Cygańskiego

W położonym trzydzieści kilometrów od Zalipia Tarnowie znajduje się niezwykłe muzeum na wolnym powietrzu - Skansen Taboru Cygańskiego - będące częścią Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Od 1996 r. pod koniec sierpnia, na terenie skansenu organizowany jest “Międzynarodowy Tabor Pamięci Romów”, upamiętniający dwa tragiczne wydarzenia: Zagładę Romów, znaną pod nazwą “Porrajmos” (w trakcie II wojny światowej zamordowano od 200 tys. do 2 mln osób pochodzenia romskiego) oraz akcję “zatrzymania taborów” z 1964 r., kiedy Romowie zostali zmuszeni do porzucenia swojego koczowniczego trybu życia. Na dziedzińcu skansenu stoją pięknie zdobione, stare wozy cygańskie, które budowali i dekorowali także polscy rzemieślnicy. Raz w roku tabor wyrusza do Stadniny Koni Klikowa, a uroczysty przejazd kończy się ogniskiem, wokół którego ustawione są namioty.

Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)

Sanok: Muzeum Budownictwa Ludowego

Z Tarnowa wyruszamy do malowniczego Sanoka, a konkretnie do pierwszego i największego pod względem liczby zgromadzonych tu obiektów, muzeum etnograficznego w Polsce. Muzeum Budownictwa Ludowego, które zajmuje obszar 38 hektarów, zostało założone po II wojnie światowej, prezentuje zabytki polsko-ruskiego pogranicza. Znajduje się tutaj ponad 150 obiektów budownictwa drewnianego, z okresu od XVII do XX w., rozmieszczonych w sektorach poświęconych odrębnym grupom etnograficznym: Doliniakom i Podgórzanom (Zachodnim i Wschodnim) oraz grupom etnicznym: Bojkom i Łemkom. Oprócz budynków mieszkalnych, gospodarczych, obiektom przemysłowym i warsztatów, na terenie skansenu szczególnie wyróżniają się obiekty sakralne - drewniana Cerkiew pw. św. Onufrego Pustelnika z 1750 r. oraz drewniana, orientowana i pokryta gontem Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy z Ropek z 1801 r. Kolejnym ważnym punktem muzeum jest Galicyjski Rynek, czyli dokładna rekonstrukcja zagospodarowania domów, wiernie oddająca wygląd i klimat typowego miasteczka tej części Polski, określanej od czasów zaborów mianem Galicji. W obiektach mieszczących się na terenie skansenu odbywają się wydarzenia dostosowane do świąt wypadających w ciągu roku: zabawy karnawałowe i ludowe obrzędy, którym towarzyszą lekcje garncarstwa czy nauka tworzenia bibułowych kwiatów.

Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Zyndranowa: Muzeum Kultury Łemkowskiej

Ostatnim przystankiem śladami polskich skansenów jest wieś Zyndranowa, położona w samym sercu Beskidu Niskiego, na terenie Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Izba Pamiątek Kultury Łemkowskiej została powołana w 1968 r. z inicjatywy Teodora Gocza, który powrócił do rodzinnej wsi pod koniec lat 50. i postanowił gromadzić łemkowskie eksponaty. Wieś Zyndranowa, z której w latach 1945-1947 wysiedlono na tereny byłego ZSRR albo deportowano na ziemie zachodnie w ramach akcji “Wisła” ludność łemkowską, jest dziś miejscem, które prezentuje zabytki kultury materialnej Łemków oraz oryginalne meble, narzędzia gospodarskie, naczynia i stroje, które udało się odzyskać. W skład ekspozycji wchodzą: tradycyjna “chyża”, czyli łemkowska chałupa kurna, pod której dachem mieściły się pomieszczenia mieszkalne, gospodarskie i inwentarskie; koniusznia, kuźnia, karczma, mały wiatrak i charakterystyczna, typowo łemkowska, kaplica. W ostatni weekend czerwca w Zyndranowej odbywa się święto kultury łemkowskiej "Od Rusal do Jana", którego korzenie (święto Rusala) swoimi początkami sięga okresu sprzed Chrztu Rusi.

Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

To oczywiście tylko niewielka część z listy kilkudziesięciu skansenów rozsianych na terenie całego kraju. Wszystkich lokalnych podróżników, krajoznawców i miłośnikom polskiej kultury ludowej, zainteresowanych poznaniem muzeów na wolnym powietrzu zachęcam do odwiedzenia serwisu www.skanseny.net, cyfrowego projektu Stowarzyszenia Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego (z którego pochodzą wykorzystane do zilustrowania publikacji zdjęcia).

  1. Zdrowie

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.