fbpx

Noszenie masek ma sens! Rozmowa z dr Anetą Cybulą z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie

Czy noszenie masek na sens? Rozmowa z dr. Anetą Cybulą z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie.
Moja maseczka chroni ciebie, twoja maseczka chroni mnie, chroni to nas nawzajem. (Fot. iStock)

Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, czy maseczki nosić, czy nie. Niektórzy specjaliści (w tym minister zdrowia) mówili, że właściwie nie ma potrzeby, takie było też stanowisko WHO. Inni uważali, że to konieczność. Teraz dylematu już nie mamy – od 16 kwietnia wszyscy muszą wychodzić z domu w maskach. Przesada czy zdrowotna konieczność? Odpowiada dr Aneta Cybula, specjalista chorób zakaźnych z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie.

 

No właśnie. Kontrowersje wokół maseczek obserwujemy od początku epidemii. Jakie jest pani zdanie?
Przyznam, że jeszcze trzy miesiące temu uważałam, że obowiązkowe maseczki dla wszystkich i wszędzie to przesada. Choć przecież sama jako zakaźnik do noszenia maseczki jestem przyzwyczajona. U nas w szpitalu na oddziale zawsze, przed epoką koronawirusa też, kiedy ktoś przychodził do pracy z katarem czy kaszlem – bo wbrew temu, co się pewnie powszechnie myśli, medycy rzadko chodzą na zwolnienia – był w maseczce. Nawet kiedy siedział w pokoju lekarskim. Żeby nas nie zarazić. Chronił otoczenie przed sobą. Tak też powinien dziś robić każdy.

Na początku była pani sceptyczna. Co w takim razie panią do maseczek przekonało?Prosta sprawa. Im więcej dowiadujemy się o tej chorobie, tym wyraźniej widać, jak wielu jest nosicieli bezobjawowych. Nie wiedzą, że są chorzy, a mają zdolność zakażania. Maska w jakimś stopniu zabezpiecza otoczenie i szkoda czasu na akademickie dyskusje w chwili, kiedy możemy tylko zyskać.
Poza tym – uczmy się na doświadczeniach innych. Kraje, które wprowadziły obowiązek chodzenia w maseczkach, jak Tajwan czy Czechy, najlepiej radzą sobie z epidemią.
Oczywiście bez dwóch zdań maskę powinien nosić ten, kto ma objawy, tu nie może być żadnych wątpliwości. Ale nikt z nas nie wie, czy nie jest nosicielem.

A jeśli ma zrobiony test i wynik ujemny?
Wczoraj wynik był ujemny, a kto wie, jak jest dziś? Przecież w pięć minut po otrzymaniu badania można się zarazić. Raz zrobiony test nie obowiązuje na zawsze.

Teraz nie wolno nam wyjść z domu bez maski. Choć wydaje się, że na świeżym powietrzu „nie stoi” zawiesina z wirusem, musielibyśmy mieć wyjątkowego pecha, żeby się zarazić.
Nie do końca. Teraz najczęściej kiedy wychodzimy, to po zakupy. I stoimy w kolejkach – a dziś przed wejściem do sklepu, apteki czy na pocztę zwykle są kolejki. Nikt nie zagwarantuje, że za nami czy przed nami nie ustawi się ktoś zakażony. Kichnie, zakaszle, wiatr przeniesie ten aerozol w powietrzu – i gotowe. Ale jeśli kichnie czy zakaszle w maseczkę, ryzyko, że to się rozniesie, jest znacznie mniejsze.

No i prawda jest taka, że odpowiedzialność możemy wziąć jedynie za siebie. Ja przestrzegam zasad, co nie oznacza, że robią to inni. Przed sklepem ludzie stoją karnie w pewnych odległościach. Ale jak już wejdą do środka, przestają się przejmować. Podchodzą do siebie, sięgają sobie przed nosem po coś z półki – tak jakby w takich sytuacjach wirus się nie przenosił. To bzdura i krótkowzroczność. Wyobraźmy sobie jednak, że wszyscy będziemy w maseczkach – i ja, i ta pani, która musi wziąć akurat tę marchewkę i akurat w tym momencie – to i ja, i ona jesteśmy zabezpieczone. Nie w stu procentach, ale jednak. To jedyne zabezpieczenia, jakie w tej chwili jest nam dostępne.

Miałam taką sytuację na stacji benzynowej. Płaciłam, kiedy podszedł jakiś mężczyzna, chciał zapytać o coś kasjera i zaczął kasłać. Tuż obok mnie, właściwie na mnie. Kiedy powiedziałam: „Proszę się odsunąć!”, popatrzył na mnie jak na wariatkę, przecież on jest zdrowy. A tego nie wie. Gdybym nie miała maseczki, czułabym się na serio zagrożona. Wielu takich sytuacji nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Pamiętajmy: moja maseczka chroni ciebie, twoja maseczka chroni mnie, chroni to nas nawzajem.

Na spacerze – choć nie do końca jest pewne, czy w ogóle na spacer możemy wyjść – też musimy być w maseczce…
Jeśli jesteśmy w lesie czy na odludziu, z medycznego punktu widzenia sensu to nie ma. No ale teraz do lasu nam nie wolno, więc spacerujemy z konieczności tam, gdzie są inni ludzie. I tak, wtedy noszenie maseczki jest zasadne. Jeśli przeszedł ktoś, kto był nosicielem, kaszlnął, kichnął, aerozol unosi się w powietrzu – maseczka w jakimś stopniu jednak zabezpiecza. I powiem jeszcze raz: my też możemy sami być nieświadomymi nosicielami, też możemy kichnąć czy zakasłać – bez maseczki wirus pójdzie dalej, nic go nie zatrzyma.

Teraz, kiedy rozmawiamy, stoję i wyglądam przez okno. Widzę kolejkę – przed pocztą stoi z 15 osób, żadna nie ma maseczki, a co najmniej jedna jest w wieku 65 plus. I nikt nie ma rękawiczek. O, nie, teraz jeden pan w rękawiczkach podszedł. Na tyle ludzi jeden! Nie traktujemy tego zagrożenia poważnie, może nam się zdaje, że nas to nie dotyczy?

A co na przykład z jazdą na rowerze?
Powinno się jeździć w masce, choć to nie jest wygodne. Biegania w maskach w ogóle sobie nie wyobrażam – oddycha się mocno, intensywnie, maska po paru chwilach będzie mokra, a nam będzie trudno złapać oddech. Trzeba w bieganiu w mieście zrobić przerwę. Choć nie każdy potrafi. Wczoraj na przykład widziałam chłopaka, który najwyraźniej bez biegania żyć nie może – biegł w przyłbicy! Prawdziwy mistrz! Tylko nie jestem pewna, czy cokolwiek widział, przecież to po pięciu minutach przyłbica jest całkowicie zaparowana… Generalnie jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku. Zwłaszcza dziś jest on nam niezbędny.

Noszenie maseczki przez dłuższy czas nie jest łatwe. Ciężko się oddycha, maska szybko staje się wilgotna – a wilgoć, jak mówią specjaliści, to środowisko „lubiane” przez wirusa.
Oczywiście nie można chodzić w mokrej maseczce cały dzień, to jasne. Ale nikt przecież tego robić nie musi. My, lekarze, to osobna grupa. W szpitalu zakaźnym mamy zarządzenie, że maski nosimy non stop, bo poruszamy się po terenie, na którym jest COVID-19. Nawet kiedy siedzimy w pokoju lekarskim, wszyscy są w maskach. Ja poza szpitalem chodzę z dwiema torebkami strunowymi – w jednej mam czyste maseczki na zmianę, w drugiej zużyte. Zmieniam, kiedy czuję, że maska jest wilgotna. Polecam ten sposób. Jeśli musimy wyjść z domu na dłużej, weźmy maskę zapasową. Maska wielokrotnego użytku oczywiście po każdym wyjściu musi być uprana.

Wydaje mi się, że niektórzy nie chcą masek zakładać, bo wstyd, bo głupio się wygląda, bo może ktoś sobie pomyśli, że się boję, a ja twardy jestem i nie boję się niczego…
Tak, też to widzę. Albo: jestem młody, mnie to nie dotyczy. Każdego dotyczy. Może ja nie zachoruję, ale ktoś zachoruje przeze mnie? Może nawet nie będę tego wiedzieć? Ale to z odpowiedzialności przecież nie zwalnia. A w każdym razie nie powinno. Zwłaszcza że na razie na tę chorobę nie ma lekarstwa. Pomyślmy sobie tak. Są w życiu różne okoliczności, które wymagają odpowiedniego stroju. Dużo się przecież o tym mówi – jaki dress code obowiązuje w pracy, jaki, kiedy idziemy do opery, a jaki, gdy wybieramy się na trening. Nikogo na publiczny basen nie wpuszcza się bez kostiumu kąpielowego, nago – i to nikogo akurat nie dziwi Traktujmy maseczki jako element dress code’u dzisiejszych czasów. Do teatru idziesz w eleganckiej sukience, do sklepu w maseczce. I tyle. Ok, nie jest to komfortowe, nie jest specjalnie wygodne, ale trudno.

Mówi się o tym, że te zwykłe maseczki jednorazowe „przepuszczają” wirusa, nie zabezpieczają w stu procentach. To chyba problem?
Idealnie byłoby, gdyby każdy z nas mógł nosić specjalistyczne maseczki chirurgiczne. Ale się nie da, takich maseczek nawet dla służb medycznych jest za mało. Pamiętajmy: nawet nieidealna ochrona lepsza jest niż żadna. Maski z tkaniny, czy kupione, czy szyte w domu, nie powinny być używane w profesjonalnej opiece – bo w szpitalach czy domach opieki zagrożenie jest największe. Natomiast zwykły człowiek chodzący po ulicy może stosować wszystko, co się da – byle by tylko to od razu po użyciu prać. Ważna jest też „obsługa” maseczki. Prawidłowe zakładanie i – zwłaszcza – zdejmowanie, niedotykanie czy jak najrzadsze dotykanie z przodu.

Ludzie sami szyją maseczki, takie „domowe” zdają egzamin?
Tak, dostałam nawet taką od koleżanki, cudowną, z miękkiej flaneli. Oczywiście nie do szpitala, ale na wyjście do sklepu już tak.

A jak wygląda zabezpieczanie się w szpitalu?
Kiedy wchodzimy do pacjentów chorych na COVID-19, mamy specjalne maseczki – te, jak o nich mówimy – świnki, z takim „ryjkiem”, czyli specjalnym filtrem. I dodatkowo na to jeszcze zakładamy przyłbice. Te łatwo dadzą się dezynfekować, dlatego nie musimy zmieniać maseczki po każdym pacjencie. Maska schowana pod przyłbicą pozostaje czysta.

Kiedy mówiło się, że będzie ze „świnkami” problem, że nam ich nie dowiozą, chodziłam w jednej maseczce cztery, nawet sześć godzin. Nie będę opisywać, jak potem wygląda twarz, choć to oczywiście najmniej teraz ważne.

Zresztą kiedy już zaczniemy te środki ochronne stosować, nosić maski, rękawiczki, odkażać ręce, to szybko wchodzi w krew. Prosta maska, bez specjalnych filtrów, nie chroni w stu procentach przed zakażeniem, ale znacząco ogranicza transmisję wirusa. Takie jest doświadczenie Czech czy Tajwanu. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy rozmawiają twarzą w twarz dwie osoby bez maseczek i dwie w maseczkach. Tak na zdrowy rozum – która z tych par będzie lepiej chroniona?

Czemu więc nie od razu wprowadzono nakaz chodzenia w maseczkach?
Minister zdrowia długo twierdził, że to jeszcze nie ten etap. Myślę, że mówił tak, bo na początku WHO zalecało noszenie maseczek tylko zakażonym i że dostępność maseczek w Polsce była niska. Nadal istnieją w tym temacie liczne kontrowersje. Skala epidemii i doświadczenia innych krajów zweryfikowały potrzeby. Uważam, że jeśli mamy szansę na szybsze wygaszenie epidemii i zmniejszenie transmisji dzięki noszeniu masek – to chyba nie ma pytań co do zasadności takich rekomendacji. Nakaz chodzenia w maskach jest ok. Tym, co generuje w nas niepokój i frustrację, są właśnie kontrowersje i sprzeczne komunikaty. Jeśli wiemy, jaki mamy obowiązek, czego się trzymać, jest łatwiej. A w tym wypadku też bezpieczniej.

Wielu ludzi spełnia się w działaniu i dlatego ruszyło wiele małych i dużych szwalni, które zapełniają deficyt „ochrony osobistej”. Poza tym działanie osłabia przygnębiające poczucie bezradności wobec zachłannego wirusa.

Czy teraz więcej wiemy o tej chorobie, czy ciągle poruszamy się po omacku?
Wiemy więcej o drogach przenoszenia się zakażenia. Wiemy, że wirus może dłużej niż sądziliśmy na początku przetrwać na powierzchniach poza ciałem człowieka. Ciągle prowadzone są badania, próbujemy różnych leków. Każda epidemia w końcu się wygasza, pytanie tylko, kiedy. Ale na pewno dopiero za jakiś czas będzie wiadomo, jakie będą długofalowe następstwa zachorowań, czy nie pojawią się skutki uboczne po związanych z COVIDEM zapaleniach płuc.

Ale coraz lepiej się w tym poruszamy. Nie ma leków, o których na 100 procent wiadomo, że są skuteczne, ale włączamy różne, które dają dobre rezultaty. W środowisku medycznym jest solidarność, nikt nie ukrywa rezultatów swoich obserwacji, dzielimy się nimi natychmiast.

Niestety, nie można na razie mówić o końcu pandemii. Dane z USA ostatnio były przerażające, w Nowym Jorku któregoś dnia co dwie minuty ktoś na COVID-19 umierał… Czasem wydaje nam się, że to się nie dzieje naprawdę. Jeśli nie mamy wśród bliskich czy znajomych żadnego dramatycznego przypadku, możemy mieć poczucie, że nas to nie dotyczy. Ale to fałszywe wrażenie. Choroba może naprawdę dotknąć każdego. Są kraje, jak Francja czy Hiszpania, w gorszej niż my sytuacji. Tam wprowadzono protokół postępowania: jeśli po siedmiu dniach pod respiratorem nie ma poprawy, chory zostaje odłączony, żeby respirator ratował życie innemu pacjentowi. My jeszcze nie stoimy przed takimi decyzjami i musimy zrobić wszystko, żeby nie stanąć. Żeby taki czarny scenariusz nie zaczął się i u nas urzeczywistniać.

Powiem szczerze: tęsknię za „starymi” chorobami. Ciężkimi, ale znanymi.

Teraz poruszamy się po nieznanym terenie. A to wymaga uważności, mądrych decyzji i strategicznej logistyki. Walka z wirusem nie przypomina rozgrywki szachowej, to raczej praca sapera na polu minowym. To walka o przetrwanie.

Co po epidemii?
Medycyna będzie czerpać z naszych dzisiejszych doświadczeń. Jeśli na jakimś terenie było trzęsienie ziemi, to potem inaczej się buduje, stawia się domy na palach, konstrukcje są bardziej wytrzymałe. My też nie będziemy tacy sami. Kiedyś myślałam, że jesteśmy szczęśliwym pokoleniem, które nie pozna wojny. Ale to, co dzieje się teraz, przerosło naszą wyobraźnię. Jakby film science fiction rozgrywał się na naszych oczach. No i to jest pewnego rodzaju wojna.

Trochę się tak czujemy, pani pewnie bardziej, bo jest pani na froncie…
Nie tylko lekarze są na froncie. Także ratownicy i pielęgniarki. Za mało się o nich mówi. Pielęgniarki wykonują nieprawdopodobną robotę. Bardzo ciężką, też fizycznie. Mają 12-godzinne zmiany, muszą wykonywać swoją dotychczasową i tak ciężką pracę, tyle że w dużo trudniejszych warunkach – w maskach, przyłbicach, ochronnych kombinezonach i pod presją, że same mogą ulec zakażeniu. Muszą pamiętać o każdym elemencie zabezpieczania się, opracować logistykę opieki – każde wejście do chorych z COVIDEM to jednorazowe użycie środków ochrony. Dbać o swoistą ekonomię i ergonomię pracy – nie marnować czasu i środków ochrony. W maskach i kombinezonach człowiek szybciej się męczy. I wszystko w stresie, bo każda pomyłka to zagrożenie.

Przed powrotem do domu, do bliskich my wszyscy zastanawiamy się: czy na pewno ich nie narażę, czy zachowałem procedury bezpieczeństwa. Z jednej strony nasze zachowanie ulega automatyzacji, jak zmiana biegów podczas jazdy samochodem, a z drugiej to jak prowadzenie w złych warunkach pogodowych. Uważność wyczerpuje. Życie w przewlekłym stresie wpływa na odporność, a my jesteśmy teraz potrzebni zdrowi.

Choć oczywiście my, zakaźnicy, i tak mamy łatwiej, bo obcujemy na co dzień z chorobami takimi jak AIDS, gruźlica etc., więc pewne mechanizmy zachowań i chronienia się mamy we krwi. Ja w szpitalu czuję się póki co bezpieczna. Wiem, że wszyscy przestrzegamy procedur, nasz szpital ma zapewnione środki ochrony osobistej – choć wiem, że nie jest tak wszędzie. Personel ma szybki dostęp do badań siebie – dotychczas nie ma nikogo z zakażeniem koronawirusem. W ogóle muszę powiedzieć, że w środowisku panuje ogromna solidarność. Są osoby, jak moja koleżanka z oddziału, mama dwójki małych dzieci, która mogłaby „wziąć opiekę” , ma do niej pełne prawo. Tyle że z tego nie korzysta. Kiedy wraca z pracy jej mąż, też lekarz, ona przychodzi na popołudniowy dyżur do oddziału. Mówi: muszę, bo w tej sytuacji musimy sobie pomagać, inaczej nie damy rady odpocząć i ciągnąć to dalej.

Jakie są czynniki zwiększające ryzyko zachorowania i pogarszające przebieg choroby?Szczególnie narażeni są ludzie starsi, z innymi chorobami – zwłaszcza serca. Wiadomo, że bardzo obciążające jest współistnienie nadciśnienia tętniczego, cukrzycy, PoCHP (przewlekła obturacyjna choroba płuc). Wydaje się też, że palenie papierosów to jeden z czynników ryzyka, który pogarsza rokowanie we wszystkich chorobach.

Myślę, że przyjdzie czas na analizy – historia nas oceni. Tymczasem zróbmy to, co się wydaje przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się wirusa. Nośmy maseczki. Pomóżmy sobie i innym. Używajmy również rękawiczek, ręce mają przecież największą styczność z powierzchniami, na których może być niebezpieczny wirus. Klamki, przyciski windy – dotykamy ich odruchowo. A potem twarzy, ust – to główne wrota zakażenia. Jeśli jakiekolwiek zasady mogą zwiększyć nasze bezpieczeństwo, powinniśmy je stosować. Nawet jeśli to uciążliwe czy niewygodne. My, pracownicy medyczni, też się tej sytuacji i tej choroby uczymy, często jeszcze niedawno na pewne sprawy patrzyliśmy inaczej. Ale to żaden wstyd przyznać się do błędu czy zmienić zdanie, jeśli w grę może wchodzić zdrowie czy życie. A Tajwan i Czechy udowodniły, że noszenie maseczek ma sens.

Dr Aneta Cybula, specjalista chorób zakaźnych z Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie. Pracuje w Klinice Chorób Zakaźnych, Tropikalnych i Hepatologii WUM.

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze