1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie

Omikron i piąta fala. Co dalej? Rozmowa z prof. Krzysztofem Simonem

Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczynam zagrażać drugiemu. (Fot. iStock)
W porównaniu do poprzednich wariantów omikron jest znacznie bardziej zakaźny, ale mniej patogenny. Jednak dla osób niezaszczepionych może być tak samo śmiertelnie groźny jak poprzednie mutacje wirusa. Rozmowa z prof. Krzysztofem Simonem, kierownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwerytetu Medycznego we Wrocławiu.

Profesor Krzysztof Simon (Fot. materiały prasowe/Marek Kowalczyk/East News)

Panie Profesorze, rozmawiamy w szczycie piątej fali pandemii. Fali omikrona. Co wiadomo o tej mutacji wirusa?
Immanentną cechą wirusów RNA – koronawirusów zwłaszcza, ale też grypy – jest ich zmienność. Ewoluują one naturalnie pod wpływem sił biologicznych.
Omikron powstał prawdopodobnie w Afryce, w organizmie osoby z ogromnym niedoborem odporności, zakażonej wcześniejszym wariantem wirusa, który namnażając się, wytworzył zmiany w swoim materiale genetycznym. Zdeformowana wersja wirusa ominęła układ odpornościowy gospodarza i zaczęła się rozprzestrzeniać.
Omikron jest kilkaset razy bardziej zakaźny, co oznacza, że się łatwiej przenosi, ale prawdopodobnie jest mniej patogenny.

Dlaczego kolejne warianty wirusa są coraz słabsze?
Dla wirusów nie jest ewolucyjnie korzystnie, żeby zabijać, bo łącznie z gospodarzem zabijają również siebie i nie mogą się replikować (mnożyć się).
Optymalna sytuacja dla patogenów jest wtedy, kiedy mogą zakazić jak największą liczbę ludzi, powodując najmniejszą liczbę zgonów.
To jest naturalna cecha wszystkich wirusów.
Każdy z nas już wiele razy był zainfekowany przez koronawirusy – ok 20 proc. przeziębień wywołana jest przez ich różne warianty.

Opinia o łagodności omikrona może być zwodnicza…
Dla tych, co zaszczepili się trzykrotnie, zarażenie omikronem nie powinno być groźne. Zaszczepieni dwoma dawkami też prawdopodobnie będą przechodzić COVID łagodnie i raczej zgon im nie grozi.
W Polsce fala omikrona trafiła na niedokończoną falę delty, co jest w pewnym sensie plusem, bo ci, co świeżo przeszli zakażenie deltą i przeżyli, mają pobudzony układ odpornościowy, więc też mają ochronę.
No i jest grupa – kilkanaście milionów Polaków – która uważa lekarzy oraz naukowców, w tym licznych noblistów, za idiotów i się nie zaszczepiła w ogóle – część z tych ludzi prawdopodobnie będzie ciężko chorować.

Jakie objawy daje omikron? Na co powinniśmy być wyczuleni, żeby nie iść z wirusem do pracy?
Niezależnie od wariantu około 20–30 proc. osób, które zetknęły się z wirusem, ma objawy kliniczne. COVID ma przeważnie postać ostrej choroby zakaźnej imitującej przeziębienie, grypę. U części pacjentów początkowo lekka postać choroby przechodzi w ciężkie śródmiąższowe zapalenie płuc ze wszystkimi tego konsekwencjami, a często kończy się zgonem.

Młodzi ludzie przeważnie przechodzą chorobę bezobjawowo. Jednak opowiadanie, że omikron nie jest wariantem śmiertelnym dla młodych ludzi czy dzieci, jest szkodliwe. Zasadniczo nie jest on wariantem śmiertelnym, ale w każdej młodszej wiekowo grupie są 1–2 przypadki na 1000, które kończą się zgonem. Najczęściej ciężka postać choroby czy śmierć dotykają jednostki słabsze – z wadami wrodzonym, po nowotworach, z deficytami odpornościowymi.

Czy katar powinien być wskazaniem do przetestowania się pod kątem COVID-u?
Omikron częściej atakuje górne drogi oddechowe. Początkowo zakażenie daje objawy typowego nieżytu: ból głowy, rozbicie, katar, kichanie i ostre zapalnie gardła. W odniesieniu do poprzednich wariantów wygląda to tak, jakby choroba przesunęła się wyżej, co nie znaczy, że nie może zejść niżej, do płuc.

Wielu ignoruje katar mówi, to zwykła infekcja albo alergia…
Jeśli chory ma tylko katar, to prawdopodobnie jemu nic się nie stanie, ale może zarazić innych. Dlatego jeśli miał kontakt z osobą zakażoną albo przebywał w ogniskach epidemicznych, powinien się przetestować.
Bo przecież mogą być w jego otoczeniu osoby, które nie mogą się zaszczepić albo nie odpowiedziały na szczepionkę, są przewlekle chore. I dla nich jego katar, który może być objawem COVID-u, może być groźny.
Dlatego jeśli nie jesteśmy cynikami, ale obywatelami świadomymi, szanującymi innych, patriotami, to trzeba do tego podejść troszkę inaczej – nie tylko ego i wolność, lecz także prawa i zdrowie innych. Bo moja wolność kończy się tam, gdzie ograniczam wolność drugiego człowieka i gdzie zaczynam mu zagrażać.

Od razu myślę o Australii i decyzji sądu federalnego, który cofnął wizę niezaszczepionemu Novakowi Djokovici pierwszej rakiecie świata żeby szanować zdrowie innych oraz zasady walki z pandemią. Zazdroszczę Australijczykom.
Też im zazdroszczę – szacunku dla zdrowia obywateli, reagowania na to, co się dzieje, i egzekwowania tego. Wystąpiłem z Rady Medycznej razem z 12 innymi członkami, bo przekazywane przez nas informacje i zalecenia, choć rozumiane i akceptowane przez premiera i przez ministra zdrowia – tak mi się przynajmniej wydawało – nie przekładały się na czyny.

Może zabrzmi to zbyt górnolotnie, ale ja jestem liberalnym patriotą. Od lat służę swoją wiedzą każdemu Polakowi, państwu. Ale nie zgadzam się na to, żeby szaleńcza polityka i zaściankowi cyniczni politycy, którzy szukają za wszelką cenę poparcia, byli ważniejsi od zdrowia i życia obywateli.
Restrykcje są konieczne – na całym świecie tak walczy się z pandemią.

W Polsce nie dzieje się w tej sprawie właściwie nic: nie karze się ludzi za chodzenie bez maseczek w miejscach zamkniętych, nie sprawdza się paszportów covidowych. Jest dobry program szczepień, ale dość słabo realizowany, podważane jest jego bezpieczeństwo, rozpowszechniane są tysiące bzdurnych fake newsów (częściowo to cyberataki wschodnich serwerów na nieufnych zbuntowanych albo niedouczonych rodaków). Tylko 20 proc. zaszczepiło się trzecią dawką. W wielu krajach wprowadza się przymusowe populacyjne szczepienia, a u nas triumfują ci, którzy wygłaszają idiotyzmy na temat pandemii i szczepienia.

Nikt nie kontroluje ich szkodliwych, głupich i przede wszystkim nieprawdziwych wypowiedzi. W Czechach zaczęli za to karać.

Ostatnio przeczytałem też, co doprowadziło mnie do pasji, że maseczki, i to o różnej skali ochronnej, szkodzą. I to jakiś lekarz głosi takie bzdury. Czy ktoś sobie wyobraża być operowanym przez lekarza chirurga, który nie nosi maseczki? Pojawiają się też artykuły o tym, że w preparatach szczepionkowych znajduje się grafen. To jest bzdura! W żadnej szczepionce nie ma grafenu. Kiedy zapytałem głoszącego takie bzdury pacjenta z COVID-em, to nie widział, co to jest grafen, ale przeczytał w Internecie. Autor tej publikacji nie był znany. Ludzie nie wiedzą, co piszą, a inni to czytają i w to wierzą. Co gorsza, ludzie głoszący i powtarzający te idiotyzmy są fanatycznie przekonani, że mają rację, nic i nikt ich nie przekona. Żadnego krytycyzmu, wierzą, że szczepionki są produkowane na płodach ludzkich, zmieniają genom, wpływając na płodność itd. Swoją drogą, gdyby osobom opowiadającym takie głupoty zmienił się genom, nie byłoby źle.

Szczepionki mRNA to nie są szczepionki genetyczne! – chcę to wyraźnie podkreślić; wektorowe już są modyfikowane genetycznie, ale to nie znaczy, że nie są znakomicie przebadane.
Przeraża mnie pewność ludzi, którzy twierdzą, że nie chcą się szczepić, bo im się genom zmieni albo to wpłynie na ich potencję, po prostu nie mają o tym zielonego pojęcia. Za opracowanie technologii mRNA w latach 80-tych ubiegłego wieku, którą stosujemy w szczepionkach przeciwko chorobie COVID-19, powinien być Nobel.

Wielu Polaków nie chce się szczepić twierdzą, że przechorowali i mają naturalnie nabytą wysoką odporność…
To nie jest do końca prawda! Większość pacjentów zakażonych, którzy przeszli COVID-19 subklinicznie albo bezobjawowo, ma jakąś odpowiedź układu immunologicznego, ale zwykle jest ona słaba i krótkotrwała. Panel przeciwciał przeciwko wszystkim epitopom (różne antygeny na powierzchni wirusa, które mają zdolności neutralizujące) jest u nich słaby. Kwestią otwartą o kluczowym znaczeniu pozostaje siła odpowiedzi komórkowej po przechorowaniu COVID-19.

Ci, którzy przeszli to ciężej, mają wyższe wartości przeciwciał i silniejszą odpowiedź komórkową, ale wiemy, że miano ochronne trwa 6 miesięcy i potem gwałtownie spada – i stąd konieczność szczepienia. To jest racjonalne i udowodnione naukowo.

Czy tylko szczepieniami możemy zatrzymać pandemię?
Szczepienia przede wszystkim, bo jest to forma profilaktyki, ale przydałyby się jeszcze leki. W tej chwili nie mamy dobrych leków przeciwwirusowych. Remdesivir, Molnupirawir są skuteczne na poziomie około 30 proc. Wiadomo też, że działają tylko kiedy jest aktywna replikacja wirusa, potem już nie.

Czekamy na Paxlovid, również lek przeciwwirusowy, który ma blokować enzym potrzebny koronawirusowi do namnażania się. Będzie skuteczny do czasu, aż organizm pacjenta nie stanie się odporny na jego działanie.

Wirus będzie cały czas próbował umknąć ochronie wytworzonej przy poprzedniej infekcji, taka jest jego natura.

Czy to prawda, że wirusy mutują w osobach niezaszczepionych?
Tak, głównie, bo wirus w takim organizmie żyje dłużej. Omawiałem ostatnio ze studentami takie właśnie przypadki. Trafili do nas pacjenci z nowotworami, to byli młodzi ludzie – z chłoniakiem i białaczką. Byli zakażeni, ale przez 2–3 tygodnie nie mieli żadnych objawów. I kiedy my myśleliśmy, że oni już nie zachorują, układ odpornościowy dał odpowiedź, choroba zaczęła się rozwijać. U tych pacjentów wirus długo bytował i za każdym razem, gdy materiał genetyczny wirusa był w ich komórkach replikowany (namnażany), mogło dojść do naturalnych błędów w kopiowaniu. Tak powstają mutacje.
U przeciętnego człowiek wirus replikuje się 5 dni, potem znika, bo układ odpornościowy go zabija.
Kiedy żyje w organizmie dłużej, prawdopodobieństwo powstania nowej zmutowanej wersji, która ominie układ odpornościowy i zacznie się rozprzestrzeniać, jest dużo większa.

Czyli kolejne warianty są nieuniknione.
To, że się pojawią, jest pewne. Prawdopodobnie będą mniej patogenne, żeby przetrwać.

Co czeka nas dalej?
Wirus się utrwalił – i to jest pewne. Ale z jakimi szczepami będziemy mieli do czynienia – nie wiemy, nikt tego nie wie.
Co chwilę pojawiają się informacje o nowych wariantach, na szczęście one się jak na razie nie rozprzestrzeniają, bo w wielu krajach przestrzegane są restrykcje sanitarne.

Nie wszystkim się to podoba.
Sanitaryzm stosuje się już od czasów Justyniana w początkach naszej ery.
Nawet w czasach dżumy wiedziano, że choroby zakaźne zwalcza się konkretnymi metodami: wykrywanie przypadków, izolacja, higiena, zamykanie całych miast. Dziś mamy jeszcze szczepienia populacyjne.

Szczepionki, które mamy, dobrze zapobiegają ciężkiemu przebiegowi choroby i śmierci, ale czas trwania poszczepiennej ochrony wydaje się krótki.
Zależy u kogo. Osoby, które mają obniżoną odporność po białaczkach, nowotworach, z niektórymi chorobami przewlekłymi i te z deficytem odpornościowym będą musiały doszczepić się 4. dawką i wcale nie wiadomo, czy to będzie skuteczne uodpornienie.

Co z resztą? Co ile się będziemy szczepić? Pandemia trwa niecałe dwa lata, ja już przyjęłam 3 dawki.
Świetnie. Prawdopodobnie za rok przyjmie Pani kolejną. Albo za 9 miesięcy, bo prawdopodobnie skróci się czas ważności paszportów covidowych. To jest konieczne, bo wirus mutuje. I jak pojawi się kolejna wersja, której szczepionka nie pokrywa, to konieczne będzie doszczepienie.
Stosujemy teraz w szczepionkach najnowszą technologię mRNA, znaną już od 1980 r., która daje duże możliwości szybkiego reagowania na mutacje.
Szczepionki transportują do naszych komórek cząsteczkę mRNA, która daje informacje potrzebne do produkcji białka S koronawirusa w rybosomach komórki gospodarza, a nie w jądrze komórkowym. Białko to jako antygen posiada silne właściwości immunogenne, dzięki czemu pobudza układ odpornościowy człowieka do produkcji przeciwciał neutralizujących.
W tej szczepionce nic nie jest modyfikowane. Tylko kopiowiany jest fragment wirusa, który odpowiada za syntezę białek S. Tym można łatwo manewrować, dopasowując do aktualnego wariantu.
Wracając do pytania o częstotliwość szczepienia – prawdopodobnie będziemy się szczepić co roku, jak na grypę. Pani się szczepi co roku na grypę?

Nie…
Opowiem Pani, jak ja się przekonałem do szczepienia na grypę. Byłem młodym lekarzem, pracowałem na oddziale zakaźnym, ale miałem też pół etatu na kardiologii. Jednym z moich pierwszych pacjentów był młody taternik. Wysportowany, sprawny, wyglądał na okaz zdrowia,. Na moim dyżurze zatrzymało mu się serce, reanimowałem go. Za tydzień znów „się zatrzymał”, ale wtedy w trakcie reanimacji pękła mu komora serca. Było to zapalenie mięśnia sercowego – powikłanie po grypie. Zmarł w wieku 20 lat.

Przekonałam się.
Ja się szczepię na grypę co roku. Jestem też przykładem tego, że można mieć powikłania poszczepienne – dostałem ciężkiego wstrząsu anafilaktycznego po szczepionce na grypę. Publikowałem już wielokrotnie informacje o tym jako przykład, że może się coś takiego zdarzyć, dlatego szczepienie w takich przypadkach przebiega pod szczególnym nadzorem.

Dlatego rozumiem argumenty osób, które mają różne schorzenia i zwyczajnie boją się szczepienia, bo są sprzeczne informacje. Wtedy warto rozmawiać – ale z antyszczepionkowcami głaszczącymi hasła o eksperymencie medycznym albo o tym, że to zagraża ich wolności, w ogóle nie powinno się dyskutować.

Kiedy ktoś ma wrzód na pupie, to może z nim zrobić, co chce – leczyć albo nie. Ale wirus powoduje, że człowiek transmituje czynnik zakaźny, który dla osób z osłabioną odpornością może być śmiertelnie niebezpieczny.

Polecamy książkę: „Wirusy kontra fake newsy. Czy możemy przetrwać bez medycyny?”, prof. Krzysztof Simon, Dorota Szadkowska, wydawnictwo Słowne

(Fot. materiały prasowe)

Książka przybliża świat wirusów i rozprawia się z nienaukowymi mitami, które jak patogeny zatruwają życie społeczne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze