1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Wystukaj emocje - jak działa Technika Emocjonalnej Wolności?

Wystukaj emocje - jak działa Technika Emocjonalnej Wolności?

EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. (Fot. iStock)
EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. (Fot. iStock)
Paraliżują cię fobie? Nie możesz pozbyć się głęboko zakorzenionych kompleksów, nieśmiałości? Wypowiedz swój lęk na głos, a potem opukaj określone punkty na swoim ciele. Uwolnisz emocje. Tak działa metoda EFT, czyli Techniki Emocjonalnej Wolności

Pokrótce opowiadam trenerowi o swoim problemie. On ustala tekst, który będę powtarzać, tzw. ustawienie i uczy, w który punkt mam uderzać. Pierwsza część ustawienia mrozi mnie, muszę stanąć oko w oko z lękiem, wypowiedzieć go na głos. Druga część – publiczne wyznanie miłości sobie samej też niełatwo przechodzi przez gardło.

Opukuję posłusznie wskazane punkty, ale w głowie kłębią się wątpliwości. Boję się, że mówiąc głośno coś, czego lękam się najbardziej, przyciągnę to! Zwykła ludzka wiara w przesądy. Nie opuszcza mnie też myśl, czy to cokolwiek zmieni.

Po kilku tzw. rundach opukania pojawia się dziwne uczucie. Mam wrażenie, że ukryte we mnie emocje wrą, wydostają się na powierzchnię. Coś we mnie kipi jak gotująca się zupa. Czy to możliwe? Opukałam kilka punktów, powtarzałam tekst i... uruchomiłam niemal kosmiczny bałagan emocjonalny.

EFT (Emotional Freedom Techniques), czyli Techniki Emocjonalnej Wolności w pierwszej chwili wydają się aż za prostą metodą. Tak prostą, że trudno uwierzyć w jej skuteczność. Chyba dlatego wiele osób szybko rezygnuje, twierdząc, że opukiwanie im nie pomaga. A warto ją stosować zarówno profilaktycznie, jak i leczniczo.

Joanna Chełmicka, instruktorka, trenerka i terapeutka pracująca tą techniką, w książce „Wprowadzenie do EFT”, pisze: „Polecam metodę EFT wszystkim, którzy chcą poprawić jakość swojego życia, zarówno emocjonalnego, fizycznego, materialnego, jak i duchowego. (…) To, w jakim zakresie z niego skorzystacie, zależy tylko i wyłącznie od Was samych”. Jednocześnie ostrzega: „Warto pamiętać, że w przypadku poważniejszych zaburzeń lepiej korzystać z pomocy wyszkolonych trenerów i pozostać pod dotychczasową opieką medyczną lub psychologiczną”.

Pradawne początki

Korzenie tej techniki zaliczanej do energopsychologii i energomedycyny sięgają starożytnego Wschodu, konkretnie Chin. Tam przed tysiącami lat powstała teoria meridianów, kanałów przepływu energii przez ludzki organizm. Tam też wymyślono akupunkturę.

EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. Cel jest jeden: przywrócenie wewnętrznej harmonii.

Początki EFT to praca twórcy kinezjologii stosowanej dr. George'a Goodhearta oraz autora Terapii Pola Myśli (Thought Field Therapy) dr. Rogera Callahana. To właśnie Callahan podczas pracy z pacjentami doszedł do wniosku, że przyczyną negatywnych emocji, a także zaburzeń somatycznych są zakłócenia w systemie energetycznym. Terapia jego autorstwa była skomplikowana: opukiwało się różne punkty, zależnie od problemu. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że w ciele człowieka znajduje się kilkanaście głównych kanałów energetycznych (meridianów) i na każdym z nich jest wiele punktów do opukiwania lub nakłuwania, uwalnianie emocji w ten sposób wymagało specjalistycznej wiedzy! I ogromnej cierpliwości.

Wśród uczniów Callahana znalazł się Gary Craig, który znacznie uprościł procedurę leczniczą. Inżynier z wykształcenia długo szukał metody szybkiego i trwałego uwalniania się od negatywnych emocji. Wykorzystał podstawowe punkty z akupunktury i ułożył je w jedną sekwencję. Dzięki temu dziś każdy, bez odbycia specjalnych szkoleń, może poradzić sobie z wieloma chorobami, tremą lub lękiem!

Gary Craig oparł się na założeniu medycyny wschodniej, że każda choroba zaczyna się w głowie. Wszelkie zaburzenia emocjonalne po jakimś czasie przeradzają się w objawy fizyczne. Jeśli energia płynie bez przeszkód przez ciało, ono leczy się samo. Czasem wystarczy jeden seans EFT, żeby znikła fobia dręcząca pacjenta od dzieciństwa. Uzdrowienie dolegliwości fizycznych trwa, niestety, dłużej.

Podróż do źródła przeżyć

EFT może być pomocne przy problemach natury psychologicznej, które utrudniają codzienne życie, jak fobie i lęki, depresja, obsesje, uzależnienia, ADHD, trema, kompleksy czy traumatyczne wspomnienia. Radzi sobie też ze wspomaganiem działań w rozmaitych bólach, m.in. migrenach, także w cukrzycy, zaburzeniach wzroku, zapaleniu nerwów, nieprawidłowym ciśnieniu krwi, SM. Pomaga schudnąć, poprawić relacje z ludźmi, dodać wiary w siebie, osiągać sukcesy w rozmaitych dziedzinach. Opukiwanie sprawi, że na większym luzie podejdziemy do operacji albo życiowego egzaminu. A wiadomo, jak ważne jest psychiczne nastawienie – może zadziałać jak czarodziejska różdżka. Najważniejsza jest jednak systematyczność, a często też dotarcie do podstawowego problemu.

Chociaż każdy może się nauczyć tej techniki, warto skonsultować się z trenerem. Są bowiem sposoby, które pozwalają „dokopać się” do źródeł przeżyć; odkryć coś, co nami powoduje, choć skutecznie to stłumiliśmy. Potem już możemy działać samodzielnie. Podstawą jest systematyczność – nie można zrobić seansu raz na tydzień, a potem narzekać, że nie działa!

Instrukcja obsługi

Najważniejsze jest ustalenie tzw. ustawienia, czyli tekstu, który będziemy powtarzać. „Mimo, że mam problem (tu mówimy, jaki, np. napady paniki), to w pełni akceptuję siebie”. Musi być określony precyzyjnie. Przy arachnofobii mówimy: „mimo, że boję się pająków, to w pełni akceptuję siebie” lub „kocham i akceptuję siebie”. W pierwszej części opisujemy: „boli mnie tył głowy”, zamiast ogólnie „boli mnie głowa”, „boję się wody”, a nie „mam fobię”. Gdy już mamy tekst, ustalamy skalę problemu od 0 do 10. Zwykle na początku oscyluje blisko 10!

Zaczynamy od 3-krotnego powtórzenia ustawienia, jednocześnie opukując punkt karate (środek zewnętrznej krawędzi dłoni). Następnie opukujemy punkty na głowie, tułowiu i dłoniach. (kolejność poniżej). W każdy z nich uderzamy 7–8 razy, a zamiast tekstu stosujemy przypominacz: „ten ból”, „ten ucisk” czy „woda jest groźna”, „boję się utonąć”.

Punkty usytuowane symetrycznie można ostukiwać po jednej lub drugiej stronie ciała albo po obu równocześnie. Najwygodniej robi się to palcem wskazującym i środkowym, a pod pachą – całą dłonią.

Gary Craig podkreśla, że można wybierać te punkty, które najbardziej nam odpowiadają. Wiele osób rozśmiesza stukanie się po głowie, więc mogą to ominąć. Warto słuchać własnej intuicji.

Po rundzie EFT zadajemy sobie pytanie, o ile zelżał nasz problem w skali 0–10. Jeśli się nie zmniejszył, powtarzamy rundę. To jednak rzadko się zdarza. Zazwyczaj oceniamy go niżej, np. spada z 10 do 5. Wtedy powtarzamy rundę, ale zmieniając tekst: „nawet jeżeli czuję pozostałość problemu”, czyli „pozostałość lęku przed wodą”, „pozostałość bólu z tyłu głowy” albo „nawet jeśli jeszcze czuję ból z tyłu głowy, to w pełni akceptuję siebie”. Zmieniamy też przypominacz.

W poważniejszych, silnie zakorzenionych fobiach skuteczniejsza może okazać się metoda „Dotknij i weź oddech” (Gary Craig „EFT w zespole stresu pourazowego”).

Zaczynamy od dotknięcia punktu karate lub złączenia dłoni zewnętrznymi krawędziami. Wówczas te punkty stykają się. Bierzemy głęboki wdech i mówimy na głos lub w myśli ustawienie. Potem dotykamy punkty po kolei, robiąc pełen oddech. Cały czas koncentrujemy się na swoim problemie.

Jak mówi Danuta Kropiwnicka-Szulc, trenerka EFT II stopnia, autorka warsztatów „Zapukaj po spokój i rozluźnienie”, podczas EFT trudno zrobić błąd. Błędem jest tylko nie stosowanie go!

Opukuj kolejno punkty:

B – początek brwi (u nasady nosa),

BO – bok oka (lekkie wgłębienie na skroni),

PO – pod okiem (na kości jarzmowej pod środkiem oka),

PN – pod nosem (pośrodku),

Bn– broda (pośrodku, w zagłębieniu między brodą a wargą),

O – początek obojczyka (miejsce, gdzie obojczyk łączy się z mostkiem),

PP – pod pachą (bok tułowia, na wysokości brodawki sutkowej),

CG – czubek głowy.

Punkty na dłoniach:

Znajdują się z boku od strony kciuka, u nasady paznokcia:

K – kciuk (po zewnętrznej stronie kciuka u nasady paznokcia),

PW – palec wskazujący,

– palec środkowy,

PM – palec mały,

G – punkt Gama (zagłębienie na wierzchu dłoni między kostkami palców serdecznego i małego).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  1. Zdrowie

Jivaka - masaż dla ciała, umysłu i emocji

Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Takiego masażu jeszcze nie doświadczyłaś. Zresztą czy to masaż? Ciało przyjmuje ten zabieg z wdzięcznością, umysł usuwa się dyskretnie, by mogła zajść zmiana w tobie.

Prosta mata, poduszka, łagodna muzyka. Krzysztof Szabat prosi, żeby podczas zabiegu pomóc sobie oddechem, który nazywa jang-jin. Wdech nosem, wydech ustami. Branie i dawanie. – Te dwie energie, wypełniające świat, towarzyszą nam na każdym kroku. Ważne, by utrzymać je w równowadze – mówi. Sam też oddycha w ten sposób przez całą sesję. Przypomina to wspólną medytację. Dla myśli pozostaje niewiele miejsca. Najważniejsze staje się ciało, dotyk. Czasem zdecydowany, czasem delikatny, ledwo wyczuwalny. Uciskanie, rozciąganie, głaskanie. Najpierw nogi, długo. Potem plecy, brzuch, mostek, głowa, twarz. Trzy godziny przyjemności, ale też żegnania bólu, trudnych emocji. Wszystko to uwalnia się, wypychane przez potężną siłę. Siłę życia.

Przystanek na drodze

Sanskryckie słowo jivaka znaczy tyle, co „stan prawdziwej żywotności” i pochodzi z czasów Buddy. Wskazuje na kogoś, kto jest całkowicie żywy i świadomy, w ciele i umyśle. Tych samych czasów – sprzed 2,5 tysiąca lat – sięga historia metody. Jej twórca nazywał się zresztą Jivaka Kumara Bhaccha. Był uczniem i lekarzem Buddy. Został oświeconym mistrzem i ojcem tradycyjnej medycyny wschodniej. Tajniki systemu, który stworzył, przekazywane są nieprzerwanie z nauczyciela na ucznia. Krzysztof Szabat jest jednym z nich. Niechętnie nazywa ten zabieg masażem. To praca z ciałem i energią, praktyka duchowa. Bardzo złożony system, rozwijający witalność, stabilność, wewnętrzną moc.

Jivaka skupia wybrane aspekty innych technik, a jednocześnie wyróżnia się sobie tylko właściwymi cechami. Działa łagodnie i zdecydowanie. Raczej nikogo nie pozostawi obojętnym. – Zwykle pierwszy kontakt z tą terapią wiąże się z żywymi reakcjami – przyznaje Krzysztof Szabat. – Niektóre są natychmiastowe, inne pojawiają się po zabiegu, najczęściej w ciągu trzech dni. Czasem tuż po sesji pacjent jest skrajnie wyczerpany, po czym okazuje się, że uwolnił się od czegoś, co towarzyszyło mu przez kilka czy kilkadziesiąt lat. Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. Często towarzyszą temu silne emocje. Jest więc szloch, śmiech... to po prostu przystanek na drodze do równowagi. Ciało nieustannie do niej dąży, ale czasem potrzebuje bodźców. Kiedy je otrzyma, uruchamia swoje mechanizmy samouzdrawiające.

Ciało jak dom

Jivaka jest masażem „suchym” – żadnych olejków, żadnego wcierania. Jesteś ubrana w wygodny strój. Powiedziałaś, co dolega twojemu ciału czy psyche. Teraz rozluźniasz się. Możesz się spodziewać uciskania, rozciągania, ugniatania, a nawet elementów kręgarstwa (nastawianie miednicy). Kciukiem, dłonią, łokciem, kolanem. Ale nie oczekuj stałej, zaplanowanej sekwencji ruchów. Masaż odbywa się w różnych pozycjach – będziesz leżeć na plecach, na brzuchu, na boku, być może siedzieć. Jedno jest pewne: wszystko zacznie się od nóg. – Kluczowe w tej pracy jest uwolnienie napięć, a – żeby się do nich dostać – najlepiej na początku skupić się na nogach. To zgodne z prawami fizyki. Chodzi o siłę grawitacji, o to, by uwalniająca się energia mogła spłynąć w dół – tłumaczy Szabat.

Niezwykle istotna jest też kwestia uziemienia. Nasze ciało, tak jak dom, bardzo go potrzebuje. – Działa to na tej samej zasadzie co piorunochron. Jeżeli mamy kontakt z ziemią – czyli otwarte stopy, nogi – ciało z łatwością poradzi sobie z doświadczeniami, jakie nas dotykają. To, co trudne, odda ziemi.

Z jakimi dolegliwościami zgłaszają się ludzie? Są te większego kalibru: problemy z kręgosłupem, bolące biodro, asymetria barków. I te bardziej subtelne: ból głowy, zgrzytanie zębami, ospałość, zbyt dużo energii, stany depresyjne...

Znika napięcie

Czasem Krzysztof Szabat planuje serię zabiegów, a ból ustępuje szybciej. Czasem ktoś poczuje się przestraszony, bo wydarzyło się coś poza jego kontrolą, bo świetnie sobie radził z pewnymi emocjami, a tu nagle tyle tego...

– Mogę tak poprowadzić sesję, żeby emocje się nie uwalniały. Zależy, jakich narzędzi użyję. Od tego, czy dwie osoby są na siebie otwarte. Mam jeden cel: pomóc pacjentowi. Czas, jaki z nim spędzam, jest tylko dla niego – mówi.

Ludzie przyjeżdżają do niego z różnych miast – Gdańska, Warszawy, Krakowa. Również z Niemiec. Uwalniają się od bólu, napięć, psychicznych obciążeń. Odstawiają leki. Czują odprężenie, przypływ energii. Dostrzegają swoje nawyki myślowe, otwierają się na nowe doświadczenie. Wzrasta odporność, ale też wiara w siebie. Poprawia się komunikacja z ludźmi. – Na poziomie fizycznym rozpuszczają się napięcia; na poziomie psychicznym ten stan wyraża się jako lekkość, radość – mówi Szabat.

Wrócić do środka

Jivaka to również bierna joga (rozciąganie przypominające asany), trening rozluźniania połączony z gimnastyką energetyczną... System, który stworzył Jivaka Kumara Bhaccha ewoluował przez tysiąclecia. Całe szczęście, bo przecież świat w tym czasie nie stał w miejscu. – Nie wiem, czy moi mistrzowie wykonywali te zabiegi w taki sam sposób. Podejrzewam, że nie – mówi Szabat. – To przekaz czyni tę metodę tak skuteczną.

Współczesny człowiek potrzebuje powrotu do własnego wnętrza. – Wielu z nas ma za sobą doświadczenia utraty miłości, odrzucenia, wycofania się w samotność. To powoduje, że oddalamy się od innych, od siebie. Musimy zrozumieć, że nasze szczęście nie zależy od innych ludzi, od okoliczności zewnętrznych. Że nic nie zrekompensuje nam braku miłości własnej. Droga do wolności i dobrobytu zawsze zaczyna się w naszym wnętrzu.

Krzysztof Szabat, terapeuta Jivaka Body & Mind, terapeuta Yumeiho, masażysta.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.