1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Operacyjne leczenie otyłości – szansa na lepsze życie

Operacyjne leczenie otyłości – szansa na lepsze życie

Jeszcze niedawno problem otyłości traktowany był raczej w kategoriach estetyki. Odbierany był jako kwestia bardziej kosmetyczna niż zdrowotna. Nie mówiło się o otyłości jak o chorobie. Teraz na szczęście to się zmienia. (Ilustracja iStock)
Specjaliści są zgodni: przy otyłości olbrzymiej sama dieta i ruch nie zdadzą egzaminu. Spowodują tylko zniechęcenie, frustrację, a na koniec często i efekt jojo. Warto pomyśleć o operacji bariatrycznej. Przyniesie nie tylko poprawę jakości życia. Jest także szansą na tego życia przedłużenie – mówi profesor Piotr Myśliwiec, chirurg bariatra, ekspert kampanii „W Nowym Kształcie”.

Co czwarty człowiek w Polsce choruje na otyłość. Jak sobie z tym radzimy? Oczywiście przechodząc na dietę. A diet w Internecie można znaleźć mnóstwo. Co jakiś czas jedna wychodzi na prowadzenie. Dwa lata temu wszyscy zachwycali się dietą okienkową. Teraz jemy jak Adele – bo na zdjęciach można zobaczyć, jak spektakularną przeszła ona metamorfozę. Czy takie metody zdają egzamin? Jeśli mamy problem z nadwagą, chcemy zrzucić 5–7 kilogramów, a do diety dorzucimy ruch – tak, to się uda. Ale jeśli nasze BMI wynosi 35 albo więcej, jeśli do tego dochodzą powikłania otyłości, czyli choroby układu krążenia, kamica żółciowa, cukrzyca typu 2, bezdech senny – tu dieta nie załatwi sprawy. Trzeba myśleć o leczeniu operacyjnym. Dlaczego?

Na masę ciała wpływa nie tylko to, co jemy, ile i jak, ale także to, jak wydatkujemy energię. Czyli ile się ruszamy. Ale o ile osoby z nadwagą czy niewielką otyłością możemy zachęcać do aktywności fizycznej, to ci z otyłością olbrzymią będą mieć z tym problem. Bo często mają po prostu kłopoty z poruszaniem się, nie ma więc mowy o sporcie.

Poza tym zdrowe chudnięcie nie oznacza błyskawicznej utraty kilogramów. Bezpieczne wartości to od pół kilograma do – maksymalnie – kilograma tygodniowo. Czyli góra 4 kilogramy miesięcznie. Łatwo więc obliczyć, ile czasu potrzebuje pacjent z, powiedzmy, 40 kg nadwagi, by schudnąć metodą samej diety. Sukcesem w jego przypadku będzie już redukcja masy ciała o 5–10 procent. A to za mało.

Opłacalne ryzyko

– Leczenie operacyjne to nie tylko poprawa jakości życia. To też szansa na tego życia przedłużenie – mówi profesor Piotr Myśliwiec, chirurg bariatra, ekspert kampanii „W Nowym Kształcie”. – W Szwecji pewien lekarz, sceptycznie nastawiony do operacji bariatrycznych, przeprowadził badanie. Myślał, że udowodni nieskuteczność chirurgicznego leczenia otyłości. Okazało się, że po 20 latach śmiertelność w grupie pacjentów, u których przeprowadzono operację, była niższa aż o ⅓ w porównaniu z tymi, którzy próbowali pozbyć się nadmiaru kilogramów dietą!
Zachowawcze leczenie otyłości zakończone jest w ciągu roku fiaskiem u 95 proc. pacjentów – wracają oni do poprzedniej wagi albo nawet ją przekraczają. Operacja to zawsze ryzyko, ale – w tym przypadku – ryzyko opłacalne – uważa prof. Myśliwiec.

Często pacjenci zgłaszają się do chirurgów z własnej inicjatywy. Słyszą o takich zabiegach od znajomych, czytają o nich w Internecie, dużo ruchu było po doniesieniach o operacji, którą zrobił dziennikarz Tomasz Sekielski – każdy mógł zobaczyć jej efekty. Natomiast nie zawsze, niestety, dostają informację o takiej możliwości leczenia od lekarza rodzinnego. – Bywa – mówi prof. Myśliwiec – że wręcz o takie skierowanie proszą, a lekarz nie chce go wystawić…

Jakie są kryteria do zabiegu? To wskaźnik BMI powyżej 35 albo 40. Choć nie jest to wskaźnik idealny. Będzie on nieprecyzyjny u osób o dużej masie mięśniowej. Lepszy jest współczynnik WHR (waist-hip ratio) – podzielenie obwodu talii przez obwód bioder. Pokazuje on nadmiar tkanki tłuszczowej. WHR wyższe niż 1,0 u mężczyzn i 0,8 u kobiet świadczy o otyłości brzusznej.

Przeciwskazań do operacji nie jest wiele. To niestabilny stan psychiczny, uzależnienia, zwłaszcza od alkoholu i środków psychoaktywnych, ciąża, ale też okres, kiedy kobieta stara się o dziecko, bo efektem operacji są przejściowe niedobory witamin i minerałów. Przez rok, półtora po operacji nie zaleca się planowania ciąży. Kolejne przeciwskazania to ciężkie choroby, trudności z poruszaniem się, ciężkie zaburzenia krzepnięcia, sytuacje, kiedy ryzyko związane ze znieczuleniem ogólnym przewyższa korzyści z zabiegu. – Ale – dodaje profesor Myśliwiec – takich sytuacji miałem zaledwie kilka.

Gdzie szukać pomocy?

Oczywiście każdą operację można zrobić komercyjnie. Ale najlepiej zwrócić się do jednego z ośrodków, które się w takim leczeniu specjalizują. W których pracują całe zespoły – chorym zajmuje się nie tylko chirurga bariatra, ale opiekują się nim też dietetyk kliniczny, psycholog i fizjoterapeuta. Jeśli usłyszysz, że operacja może być już, zaraz, za tydzień, że nie trzeba specjalnych przygotowań – nie zapisuj się na nią. Bo to znaczy, że w tym miejscu nie są przestrzegane standardy opieki nad pacjentem bariatrycznym – weszły one w życie w 2020 roku.

Listę ośrodków najlepiej sprawdzać na stronie bariatria.tchp.pl.

Warto takich miejsc szukać, nawet jeśli trzeba będzie trochę poczekać w kolejce. Zresztą bywa różnie. Profesor Myśliwiec mówi, że w ośrodku w Białymstoku, gdzie pracuje, to nie dłużej niż trzy miesiące. I podkreśla, że czas oczekiwania na operację nie powinien być oczywiście zbyt długi, ale też niedobrze, jeśli jest za krótki. Trzeba się przygotować. – To ogromna zmiana. Dająca duże możliwości i szanse, ale to trochę tak, jakbyśmy się nagle znaleźli na pięknej plaży. Jest jak w bajce, ale to teren nieznany, nie umiemy się w nim poruszać. Chorzy muszą wiedzieć, co i jak mogą jeść, ważne też, by uporządkować emocje – dodaje.

Przed zabiegiem wprowadza się konkretne zalecenia dietetyczne, rozłożone na etapy. Jeśli zmniejszymy o kilka procent masę ciała, spada ryzyko powikłań pooperacyjnych.

– Kiedyś miałem przeświadczenie, że potrafię dać pacjentowi narzędzie, które pozwoli mu w pełni poradzić sobie z problemem otyłości – mówi profesor Piotr Myśliwiec. – Czas i doświadczenie pokazały mi, że nie mam czarodziejskiej różdżki, jestem tylko członkiem zespołu, który może pomóc zapewnić choremu lepsze i dłuższe życie. Życie, które nie zostanie nagle przerwane, jak stało się to u mojego pacjenta z bezdechem sennym – powikłaniem otyłości. Do dziś nie mogę o tym zapomnieć.

Ważna jest głowa

Skuteczność leczenia chirurgicznego nie oznacza, że ta metoda ma same blaski. Są też i cienie. Kiedy popatrzymy na statystyki, widać, że w pierwszym, drugim roku efekty leczenia są imponujące, ale im dalej od operacji, tym bywa gorzej. Dochodzi nawet do tego, że 40 procent pacjentów wraca do wagi sprzed zabiegu. Dlatego zaczęto szukać kompleksowego podejścia do opieki nad pacjentem chorym na otyłość. Chodzi o to, żeby efekty leczenia utrzymać dożywotnio. Zgodnie z definicją WHO otyłość to choroba przewlekła, która ma tendencje do nawrotów. Czyli mówimy bardziej o zaleczeniu i utrzymaniu efektów niż o wyleczeniu. To duże wyzwanie.

– Ja chirurgicznym pacjentem zajmuję się krótko – tłumaczy prof. Myśliwiec. – Spotykamy się kilka razy przed operacją, potem w czasie pobytu w szpitalu i na wizytach kontrolnych. Czy to wystarczy, żeby wyleczyć otyłość? Nie. Bo operacja nie eliminuje problemu u źródła. To tylko jeden z elementów układanki. Nie zakwalifikuję nikogo do zabiegu bez konsultacji i przygotowania go przez dietetyka i psychologa.

Podstawowe kryterium to BMI. Ale to nie wystarczy. Trzeba upewnić się, że pacjent ma świadomość całej procedury, możliwych powikłań, tego, że po operacji problem nie zniknie, bo otyłość nie jest, wbrew pozorom, chorobą żołądka.

– Słyszę w gabinecie: mam problem z jedzeniem – mówi psychoterapeutka Marzena Sekuła. – Jaki? – pytam. – No taki, że za dużo jem. Próbuję wtedy wytłumaczyć, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. Że jedzenie jest jedynie narzędziem: do poradzenia sobie z trudnościami, do regulacji napięcia czy zaspokojenia przeżywanych emocji. Jeśli do gabinetu zgłasza się pacjent, który ma kilka kilo nadwagi, w pierwszej kolejności przyglądamy się historii przyrostu masy ciała i nawykom żywieniowym. Natomiast bardzo często zgłaszają się pacjenci, którzy mają 50, a nawet 150 kilogramów więcej, wtedy musimy pogłębić temat, zdiagnozować mechanizmy, które stoją za nieadaptacyjnym jedzeniem. Tak naprawdę „pod płaszczem kilogramów” kryje się zupełnie inna historia. Często przychodzą do mnie pacjenci z rodzin alkoholowych, po trudnych wydarzeniach, stratach, pacjentki wykorzystywane seksualnie. I kiedy zaczynamy to rozkładać na czynniki pierwsze, uświadamiają sobie, że jedzenie pomagało im przetrwać, uspokajało, pozwalało poradzić sobie z poczuciem winy i przeżywanymi emocjami. Jeśli pacjent nie dojdzie do przyczyn, jeśli nie uświadomi sobie, co jest pod spodem, leczenie – czy to chirurgiczne, czy zachowawcze – zakończy się fiaskiem. Bo będziemy walczyć z objawami, a przyczyna zostanie. Jeśli odbieramy pacjentowi to narzędzie, jakim dla niego jest jedzenie, musimy mu dać skrzynkę z innymi konstruktywnymi narzędziami, dzięki którym będzie radzić sobie z życiem. Kiedy słyszę, że operacja została przeprowadzona bez przygotowania, coś się we mnie buntuje. To tak, jakby na ból zęba wziąć lek przeciwbólowy. Doraźnie przejdzie, ale następnego dnia będzie boleć znowu. Bo przyczyna została.

Dojście do sedna sprawy to proces, czasem trwa on długo. Dlatego nie da się z dnia na dzień przygotować do operacji. Psychoterapeutka bądź psycholog bariatryczny ma towarzyszyć pacjentowi w „drodze zmiany”. – Jeśli pacjent jest zaangażowany, przejmuje odpowiedzialność za swoje zdrowie i leczenie, nie widzę przeciwskazań do zabiegu. Choć czasem, w trudniejszych przypadkach, rekomenduje się przesunięcie terminu operacji. Oczywiście każda historia jest inna, nie da się podać jednego scenariusza dla każdego – mówi Marzena Sekuła. I dodaje: – Na pierwszej wizycie rozmawiamy z pacjentem o powodach i o tym, co go czeka. Chodzi o to, żeby czuł się bezpiecznie i dojrzał do tej decyzji, żeby to nie był tylko impuls, żeby oczekiwania były adekwatne do rzeczywistości, żeby była gotowość do zmiany. Proces leczenia jest długi i zależy od gotowości do długotrwałych zmian żywieniowych. Bo zmiany krótkoterminowe nic nie dadzą, żołądek zacznie się rozciągać i mamy efekt jojo.

Uważa się, że optymalny czas przygotowań do operacji to od trzech do sześciu miesięcy.

Jaki zabieg?

Są różne metody operacji bariatrycznych. Każda ma na celu zmniejszenie objętości żołądka, jak również długości jelita, które ma kontakt z pokarmem, przez co mniejsze jest wchłanianie tłuszczów, węglowodanów, ale także witamin i minerałów, konieczna jest więc suplementacja.

– Najczęstszy zabieg to rękawowa resekcja żołądka – mówi prof. Piotr Myśliwiec. – Żołądek ma kształt woreczka o pojemności półtora litra, dwóch litrów. Z tego tworzymy podczas zabiegu coś na kształt wąskiego rękawa. Ta operacja wydaje się stosunkowo prosta, stąd jej atrakcyjność – i dla pacjentów, i dla lekarzy. Ale rodzaj zabiegu trzeba dopasować do potrzeb konkretnego pacjenta.

Drugi typ operacji to wyłączenie żołądkowe – gastric bypass. Żołądek dzielimy na dwie części i górną, o objętości jajka kurzego, tylko wydłużonego, łączymy z jelitem cienkim. Ono łatwo się poszerza, przejmując funkcję żołądka. Ten zabieg ma przewagę u osób z refluksem, zgagą, cofaniem się kwaśnej treści. Ma też większą skuteczność u pewnej grupy pacjentów z cukrzycą.

Jest jeszcze metoda balonu żołądkowego, ale nie jestem zwolennikiem tego zabiegu. Balon, najczęściej wypełniony płynem, można utrzymać tylko przez pewien czas, daje on uczucie ciężaru, pełności, pacjenci jedzą więc mniej. Spada masa ciała, ale też spada ilość zużywanej na metabolizm energii. Po sześciu miesiącach wyjmujemy balon. Rekomenduję tę metodę u pacjentów z bardzo wysokim BMI. Daje ona wstępne zmniejszenie masy ciała, więc późniejsza operacja jest bezpieczniejsza.

Operacja i co dalej

Pierwszy okres po zabiegu bywa trudny. Marzena Sekuła: – Dieta zmienia się radykalnie i jeśli wcześniej nie odnajdziemy przyczyny problemów, a zabierzemy narzędzie, jakim jest jedzenie, często następuje spadek nastroju – czegoś, co pomagało, nagle nie ma. Jedzenie jest przyjemnością, wpływa na naszą głowę, aktywując układ nagrody. I jeśli zamiast tego, co do tej pory przyjemność dawało, pomagało radzić sobie ze stanami afektywnymi – zamiast smakowitych dań pacjent dostaje koktajl proteinowy i w dodatku w mikroskopijnej porcji – może być rozdrażniony, to naturalne. Dodatkowo w pierwszych dniach nie przyjmuje on pokarmów stałych, więc nie gryzie, to też pogłębia zły nastrój. Ale za to potem następuje spektakularny spadek masy ciała, największy w ciągu trzech pierwszych miesięcy. Bywa, że nagle tracimy 20–30 kg, to powoduje euforię i nierealistyczny wręcz optymizm. I tu znowu kryje się pułapka. Bo pacjent czuje, że jest super, chudnie, jakość życia się poprawia, może się schylać, łatwiej mu się ruszać, inni to widzą – i bywa, że pojawia się myślenie: ten stan będzie trwać wiecznie. A skoro tak, to mogę się wynagrodzić. Czym? Oczywiście smakowitym jedzeniem. I to początek ponownego kształtowania się nieprawidłowych zachowań i powrotu do starych destrukcyjnych przyzwyczajeń. W rezultacie kiedy proces operacyjny się wycofuje, zaczyna się przyrost masy ciała. Błędne koło gotowe. W okresie pooperacyjnym wszyscy specjaliści z zespołu są do dyspozycji, pacjent ma wyznaczane terminy spotkań, ale znowu – często kiedy pojawia się nadmierny optymizm, nie stawia się na wizyty kontrolne. Przychodzi dopiero, kiedy znowu zaczyna tyć.

Marzena Sekuła mówi, że u niej w pierwszym roku są to zwykle dwa spotkania – jedno od razu po operacji, żeby zrewidować zwyczaje żywieniowe i wypracować kontrolę wewnętrzną. Drugie pod koniec roku, kiedy następuje wycofanie procesu pooperacyjnego. Ciało się zmienia, zdrowieje, ale nie wszystkie zmiany są pozytywne. Bo na przykład waga spada, ale zostają nadmiar skóry i inne problemy dnia codziennego. I nastrój chorego się pogarsza. Trzeba wtedy pomóc.

– W czasie tego pierwszego roku weryfikujemy trudności, dajemy też narzędzia – pokazujemy, jak obserwować siebie, żeby to pacjent był najlepszym specjalistą od swojej choroby – dodaje Marzena Sekuła. – W kolejnym roku zwykle ustalamy jedną wizytę, ale w każdej chwili pacjent może wrócić i szukać wsparcia.

Zmiana nastawienia

Jeszcze niedawno problem otyłości traktowany był raczej w kategoriach estetyki. Odbierany był jako kwestia bardziej kosmetyczna niż zdrowotna. Nie mówiło się o otyłości jak o chorobie. Teraz to się zmienia. I dobrze. Przyczyniły się też do tego operacje bariatryczne osób znanych opowiadających otwarcie o swojej chorobie i płynących z niej zagrożeniach, także zagrożeniu życia. Dzięki temu więcej osób szuka teraz pomocy.

– Ja zawsze powtarzam, że to jakby urodzić się na nowo. Na nowo trzeba się uczyć jeść, chodzić. Na początku jest strach, ale później, jeśli jesteśmy pod dobrą opieką i przestrzegamy pewnych zasad, mamy szansę na dobre i zdrowe życie – mówi profesor Piotr Myśliwiec.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze